wtorek, 29 lipca 2008

Serge Lutens Daim Blond



Cielesność niewinna

Zapach jak wyciągnięta dłoń. Jak ramię bliskiego mężczyzny, na którym można się wesprzeć bez obaw i z przekonaniem, że wspólna droga poprowadzi w kierunku, w którym chcemy sie udać.
Zapach, którego naturalność i nieinwazyjność posunięta jest do granic możliwości. Ledwo wyczuwalny, a jednak trwały. Delikatny i otulający, a jednak nie puszysty. Ciepły, ale nie ogrzewający... Niezwykły.

Nie wiem, jak to ująć, ale nie czuję w nim skóry, tylko zamsz właśnie. Kojarzy mi się delikatną zamszową rękawiczką okrywającą dłoń amazonki o czerwonych ustach. Ze wskazaniem na dłoń, nie na opakowanie. To zapach jak ślad po perfumach owej amazonki, jak powietrze zamykające się za ludzkim ciałem.

Są w nim nuty drzewne (na mój nos drzewo sandałowe), jakieś gorzkawe cienie mięsistych owoców, zapach kwiatów w wazonach mijanych w drodze na romantyczną schadzkę i taki szczególny rodzaj podświadomej słodyczy, jaką czujemy przy dotyku ust człowieka, którego bardzo pragniemy.

Chciałabym, by zapach ten był intensywniejszy. Potrzeba wciskania nosa w nadgarstek budzi we mnie prawie złość. Chcę więcej, mocniej... Obawiam się jednak, że urok tego zapachu tkwi właśnie w tej ulotności, niemożności uchwycenia go. Zintensyfikowany stałby się dosadny i prostacki, a tak... jest szalenie zmysłowy i niewinny jednocześnie.


Data powstania: 2004
Twórca: Christopher Sheldrake

Nuty zapachowe:
Nuta głowy: głóg, kardamon
Nuta serca: irys pallida, pestka moreli
Nuta bazy: piżmo, heliotrop, skóra

poniedziałek, 28 lipca 2008

Serge Lutens Rahat Loukoum

Skoro już jesteśmy przy migdałach...


Dużo cukru w cukrze



Rahat Loukoum to zapach niezwykły. Nawet, a może szczególnie jak na Lutensa.
Typowy słodziak, jadalny do granic możliwości, bez mroczków i półcieni, bez nut drzewnych. Z punktu widzenia wierności nazwie to chyba dobrze, z punktu widzenia "lutkofila" - nie bardzo.

Jest to kompozycja o bardzo ruchliwym otwarciu. Pierwsze sekundy to typowa single note - gniecione, miażdżone raczej migdały bez skórek. Taki niezbyt słodki marcepan.
Trwa to chwilkę, bo oto już nadciąga armia cukrowa - doskonale uchwycony aromat topionego, a jednak nie skarmelizowanego cukru - coś w rodzaju zapachu, jaki roznosi się wokół przy robieniu waty cukrowej. Zapach ten zawsze zdawał mi się bardziej atrakcyjny, niż sam smak tego nieskomplikowanego specjału.
To jednak wcale nie koniec zadziwiających przemian, bo już w ciągu pierwszych minut ten migdałowo - słodki duet przełamany zostaje zapachem soczystej, chrupkiej jeszcze czereśni z Piemontu zanurzonej w gęstym, niezbyt mocnym likierze...
Tu następuje chwila zawieszenia, a potem ta smakowita mieszanka zaczyna się ogrzewać. Ciepło, ciepło, coraz cieplej...
Konsekwentnie - nie jest to ciepło upalne, lecz ciepło kulinarne, jak gdyby garnuszek z tymi specjałami ktoś wsunął na blachę wielkiego pieca.
Pod wpływem tej subiektywnie odczuwanej wysokiej temperatury migdały, cukier i nutki alkoholowe przenikają się i w efekcie... otrzymujemy zapach do złudzenia przypominający Amaretto.
I to dalej nie jest koniec!
Kolejny etap tej niezwykłej uczty to wanilia i biały, gładki, puszysty miód kremowany. Proszę mi nie zarzucać przesady - ten miód jest rzeczywiście taki właśnie "obrobiony", pozbawiony drapiącej w gardle, a tak charakterystycznej dla wytworów Palais Royal nutki miodu w stanie naturalnym. W tymże momencie pojawiają się również przebłyski róży brzmiącej w tej powodzi słodyczy raczej jak różana konfitura wydłubana ze świeżego paczka... I tu już powoli zaczyna być coraz mniej ładnie.

Zapach nadal jest słodki, tkwią w nim te wymiąchane ze sobą rarytasy, ale... zamiast nabierać głębi, ukazywać nowe płaszczyzny - staje się coraz bardziej mdły. Nuży dokładnie w ten sposób, który sprawia, że człowiek nie jest w stanie zjeść wielkiej porcji waty cukrowej.

Data powstania: 1889
Twórca: Christopher Sheldrake

Nuty zapachowe:
białe migdały, gniecione pestki wiśni, głóg, heliotrop, turecka róża, balsam tolu, bób tonka, aldehydy, biały miód, piżmo, wanilia

sobota, 26 lipca 2008

l'Artisan Parfumeur Jour de Fete



Migdałowe święto

L'Artisanowskie Jour de Fete to jeden z najprostszych zapachów, jaki znam.
W nutach zapachowych podane są migdały i wanilia i... I własciwie nic więcej tam nie ma!
Kiedy wąchałam ten zapach po raz pierwszy (i drugi i piąty...) nie byłam świadoma tego, jak prosty jest jego skład i dziwilo mnie bardzo, że nie wyczuwam w nim nic poza tymi dwoma składnikami. Żadnych perfumeryjnych układanek, żednego drugiego dna... Czasem, kiedy dzień jest pogodny i nic nie zakłóca zapachu docieram do subtelnej, drzewnej bazy z sandałowca i chyba drzewa różanego. Ale o tym za moment.

Jour de Fete to zapach migdałów obłupanych ze skorupek, a potem obranych z ciemnej skórki - samego białego, delikatnego wnetrza. Dojrzałego, ale niesuchego. Zmiażdżonego drewnianym tłuczkiem, wilgotnego od migdałowego mleczka (czy jak tam nazwać tę tłustawą wilgoć wewnątrz migdała). Same użyte do wyekstrachowana zapachu migdały należały do tych słodkich, nie gorzkich, ostrych, z nutkami arakowymi. Jednak robią wrażenie nie dosładzanych cukrem.
Wanilia jest ciepła, puszysta, ale nie lepka, bez mdlących nut w stylu CSP czy Escady Collection. Świeża laska zalana ciepłą wodą z odrobiną mleka. Proszę nie spodziewać się waniliowego budyniu. To zupełnie nie ten typ zapachu.

Jour de Fete rzeczywiście trzyma się blisko skóry. Jest nieinwazyjny, gdybym nie lubiła tego zapachu tak bardzo, powiedziałabym: rachityczny. A tak... powiem: kameralny.
Zdecydowanie nie jest to typ imprezowy. Raczej towarzysz spokojnego wieczoru w fotelu albo w świeżej pościeli. Jeśli nie każemy mu konkurować z innymi, bardziej ekspansywnymi zapachami dotrzemy do delikatnych, ciepłych nutek drzewnych w bazie. Zapach delikatniejszy niż najbardziej subtelny aromat sandałowaca, bardziej ulotny niż drewno różane, pachnący trochę jak wąchane przez tekturowe opakowanie nieużywane indyjskie kadzidełka. Czy warto czekać na tę najgłębszą warstwę zapachu? Nie wiem. Ale na pewno warto cieszyć się urokliwym choć ulotnym migdałowym świętem.

Kompozycja jest prosta, układająca się na skórze stabilnie, bez fajerwerków i "zwrotów akcji". Można by powiedzieć: monotonna. A jednak mnie zauroczyła.

Data powstania: 2004
Twórca: Olivia Giacobetti

Nuty zapachowe:
migdały, wanilia

piątek, 25 lipca 2008

Serge Lutens Santal de Mysore



Eliksir mocy

Santal de Mysore to mój numer jeden wśród zapachów Palais Royal de Shiseido.
Słodki, ciężki, a zarazem rzeczywiście mocno przyprawowy i drzewny. Kompozycja aż gęsta od treści.

