poniedziałek, 29 grudnia 2008

I Hate Perfume In The Library

Lubię książki. Lubię czytać, lubię dotyk papieru, lubię widok czarnych wzorów na białych kartkach, lubię tę formę, lubię zapach farby drukarskiej i lubię zapach książek starych, uczłowieczonych, przysypanych latami. No lubię. Nie tylko używać, ale także posiadać i przebywać w ich otoczeniu. Taki snob ze mnie. ;-)
Parafrazując Jorge Luisa Borgesa: Zawsze wyobrażałam sobie Raj jako bibliotekę, nigdy jako ogród.


Kiedy pierwszy raz wzięłam w ręce flakon In the Library byłam zadziwiona. I nie była to nagła iluminacja i zachwyt jak w przypadku Burning Leaves czy Dirt Demeter. Zdziwiła mnie raczej nieokreśloność kompozycji. Sięgnęłam więc na półkę po przedwojenne wydanie "Słówek" Żeleńskiego - Boya z zamiarem dokonania porównania. I wiecie co? To rzeczywiście są podobne zapachy.
Ale nie takie same. Może to dlatego, że miała być angielska powieść? ;-)

In the Library to jeden z najbardziej nieperfumeryjnych zapachów, jaki znam. Nawet bardziej zieleninowate czy dymne zapachy mieszczą mi się w szerokiej kategorii pod tytułem "perfumy", ale czy i kurz potrafię w niej zawrzeć?
Dlatego zamiast opowiadać nuta po nucie w tym przypadku spróbuję wyjść od zapachu, który wszyscy znamy - od zapachu starej książki, i porównać go z tym, co biblioteką nazwał Brosius.

A różnice podstawowe są trzy.
Po pierwsze, to, co rzuca się w nos natychmiastowo i natrętnie to obecność paczuli. Biblioteka, o której opowieścią jest In The Library to pomieszczenie ciepłe, lecz wilgotne. I ta paczulowa nuta stęchlizny to jest pierwsze, co mi się w tym zapachu nie podoba. Jak można trzymać książki w takiej wilgoci?!
Po drugie zapach I Hate Perfume jest słodszy. Zamiast opłatkowej nuty starego papieru czuję nutę organicznej słodyczy. I to nie tylko takiej, wynikającej z genezy papieru, płótna i skóry, ale też z obecności jakichś grzybków, roztoczy i innych niezdrowo w tym kontekście pachnących dzikich lokatorów.
I trzecia różnica - skóra. Dokładnie ten odcień skóry, który znalazłam wcześniej w Russian Leather Demeter i ostatnio w Ambre Fetiche Annick Goutal: skóra stara, wygnieciona i zmiękczona wieloletnim używaniem, z dodaną do charakterystycznego zapachu słoną nutką.

Pomimo delikatności i braku nut inwazyjnych (kwiatów, ostrej zieleniny, dymów czy żywic) In The Library są dość intensywne i trwałe. Rozwijają się od nienatrętnej stęchlizny z stronę świeżego kurzu, który to zapach wyczuwalny jest przez 5 - 6 godzin po aplikacji. Kłopot w tym, że zapach ten jest tak absolutnie niepodobny do tego, czego zwykle oczekujemy po perfumach, że człowiek wbrew nosowi czuje, że nie pachnie, tylko po prostu nasiąknął jakimś niedosprzątanym strychem.

Odpowiedź na pytanie, czy podoba mi się ten zapach brzmi więc: niestety nie zachwyca.
Nie mogę też napisać, by mi się jakoś szczególnie nie podobał. Nie przeszkadza mi to, że nie jest to zapach perfumeryjny - to akurat mogłoby stanowić atut. In The Library są po prostu "niepachnące".


Zakładam, że mój stosunek do perfum o zapachu książek mógłby być pozytywny mimo tej dziwnej nijakości. Ale perfumy pachnące książkami przechowywanymi w złych warunkach? Chyba podziękuję...

Data powstania: 2005
Twórca: Christopher Brosius

Nuty zapachowe:
angielska powieść, oprawy z rosyjskiej i marokańskiej skóry, znoszone sukno i nuta środka do konserwacji drewna

poniedziałek, 22 grudnia 2008

Annick Goutal Les Orientalistes

Moda na pachnący orient trwa.
Każdy szanujący się dom perfumeryjny czuje się w obowiązku wypuścić na rynek jakiś zapach orientalny, lub tylko sprytnie w orientalnym kontekście osadzony.
Annick Goutal ma specjalistów od marketingu najwyższej klasy (albo sama Camille jest tak świetna w tej dziedzinie), musiała więc i tu pojawić się jakaś nowość z orientem w tle.

Oto więc przed nami najnowsza seria Annick Goutal Les Orientalistes.
Cztery zapachy stworzone wokół klasycznych, wschodnich woni: ambry, kadzidła, piżma i mirry.



Ambre Fétiche
 

Kiedy pierwszy raz rozprowadziłam kroplę Ambre Fetiche na nadgarstku, natychmiast umyśliłam sobie, że napiszę: jest w tej ambrze coś fetyszystycznego. I zadowolona byłam z tego, że jest, i że oto przede mną krztyna olfaktorycznej perwersji.
Tymczasem okazało się, że po intensywnym, obiecującym zmysłowe rozkosze otwarciu, zapach zmierza w zupełnie niespodziewanym kierunku.


Początek zaskoczył mnie i zauroczył. Jest kadzidlano - żywiczny, wytrawny jak mocno garbnikowe czerwone wino. Poza nieregularnymi grudkami żywicy labdanum i styraksu oraz nadtopionym stłumionym ogniem frankońskim kadzidłem tuż za progiem zapachu pojawia się jedna z nielicznych nut kwiatowych, które mnie nie uwierają - irys w wersji, która kojarzy mi się bardziej ze zwartym kłączem, niż z samym kwiatem. Zestawienie tych nut na ambrowej bazie (która, choć nie wymieniona wśród składników towarzyszy Ambre Fetiche od pierwszego do ostatniego tchnienia) robi wrażenie zapachu jakiegoś szalenie ekskluzywnego, egzotycznego lekarstwa, magicznego afrodyzjaku działającego jedynie w połączeniu z inkantacjami mruczanymi niskim głosem przez bladoskórego maga.

I tu mamy pierwszy zwrot akcji, bo oto do komnaty, w której odbywają się te dziwne obrzędy wpada chłopiec z pudłem pasteli i zaczyna smarować po ścianach, po meblach, po lśniącym, wypastowanym parkiecie... Nuta, która tak zaskoczyła mnie w Palisandrze Comme des Garcons tutaj brzmi równie "od czapy" i paradoksalnie, również mi się podoba.

Kiedy nasz niesforny łobuziak zmęczy się psotami, rozsiada się w wielkim, starym skórzanym fotelu i uważnie kontemplując swoje dzieło przycicha. Zmęczony zwija się w kłębuszek, opiera główkę na miękkim, pachnącym skórą oparciu i przymyka oczy. Początkowo intensywny, gęsty aromat ambry uspokaja się, zmienia w łagodnie stateczne połaczenie ekskluzywnej nuty ambrowej, z półwytrawną wanilią do złudzenia przypominającą główną nutę Vanille Exquise. I oto zamiast zmysłowego fetyszu mamy zatopioną w ciepłym półmroku wczesnojesiennego zmierzchu bibliotekę, wielki, brązowy, skórzany fotel i śniące w nim bezpieczne sny płowowłose pacholę.

Nuta głowy: kadzidło, czystek (labdanum), styraks
Nuta serca: benzoes, irys
Nuta bazy: wanilia, rosyjska skóra


Encens Flamboyant

Encens Flamboyant to dla wielbiciela kadzideł zapach łatwy do pokochania. I, przez swoją poprawność, łatwy do porzucenia, niestety.

Jest w nim coś, co sprawia, że nawet nie znając go rozpoznałabym dzieło pary Goutal - Doyen. Sposób, w jaki "przykurza" się na mojej skórze, w jaki szeleszczą w nim pyliste przyprawy, w jaki rozprasza się na tym aromatycznym pyle światło. Jest dla mnie Encense Flamboyant perfekcyjnie dopracowaną mozaiką nut, które znam i lubię.

W otwarciu przypomina rozgrzane Duel i przyznaję, że podoba mi się ten zabieg. W pięknej skąd innąd metaforze męskiej natury, którą zawarła Camille Goutal w tej dedykowanej swojemu mężowi kompozycji najbardziej uwierał mnie właśnie chłód, przeciąg. W Encens Flamboyant drzwi zostały zamknięte, a zapach ogrzany płonącymi za misterną kominkową kratą żywicznymi szczapami.

Przy czym dokładnie tak, jak napisałam, ogień w tej kompozycji schowany jest w głębi, wyczuwalny raczej dzięki ogólnemu wrażeniu ciepła, nie zaś, jak sugeruje nazwa, jako nuta płonącego, skwierczącego w płomieniach kadzidła.

W miarę układania się na skórze zapach jeszcze bardziej przycicha i, w momencie kiedy zaczynamy sądzić, że tak już będzie do końca - łapie oddech. Wyraźny dodatek eterycznych olejków z kadzidłowca i sosny wtłacza w zapach przestrzeń jak gdyby wypełniał go powietrzem. Nie jest to jednak przestrzeń wietrzna i chłodna jak w Duel, lecz nieruchoma, treściwa jak letni wieczór.