Bardzo charakterystyczna dla perfum sygnowanych przez SL baza została tu pogłębiona, wygładzona i wyciągnięta do przodu. Jeśli kogoś ona męczy - tym razem zamęczy go na śmierć.

Ale... po kolei.
Po pierwsze Santal de Mysore jest zapachem względnie statycznym, nie zmienia się, nie ukazuje różnych oblicz, nie wyskakują z niego żadne niespodzianki w postaci żelek w lesie, czy rabarbaru na gałęzi.

Od początku jest przyprawowo - drzewny, mocny, charakterny. Siecze ostrymi korzennymi nutami wzmocnionymi dodatkiem karmelizowanej żywicy, wali obuchem nut drewnianych i omamia kadzidłem. Naprawdę można zaliczyć odjazd.
W miarę jak zapach zadomawia się na skórze, granice nut zacierają się, poszczególne elementy zapachu splatają się w ciężki warkocz, osiadają na człowieku jak leniwy tygrys - pozornie nieruchawe, a jednak pełne utajonej siły; z wierzchu miękkie, a jednak z ostrą, drapieżną nutą. Nie jest to zapach w typie pokojowego kotka.

Warto zaznaczyć, że mimo niewątpliwej słodyczy - nie jest to aromat spożywczy, wyczuwalne w nim przyprawy nie są kuchennymi ingediencjami, a drewno nie jest drewnem grzecznie oheblowanego kuchennego taboretu.

Muszę przyznać, że z moją skórą zapach ten współgra idealnie. Jak dym, który osnuwa, przenika ciało i wtapia się w nie tak, że nie sposób odnaleźć zapachu tego, czym było przed tym szczególnym zespoleniem.
To sprawia, że nie czuję tej bogatej, barokowej wprost kompozycji tak intensywnie, jak bym chciała. Jest jednak wyczuwalna dla otoczenia, choć trzyma się dość blisko "nosiciela".

Podsumowując:
niezwykły, potężny, fascynujący, hipnotyczny - po prostu obłędny!

Data powstania: 1997
Twórca: Christopher Sheldrake

Nuty zapachowe:
sandałowiec z Mysore, kmin, przyprawy, żywica styraks, karmelizowany benzoes

Serge Lutens Chergui


Kochanek ze Wschodu

Nieodparcie pociągający, ujmująco słodki, intrygująco szorstki, perwersyjnie wyrafinowany, podniecająco nieokrzesany, hipnotycznie uwodzicielski... Oto on!

Zapach będący migotliwym, wijącym się kalejdoskopem doznań odczuwalnych równie intensywnie pod sklepieniem czaszki, jak i w głębi ciała, gdzie rodzi się napięcie erotyczne.

Dominujący i jednocześnie spełniający wszystkie pragnienia olfaktoryczny kochanek o słodko, dymnym oddechu, dłoniach szorstkich jak pylisty Rousse, odziany w skórę i zmysłowo ocierający się o ciało surowy jedwab, z suchymi listkami w rozwianych włosach...

Zapach upojny jak akt miłosny pod lśniącym sklepieniem gwiazd, dotkliwy, jak chwile rozkoszy na drapiącym, zarzuconym futrami sienniku, w otoczeniu glinianych kadzielnic osnuwających lśniące od potu ciała tajemniczym woalem.
Upalny, suchy i nieopisanie żywotny jednocześnie.

Czy wymieniłam już wszystkie tańczące i migoczące w Chergui składniki: dym, słodycz miodu, przyprawy, suszone trawy i kwiaty, nutki kadzidlane, tytoń, skóra... U schyłku zapachu ciepła ambra i schrypnięta od miłosnych jęków wanilia. A wszystko to splatające się nieustannie i wciąż od nowa w nieodparcie zmysłową kompozycję, jednocześnie olśniewającą bogactwem i uwodzącą naturalnością.

Prawdziwe dzieło sztuki!
Skończona (choć bardziej pasuje do Chergui określenie nieskończona) doskonałość.

Na moją ocenę nie jest w stanie wpłynąć nawet skrajnie niepraktyczny (jak wszystkie "dzwonki" z serii pałacowej) flakon bez atomizera zmuszający do iście ekwilibrystycznych sztuczek przy aplikacji owego zapachowego cuda.

Data powstania: 2001
Twórca: Christopher Sheldrake

Nuty zapachowe:
miód, piżmo, skóra, kadzidło, liście tytoniu, trzcina cukrowa, ambra, irys, róża, drzewo sandałowe

czwartek, 24 lipca 2008

Serge Lutens Datura Noir

Opis głównych nut zapachowych zdaje się wskazywać na to, że zapach powinien mi się podobać. Nie pierwszy to przypadek, w którym pozornie smakowity opis jest zaproszeniem do wątpliwych przyjemności olfaktorycznych. Sztandarowym przykładem takiego rozczarowującego porównania jest dla mnie przesławna Organza Indecence, ale o tym może innym razem.


Migdałowy dom starców

Datura Noir zawiera dokładnie to, co zapowiada opis: gorzkie, aż kwaśne migdały przywodzące na myśl przeterminowane lody pistacjowe, żywice drzew iglastych o takiej zsiadłej dla nosa fakturze, jest tuberoza prosto z piwnicy, wanilia z cukru waniliowego i oczywiście morela pachnąca jak śliwka (to akurat fajna część tej mikstury).

Zapach rzeczywiście nie ma wyraźnie następujących po sobie faz rozwoju. Wszystkie te intensywne wonie gniotą się na kupie, przepychają i fukają na siebie nawzajem różnymi wyziewami.

Całość sprawia wrażenie aromatu unoszącego się w otoczeniu mocno konserwowanej, podstarzałej, nie bardzo już atrakcyjnej kokoty. Taka perfumeryjna rycząca pięćdziesiątka z HAKIEM.

Przyznaję, że bardzo dziwi mnie ta kompozycja. Dotychczas w buteleczkach (i próbkach) sygnowanych przez Palais Royal odnajdywałam zapachy niezwykłe, charakterne. Nie zawsze z moim typie, ale zawsze nietuzinkowe. A tu?
Taki zapachowy ekskluzywny dom starców.

Jednego mu nie można odmówić - intensywności. Moc ukryta w tej flaszce mogłaby powalić konia.

Data powstania: 2001
Twórca: Christopher Sheldrake

Nuty zapachowe:
mirra, gorzkie migdały, bób tonka, osmantus, heliotrop, mandarynka, kwiat cytryny, tuberoza, wanilia, olej kokosowy, morela

środa, 23 lipca 2008

Serge Lutens Arabie

Arabia bliska i z bliska


Czegóż to człowiek nasłuchał się od osób testujących ten zapach...
Opowieści mogące awansem zniechęcić do używania tych perfum; a w przypadku, kiedy poznamy je po przeczytaniu recenzji w sieci (a przyznajmy, że w przypadku niedostępnych w Polsce Lutensów o to łatwo) - zaprogramować negatywne skojarzenia i zupełnie "załatwić" zapach.

Kebab? Kurczak? Garkuchnia? Hę?!
Otóż... nic takiego!

Może po prostu mam szczęście, bo na mnie Arabie nie uwalnia ani krztyny kurczakowej nuty?



Na mnie Arabie to rzeczywiście suszone owoce, z naciskiem nie na figi, tylko na daktyle. Daktyle w wersji szczególnej, znanej mi ze zbieranych pod dziko rosnącymi palmami opadów: ciemne, podeschnięte, składające się głównie z pornograficznej pestki i pomarszczonej skórki. Zapach... Głębszy od zwykłej owocowej słodyczy, cierpkawy goryczką czającej sie w pobliżu pestki, kojarzący się z owocami wysychającymi na słońcu, na nielakierowanych deskach, nie zaś w jakichś suszarkach.

Wyraźna gałka muszkatołowa, nuty podsychającego w suchym, nieruchomym powietrzu, szlachetnego drewna w wielkich klocach plus nadająca kompozycji oryginalności, niesztampowego pazura jakaś szczególna przyprawa, kojarząca się zupełnie niesłodko, a którą po lekturze nut zapachowych zidentyfikowałam jako liść laurowy.

Cała ta szczególna konstrukcja "zebrana" jest, wypełniona i uformowana na bazie swoistej zaprawy wyrobionej jak miękkie ciasto z bursztynowozłotych żywic, jasnego, scukrzonego już przez czas i upał miodu i odzyskanego ze świec ciepłego, pszczelego wosku wymieszanego z odrobiną popiołu pozostałego po nadpalonych w ciepłą, bezwietrzną noc knotach.
Ta gęstość powoduje, że masa ta nie do końca jest w stanie wyschnąć i w ciemnym, niesłonecznym wnętrzu zapachu czai się jakaś krztyna lekko stęchłej wilgoci, jaką wyczuwa się czasem w izolowanych od światła arabskich wnętrzach. Nic rażącego. Taki haczyk, który sprawia, że Arabie jest jeszcze bardziej arabska.

Dlatego pewnie czasem, przy dłuższym "noszeniu" Arabie zdaje mi się, że ta niejednorodna owocowo-woskowa masa rozgrzana została dodatkowo w mocno zaciśniętej, wilgotnej dłoni. To szczególne wrażenie pełni, jak gdyby wszystkie składniki przeciskały się między palcami śliskimi, gęstymi wężykami...

Jeszcze raz: żadnych kurczaków!

Data powstania: 2000
Twórca: Christopher Sheldrake

Nuty zapachowe:
cedr, drzewo sandałowe, kandyzowana skórka mandarynki, suszone figi i daktyle, kmin, gałka muszkatołowa, goździki, żywice balsamiczne, bób tonka, syjamski benzoes, mirra

czwartek, 17 lipca 2008

Serge Lutens Rousse

.
Burza cynamonowa



Zapach potężny, pełen mocy, którą ujawnia dopiero przy "zlaniu się" nim całościowo, kiedy pozwolimy mu otumanić się, porwać, pochłonąć...

Bo czyż można burzę testować po kawałeczku?!

A jest Rousse jak cynamonowa nawałnica: od pierwszej chwili gwałtowny, siekący zmysły drobinami pylistego, suchego cynamonu i ostrych przypraw. Pod naporem tego pikantnego szaleństwa zmysły bzikują: cofają się podrażnione i jednocześnie wyczulają na uroki tego nieokrzesanego, charyzmatycznego Rudzielca.

W miarę rozwoju zapachu ten szczególny, gorzkawy, cynamonowy akord (jaki tam akord? Toż ten cynamonowy ryk byłby w stanie skruszyć mury Jerycha!) wzbogacony zostaje nutami drzewnymi - tak samo suchymi, o ostrych krawędziach, ale także cierpkością cytrusowych skórek, ciemną, pomarszczoną słodyczą wanilii i wreszcie kojącym jak szept wśród wycia wichury tchnieniem ambry.

Pomimo opisywanych akapit wyżej zmian i mimo iż w miarę układania się Rousse na skórze da się w nim wyodrębnić coś poza szaleńczo ekspansywnym cynamonem - nie jest to zapach ani szczególnie złożony, ani wyjątkowo jakoś rozwijający się. Jest to cynamonowy cynamon. Bez zapachowych arabesek i iluminacji. I to właśnie jest w nim niezwykłe i fascynujące.


Nie jest Rousse zapachem typowym. To perfumeryjny dziwak, swego rodzaju ewenement. Nie jest przyjazny i nie jest gładki. Noszony globalnie i w dużej ilości skupia na sobie uwagę noszącego, jakoś szczególnie uwiera i "drapie".

Trudno jest tu dokonać beznamiętnej analizy, bo jest to perfumeryjny przybysz nie z tej Ziemi - przypomina nie tylko burzę piaskową, ale piaskową burzę na Marsie. Także kolorystycznie, ale przede wszystkim ze względu na niesamowitą, niespotykaną moc i trwałość. Choć porównanie do trwających po kilkaset dni burz marsjańskich potraktować proszę jak licentia poetica - zapach wytrzymuje na skórze do ośmiu godzin.

Data powstania: 2007
Twórca: Christopher Sheldrake

Nuty zapachowe:
nuta głowy: mandarynka, cynamon, cedr
nuta serca: cynamon, goździki, fiołek, szlachetne drewno (drzewo sandałowe, mahoń)
nuta bazy: ambra, wanilia, nuty balsamiczne

Serge Lutens Gris Clair

Dziś będzie kontrowersyjnie.
Oceniam perfumy uznawane przez niektórych ludzi za najpiękniejszy, czasem jedyny godny uwagi zapach z oferty Palais Royal.
Rzeczywiście, przyznać muszę, że na tle innych zapachów Serge Lutens jest to kompozycja wyjątkowa. Na mnie jednak jej wyjątkowość nie jest czymś, co zachwyca bynajmniej.



 Stara faja



Paliłam kiedyś fajkę.
Jedną utopiłam w Śniardwach, drugą - po zaniechaniu tej rozrywki - schowałam do strunowego woreczka i umieściłam w pudełku z niepotrzebnymi nikomu śmieciami, których jednak żal wyrzucić.
Po latach przegrzebując kąty odnalazłam owo pudełko i wiedziona sentymentem wydobyłam z niego swój niegdysiejszy skarb.
To, co dotarło do mojego nosa sprawiło, że natychmiast pobiegłam wywalić owo znalezisko, zamknąwszy je jednak przedtem z powrotem w worku.
Zapach aromatycznego niegdyś tytoniu stał się przez lata kwaśnym, stęchłym smrodem - I to właśnie jest nuta, która otwiera Gris Clair.

Jakiś szczególny rodzaj zaduchu, odpychająca stęchlizna - nie wypada mi napisać, jaka była reakcja mojego organizmu na tę, niewątpliwie oryginalną, woń.

W mojej wyobraźni natychmiast pojawił się obraz będącego na bakier z higieną, zmumifikowanego wydzielinami i szlachetnymi alkoholami starego dziwaka, kopcącego podpleśniałe cygara w ciemnym, przez lata nie wietrzonym, pełnym butwiejących sprzętów i dawno nie nabijanych fajek salonie.

Z czasem zapach łagodnieje, dostaje nieco powietrza, jak gdyby do owego trupiego salonu weszła niosąca kubek osłodzonej miodem herbaty i chrupiąca anyżowe karmelki pielęgniarka i zostawiła za sobą otwarte drzwi... To jednak nie wystarcza, by mnie przekonać do niego.

Nuty dojrzałego Gris Clair przypominają wywietrzone Douce Amere bez wanilii, ale za to z dodatkiem lawendy - też takiej starczej i pozbawionej życia. Przy czym zaznaczyć powinnam, że dla mnie zapach lawendy ogólnie nie jest zapachem szczególnie atrakcyjnym i kojarzy się właśnie ze starą szafą pełną zdechłych moli i od lat nie noszonych wyjściowych ubrań.

Oto, Mili Państwo, bezsporny zwycięzca mojego jednoosobowego plebiscytu na najpaskudniejsze dzieło mistrza Sheldrakea!

Data powstania: 2006
Twórca: Christopher Sheldrake

Nuty zapachowe:
lawenda, ambra, bób tonka, irys, suche drewno, kadzidło

środa, 16 lipca 2008

Serge Lutens Vetiver Oriental



Balet w pięciu aktach



Miał być wetiwer i jest wetiwer! Ale i tak... nie tego się spodziewałam.

Vetiver Oriental zaczyna się bardzo szczególnym zapachem rośliny tuż przy ziemi, tego jasnego, miękkiego fragmentu łodygi, który dopiero co wyjrzał z wilgotnej gleby.
Zieloność zapachu jest raczej potencjalna, niż rozwinięta, przywodzi na myśl bardziej bulwy, cebule kwiatowe, kłącza, niż rozwinięte, pyszniące się w słońcu liście.
Coś jak zapach dość świeżego siana, ale z dołu stogu...

I to jest część pod tytułem "Vetiver".
Potem zaczyna się odcinek zwany "Oriental".

Najpierw pojawiają się ciepłe promyki nut (naprawdę nie potrafię tego trafniej nazwać) balsamicznych, słodko dymnych i wielki pęk gałęzi młodego gwajakowca. Piękny moment w tym bukiecie aromatów!

Na tym uroczym tle zaczyna po chwili połyskiwać wilgotna wanilia i gdzieniegdzie świeże ziarna kakaowca.
To, co jest w tym zapachu fascynujące i niezwykłe, to fakt, że te nuty są ruchliwe, niestabilne, zmienne - szczególnie kakao nie tylko pojawia się i znika, ale jeszcze do tego zmienia się, wysycha, wysładza, mutuje z postaci ziaren w postać bliższą czekoladzie... Naprawdę warto zwrócić szczególną uwagę na ten kakaowy taniec.