Połączenie przypraw i żywic, szczególna gra suchości z lepkością, nut zamkniętych, skrzynkowych z przestrzennymi - wszystko to sprawia, że Encens Flamboyant jest zapachem intrygującym i (przez kontrast z oczekiwaniami budzonymi przez płomienistą nazwę) zadziwiającym.

A jednak, tej udanej w sumie kompozycji doskwiera to, co mogłabym zarzucić właściwie wszystkim zapachom Annick Goutal: jest nieco zbyt bezpieczna, zbyt wymuskana. Brak tu odrobiny szaleństwa.

Nuta głowy: esencja z kadzidła, czarny pieprz, różowy pieprz
Nuta serca: żywica kadzidlana, kardamon, gałka muszkatołowa
Nuta bazy: kadzidło kościelne, jodła balsamiczna, drzewo mastyksowe


Musc Nomade

Nie lubię piżma, nie lubię róży, nie miałam wielkich oczekiwań testując Musc Nomade.
No i dostałam to, czego się spodziewałam. A czego się nie spodziewałam - nie dostałam.

Piżmo zostało podane na wypolerowanej tacce, bo przecież Goutal nigdy nie była rewolucjonistką - jest gładkie, jasne, z nutą, którą opisuje się jako czystą, a którą mój nienormalny zmysł powonienia odbiera wręcz przeciwnie. A może to moja nienormalna skóra tak ten zapach modyfikuje? W każdym razie nic szczególnego.

Kiedy spod piżmowej lebiegi wyglądać zaczynają cieplejsze nuty i zapach nabiera nieco rumieńców i urody. Połączenie nut drzewnych z delikatną, smacznie przyciętą różą daje efekt gładkiego palisandra, miękkość fasoli tonka wysubtelnia pierwsze nuty i zamienia mydlaną ostrość we wrażenie stylowej, kosmetycznej buduarowości. Najlepszym chyba "smaczkiem" tej konstrukcji jest snujący się między tymi podświadomie wizualizowanymi puzderkami i flakonikami brązowoskóry chochlik labdanum próbujący przemieniać mydło w brudzącą dłonie żywicę. Jest jednak zbyt maleńki i słaby, by jego działania odniosły jakiś wyczuwalny w ogólnej perspektywie skutek.
Tak więc w mojej opinii Musc Nomade to najsłabszy zapach z tej serii. I to nie tylko dlatego, że (jak już się przyznałam) nie lubię perfum z wiodącą nutą piżma.


Nuta głowy: dzięgiel, muskon
Nuta serca: muskon, drzewo bombay, róża
Nuta bazy: fasolka tonka, czystek (labdanum), białe piżmo


Myrrhe Ardente

Może ja jakaś dziwna jestem, ale naprawdę w kompozycjach z serii Les Orientalistes ognia nie wyczuwam ("ardente" oznacza przecież "gorąca, płonąca").
Ambra miała być fetyszystyczna, kadzidło płonące, mirra też... Tymczasem mirra w Myrrhe Ardente nie jest gorąca, lecz letnia. Piękna, ale nie płonie.


Otwarcie zapachu wcale mnie nie zachwyciło. Ostre olejki eteryczne uwalniane w pierwszej nucie kojarzą mi się raczej z aptecznymi cukierkami na kaszel mającymi dezynfekować gardło, niż z cenną żywicą, ale z drugiej strony - z czegoś te cukierki przecież trzeba robić, czemuż by nie z balsamowca mirry...

Na szczęście ten antyseptyczny podmuch uspokaja się w ciągu pierwszych minut odsłaniając gorzkawą, świeżą, lśniącą żywicę. Bez drzewnych dodatków, bez łagodzących kwiatów, bez pokrywających zapach matową powłoką przypraw.
Kiedy już olśni nas ta czysta, żywiczna primadonna, w tle, ciągle wycofany, ale brzmiący coraz pełniej pojawia się chór słodkich głosów: miękki, ogrzany wosk i słodko przyjazny gwajakowiec. I tu wreszcie mogę napisać, że coś w serii orientalnej Annick Goutal mnie zachwyca: kontrast między surową goryczką pierwszego planu, a miękką, cudownie gładką słodyczą podstawy tego zapachu jest po prostu piękny.
Rozwój zapachu po tej fazie polega raczej na wypełnianiu przestrzeni, dodawaniu nowych odcieni do podstawowych dwóch nut. Brzmienie mirry zostaje podbite przez drugi podmuch wytrawnej żywicy, przeciwwaga w postaci słodyczy zostaje wsparta puszystą nutą bobu tonka i nieco dymnymi nutami balsamicznymi. A wszystko to bez mącenia wanilią czy piżmem.

Perfekcyjne połączenie umiaru i głębi.

Nuta głowy: esencja z mirry
Nuta serca: drzewo gwajakowe, wosk pszczeli
Nuta bazy: mirra z żywicy, benzoes, tonka

I Hate Perfume Gathering Apples

Dla pewnej Agnieszki, którą lubię bardziej, niż dedykowany Jej zapach. ;-)

Gathering Shampoos...

Pamiętacie szampon "Zielone jabłuszko"?
Pamiętacie początki okresu kapitalizmu w Polsce, kiedy na rynku królowały zielone mydełka o szczególnym, cierpko-słodkim zapachu jabłek?

Jeśli ktoś lubił ten zapach, Gathering Apples powinno mu się spodobać, w przeciwnym razie poczuje to, co w tamtych przypadkach: chemicznie wyidealizowane jabłko. I tyle.

Ja osobiście przyznać się muszę do tego, że jako dziecko uwielbiałam tę wściekle zieloną butelkowaną chemię i jabłkowa propozycja Brosiusa wywołuje u mnie nostalgiczny uśmiech.
Nie oznacza to niestety, że potrafię traktować ją poważnie. No nie. Dla mnie to dziwadełko w stylu Demeter i nawet moje nienormalne upodobania z dzieciństwa nie sprawią, że zdecyduję się tym pachnieć globalnie.
Z resztą właśnie te skojarzenia powodują, że podświadomie doszukuję się w tej prostej kompozycji drugiego dna: goryczy detergentu. Nie ma jej. Pod jabłkową zielonością tkwi rzeczywiście coś na kształt cienkiego, przybrudzonego drewienka, ale mój umysł został tak skutecznie zaprogramowany przez wielokrotnie używane kosmetyki, że kiedy tylko przestaję go pilnować i czujnie kontrolować jakimi ścieżkami podąża, natychmiast "przerabia" to drewienko w chemię. Naprawdę niesamowite jest doświadczanie tego, jak mocno podświadomość potrafi dorabiać złudne wrażenia do odbieranych bodźców!

Wedle opisu na stronie producenta zapach powinien pachnieć jabłkami Mackintosh i jest bardzo prawdopodobne, że tak właśnie jest. Ponieważ jednak prawdziwych Mackintoshy nie jadłam od lat, za to zielone skojarzenia nadal mam wprasowane w pamięć, więc mnie jawi się ta nuta na zielono.

Zupełnie obiektywnie powinnam napisać, że jest to zapach ładny. Bo jest ładny. Ale niekoniecznie każdy musi go lubić. I jeszcze bardziej niekoniecznie każdy musi chcieć nim pachnieć.
Szczególnie, że trwałość beznadziejna...


Próbowałam użyć Gathering Apples jako uzupełnienia dla Burning Leaves i przyznaję, że w tym dymnym obłoku pachną znacznie bardziej "noszalnie". Ale jakoś nie jestem przekonania do używania ich w ten sposób: Burning Leaves wcale nie potrzebuje uzupełnienia i nie mam motywacji do tego, by wędzić w tym słodkim dymie najładniejsze nawet jabłko.
Próbowałam doprawiać jabłkami Patchouli Empire i wyszedł z tego stary kosz nadpsutych owoców ewoluujący w sam kosz.
Najładniej zagrało chyba zestawienie z Russian Caravan Tea i Just Breathe. Świeże otwarcia brzmiały ze sobą ładnie, a gdy doszło do ujawnienia się drzewnej bazy po jabłkach nie było śladu. Tak więc efekt ciekawy, ale i tak nie wart zachodu.


Data powstania: 2005
Twórca:
Christopher Brosius

Nuty zapachowe:
tysiące dojrzałych jabłek Mackintosh i odrobina starego drewna z wielkiego kosza

I Hate Perfume Wild Hunt


Wild Hunt to zapach pradawnej kniei w upale letniego popołudnia. To połączenie aromatu podartych liści, zmiażdżonych gałązek, płynącej żywicy, opadłych konarów, starych liści, zielonego mchu, jodeł, sosen i małych grzybków.
Tak przynajmniej opisuje swoje dzieło Christopher Brosius.

Oto kolejny z serii zapachowych archetypów proponowanych nam przez ekscentrycznego perfumiarza zza oceanu.
Archetyp lasu (wedle opisu po prostu forest), a może raczej dzikich ostępów, nietkniętej ludzką stopą wilgotnej, pełnej życia krainy zamieszkałej przez postaci z ludowych podań. Czy to naprawdę dziki gon?
No cóż... Być może tam właśnie mogliby paść swoje widmowe wierzchowce wojownicy Wodana...


Przyznaję się ze wstydem wielkim, że Wild Hunt nabyłam w ciemno. Wiem... Nie jest to mądre, ale ludzie, zrozumcie: te nuty i ta nazwa... Do tego ten olfaktoryczny doktor Frankenstein u źródła zapachu! Czyż mogłam się oprzeć pokusie, skoro testować nie było gdzie?!
Ja uznałam, że nie mogę, nie wypada nawet i dałam się porwać Dzikiemu Gonowi.