W dalszym ciągu życia zapachu pojawia się w nim etap nutek "piórnikowych" - połączenie zapachu kredek ołówkowych z gumką - Myszką (nie chińską pachnącą, tylko taką typowo gumkową). To, dla odmiany, najmniej lubiany przeze mnie "akt" tej sztuki.

Na szczęście później już zapach rozwija się jak normalny, przyzwoity Lutek: nuty drzewne (sandałowiec na echu gwajakowca), piżmo, charakterystyczna słodycz, tym razem bez arakowej cierpkości, za to ze świetnie współpracującym z początkiem zapachu śladem wilgotnego mchu.

Ogólnie baza zapachu jest nieco miększa, niż w większości produktów Palais Royal, łagodna, świetnie zbalansowana.

Całość kompozycji naprawdę niezwykła, ruchliwa, zasługująca na choć jednokrotne "prześledzenie" od początku do końca. A koniec trwa dłuuuuugo i jest wspaniały.

Data powstania: 2002
Twórca: Christopher Sheldrake

Nuty zapachowe:
nuta głowy: sok z drzewa, irys pallida, ściółka leśna
nuta serca: korzeń wetiweru, drzewo gwajakowe, akord drzewny, czekolada
nuta bazy: piżmo, mech, drzewo sandałowe, labdanum

Serge Lutens Chypre Rouge



Dokąd idziesz z tym ogonkiem?

Zanim jeszcze poznałam Chypre Rouge osobiście, zetknęłam się na forum perfumeryjnym z osobami nazywającymi ten zapach Czerwonym Kapturkiem. Prawda, że chwytliwa nazwa?
Tak się nią zasugerowałam, że ten Czerwony Kapturek chodził za mą jeszcze przed pierwszym testem.

A ponieważ po testach okazało się, że nazwa (autorstwa Anuschki) jest trafna, pozwolę sobie to skojarzenie w recenzji wykorzystać.

Rzeczywiście ten metaforyczny las jest ciemny. Zapach zaczyna się ponurymi ostrzeżeniami matki wysyłającej dziecko samo w ciemną puszczę - głębokie, drzewne nuty z wyraźną tymiankową goryczką i na szczęście nieco mniej wyraźnym powiewem stęchłej ściółki (paczula - mam cię!). Gdyby zapach tak się kończył - byłby to niewypał.

Ale nie jest. Ponura, ciężka duchota zostaje rychło (rychło to jest parę minut) rozwiana przez nuty ciepło miodowe i delikatnie kwiatowe. Pojawia się piękna, dźwięczna harmonia starego, sosnowego lasu i ptasich treli.
Ale to jeszcze nie koniec.

Po jakiejś pół godzinie, do godziny - mamy okazję wreszcie zajrzeć do kapturkowego koszyczka i poniuchać owe zaskakujące w nutach żelki. Są! Słowo daję wyraźnie wyczuwalne są w tym lesie żelki i to jest ogromnie zabawne (dla mnie przynajmniej, bo mój Miły na żelki nosem kręci).

Pamiętacie ten wulgarny dowcip z wilkiem pytającym Czerwonego Kapturka: Dokąd idziesz głupia c...? No to tym razem Kapturek koszyczka nie zapomniał.

W końcu żelkowe aromaty znikają i zostaje wysłodzony wanilią i wygładzony ambrą mech, żywica, deptana ściółka. Tym razem bez nut stęchlizny - jak gdyby paczula przewędrowała w tej kompozycji z bazy do głowy.
I to już nie jest baśń o Czerwonym Kapturku, tylko najprawdziwsze piękno, olfaktoryczne doznanie najwyższej próby.

Co zadziwiające - mam wrażenie, że podobnie jak Harissę CdG, Chypre Rouge trzeba oswoić. Trzeba nauczyć się dostrzegać pełnię jego krasy, chwytać wszystkie snujące się po tym metaforycznym lesie nutki. Im dłużej noszę Chypre Rouge, tym bardziej mnie zachwyca. Im niższy poziom płynu we flakonie, tym pewniejsza jestem, że będzie następny. I następny. I następny...

Zapach jest dość trwały, wśród Lutensów w środku stawki, wyczuwalny z bliskiej odległości - ten Kapturek ma taki mały ogonek, za który zbiera się mnóstwo bardzo miłych komplementów.

Data powstania: 2006
Twórca: Christopher Sheldrake

Nuty zapachowe:
nuta głowy: tymianek, sosnowe igły
nuta serca: miód, wosk pszczeli, jaśmin, żelki
nuta bazy: wanilia, paczula, mech, ambra, piżmo

poniedziałek, 14 lipca 2008

Serge Lutens Miel De Bois


Nieoswojony Miód

Zapach budzi znacznie więcej kontrowersji, niż wskazywałaby nazwa. Przyznaję, że z jednej strony dziwią mnie krytyczne opinie o tym zapachu - bo czegóż można się spodziewać po zawartości flaszki z napisem "drzewny miód" jeśli nie drzewnego miodu.
Z drugiej zaś świetnie rozumiem, skąd się biorą - to zapach nieperfumeryjny i w realnie miodowy sposób ostry.
Złagodziła nam skojarzenia z miodem popkultura.

Żeby rozgryźć fenomen Miel de Bois Lutensa należy przede wszystkim dać sobie spokój z wszystkimi wyobrażeniami o tym, jak powinny pachnieć perfumy z nutą miodu. Czy też perfumy w ogóle.

Potem zaś można wyobrazić sobie głęboki, suchy, wczesnojesienny las, pełen szeleszczących liści; w tym lesie niewielką, oświetloną chylącym się ku zachodowi słońcem polankę, a na tej polance rozdartą potężnymi niedźwiedzimi pazurami barć, z której grubą, upstrzoną kawałami połamanych plastrów strugą wypływa nieoczyszczony, dziki miód.

Już?

To teraz mogę opisać zapach.

Miel de Bois zaczyna się nutą ostrą, drapiącą w gardle jak jedzony dużą łyżką ciemny miód.
Po chwilce przyzwyczajamy się to tego stężonego aromatu i zaczynamy wyczuwać nuty drzewne: czysty, okorowany dąb - dokładnie taki, jak w Chene, słoneczną, gładką słodycz gwajakowca, cierpką głębię leśnego powietrza przed deszczem.

Po kilkunastu minutach przez to drzewne sklepienie zapachu zaczynają przesączać się stróżki leśnego złota. Jak gdyby perfumy zamiast nabierać głębi i ciemnieć zachowywały się dokładnie odwrotnie: otwarcie Miel de Bois jest o wiele ostrzejsze, niż rozwinięcie. W nucie serca gęsty, słodki zapach robionego z dzikich kwiatów i żywic miodu jest tak oczywisty, tak sugestywny, że doprawdy - z tym, co zwykło się uważać za zapach perfum nie ma wiele wspólnego.

I tu właściwie mogę opis kończyć. Na mnie ta ciepła, miodowo, drzewna nuta trwa wiele godzin, czasem zmieniając nieco proporcje miodowości do drzewności, czasem zmieniając proporcje składników, z których powstał miód na korzyść kwiatów, albo żywic, ale to ciągle jest ten sam urzekająco piękny i wcale nie mdły "drzewny miód".

Data powstania: 2005
Twórca: Christopher Sheldrake

Nuty zapachowe:
Nuta głowy: heban, drewno gwajakowe
Nuta serca: miód
Nuta bazy: wosk, irys, głóg

niedziela, 13 lipca 2008

Lorenzo Villoresi Incensi



Lorenzo Villoresi to firma o bardzo starannie dopracowanym wizerunku. Ekskluzywne składniki, konsekwentny i, co ważne, udany design flakonów, posrebrzane korki, opowieści o ręcznej produkcji perfum czy powoływanie się na wielowiekowe tradycje (choć firma ma raptem 18 lat) - wszystko to sprawia, że człowiek ma wrażenie, że oto obcuje z czymś wyjątkowym.
Marketingowcy Villoresiego sprytnie wciągają klienta w pułapkę trąbiąc wszem i wobec, że ich perfumy przeznaczone są dla ludzi wyrafinowanych, wymagających, o gustach wyrastających ponad przeciętną ofertę firm perfumeryjnych... Posługują się nie niosącym, na zdrowy rozum, żadnej treści określeniem "zapachy osobiste" tworząc iluzję, że kilkanaście zapachów z oferty jest w stanie spełnić osobiste wymagania wszystkich klientów. Oczywiście tylko klientów wyrafinowanych i wymagających, bo jeśli ktoś kupuje produkty marki Villoresi to z zasady jest człowiekiem wyrafinowanym. Aż strach pomyśleć, w jaką mizerię duchową wpędza nas nieużywanie tych wspaniałości.
Choć z drugiej strony: nawet ćwok skropiony miętowym świeżakiem Piper Nigrum, czy nadziewanym różą pączkiem Tient de Neige automatycznie, bez jakiegokolwiek wysiłku staje się ćwokiem wyrafinowanym, bo "Zapachy te to swego rodzaju niezależny wszechświat, pozbawiony jakichkolwiek ograniczeń; przywodzą one na myśl lub tworzą określone uczucia, miejsca, obrazy, mogą nawet przenieść w całkowicie nowy wymiar doznań emocjonalnych."*
Sami rozumiecie. Tworzą uczucia i przenoszą w nowy wymiar.
"Precz z poezjami! Z duszą tromtadrata!"**
Wystarczy się zlać.

Ja wiem, że reklamy perfum zwykle grają na emocjach i odwołują się do ludzkiego snobizmu. Wiem, że trudno tu o konkrety, bo zwykle niewiele one ludziom mówią. Ale czy signore Villoresi, albo ktoś odpowiedzialny za tę strategię nie mógłby okazać choć odrobiny litości...? Toż kora mózgowa się człowiekowi filcuje od takiej bufonady.

Tyle tytułem wstępu, a teraz do rzeczy.

 
Incensi
czyli mydlana rozpacz

Pewnego razu, będąc przejazdem w Warszawie, wybrałam się do Quality obwąchać co-nieco. Jako stary kadzidłofil nie mogłam pominąć czegoś, co nazywa się "Kadzidło", nawet jeśli nazywa się po włosku.

Psiknięte na nadgarstek Incesi natychmiast rozbłysło mi przed nosem feerią aromatów żywicznych, żywotną drzewnością, zapachem liofilizowanych jabłek, przestrzenią pełną leniwych, dymnych smużek i pięknym, pięknym bukietem przypraw. Zapach pełen pogody i czystej mocy.
Po prostu musiałam go mieć!

Jako człek narwany nabyłam od razu całą setę i wyruszyłam w dalszą podróż z wizją wieeelu pięknych chwil w objęciach owego włoskiego uwodziciela.
Jakże głupia byłam!

Pierwsza globalna aplikacja: zlałam się naprawdę bez umiaru, a to tylko dlatego, że pierwsze nuty były tak pięknie przestrzenne, że wciąż wydawało mi się ich mało. Trzy dopsiki, wsiadam do samochodu... I już w połowie drogi do kina zaczęłam dławić się mydłem.

Na miejsce dotarłam zielona, na pograniczu wymiotów. Bilety kupione, kumple czekają, a ja w kiblu przebieram bluzę tyłem do przodu... No katastrofa!

Mydliny! Gęsty, tłusty kożuch mydlin na żywym organizmie.

Dawałam Incensi szansę jeszcze wielokrotnie tęskniąc za pierwszymi, pięknymi nutami. Niestety. Mydliny zeżarły cały zapach.
Po pół roku mordęgi wymieniłam napoczętą setkę na dwie odżywki do włosów - nie mogłam go znieść. Z tego, co wiem, nowa nabywczyni też się owej toksycznej flaszki pozbyła w te pędy.

Pytania, czy polecam, czy lubię, czy kupię ponownie są raczej... retoryczne.

Data powstania: 1997
Twórca: Lorenzo Villoresi

Nuty zapachowe:
nuta głowy: nuty zielone, żywica elemi, galbanum, jabłko, cytryna, bergamotka
nuta serca: cynamon, olejek labdanum, imbir, mimoza, pieprz
nuta bazy: żywica benzoesowa, kadzidło, mirra, styraks, balsam Tolu, opoponaks, sandałowiec


* Z oficjalnych materiałów firmy na podstawie tłumaczenia na stronie perfumerii Quality
** K. Wierzyński "Manifest szalony"

sobota, 12 lipca 2008

Lalique Encre Noire

Specjalnie dla Aragonte


Idealna harmonia...
............................przeciwieństw.

Encre Noire to fenomen.
Zapach łączący w sobie świetlistą przejrzystość aromatycznych ziół i ostrawych przypraw (jak w ziołowych utworach Etro), omszałą nieco, przycupniętą przy wilgotnej ziemi zieloność wetiweru (kojarzącą się z kolei z French Lover F. Malle), żywiczną cierpkość cyprysu układającą się jak jasny ornament na bazie ze szlachetnego drewna i wreszcie metaliczną słodycz atramentu na mydlanej nieco nucie piżma. A wszystkie te niezwykłe nuty oplecione i zespolone wstążką wijącego się między składnikami tego niezwykłego olfaktorycznego bukietu dymu. Dymu sytego, pełnego, lecz nie brudnego.

EN to zapach jednocześnie wilgotny i dymny, słodki i cierpki, pełen otwartej, swobodnej przestrzeni i gęstego, nasyconego czernią mroku. Naprawdę niezwykła kompozycja.

To, co dodatkowo w kompozycji tej zaskakuje to fakt, że zapach nie ma w ogóle nuty głowy. Rozkłada się na skórze bez przygrywki. Bez pierwszych, płytkich często akordów otwierających, od pierwszych chwil wielowymiarowy, pełen mocy i... gotów.

Poza wymienionymi już skojarzeniami z Etro i FL odnajduję w nim pewne podobieństwo do Terre d'Hermes. A także do Theoremy Uomo. W otwarciu nutki żywiczne nabierają aromatu marchewkowego, jak w Zagorsku CdG. W nucie głowy cyprys musuje trochę jak w AA Winter Delice.
Na koniec tej botaniczno-perfumeryjnej wyliczanki dodać mogę, że czuję w EN jedną z moich ulubionych nut przyprawowych - jagody jałowca. Jeszcze świeże, jeszcze mokre, ale już słodkie i zmarszczone. Piękne!

Mimo tej feerii skojarzeń nie jest to zapach wtórny. Łączy te składniki w perfekcyjną mozaikę kreując z pozornie zwyczajnych elementów nowy, fascynujący półmrokiem obraz.

Czym więc jest owa napisana Czarnym Atramentem (Encre Noire) opowieść?
W moim osobistym odbiorze nie jest to zapach ponury - nie jest opowieścią o czerni samej, lecz o tym wszystkim, co w mroku czernią nie jest: o migotliwych odbiciach gwiazd w ciemnej wodzie, o lśniących kroplach wieczornej rosy na oddychających cicho kwiatach, o błysku oczu tuż obok w ciemnościach i smudze ścieżki, którą odejdzie kochanek.

Podsumowując: Encre Noire nie jest zapachem zamkniętego w najpiękniejszym nawet kałamarzu czarnego atramentu, lecz raczej tajemniczego świata, który można za jego pomocą stworzyć.

Data powstania: 2006
Twórca: Nathalie Lorson
Projekt flakonu: Lalique

Nuty zapachowe:
Nuta głowy - brak
Nuta serca: wetiwer haitański, wetiwer burbon, cyprys
Nuta bazy: piżmo, drewno kaszmirowe

piątek, 11 lipca 2008

Serge Lutens Cedre


Cedrowy Las Birnam rusza w tany *


Cedre Lutensa to doprawdy bardzo szczególny zapach. Mogę szczerze powiedzieć, że jest wzbudzającym największe kontrowersje (czytaj: krytykę) zapachem, jaki znam. A także jednym z dziwaczniejszych. I właściwie zupełnie mnie to nie obchodzi.

Jest to zapach drzewny, powiedziałabym nawet "drewniany", a jednak zaczyna się bezczelnym, pełnym tupetu i lekceważenia dla wszelkich norm, wibrującym powiewem tuberozy. Takim otwartym, niemodulowanym, jak głos wokalistek w góralskich kapelach. Przyznaję - to może być mały szok dla odbiorcy spodziewającego się majestatycznego cedrowego giganta.