Co sobie pomyślałam o swoich porywach po otrzymaniu flaszki - nie napiszę, bo gdzieżby człowiek dobrowolnie takie rzeczy o sobie samym wygadywał... I to publicznie (nawet jak nikt nie słucha i nie czyta to jest publicznie).

Pierwsza nuta jest bardzo stymulująca dla wyobraźni. Od razu zobaczyłam stertę starych, wyrośniętych kartofli w ciemnej piwnicy.
Po minucie piwnica zniknęła, kartoflane wykopalisko pokrył śnieg, a ja, zamiast znaleźć się w leśnych ostępach w parne popołudnie zostałam rzucona wprost na wilgotną ziemię, pod grubą, śnieżną pokrywę. Zapach tak niezwykle przypominał mi Snow Demeter (z nutą przyczajonego życia i przytęchłej słodyczy włącznie), że pierwsze, co pomyślałam to: Po co mi u licha 100 ml czegoś, czego 120 ml już stoi na mojej półce?!

Tak więc szczerze oburzona, mamrocząc pod nosem rzeczy brzydkie i bardzo brzydkie wzięłam w ręce aparat i skwapliwie obfotofgrafowałam swoje kłopotliwe szczęście z zamiarem natychmiastowego upłynnienia go na Allegro. Wkurzona i zajęta egzekucją przestałam koncentrować się na owej dziwacznej roślinnej wegetacji na moim ciele i oto... zupełnie niespodziewanie poczułam wokół szalenie intrygujący zapach.
Młode, wilgotne rośliny, zwinięte jeszcze listki; jasne, żółte nieomal źdźbła wyrastające z czarnej, tłustej ziemi. Gruby, opity deszczówką mech ugniatany opadłymi gałęziami oblepionymi więdnącymi liśćmi. A nad tym ostry zapach sosnowej żywicy wślizgujący się do płuc jak woda do kaloszy...
Niesamowity!
I oczywiście, to byłam ja. A raczej mój zmęczony dzikim gonieniem orszak mrocznych jeźdźców leżących bezwładnie wśród starych wiatrołomów, opadłych liści i odbijających szarzejące niebo kałuż. Szaleństwo śniące spokojnie z policzkiem na mokrym mchu...

 
Czy muszę pisać, że żadnego handelku tym zapachem nie będzie?


Data powstania: 2007
Twórca: Christopher Brosius

Ilustracja 1: Peter Nicolai Arbo "Odin's Wild Hunt"

I Hate Perfume Just Breathe

W ciągu dwudziestu czterech godzin możesz zrobić tylko tyle, ile możesz. Nie więcej.

Cząstki subatomowe mogą istnieć w dwóch miejscach jednocześnie, ale ty nie. Istnieje wielka różnica między poszerzaniem granic swoich możliwości, a doprowadzaniem się do szaleństwa.
Dlaczego nie uspokoisz się na moment by po prostu odetchnąć? Stworzyłem ten zapach, by ułatwić Ci odzyskanie równowagi, wyciszenie się i skupienie kiedykolwiek będziesz tego potrzebował.
Nagle przenosisz się do buddyjskiej świątyni w głębi zielonego lasu. Czyż nie tam wolałbyś się znajdować?

Stworzyłem Just Breathe specjalnie dla magazynu Marie Claire w grudniu 2005.


Christopher Brosius



Bardzo typowy dla I Hate Perfume zapach.
Za sprawą charakterystycznej herbacianej nuty pokrewny Cedarwood Tea i Russian Caravan Tea. Dzięki dzikiej nieco zieloności przypominający Black March. Oraz jeszcze parę innych zapachów tej firmy, ale pominę wyliczankę, bo w kraju, w którym zdobycie próbki opisanej jako IHP wymaga sporego przedsięwzięcia logistycznego (albo sporych nakładów) - byłoby to mało sensowne. Z resztą, to w ogóle mało sensowne. ;-)
Typowość Just Breathe objawia się również tym, że o ile otwarcie robi wrażenie dość bezpiecznie perfumeryjnego, to rozwinięty, rozgoszczony na skórze zapach prosto w nos oświadcza nam, że jego ojcem jest dziwak Brossius, który we flaszkach dziki gon zamyka i na śnieg poluje.

Ale po kolei.
Najpierw jest świeżo i klasycznie. Listki zielonej herbaty, zielone pędy bambusa, ślad zielonych wąsów winorośli wnoszących w otwarcie zapachu miłą, w owocowy sposób kwaskowatą nutkę. Podejrzewałabym jakiś cień kwiatowych pąków, ale to nie w stylu Brosiusa, więc zakładam, że to olejek herbaciany rozwinął się w tym towarzystwie w tak urodziwy sposób. Ogólne wrażenie jest takie, że wreszcie IHP wypuściło coś normalnie ładnego.

To lekkie, odprężające otwarcie ułożone jest, jak na wielkiej tacy, na cedrowej bazie znanej mi już ze wspomnianych wcześniej herbacianych kompozycji tej firmy.
W miarę upływu czasu ołówkowa suchość cedrowego drewna ewoluuje w sposób łudząco przypominający Cedarwood Tea i po dwóch - trzech godzinach Just Breathe staje się bratem bliźniakiem Cedrowej Herbatki. Wychodzi na to, że Brosius lubi nietypowe połączenie herbaty z ciemną nutą drzewną.

Nie dziwi więc, że postanowił to sprawdzone zestawienie wykorzystać do promocji firmy. Oczywiście nie ma niczego złego w promocji. Zastanawiam się jednak, na ile zapach ten jest rzetelną, twórczą kompozycją, a na ile po prostu realizacją zamówienia na niezbyt dziwny zapach z niezłym bajerem?
Bo wydaje mi się, że tym razem Brosius poszedł trochę na łatwiznę wykorzystując wzorzec, który dobrze się sprzedał ledwie parę miesięcy wcześniej w Russian Caravan Tea: świeże otwarcie, herbaciany trzon, drewienko w bazie.
W efekcie powstała kompozycja, która nie szokuje, nie odrzuca, ale też jakoś nie zachwyca. Taka bardzo przyzwoita wizytówka firmy. Może tak miało być?

Za to nazwa... Nazwa jest piękna!


Ostatecznie Just Breathe jest prosty i urodziwy. Przyjemny i bardzo "noszalny".
Dla porządku muszę jednak przyznać, że bardziej konsekwentna, ciemniejsza wersja z 2006 roku jest mi bliższa. W przypadku zapachów tak mocno ewoluujących od świeżości do drzewności jak Just Breathe czy Russian Caravan Tea następuje u mnie dysonans poznawczy - nie potrafię znaleźć okazji i nastroju na tak zmienne zapachowe odzienie.


Data powstania: 2005
Twórca: Christopher Brosius

Nuty zapachowe:
liście bambusa, japońska zielona herbata, trzy rodzaje cedru i odrobina kadzidła

niedziela, 21 grudnia 2008

I Hate Perfume Fire From Heaven


Ani ogień, ani z niebios

Ogień Z Niebios I Hate Perfume nie jest "Ogniem z niebios" Mary Renault, od której to fascynującej opowieści o młodości Aleksandra Macedońskiego zwykle wywodzi się nazwę tych perfum. Nie ma w nich tego rodzaju dramatyzmu. Brak kontrastów i nieoczekiwanej zmienności.
Nie odnajduję w tym zapachu ani ogólnego nastroju, ani żadnej z kluczowych postaci tej (świetnie na język polski przez Marka Michowskiego przełożonej) powieści, choć uwiedziona skojarzeniem starałam się jak mogłam.

Fire From Heaven to nie jest ogień z niebios" w wersji miotanych przez bogów gromów z jasnego nieba.
I nie jest również zapachem burzy z piorunami, niepohamowanego żywiołu obracającego w perzynę okręty, domostwa i ludzkie poczucie bezpieczeństwa.

Więc jak Eliasz na ilustracji Gustawa Dore'a pytam:
- Panie, gdzie u licha ten ogień?!

Fire From Heaven jest, jak na kadzidlaka, zapachem dziwnym (pcha mi się to określenie na klawiaturę nachalnie i trudno je przepłoszyć). I to zdziwienie jest odczuwane tym mocniej, im większe kadzidlane "zaplecze" ma wąchający. Bo po lekturze nut człowiek spodziewa się zapachu ekspansywnego i ostrego. Tytana na miarę Incense Normy Kamali, albo przynajmniej typa w rodzaju Cardinala Heeleya. A tymczasem nic podobnego.

Oczekiwana ognista zemsta Brosiusa okazuje się w istocie chłodnym dymem, łagodnym obłokiem, wystygłym, ale wciąż rozgrzewającym serce popiołem domowego ogniska, do którego wraca się po długiej wędrówce. Jest ledwie śladem po ogniu i to nie na niebie, ale właśnie blisko, bardzo blisko ziemi.

W ogóle nie robi wrażenia celowej kompozycji, jakiegoś intelektualnego konstruktu, wydumanej koncepcji.
Pachnie naturalnie. Pierwotnie. Jak rozsypane na gołej ziemi nie do końca spopielone żywiczne grudki, jak zwęglone w żarze drewniane klocki, jak jasne, kruche płatki zmiętych w objęciach ognia liści.
Ma w sobie tę niebolesną goryczkę czystego popiołu łączącego się w ustach ze słonym smakiem chleba, który wpadł do ogniska i został z niego wyłuskany sczerniałym patyczkiem. Zawiera nutę szczególnej słodyczy charakterystyczną dla żywej tkanki i jakkolwiek dramatycznie by to określenie nie brzmiało - jest to zapach oczywisty jak Natura. Natura pisana z wielkiej, pełnej szacunku litery.