Kiedy już dostaniemy po nosie tą zadziwiająco niekwiatową i niekobiecą tuberozą, zapach zaczyna podchodzić nas jak Don Juan kobietę, jak femme fatale mężczyznę - bez zważania na nasze oczekiwania... Napór nut drzewnych - nie tylko cedru, ale i (mam wrażenie) innych rodzajów szlachetnego drewna. Nie drzewa: świeżego, soczystego, ale drewna właśnie: takiego wyschniętego już, pozbawionego lepkości żywicy, ubranego w inny kształt, wygładzonego szorstkimi dłońmi, pozbawionego kantów i drzazg, a jednak twardego. Nawet wymieniony w nutach zapachowych cynamon przyjął postać wielkiego, sczerniałego, pokrytego chropowatą korą bala, nie zaś kojarzącego się kulinarnie proszku.

Kiedy już zda się, że nas to drewno przytłoczy - pojawia się dymna słodycz, gęsta i tłusta jak sadza. I jakieś szczególne, organiczne, może nawet zwierzęce nuty (zamsz? ambra? skóra?).

Jeśli dodam, że w tle tych wszystkich przemian ciągle gdzieś pobrzmiewa pełen witalności śpiew odartej z cywilizacyjnych ograniczeń tuberozy, to być może choć trochę odda to niezwykłość tego zapachu.

Nie jest on ładny, nie jest on miły, nie jest on łatwy.
Jest niezwykły. Prowokujący, przykuwający uwagę; w swoisty, sposób wyzywający nawet.
Zapach dla egoisty.
Zapach dla egotyka skupionego na wewnętrznym konflikcie id i ego. Konflikcie porywającym i wiecznym jak nieustanna przepychanka statecznego cedru z rozhulaną tuberozą trwająca przez cały czas życia Cedre na skórze.

Rok powstania: 2005
Twórca: Christopher Sheldrake

Nuty zapachowe:
nuta głowy: goździkowiec korzenny, cynamon
nuta serca: cedr, tuberoza
nuta bazy: piżmo, ambra, nuty zwierzęce

*
"Nie tknie Makbeta żaden cios morderczy, póki Las Birnam ku Dunzynańskiemu Wzgórzu nie pójdzie walczyć przeciw niemu." William Shakespeare "Makbet"

środa, 9 lipca 2008

Idole de Lubin



Fifteen men on a dead man's chest
Yo ho ho and a bottle of rum! *


Zapach jest drzewny (skrzynia) i rumowy (flaszka). Dokładnie jak w zacytowanym przeze mnie fragmencie szanty.

I tak jak owa szanta: nieco epikurejski, nieco rubaszny i bez szczególnej atencji dla owej potężnej, drewnianej skrzyni lokatora.


Rozśpiewany, krzepki idolowy marynarz nie tylko nie stroni od butelki (nie wygląda na takiego, co by się na kieliszki rozdrabniał), ale i popala jakieś aromatyczne ziele; i pikanterię lubi, i szafranem dziewki kusi, i słodkim miodem nie wzgardzi (pitnym oczywiście).

Po dłuższej znajomości okazuje się, że i zzuwaniem wysokich butów ani zdejmowaniem skórzanego pasa przed rozgoszczeniem się na owej potężnej, pachnącej gwajakiem i mahoniem skrzyni kłopotać się nie zamierza.

Zapach otwarcie ma bowiem iście pijackie: rum totalny, ostry, ciemny, aromatyczny... Pychota!
Tuż za nim pojawia się drewno: słodko dymne, z nutką wędzarniczą i lekko żywicznym ogonem.

A dalej? Dalej cała tak konstrukcja zalana zostaje słoną falą. Nie wiem, czy wody morskiej (jak kazałby kontekst), czy marynarskiego świeżego, unoszonego przez bryzę potu, czy może soli pozostałej po aromacie wędzenia sprzed chwilki...
Kiedy pierwszy zapachowy "wykop" nieco się na skórze przyczai zza tych marynistycznych nut wychyla się skórzana surowość i wytrawne, lekko świdrujące w nosie przyprawy. Tak - ten statek to kliper przewożący drewniane skrzynie aromatycznych, świeżych przypraw: czuję nie tylko szafran, ale i liść laurowy, i pieprz, i w końcu nawet czarne, pomarszczone laski wanilii.

"Resztę czas uczyni" - mówi szanta i owszem, tak właśnie jest. Dla Idole czas jest wybitnie niełaskawy.
Na mojej skórze jest to zapach - fantom, Latający Holender.
Pojawia się bezczelnie i "z przytupem", błyskawicznie rozsiada na skórze z tą wielką flachą ciemnego rumu i... I po krótkim, efektownym pijaństwie zalicza zgon kompletny i zmywa go z pokładu. Godzina i po nim.

Do stu beczek zjełczałego tranu! To wkurzające, bo zapach jest piękny i, zdawałoby się: pełen życia...


I jeszcze słów kilka o wzbudzającym powszechny zachwyt flakonie o kształcie mającym przypominać żagiel afrykańskiej łodzi.
Przyznaję szczerze - kiedy pierwszy raz ujrzałam flakon w sopockiej perfumerii - byłam zauroczona. Zażyczyłam sobie testów. Pani ekspedientka otworzyła zamykaną na klucz witrynkę, wyjęła flaszkę, coś tam poczarowała, po czym wręczyła mi "popsikany" bloterek. Pal licho, ze straszna wiocha - zapach i tak mnie zachwycił.
Przy pierwszej okazji nabyłam własną butelkę. Wyszłam z Quality, rozsiadłam się w miłym towarzystwie przy kawiarnianym stoliku, otworzyłam czarne pudełko i... Najpierw przy próbie wyjęcia butelki z kartonu (za korek oczywiście, bo tylko on wystawał) została mi w ręku owa maska, która tak mnie zauroczyła w gablotce. Z bliska okazała się wykonana z najzwyklejszego plastiku, nie zaś z ciemnego drewna, jak się spodziewałam.
Kiedy wydobyłam z pudła flakon okazało się, że pod maską przyczajone tkwią dwa sznurki plastikowych koraliczków na gumce. Część koralików jest żarówiaście pomarańczowa. Hmm... Bardzo na temat. :]

Jakby nie dość było rozczarowań podczas aplikacji nacielesnej okazało się, że owa egzotyczna flaszka jest po prostu nieporęczna. Zapach jest teoretycznie męski, więc zapewne przeznaczony jest dla mężczyzn o dużych dłoniach. Jeśli chodzi o płeć piękną, to może ośmiornica dałaby radę... że tak sobie pozwolę pójść tropem marynistycznych skojarzeń. :)


Data powstania: 2005
Twórca: Olivia Giacobetti
Projekt flakonu: Serge Mansau

Nuty zapachowe:
nuta głowy: rum, szafran, skórka gorzkiej pomarańczy, czarny kmin
nuta serca: palma dum (widlica tebańska), palony heban, trzcina cukrowa
nuta bazy: skóra, czerwony sandałowiec





* Piętnastu chłopa na umrzyka skrzyni
Jo ho ho i butelka rumu!

Guerlain Mahora



Kicz posunięty do granic oryginalności

Mahora...
Nie wiem, skąd nazwa. W dosztukowanej przez firmę Guerlain do zapachu historii pojawia się kobieta z innego świata. Cóż... Bardzo możliwe, że z innego, bo raczej nie jest to ani mieszkanka Mahory w Hiszpanii, ani tej w Nowej Zelandii...


Gdzie powinna mieszkać docelowa użytkowniczka tych perfum?
Moim zdaniem w telenoweli. Takiej romantycznej, pełnej burzliwych namiętności, wielkich uczuć i grubo ciosanych schematów. To zapach dla czerwonoustej heroiny z kwiatami w czarnych włosach, wystylizowanej i wypindrzonej do granic kiczu. A nawet poza granice...
Zapach jak ckliwie romantyczna (bynajmniej nie erotyczna) scena miłosna. W tropikalnym ogrodzie, w parną, księżycową noc: dwoje (najlepiej odzianych na biało) kochanków trzymających się za ręce nad lśniącą w księżycowym blasku taflą wody...będzie gadało, gadało i gadało... Przez trzy odcinki.

Czym owa scena z telenoweli pachnie tak właściwie?

Zapach jest gorzkawy i słodki jednocześnie. Rozpoczyna go mocny akord alkoholowy. Coś między likierem migdałowym, a nalewką na gorzkich pomarańczowych skórkach.
Potem pojawia się wilgotna, nie bagnista tuberoza i upojny jaśmin. "Upojny" nie tyle dlatego, że tak piękny, lecz dlatego, że taki esencjonalny.
To wszystko jednak nic wobec niesamowitej woni neroli. Mahora najlepiej ze wszystkich znanych mi perfum oddaje ciężką, cytrusową goryczkę neroli! Ta nuta jest w Mahorze naprawdę godna uwagi.

Z czasem zapach wysładza się, robi się gęsty, na pierwszy plan wychodzą w nim nuty kwiatowe - skondensowane, nektarowe, wabiące z subtelnością aromatyzowanego lepu na owady.

Głęboka baza zapachu, owo waniliowo-drzewne dno, jest ładne. Przyjazne. Bez tego kipiącego zewsząd przesytu. Takie... zwyczajne. Tradycyjno-perfumeryjne.

Mam podsumować?
Moim zdaniem on okaże się homoseksualistą, a ona wyjdzie za bogatego właściciela plantacji, na której będzie harowała setka szczęśliwych, dobrze odkarmionych niewolników.

Data powstania: 2000
Twórca: Jean Paul Guerlain
Projekt flakonu: Robert Granai

Nuty zapachowe
Głowy: pomarańcza, kwiat migdałowca,
serca: ylang-ylang, neroli, tuberoza, jaśmin
bazy: drzewo sandałowe, wetiwer, wanilia

wtorek, 8 lipca 2008

Gucci Gucci Pour Homme


Przedświt Beltaine



Zwykle pisząc recenzję zabawiam się w rozbieranie zapachu, podskubywanie kolejnych jego nutek, szukanie skojarzeń i obrazów... Tutaj niczego takiego nie będzie.
Gucci PH to zapach, który w jakiś szczególny sposób odbiera mi rozum, zdolność logicznego myślenia, analizy i utrudnia zachowanie dystansu.
Zapach - zjawisko. Zapach odbierany jako przejmujące doznanie, nie zaś jako suma składników.
Absolutny, skończony ideał.
Przejrzysta luksfera, przez którą sączy się gęsty blask spokojnej, obezwładniającej namiętności.

Nie wiem doprawdy, co w nim sprawia, że kiedy go wącham chce mi się po prostu płakać z zachwytu. Żaden inny znany mi zapach nie działa na mnie w ten sposób, żaden nie budzi tak niezwykłych emocji, żaden mnie nie "rozwala" na takie kawałeczki...

Mogłabym tu pozrzędzić na niepraktyczny ciężki flakon, silić się na wyszczególnianie nut: czuję świeży liść laurowy, zalany gęstą, jasną żywicą zmiażdżony imbir, szlachetne drewno, nuty dymne... Bla bla bla...
To nie ma żadnego znaczenia!

Zapach jest piękny, hipnotyczny, nieodparcie pociągający... Obłędny!

Jeśli w ogóle kojarzy mi się z czymkolwiek poza sobą samym, to jest to noc Beltaine, moment tuż przed świtem, kiedy gęste, dotykalne prawie dymy przygasłych świętych ognisk pełzają miękko przyczajone po ciałach upojonych rozkoszą boskich kochanków...

 
Data powstania: 2003
Twórca:  Michel Almairac (Robertet)

Nuty zapachowe:
nuta głowy: biały pieprz, imbir, różowy laur
nuta serca: drewno papirusa, irys
Nuta serca: ambra, skóra, wetiwer, białe kadzidło.

L'Occitane Eau d'Iparie



Mirra, mirra i...
Mirra!

Naprawdę zaskoczył mnie ten zapach.
Kupując flakon opatrzony napisem: "Myrrh and Incense" spodziewałam się połączenia mirry z kadzidłem, a dostałam... mirrę.
Dokładnie ten słodko - balsamiczny, odrobinę ostry zapach nietkniętej ogniem mirrowej żywicy.

Kadzidła w Eau dIparie nie czuję wcale.
Chyba, że potraktujemy żywicę jako kadzidło, czy też raczej jedno z kadzideł. Ja jednak oczekiwałam kadzidła z kadzidłowca, nie zaś z balsamowca mirry.
To takie moje zastrzeżenie wynikające z niezgodności moich oczekiwań z tym, co oferuje sam zapach.

Poza tym przyczepić się nie ma do czego. Jest Eau dIparie zapachem niezwykłym, pełnym swoistej, nastrojowej przestrzeni. Można nawet powiedzieć, że na swój sposób pięknym.
Zapach żywicy miesza się tu z wanilią, powiewem paczulowej, ciemnej, nasyconej zieloności, odległymi, przez to nienatrętnymi i łagodnymi nutami kwiatowymi, lekkim cieniem różanego drewna i niezwykłą w tej kompozycji przyprawową ostrością.
W tle tego spokojnego olfaktorycznego obrazu, obok trwającej wciąż wanilii pojawia się zielony, suchawy mech i miękka ambra.

Kompozycja jako całość jest, mimo sugerujących orientalnie leniwy mrok składników, lekka i dość przejrzysta. Jak łagodnie rozpraszająca światło bursztynowa szybka.

Dlaczego nie ma w mojej recenzji entuzjazmu?
Mam największy możliwy flakon. Dzieląc obficie między znajomych i przyjaciół zużyłam niespełna połowę. Tyle jest na świecie niezwykłych zapachowych skarbów, że chyba mi wystarczy...


Twórca: Amandine Marie

Nuty zapachowe:
nuta głowy: czerwony pieprz, róża
nuta serca: paczula, labdanum
nuta bazy: mirra, kadzidło, wanilia, mech

Hermes Elixir des Merveilles



Słońce z pomarańczy

Gdyby dało się zagęścić, skroplić blask słońca nad pomarańczowym gajem to myślę, że powstałby właśnie Elixir des Merveilles - Eliksir Cudów.

Zapach jest gęsty, słodki, rozleniwiający.

Pierwszy akord tego niezwykłego eliksiru to rzeczywista, sugestywna kandyzowana skórka pomarańczowa w jeszcze bardziej sugestywnej czekoladzie. Skórka soczysta, chrupiąca, pieczołowicie wysmażona do przezroczystości niemal; czekolada zaś mleczna, słodka, rozgrzana, półpłynna.

Po kilkunastu minutach nuty zaczynają się mieszać, pogłębiać, dochodzą akordy kremowe, bardziej żywiczne, czasem cierpkawe - jednak nie na tyle, by zaburzyć tę otulającą, miękką, balsamiczną słodycz.
Rozwinięcie zapachu przesuwa go nieco w stronę drzewności. Drzewności jasnej, świeżej, ale nie zielonej.
I przez cały czas jest to zapach w niezwykły, naprawdę cudowny sposób słodki.

Wedle mojej osobistej klasyfikacji Elixir des Merveilles to "ulep" - czyli słodycz totalna.
To, co w tej słodyczy najpiękniejsze to fakt, że nie jest mdła, ani też żywcem z talerza wzięta, jak wytwory Comptoir Sud Pacifique czy nieszczęsne Cotton Candy Demeter, nad którym pastwiłam się gdzieś wcześniej.

Dodać jeszcze wypada, że to jeden z najbardziej trwałych znanych mi zapachów. Przez wiele, wiele godzin tak samo otulający i tak samo poprawiający nastrój.


Data powstania: 2006
Twórca: Jean Claude Ellena

Nuty zapachowe: 
kandyzowana skórka pomarańczy w czekoladzie, klementynka, karmel, wanilia, bób tonka, kremowe mleko, drzewo sandałowe, kadzidło, żywica, ambra, balsam Peru, balsam Siam, dąb, paczula, cedr.

poniedziałek, 7 lipca 2008

L'Artisan Parfumeur Ambre Extrême



Szkatułka dla chomiczka

Piękna, głęboka, gęsta ambra!

Zaczyna się siarczyście i przyprawowo: kardamon, starta drobno gałka muszkatołowa, pylisty cynamon. Otwarcie zapachu jest suche, wytrawne (pięknie tu gra określenie "dry" w obu znaczeniach), lekko gorzkawe miłą goryczką rodem z czerwonych borówek.