I może dlatego ucieszyłam się, kiedy doczytałam, że zapach ten ma także drugą, bardziej odpowiadającą moim odczuciom, nazwę.
Należy bowiem do kolekcji Archetypów I Hate Perfume zawierającej jedenaście pierwotnych woni uznanych przez Christophera Brosiusa za wzorcowe, wspólne dla całej ludzkości:
CB Archetype No.1 (ocean) Eternal Return
CB Archetype No.2 (pola) White Horse
CB Archetype No.3 (dym) Fire From Heaven
CB Archetype No.4 (las) Wild Hunt
CB Archetype No.5 (miód) Ancient Evenings
CB Archetype No.6 (kwiat/róża) Allegory of Luxury
CB Archetype No.7 (owoc) Realm of the Mothers
CB Archetype No.8 (herbata) Iron Goddess of Mercy
CB Archetype No.9 (winorośl) Unbound
CB Archetype No.10 (figa) Revelation
CB Archetype No.11 (skóra) Angelic Conversation

Widzicie?
Ten zapach naprawdę nazywa się Smoke. Po prostu Dym.
Dym dymny, nieognisty, chłodny, łagodny, bez nuty wędzarniczej charakterystycznej dla innych znanych mi dymnych kompozycji Brosiusa.

"Fire From Heaven" to chwyt marketingowy, efektowna przykrywka po uniesieniu której dopiero mamy szanse dotrzeć do prawdziwej istoty zapachu.
I w tym ujęciu, bez efekciarskiej nazwy i budzonych przez nią oczekiwań Trzeci Archetyp z kolekcji I Hate Perfume jest tym, czym być powinien.

Data powstania: 2008
Twórca: Chroistopher Brosius

Nuty zapachowe:
kadzidło frankońskie, mirra, opoponaks, cedr, drewno sandałowe, żywice styraks i labdanum

sobota, 20 grudnia 2008

Donna Karan Essence Labdanum


Ta recenzja pojawia się tu niejako naturalnie - tak musiało być.
Po tym, co pisałam o Incense Normy Kamali można by odnieść wrażenie, że nie lubię zapachu labdanum. Przyznaję, że kiedy wytrzeszcza na mnie swoje podkrążone oczy Sfrustrowana Norma, kiedy za uchem wyje mi wiatr w zgwałconym czystkowym gaju - samej przychodzi mi do głowy taka myśl. Ale przeganiam ją czem prędzej, bo tak naprawdę nie o labdanum tu chodzi, tylko o osobistą niechęć do tej pani...

O samym labdanum zaś mogę napisać sporo ciepłych słów i nie ma chyba lepszego ku temu pretekstu, niż urzekające single note z serii Essence Donny Karan.
O ile oczywiście zapach zawierający w sobie jednocześnie wiotkie, łamane gałęzie, ciemną, dartą pasami korę, gęstą żywicę i jedwabną wiotkość pogniecionych kwiatków można nazwać jednonutowcem.

Labdanum z serii Essence to zapach, który który z powodzeniem określić można, jako ładny, ale doprawdy trudno uznać za łatwy.
Pomimo chwytającej za serce "kompletności", pełni zapachowego spektrum osiągniętego przez twórczą eksplorację możliwości jednej tylko rośliny, ciągle jest to jeden, szczególny, nietypowo pachnący krzew. I to jest fascynujące.

Głównym składnikiem, trzonem zapachu jest niewątpliwie żywica. Ciemna, lepka, opornie i boleśnie niemal zasychająca w chłodnym powietrzu, jak gdyby tworzyła skorupę oddzielającą od zewnętrznego świata. Żywica w Labdanum jest zamyślona - ale nie zamyślona jak gapa albo sentymentalna idiotka. Żywica w Labdanum rozważa ważkie kwestie filozoficzne, duma nad istotą wszech rzeczy, kontempluje kosmos.

Kiedy już olśni nas czysta filozofia czystkowej krwi zaprasza nas Labdanum do współfilozofowania. A ponieważ nie jest ani ascetą, ani szczególnym cynikiem, umila nam wspólne chwile miękkością nut balsamicznych (balsamiczne nuty w Labdanum są kwintesencją balsamiczności), relaksującym zapachem drewna i nawet niezwykle na tym tle brzmiącym aromatem delikatnych, jasno odcinających się na nasyconym barwą tle kwiatów skalnej róży (cistus ladanifer i cistus creticus to gatunki krzewów należące do rodziny zwanej rockrose).

Z czasem pojawiają się skórzane nuty dartej z gałązek kory. Nie jest to jednak kora darta boleśnie płatami, jak skóra darta z torturowanego człowieka, ani skóra zdzierana z zabitego zwierzęcia - kora z czystkowych gałęzi w tym zapachu zostaje zdjęta łagodnie i bezgłośnie, jak gruba skóra z banana, która chętnie i bez wyrzutu ukazuje nam miękki owoc. I tak właśnie mięsista kora tego niezwykłego krzewu odsłania nadspodziewanie jasne drewno. Lśniące, świeże i aromatyczne.

W miarę rozwoju zapachu spływamy wraz z pojedynczą, coraz twardszą kroplą żywicy wzdłuż gałązek i coraz grubszych gałęzi aż do pnia i dalej w dół. Kompozycja traci na ostrości, ciemnieje, wygładza się, wypełnia jak spichlerz zbożem i, jak bogowie tworzący nasz mały, krótkotrwały zapachowy porządek widzimy, że jest to dobre.

U schyłku zapach "poci się" nieco w taki szczególny, piżmowy sposób. Nie jest to nuta uciążliwa, jednak w jakiś sposób niekonsekwentna - "niegodna filozofa". ;-)

Labdanum jest miłym towarzyszem, a gawędzenie z nim o gnozie, o idei, o różnicach między ontologicznymi pewnikami a subiektywnym episteme jest jednocześnie stymulujące i relaksujące. Bo Labdanum nie naciska i nie atakuje. Ale rzeczywiście, wyostrza umysł.
Niestety, ten stan skupienia nie trwa zbyt długo.


Data powstania: 2005
Nuty zapachowe: labdanum


Ilustracje do tekstu:
2. Rembrandt "Philosopher in Meditation"
3. Rembrandt "Philosopher reading"

środa, 17 grudnia 2008

Donna Karan Essence Wenge

Wenge to jeden z zapachów serii Essence, w której skład wchodzą cztery ulubione zapachy Donny Karan: lawenda, jaśmin, labdanum i drewno wenge właśnie.
Wedle informacji producenta to single note czyli zapachy jednonutowe, zawierające jeden tylko, zdefiniowany nazwą składnik (nie wiem, czy to wynik halucynacji, że dokopałam się w nich czegoś więcej) i przeznaczone zarówno do noszenia samodzielnie, jak i do mieszania wedle uznania nosiciela.
Ponieważ Wenge jest jedynym zapachem z tej serii, jaki naprawdę lubię - nie będę rozświetlać go dodatkiem labdanum, ani tym bardziej jaśminu, czy lawendy. Przyznaję jednak, że do wysładzania, pogłębiania i łagodzenia brzmienia zapachów drzewnych nadaje się doskonale. Nie o własnych koncepcjach jednak dziś będzie, lecz o Wenge w czystej, nieskażonej miksami postaci.


Zanim poznałam ten zapach wyobrażałam sobie, że będzie to wyekstrahowana z Black Cashmere moja ukochana, głęboka nuta drewna wenge, bez przyprawowo - waniliowej otoczki.
I wiecie co?
To jest właśnie ta słodka nieomal, pięknie drzewna nuta doprowadzona do absolutnej, oszałamiającej perfekcji. Wydobyta do przodu, wyciągnięta w górę i sięgająca w głąb. Rozciągnięta w przestrzeni i czasie. Otulająca, osnuwająca jak miękki kokon - pierzynka, sprawiająca, że kiedy zamkniemy oczy, ciemność pod naszymi powiekami (analogia z Black Cashmere celowa) przestaje być ciemnością zwykłą, a staje się czarnym aksamitem.

Gdybym miała opisać ten drzewny aromat bardziej szczegółowo, bardziej wielowymiarowo, niż tylko przez analogię z Black Cashmere, pokusiłabym się o porównanie szczególnego nastroju Wenge ze zmrokiem po letnim dniu opisanym w recenzji Gaiac - jest w tym miękkim drewniaku sygnowanym przez Donnę Karan wyraźna nuta słodkiego gwajakowca przyciemniona równie przyjaznym, łagodnym dymem. Jest w nim coś z lśniącej, atłasowej gładkości pobrzmiewającej w Mahogany i czyniącej ten zapach tak nierealnie pięknym.

Ogólnie jednak nie jest Wenge kompozycją szczególnie skomplikowaną. Delikatne nuty dymne, dużo cywilizowanego drewna, krztyna miałkich przypraw (z wyraźną nutą szafranową) i odrobina trzcinowej melasy ułożone na ciepłej ambrowej bazie tworzą zapach spoisty, jednolity, względnie statyczny, a jednak właśnie przez tę wszechogarniającą aurę spokoju, leniwego bezruchu - piękny.

Zwykle zapachy działają na mój mózg jak pokrętło katarynki na to niezwykłe urządzenie: zakręcisz korbką, a tu cała plejada dźwięków, barw i obrazów. Dzwoni, buczy, brzęczy, błyska, miga, coś tam się rusza i przesuwa, nawet papuga skrzeczy wyciągając dadaistyczne poematy z kapelusza... A tu? Nic takiego się nie dzieje. Wenge wycisza, skłania do zamknięcia oczu i zachwycenia się aksamitem pod powiekami, do podążania za spokojnym wdechem wypełniającym płuca, do ciepłego pożegnania z wydechem. Spokój.

Wenge to zapach na chwile, godziny i dni, kiedy jesteśmy sami i kiedy lubimy siebie.


Data powstania: 2005
Twórca: Rodrigo Flores-Roux

wtorek, 9 grudnia 2008

Norma Kamali Incense


Nie wiem, czy nie narażę się na gromy i baty tym tekstem, ale mimo najszczerszych chęci, pełne zachwytu pienia nie przejdą mi przez gardło, nie wyduszę ich ze swojej klawiatury.

Incense Normy Kamali to zapach potężny - to prawda. Potęga jego jednak nie jest potęgą budzącą podziw, lecz raczej przygniatającą, wciskającą w ziemię, kładącą się ciężko na barkach. Zapach nie zapiera tchu w piersi, lecz wydusza go z niej. Nie ma kształtu - jest ciężarem samym w sobie, niezidentyfikowanym bałwanem ponurym jak Buka. Albo jak Otchłań u Leśmiana gdy "(...) szuka, węsząc bólem, parowu lub jaru, Aby go dopasować do swego bezmiaru (...)"*

I ja wiem dlaczego nie czuję tego zachwytu i respektu, który czuć powinnam. Otóż dlatego, że to wcale nie jest zapach kadzidła. A przynajmniej nie kadzidła frankońskiego, nie kadzidła ziołowego, nie kadzidła leniwie pełzającego w powietrzu i ocierającego się o skórę, nie kadzidła otulającego ciało i mamiącego zmysły wonnym obłokiem.
Incense Normy Kamali to lepka, brudnobrązowa, zasychająca w powietrzu żywica labdanum wydarta z unicestwionego czystkowego gaju, brutalnie i bezcelowo zmienionego w stertę konających w dusznym powietrzu gałązek, listków i kwiatów... Bardzo podobne zestawienie nut proponuje nam Donna Karan w Labdanum ze swojej serii Essence, jednak w tamtej kompozycji nie uwiera mnie to wrażenie bezsensownego wandalizmu, które odnoszę wchodząc do zrujnowanego gaju Kamali.

Incense to także zapach gryzącego w nos palonego kminu - nasion drgających w psychopatycznie spokojnym żarze jak małe robale, zwijających się z bolesnym sykiem w czarne, gorzkie zwłoczki.
Oto dwie nuty, które sprawiają, że noszone globalnie zamiast mnie radować - mierzi po prostu.

Poza tymi brązowymi trupami wyczuwam w Incense żywicę kopal w stężeniu zbliżającym odbiór zapachu do cierpkości czerwonego wina, żywicę drzew iglastych i mirrę - wszystkie palone szybko, gwałtownie, na popiół. Wyczuwam dodającą zapachowi gęstości, utrzymującą składniki przy sobie jak wiązania atomowe miodowo ostrą nutę opoponaksu. Doceniam suchy cynamon zdający się ledwie kruchym płatkiem spękanej kory na tym mocarnym tle. Podziwiam niezwykle wkomponowaną w te ostre, bolesne nuty słodycz.

Jest Incense szczególnym połączeniem suchego, osiadającego w płucach dymu gryzącego w oczy jak palone podkłady kolejowe z wilgotną, lepką, zostawiającą brudne, trudne do usunięcia ślady żywicą. Połączenie niezwykłe, a w zestawieniu z morderczą mocą zapachu naprawdę wyjątkowe.

A jednak nie jest to towarzystwo, którego pragnę.
Bo Kadzidlana Norma jest postacią tragiczną, pożeraną przez własną rozpacz. Jest jak Tamora z szekspirowskiego "Tytusa Andronikusa", która poświęca swe życie i człowieczeństwo dla bezgranicznie okrutnej zemsty; jak Zła Królowa z Baśni o Królewnie Śnieżce czująca jak chłodne palce starości nieuchronnie odzierają ją z tego, co jest dla niej najwyższą wartością; jest potężna i jednocześnie bezradna jak Bavmorda z "Willow", która w pogoni za potęgą traci jedyny jasny promień swego życia. Incense Normy Kamali to wszystkie te potężne i tragiczne postaci w chwili, kiedy rozpacz wyżera im serca, kiedy wiedzą już, że jedynym, czego w życiu doświadczą jest wieczna gorycz porażki, której nie osłodzi ani władza, ani bogactwo, ani zadawanie bólu...

Chciałabym móc postrzegać kadzidlanego potwora stworzonego przez Kamali jako gorzko doświadczoną, ale jednak dumną i zwycięską Budykę (Boadiceę), ale niestety: potworność tej kompozycji polega właśnie na tym, że pożera się sama, że niszczy ją własna moc i żądza posiadania, że zamiast płonąc olśniewać - pyszni się bez wyczucia pasożytując na nosicielu i nie dając radości.

Jeśli więc piszemy o kadzidłach demonicznych to owszem, oto najbardziej piekielne ze znanych mi kadzideł. Jest w nim porażka ostateczna, gorycz bez nadziei, niszcząca bezsilność. Gdyby istniało piekło, to żadne wywijające ogonami smoliste diabły z widłami w sękatych łapach nie mogłyby był straszniejsze, niż to.

Data powstania: 1983

Nuty zapachowe:
żywica kopal, żywica sosnowa, labdanum, galbanum, mirra, kmin, opoponaks, kadzidło świerkowe, cynamon, kardamon, pieprz, drzewo sandałowe, żywica elemi.

* Bolesław Leśmian "Otchłań"

Na ilustracjach:
Jessica Lange jako Tamora w "Tytusie Andronikusie" Jane Howell
Jean Marsh jako Bavmorda w "Willow" Rona Howarda

poniedziałek, 1 grudnia 2008

Frederic Malle French Lover / Bois d'Orage

To zapach, do którego "zabierałam się" chyba najdłużej ze wszystkich. Trudno mi twierdzić, że tekst jest dobry, ani nawet, że jest na temat, ale lepszego na razie z siebie nie wyduszę w tym temacie. Tak więc ciąg dalszy koncertu życzeń - niechaj "tłumy" już nie czekają, oto mała porcja erotycznych fantazji na dziś. ;-)
Fav, Santorio - dobrej zabawy.


O, kochanku moich dwudziestu siedmiu zmysłów!*

Jeśli istnieją perfumy dla mnie fizycznie podniecające i skupiające uwagę jak dotyk - oto one.
Francuski Kochanek.
Nazwa żałosna, a jednak zapach powoduje, że nawet ona nie śmieszy.
Bo French Lover jest jak erotyczny dżin zamknięty w niepozornej flaszce.

Tyle się naczytałam opinii, że French Lover nie jest zapachem dla kobiety, że to najbardziej męskie z perfum, że piękne, ale na mężczyźnie. Widziałam nawet jakieś herezje, że pachnąca nimi kobieta przestaje być kobietą... I powiem jedno: psinco prawda!
Dowodem dla niedowiarków (bo mnie dodatkowych dowodów nie trzeba) niech będzie fakt, że kiedy wypełniłam ankietę na stronie Frederica Malle ich dyżurny nos, świadom przecież, że jestem kobietą, wybrał dla mnie właśnie ten zapach. I choć znając perfumy tej firmy tylko z opisów, rozczarowana byłam, że nie jest to okrzyczany powszechnie Musc Ravageur dziś nie zamieniłabym mojego perwersyjnego alter ego na nieokrzesanego Frycka.


French Lover może być równie dobrze Kochankiem jak Kochanką.
Nie jest dziewczynką, kobietką tak samo, jak nie jest chłopcem, pacholęciem. Jest uosobieniem świadomej seksualności, dojrzałej mocy.

Pisałam już, że Burzowe Drzewa to najniezwyklejsze z kadzideł i nie zamierzam wycofywać się z tego.
Kadzidło zielone, a jednocześnie parne i wilgotne wilgocią ciepłą, cielesną. Kadzidło mięsiste i pełne żywotnej siły jak młode pędy dźgające niebo, tajemnicze jak napój miłosny, mroczne jak myśl o tym, co po jego wypiciu wydarzyć się może na miękkim mchu.
Bo, mimo braku mchu w nutach, jest to zapach "mszysty" jak żaden inny chyba. I właśnie to połączenie wilgotnego wetiweru i grubego jak dywan mchu ze słodkim kadzidlanym dymem nadaje mu tej oszałamiającej cielesności. Nie wyczuwam kwiatów. Nuty przyprawowe czają się w półmroku i zamiast zaostrzać zapach wypełniają go, zwiększają jego ciężar tak, że osiada na skórze niemal dotykalnie pełznąc po karku, zsuwając się między piersi. Nawet nuty drzewne w bazie zapachu pobrzmiewają erotycznie ludzkim echem każącym podejrzewać, że do przeciwnej, niewidocznej strony grubego cedrowego pnia przylegają czyjeś nagie plecy i pośladki.

Jest French Lover zdejmowaniem odzienia - powolnym, płynnym, bez wahania i w wiadomym celu.
Jest braniem - nie oddawaniem się.

Zaspokajaniem pragnień w parną noc, gdy powietrze jest gęste od erotycznego napięcia, świerszcze zamilkły z wrażenia, a dym z ogniska pełza nisko nie chcąc wcale wznieść się nad pełną pulsującego życia ziemię.
Gniecione gwałtownie trawy szeleszcząc wydzielają sok, bezwstydnie nagie ciała lgną do siebie wzajemnie, dłonie świadomie szukają rozkoszy, a ruchliwy, wilgotny język niezmordowanie przeszukuje skórę odnajdując najwrażliwsze jej obszary.
Nie jest bohater tej opowieści kochankiem dzikim, niepohamowanym; nie należy do tych, którzy drżącymi rękami szarpią sprzączki i guziczki, lecz jest z gatunku tych, którzy posiedli umiejętność przeciągania rozkoszy w upojną i jednocześnie nieznośną nieskończoność.

(...) ty słodkie
zielone zwierzę, kocham ci!**


Data powstania: 2007
Twórca: Pierre Bourdon

Nuty zapachowe:
ziele angielskie, galbanum, arcydzięgiel, irys, cedr, wetiwer, paczula, kadzidło, piżmo.

*O, kochanko moich dwudziestu siedmiu zmysłów! - "Do Anny Blume" Kurt Schwitters
** tamże

wtorek, 25 listopada 2008

Josef Statkus Eau de Parfum


Beata wywołała mnie do odpowiedzi i oto jestem.
Niestety, obawiam się, że nie będzie to odpowiedź, na jaką miałaś nadzieję, albowiem zaprawdę powiadam Ci, nie zdobył mojego serca Piękny Józek.
Tak sobie dumam, że chyba jako ostatnia z ostatnich napiszę słów parę o tym zapachu, bo każdy niemal perfumoholik już to zrobił. A mnie się jakoś zupełnie nie chciało...


Juozelli - Ostatni Kastrat

Historię Pięknego Józka bezwzględnie należy zacząć opowiadać od początku. Nie od środka, nie od końca, lecz od początku właśnie, bo ów początek to dziwowisko, jakiego dalej już nie będzie.
Otóż początek tej pachnącej opowieści to wcale nie kadzidło, lecz przyprawy i zioła. Gorzkie, apteczne, z lekarstwianą nutą wydobywającą z mroków mej niepamięci pewien super hiper tonik "z tysiąca ziół", który moja mama uważała za panaceum na wszystkie choroby ciała, duszy i okolic. Pamiętam doskonale zapach tego płynu w przezroczystej buteleczce z zieloną etykietką, albowiem natarta zostałam nim wielokrotnie, mimo protestów.

Po pierwszym, leczniczym powiewie pojawia się typowy (typowy na mojej skórze) efekt połączenia jaśminu z paczulą - nuta słodkiej stęchlizny.
Ale nic to, bo oto nadchodzi... Kadzidło.
Kadzidło?!
Coś, co mogłabym nazwać oględnie nutą chłodnego kadzidła katedralnego gdyby nie fakt, że to nie jest żadne kadzidło tylko osławiona avignońska mokra szmata, której paradoksalnie w Avignon nie czuję wcale, zaś tu właśnie zaśpiewała pełnym, szmacim głosem.
Mydło - kadzidło jeszcze zniosę, ale tego ci już, Józek, naprawdę nie daruję: wywleczenia z kadzidła ściery, której wcześniej nie było.

Te początkowe zawirowania akcji nie trwają na szczęście długo i po kwadransie nasz niesforny bohater zaczyna stawać się już dokładnie tym, kim być powinien i kim zostanie do końca: Pięknym Józkiem.
Josef Statkus edp, zwany z litewska Juozasem Statkeviciusem to wystygłe bardziej, niż chłodne, kwiatowe kadzidło na bezpiecznej drzewno-ambrowo-piżmowej bazie. Dodatek kolendry, wbrew moim oczekiwaniom, nie dodaje mu charakteru, lecz uszczelnia kompozycję, czyni ją jeszcze bardziej krągłą, akuratną.
Bo kadzidlany Józef to typ asekuranta gotowego każdemu pokazać miłą twarz, z wszystkimi się zgodzić i w każdej sytuacji wyglądać "właściwie".
Chce być jednocześnie kadzidlany, a więc charakterny, ale i ułożony jak najprzyzwoiciej. Ma ambicje czaić się w olfaktorycznym półmroku, ale jednak wychyla się z niego, bo przecież w ciemności nie widać jak świetnie skrojony ma fraczek. Chciałby kusić, wdzięczyć się i czarować, ale skraść całusa się nie zdecyduje, bo a nuż cylinder spadnie. Ani on pogodny, ani zadumany, ani czarujący, ani wyniosły, ani kobiecy, ani męski.

Można by twierdzić, że Statkeviciusowi udało się stworzyć kadzidło eleganckie, ale czy nie brzmi to trochę jak oksymoron? Bo mnie się wydaje, że kadzidła w Pięknym Józefie jest w sam raz tyle, żeby człowiek o tradycyjnym guście uznał zapach za dziwaczny, a spragniony dziwadełka wielbiciel niszowców poczuł się rozczarowany.
W rezultacie powstał nam swego rodzaju antyfenomen - kadzidło asekuranckie, wyważone, słodko-gorzkie, bez wyraźnego charakteru, po prostu "bez jaj".

Taki Juozelli - Ostatni Kastrat.
Niby brzmienie piękne, ton czysty, technika nienaganna... Ale jakoś nie podnieca.

Trwały nieziemsko, ale przecież mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy, a nie jak długo kończy...


Rok powstania: 2006
Twórca: Fabrice Pellegrin

Nuty: jaśmin, paczula, kolendra, kadzidło, ambra, drewno kaszmirowe, wanilia, benzoes, piżmo


Ilustracje do tekstu:
1. Kadr z filmu "Farinelli: ostatni kastrat" Gerarda Corbiau
2. Carlo Brosch "
Kastrat Farinelli"
3.
Carlo Brosch "Farinelli"

piątek, 21 listopada 2008

Parfum d'Empire Aziyade

Mottem tej recenzji niechaj będzie:
Careful what you wish - you just may get it.*
Dla tych, którzy prosili o recenzję Aziyade. ;-)


Aziyade to jednocześnie tytuł bogatej w motywy autobiograficzne powieści Pierre'a Loti i imię rzekomo największej jego życiowej miłości - mieszkanki jednego z tureckich serajów. Ponoć Loti przez całe swoje życie nosił na palcu pierścień z wygrawerowanym jej imieniem.
Historia tyleż romantyczna, co dziwaczna, bo wedle niektórych biografów Aziyade była postacią fikcyjną służącą Lotiemu jedynie jako przykrywka dla homoseksualnego romansu z własnym sługą.


Marc-Antonio Corticchiato - twórca marki Parfum d'Empire zapewnia, że Aziyade to najbardziej prowokujący zapach w historii perfumiarstwa. Kwintesencja erotyzmu zawierająca w sobie afrodyzjaki wszystkich kultur świata.
Przegiął facet.

Może i w tej flaszce rzeczywiście upchnięte zostały wszystkie afrodyzjaki świata z hiszpańską muchą, cebulą, smardzami i kozim serem włącznie, ale kto powiedział, że to dobrze?!

Nie zamierzam odmawiać nowemu produktowi Parfum d'Empire oryginalności (choć spotkałam się z zarzutami, że to zapach żywcem rżnięty z Dinner by Bobo, którego nie znam niestety), ale każda wzmianka o urodzie klinuje mi się w klawiaturze. Bo jest to zapach (jak mawiała moja babcia) "natkany" do bólu, przedobrzony, tworzący z wielu pięknych nut kakofoniczną kompozycję będącą dla mnie uosobieniem przesytu, braku umiaru. Tak, jak jeden nagi człowiek jest (bywa) piekny, jak piękna jest naga para, czasem trio, tak stłoczony nagi tłum nie jest już erotyczny, lecz żałosny. I to się właśnie przytrafiło składnikom spacyfikowanym we flaszkach Aziyade.

W otwarciu zapach jest skoncentrowany, cierpki ponad wyobrażenie, żrący w nos kminem gniecionym, żutym garściami, na sucho...
Syntetyczne, gorzkie nuty mogące być skutkiem połączenia żywicy, kadzidła i diabli wiedzą, czego jeszcze z kandyzowanymi owocami, układają się w coś, co nieodparcie kojarzy mi się z zapachem woszczyny - tej żółtawej substancji, którą można sobie wydłubać z ucha, a która wryła mi się w pamięć przy okazji Fasolek Wszystkich Smaków z cyklu o Harrym Potterze. A może to po prostu zapach potu, który zostaje na noszonych kilkukrotnie koszulkach?
I w tej otwierającej fazie wcale nie zdaje mi się kobiecy. Bardziej, niż delikatną mieszkankę haremu przywodzi mi na myśl owłosionego tragarza (noszącego przez cały roboczy tydzień wory kminu, oczywiście).

W miarę upływu czasu udało mi się spod traumatycznego kminu wygrzebać zapach owoców - głównie daktyli, ciemny, suchy cynamon, gęstą żywicę. Z czasem pojawia się przytęchława, ale interesująca nuta paczuli oraz rzeczywiście absolut wanilii rozmydlony nieco piżmem. Z dystansu zapach zdaje się słodszy, niż wąchany tuż przy skórze. Nie jest to jednak nic, dla czego warto byłoby się tak męczyć. Szczególnie, że kminowy potwór ciągle czuwa...

Najsmutniejsze jest to, że kiedy już skończyłam recenzję i przestałam skupiać się na zapachu, już w łóżku próbując zasnąć ciągle czułam woń nieświeżego ciała. Bez wątpienia kobiecego, skropionego orientalnymi perfumami, ale... niemytego po prostu. I to ja tak pachniałam. Choć daję słowo - kąpałam się ledwie trzy godziny wcześniej. Tak sobie pomyślałam, że dla kogoś o upodobaniach podobnych do Sobieskiego to rzeczywiście mogłaby być erotyczna woń.

Jestem pewna, że na mój odbiór zapachu spory wpływ ma fakt, że nie cierpię kminku i niechże będzie to moim oficjalnym usprawiedliwieniem.
Jednak ani kmin, ani kminek nie jest wystarczającym wytłumaczeniem reakcji, jaką wzbudza we mnie ta kompozycja. Jest przecież multum kminu w lutensowskim Arabie, w pięknej Terre de Sarment Frapina, czy w Idole de Lubin. Jest ciemny, wyraźny kmin w moim ulubionym Black Tourmaline... Ale to, co udało się z tego kminu wyciągnąć Corticchiato przekracza moje dotychczasowe wyobrażenia o tym, jak paskudny może być jego zapach.
Ogólnie ten "najbardziej prowokujący zapach świata" prowokuje mnie główne do panicznego galopu do łazienki. W celu mycia, a jakże...


Data powstania: 2008
Twórca:
Marc-Antonio Corticchiato

Nuty zapachowe:
granat, kandyzowane daktyle, migdały, pomarańcze, suszone śliwki, cynamon, kmin egipski, kadzidło frankońskie, imbir, chleb świętojański, paczula, wanilia, absolut wanilii z Madagaskaru, żywice, piżmo, czystek marokański

*Metallica "King Nothing"

czwartek, 20 listopada 2008

Czym właściwie jest perfumeryjna nisza?



Pytanie tyleż oczywiste, co trudne. Z mojego punktu widzenia dość akademickie, ale skoro istnieje takie pojęcie i skoro to właśnie niszowe zapachy przeważają w moich zbiorach i królują na mojej skórze - powinnam chwilkę się przy nim zatrzymać.

Początkowo myślałam, że sprawa jest prosta.
Mając już pewne pojęcie o zapachach mainstreamowych i, przyznaję, będąc rozczarowana "jednokopytnością" oferty Sephor i Douglasów zaczęłam szukać czegoś, co i w zakresie olfaktorycznych doznań zaspokoi moje pragnienie:

(...) chcę, by mnie życie podarło,
Potargało piorunem wichury,
Niechaj wpija we mnie kły, pazury
I drapieżnie mnie chwyta za gardło. *

I oto zetknęłam się z zapachami Comme Des Garcons. A była to seria Incense...

Nie przez przypadek bynajmniej i nie to jest powodem, dla którego to kadzidła zdobyły moje serce. Raczej odwrotnie - kadzidła pożądałam i to właśnie kazało mi szukać dostępu do zapachów, w których spodziewałam się je znaleźć.
Po serii kadzidlanej poznałam pozostałe dzieła (wielkie słowo, ale użyte rozmyślnie) CdG: serię Red, Leaves, Synthetic, nawet Sweet. I nabrałam wówczas przekonania, że perfumy niszowe to nowy, zapachowy kosmos, raj dla miłośników niezwykłych doznań, spełnienie marzeń perfumeryjnego dziwaka. Naprawdę byłam pod wrażeniem.

I jestem nadal... Ale nie do końca.

Bo po jakimś, wcale nie długim, czasie okazało się, że niszowe zapachy wcale niekoniecznie muszą być niezwykłe. A skąd? Ogromna część niszowców to zapachy, które z powodzeniem mogłyby stanąć na sephorowej półce i zadowolić "szeroki target". Różyczki Parfums de Rosine, Juliette Has a Gun, większość perfum Creed, czy zapachy takie jak kwiatkowe l'Artisany, duszne orienty Montale i mnóstwo innych rzekomo niszowych zapachów nie zdaje się wcale bardziej "nienormalna" niż Prada czy Agent Provocateur (nie mówiąc już o takich oryginałach Black Cashmere czy Gucci Pour Homme).

Tak więc oto podupadło moje przekonanie o tym, że kryterium niszowości jest niezwykłość.
Rzeczywiście pewna część niszowych zapachów to kompozycje nieakceptowalne dla "normalnego" odbiorcy. Dziwolągi udane lub nie.
Ale co wśród nisz robią zapachy typu Petit Cherie Annick Goutal czy Reflection Woman Amouage?
Zapachów CSP celowo tu nie używam jako przykładu bo to jednak jest ekstremum i nisza głęboka jak Jaskinia Krubera.

Drugim kryterium niszowości, z jakim się zetknęłam jest dostępność (czy raczej niedostępność).
Jest tu coś na rzeczy, ale nie czuję się przekonana do końca.
Bo czy dostępne w Douglasach Etro czy Lutensy przestały przez to być niszowe? Czy niedostępne w Niemczech zapachy Yves Rocher niszowymi się dzięki tej niedostępności staną?

Czasem myślę, że z niszą jest nieco jak z Haute Couture - rzeczywiście część tych kreacji (zapachowych lub tekstylnych) jest kompletnie nienoszalna dla normalnego człowieka. Ale pozostałe są wyjątkowe głównie dzięki swej unikatowości.
I tak, jak istnieją ludzie, których pociąga styl czy zapach bez względu na etykietę, tak są ludzie, którzy ulegają urokowi elitarności. W tym przypadku nisza spełnia rolę podobną jak limitowane serie czy sztucznie zawyżone ceny - pozwala poczuć się wyjątkowo.


Czy więc tak naprawdę jestem miłośniczką zapachów niszowych?
Nie.
Jestem wielbicielką woni drzewnych, dymnych, kadzidlanych.
Czy nabędę je w Sephorze, czy sprowadzę zza granicy - nie ma znaczenia. Chociaż...
Wprowadźcie mi Black Tourmaline do oferty kiosków Ruchu, a ja tym chętniej (i obficiej!) będę się nim zlewać. Tylko... kto to zniesie? ;-)

Pytano mnie kiedyś o zapach reprezentatywny dla tego, co nazywamy niszą i wierzcie mi - nie ma takiego.
Perfumy niszowe to bardzo, bardzo szerokie spektrum zapachów: od kwiatowych single note, przez kadzidła i przyprawy, na stricte chemicznych oparach skończywszy.
Nawet "w niszy" należy sobie znaleźć swoją własną niszę. Wyszperać w ofercie to, co jest "nasze".
I chyba na tym polega przewaga zapachowej niszy nad półką Douglasa - mamy większe spektrum możliwości, bogatszy wybór, spore szanse na znalezienie jeśli nie zapachowego Świętego Graala, to może zapachowej Świętej Zastawy?


Dla zainteresowanych: bardziej systematycznie i rzetelnie zajęłam się tematem w poście pod tytułem "O perfumach niszowych raz jeszcze". Zapraszam.


* Julian Tuwim "Krzyczę"
** Trzecia ilustracja: Rudolf Ernst "The Perfume Maker"
*** Czwarta ilustracja: kadr z filmu "Pachnidło" na podstawie powieści Patricka Suskinda

Parfums de Nicolaï Fig Tea

Ktoś mi ostatnio zarzucił, że figa I Hate Perfume cierpi na brak figowego towarzystwa wśród drewniaków i kadzideł na moim blogu. No cóż... Ponieważ lubię chłopca z Revelation, postanowiłam dorzucić mu nieco damskiego towarzystwa. Bo Figowa Herbatka Nicolai jest, bez wątpienia, dziewczyną, młodą kobietą. I to urodziwą. :-)


Zapach pozornie prosty, z suchej lektury nut - nisza pełną gębą, a jednak... Próżno tu szukać gniecionych liści, trzaskających gałązek, cierpkiej herbaty, gryzących w nos przypraw. To znaczy... Są figi, jest herbata, jest kolendra i nieco pieprzu, ale wszystko to złożone jest w bukiet nieco tylko rozwichrzony, wciąż jeszcze nadający się do wręczenia ukochanej.
Figa w Fig Tea jest wyraźnie owocowa. Yerba mate to napar esencjonalny, lecz przejrzysty. Z kolendry uszczknięto drobne kwiatki, a pieprz przypomina ten z Glorii. W bazie pobrzmiewa ślad, śladzik kwiatowej esencji paradoksalnie nadający tej jasnej kompozycji charakteru.
Nie jest to bynajmniej zapach zielony. Nie jest też słodko owocowy. Kojarzy mi się raczej z mocną, esencjonalną herbatą, schłodzoną i podaną w wysokiej szklance, o smaku złamanym jedynie odrobiną brązowego cukru. Połączenie lekkiego orzeźwienia z pobudzającą, intrygującą goryczką w tle.


Figowa Patricia stąpa lekko, stopy ma bose, a sukienkę zieloną. W przekrzywionym wianku, z koszykiem puchatych moreli przeskakuje drobne kamyki, smukłą dłonią unosi rąbek sukienki ukazując nieskazitelnie białą koronkę halki. Bo mimo pozornej niefrasobliwości - to dziewczyna akuratna i dobrze wychowana. Przekrzywiony wianek przekrzywionym wiankiem, ale dyskretny makijaż musi być perfekcyjny, a morele w koszyczku z pewnością zostały umyte. Rozumiecie?


Data powstania: 2000
Twóraca: Patricia de Nicolaï

Nuty zapachowe:
suszone figi, osmantus, kwiat dawana, absolut yerba mate, kolendra, jaśmin

niedziela, 9 listopada 2008

Waniliowy Bestiariusz

.
Pomysł przyszedł mi do głowy spontanicznie, ale nie bez pomocy.
Dlatego jest to post z dedykacją dla wszystkich Kusicielek namawiających mnie do recenzowania zapachów, których nie lubię.
A także dla mojego Koszmarnego Brata, który z poświęceniem współuczestniczył w okrutnych eksperymentach mających na celu weryfikację tej listy.


Oto Waniliowy Bestiariusz, czyli subiektywny i nie całkiem serio spis waniliowych potworów: tępych dusicieli, grubiańskich natrętów, grząskich ulepów i innych strasznych typów.
Nie jest on, bynajmniej, kompletny, ale oto, co przychodzi mi do głowy spontanicznie, kiedy pomyślę o wanilii, która zabija. ;-)
 


Hypnotic Poison
Christian Dior

Dziwny zwierz.
Niby przypomina Poison, ale z dusznego erotyzmu został tu tylko duszny.
Zapach robi wrażenie nieświeżego, stęchłego, przeterminowanego, ale mimo to wciąż jest to zapach, a nie smrodek.
Podkreślę raz jeszcze: naprawdę lubię wanilię. I w perfumach, i w potrawach - ta jest jednak zdecydowanie po terminie przydatności do... czegokolwiek.
Zapach Hypnotic Poison mnie nie hipnotyzuje, nie otula, nie upaja. Nie daje wrażenia ciepła, tylko zaduchu właśnie. I nie jest to zaduch kipiący seksem, spełnieniem i rządzą, jak w przypadku Poison, tylko zaduch zaduszny, jak Dzień Zaduszny, albo długo nie wietrzona, wilgotna sypialnia podstarzałego małżeństwa.
Może i jest w tym zapachu "coś"... Ale zdechłe, bo się udusiło.

Hypnotic Poison to kastrat.
I to nieżywy.

--------------------------------------

Dior Addict & Lolita Lempicka edp (proszę nie mylić z L de Lolita)

Miałam to nieszczęście, że oba zapachy testowałam nieomal jednocześnie. Duszne, grząskie, ciężkie jak hipopotam killery. Oba zniechęcające do oddychania. Skuteczni olfaktoryczni zabójcy - ze wskazaniem na Lolitę (pod względem morderczej skuteczności oczywiście).

--------------------------------------
Givenchy
Ange Ou Demon 

Nazwa tego zapachu to jakaś kpina!

Nie przestaje mnie fascynować, czegóż to spece od marketingu nie wymyślą, żeby sprzedać cienki produkt.
Choć przyznać muszę, że projektant falkonu odwalił niezłą robotę.

Zapach sugestywny. Bardzo nawet.
Kojarzy się nieodparcie z wielką kluchą zlepionych ze sobą, przechowywanych w foliowym, zawilgoconym woreczku komunistycznych landrynek. Piszę komunistycznych, nie zaś "postkomunistycznych" bo to takie landryny - widmo przeszłości. Długo w tym worze tkwiły, oj długo...

Jest więc w tym zapachu syntetyczna słodycz syntetycznie aromatyzowanych i syntetycznie barwionych bryłek, jest mdlący smrodek tych nie wiadomo po co dorzucanych do paczek białych landrynek o mętnym smaku woszczyny z ucha (słowo daję, że tam są!), jest lepka, pachnąca nieco jak zakalec w drożdżowym cieście nutka utworzona przez skraplającą się na cukierkach parę wodną i wreszcie zapach stęchlizny dający ten wilgotno - omszały "pierdek", który wybija się kiedy zapach się rozwinie i udaje... Bo ja wiem, co on udaje? Wyciąg z dębu? No pęknę ze śmiechu!

--------------------------------------

Escada Collection

Czy wiecie, jak czuje się człowiek siedzący w wannie ciepłego budyniu?
Nieeee?
To ja Wam opowiem.

Tkwi człek zadkiem w ciepłej mazi, odurzony wyziewami wanilii, karmelu, syropu klonowego i jakiejś cukrowej polewy do tego i zastanawia się czy wlezienie w ten syntetyczny, klejący ulep aby na pewno było dobrym pomysłem. To jest test nadgarstkowy Escady Collection.

Gorzej jeszcze, kiedy owa gęsta słodycz zaleje człeka globalnie. Zanurzony po szyję w wannie escadowego budyniu amator słodkości zauważa, że trudno jest oddychać tak gęstym, lepkim, mętnym zapachem. Escada jest nie tyle mdła, co duszna właśnie. I to jest test całościowy.

Przykre jest to, że zapach zamiast się rozwinąć, dać coś z siebie - trzyma człowieka w mętnej brei, która dodatkowo robi się z czasem coraz bardziej mdła i duszna.

Pierwsze nuty przypominały mi Vanille et Ambre E. Coudray, które mi się nie podobały. Teraz myślę sobie, że nie były takie znów złe...

Obrazowo:
EC to galon budyniu waniliowego zalany galonem syropu cukrowego okraszony cukrową polewą a na końcu posypany obficie cukrem wanilinowym (nie mylić z waniliowym proszę), skondensowany i upchnięty w buteleczki równie słodkie i subtelne jak ich zawartość.

--------------------------------------
Być może powinien się tu znaleźć któryś z waniliowych zapachów z Biblioteki Demeter, tyle, że niepokonany top ohydek Cotton Candy nie mieści się w tej kategorii, a rywalizować z nim nie sposób. Z resztą zjechałam go już tutaj.
I wystarczy. Testy kolejnych słodyczy tej firmy mogłyby mnie zabić.

--------------------------------------

Vanille Extreme 
Comptoir Sud Pacifique

Kwintesencja wanilii w stylu CSP.
Wanilina (nie mylić z wanilią!) tak skoncentrowana, że aż gorzka. Plastikowa atrapa aromatu wanilii, tania, chamska, boląca w nos.
Tak własciwie opis ten pasowałby do wszystkich waniliowych potworów... ups! wytworów tej firmy.
Zwykle jednak zapachy te mają jakieś otwarcie - coś, co pozwala "zahaczyć" je nosem i przetrwać bez mdłości pierwsze chwile w ich towarzystwie (w przypadku Vanille Mokha czy Vanille Canelle są to nuty naprawdę zachęcające). Vanille Extreme jest plastikową karykaturą wanilii od pierwszej do ostatniej nutki.


--------------------------------------

Vanille Banane
Comptoir Sud Pacifique

O! To lepkie monstrum zasługuje na szczególną notkę.

Vanille Banane to pozbawiona wszelkiej finezji mieszanka gęstego, lepkiego, na wpół scukrzonego wanilinowego syropu z paskudną syropową alkoholową nutą (czyli norma) oraz pływającego po powierzchni w postaci tłustych ok aromatu bananowego.
Toporna, płaska, bez tendencji do rozwoju czy współpracy ze skórą.

Zapach w pierwszych sekundach po prostu słodki, po chwili zaczyna być odczuwalny jako ciężki i mdły. Vanille Banane jest naprawdę trudny do zniesienia, bo kiedy go się na sobie "posadzi" to... normalnie zapiera człowiekowi dech w piersiach! I to bynajmniej nie z zachwytu.
Po dłuższym kontakcie dosłownie mnie zemdliło. Uczucie jak po wepchnięciu w siebie kilograma cukru w kostkach.

Zapach jest taki ...dziewczynkowy. W najgorszym możliwym znaczeniu tego słowa. W tym samym guście, co różowe lale Barbie w najbardziej infantylnych brokatowo - księżniczkowo - syrenkowych stylizacjach.
Jedno i drugie zdecydowanie nie dla mnie.

--------------------------------------

Powinnam dorzucić Chocolate Greedy Montale i Serendipitous ale wówczas byłby to bestiariusz potworów wszelkiej maści, bo pomimo wyraźnej nuty wanilii oba zabijają raczej syntetyczną, stężoną, żrącą niemal czekoladą.
Z drugiej strony - indywidualnych recenzji tych zapachów z pewnością nie będzie. Instynkt samozachowawczy nie pozwala mi ryzykować globalnego zlania się.

--------------------------------------
A na deserek, może nie całkiem waniliowy, ale potwór z pewnością.
Pomyslałam sobie, że chyba nie znajdę lepszej okazji do zamieszczenia tej obrazoburczej notki.

Pink Sugar
Aquolina

Kiedy czytam opisy tego zapachu wciąż od nowa mam wrażenie, że powinien on pachnieć inaczej, niż pachnie. Gdzie te owoce?! Maliny? Porzeczki? Pomarańcze? I co jeszcze, pytam? :-]
Pink Sugar to laminowany batonik nadziewany schajcowanym karmelem.
Słodki, ciężki, płaski i nie do przełknięcia.



Dobra, koniec tego, bo mi się zrobi cukrowy bestiariusz, a nie waniliowy.



*Autorka powiadamia, że Koszmarny Brat nie zginął w trakcie przygotowywania tego tekstu.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...