A potem w nutki tej wytrawnej uwertury wkrada się dźwięczny ton róży. Nie jest to jednak kwiat, lecz misternie rzeźbione drewno różane, delikatnie i pięknie inkrustowane sandałowcem. Wśród tej eleganckiej woni wciąż przebłyskują znajome już muszkat i kardamon, dodatkowo zaś w sposób zupełnie nieprzewidywalny i bynajmniej nie stały pojawia się i znika cierpkawy zapach owocu dzikiej róży.

I wreszcie po jakiejś godzinie z tej cennej, misternej różanej szkatułki swój puchaty łebek wychyla waniliowy pluszak.
Najpierw nieśmiało łaskocze nasze nosy swymi mięciutkimi wąsikami, a potem już bez skrępowania mości się w zapachu, wije sobie gniazdko w zagłębieniu naszej szyi lub za uchem i trwa, i trwa, i trwa...

Zapach nie jest słodki, a jednak ma w sobie jakąś miękkość. Jest gęsty, bez tej lepkości, która męczy w Ambre Sultan.
Jest przytulny, ale bez kiczowatej babskości, bez pierników i innych ciastek.
I wreszcie jest to intensywna ambra, bez tej nieszczęsnej nuty zezwierzęcenia, która często noszenia ambr utrudnia.

Data powstania: 2001
Twórac: Jean Claude Ellena

Nuty zapachowe:
nuta głowy: kardamon, gałka muszkatołowa, kwiat muszkatołowy, pieprz
nuta serca: drzewo sandałowca z Mysoru, paczula, róża turecka
nuta bazy: ambra, nuty piżmowe, bób tonka, wanilia

L'Artisan Parfumeur Mechant Loup

Dość smęcenia, dziś będą dwa zapachy "zoologiczne".

Zupka na psich kostkach

Zanim udało mi się zapoznać z imć panem Przebiegłym Wilkiem wieść niosła, że to zapach spożywczy (no, słyszałam też, że pachnie niemytą lodówką, ale to także, jakby nie było, spożywcze skojarzenie). I ja się z tym zgodzę - jest spożywczy.

Otwarcie Mechatego Loupka pachnie jak lekki rosołek przepięknie i przebogato doprawiony wielką wiąchą ziół. Jest w nim cudownie zielona pietruszka, pachnący jak przyprawa Maggi lubczyk, odrobina selera i chyba właśnie kozieradka.
Tak pachnącą zupą, lub tak przyprawioną sałatką można by mnie skusić.

Bukiet ten trwa na skórze przez dobrą chwilę, stopniowo wzbogacając się o nutki orzechowe i cienie innych przypraw, nieco tracąc tę początkową zieloność, odrobinę wysychając, odrobinę tęchnąc...

A potem jest jak w piosence:
"To już jest koniec i nie ma już nic".
Trwałość beznadziejna.

Nie wiem doprawdy, pojęcia zielonego (sic!) nie mam, skąd ta nazwa?!
Toż to żaden wilk, lecz ledwie speszony szczeniaczek w warzywnym ogródku!

Data powstania: 1997
Twórca: Bertrand Duchaufour

niedziela, 6 lipca 2008

L'Artisan Parfumeur Safran Troublant



Wariacja na temat szafranu

To nie jest zapach perfum.

Mimo swej przyprawowości - nie jest to także zapach z gatunku spożywczych czy kulinarnych.

To zapach czystych i pełnych nut brzmiących jak niemodulowany głos w przejrzystym powietrzu.

Trudno wyobrazić sobie, że można użyć do stworzenia perfum tak niezmieszanych, nieobrabianych, oczywistych i prostych zapachów. Zwykle przyprawy w perfumach coś "kombinują", chowają się jedna za drugą, tańczą jakieś tańce, robią uniki i udają, że wcale ich tam nie ma.
Tutaj nic takiego się nie dzieje.

Po zdjęciu korka i naciśnięciu atomizerka z flaszeczki wyskakuje krzepki, świeży, chrupki, tryskający jeszcze cierpkim skokiem imbir, który z dziarskim przytupem oświadcza: "oto jestem!" i... i oto jest.
Prosty, pełen życia zapach nie udaje, że jest czymś innym. Szokujące?

Po chwilce niedługiej do chropawej pieśni imbirowego tupeciarza dołącza nuta szafranowej orkiestry - wielopłaszczyznowa, głębsza, miękka jak tony altówki w mistrzowskim largo.
W tle tej prostej, lecz przejmującej zapachowej melodii bocca chiusa pomrukuje róża - stłumiona, kiepsko słyszalna, ledwie wyczuwalna - i bardzo dobrze.

A potem kolejna niespodzianka - początkowo lekko, perliście, jak przebłyskujący przez główną linię melodyczną dźwięk trójkąta zjawia się wanilia. Najpierw jedna, potem kolejne krople mlecznej nieco słodyczy w surowo-cierpkim nurcie przyprawowej wariacji na temat szafranu. Bo to szafran jest głównym motywem tej zapachowej kompozycji.
Jeśli już pozwalam sobie na porównania muzyczne - to ta wanilia gra tu glissando: wije się i prześlizguje - to pojawiając się w tle, to na moment wychylając do przodu. Ruchliwa, niezwykła, w pełnym spektrum waniliowych brzmień, unosząca moc tego wytrawnego zapachu jak głęboki oddech pierś śpiewaka.

Zapach jest przy całej swej żywotnej pełni względnie statyczny, rozwija się nieznacznie, lecz konsekwentnie od ostrości w stronę kremowości. Na mojej skórze nie przechodzi zaskakujących metamorfoz, a jednak nie nudzi, nie nuży, nie jest jednostajny. Jest od pierwszego do ostatniego akordu pełen energii, mocy, pierwotnej siły. Nie tyle piękny, co fascynujący!

Data powstania: 2002
Twórca: Olivia Giacobetti

Nuty zapachowe:
nuta głowy: imbir, bułgarska róża
nuta serca: szafran, gałka muszkatołowa, płatki róży tureckiej
nuta bazy: wanilia Bourbon

L'Artisan Parfumeur Passage d’Enfer



Piekło zobowiązuje

Naprawdę chciałam pokochać ten zapach!

Już sama nazwa sprawiła, że zapragnęłam go mieć. Wahając się między Messe de Minuit, a Bramami Piekieł właśnie - uwiedziona niebezpiecznym urokiem wizji piekielnych dymów na miarę Normy Kamali wybrałam te drugie. Po pobieżnych testach, cierpiąc na kadzidlaną obsesję nabyłam całą setę i... I po roku mordęgi wreszcie dojrzałam do pozbycia się tego kłopotliwego szczęścia.

Kadzidło w Passage d'Enfer uczynilo mi krzywdę.
Przybrało tę samą odrażającą postać, którą przybiera w Incensi Villoresi (w Incensi nawet bardziej) i Flower Oriental by Kenzo: postać ostrego aromatu skondensowanych mydlin.
Nie wiem, jak to możliwe, by jeden z moich ulubionych składników tak się zachowywał, ale echa tej mydlanej tragedii zaczęłam wyczuwać także w Messe.

W nadgarstkowych Passage testach ma swój urok. Powiedziałabym... czysty.
Niestety, przy użyciu globalnym zarówno ciepły cedr (który, daję słowo, początkowo wyraźnie wyczuwałam), jak i lilie oraz cierpkawe nuty nasuwające skojarzenia z procesem krojenia fenkułu na "zupę gladiatorów" - wszystko to zostaje zjedzone, pożarte doszczętnie przez paskudne, świdrujące w nosie, stające w przełyku, podchodzące w górę gardła gryzące, tanie mydło toaletowe.
I nic już więcej nie jestem w stanie z tych mydlin wyłowić.
A szkoda.

W sumie nie wiem dlaczego wyobrażałam sobie, że brama do mojego piekła będzie czymś atrakcyjnym. Toż to właśnie jest "droga w miasto utrapienia (...) droga w wiekuiste męki".

Męki tym większe, że wyczuwam w tym zapachu potencjał, którego nie potrafię odczytać, odebrać, oswoić, ogarnąć.
Zbyt zajmują mnie wysiłki zmierzające do nieudławienia się mydlinami.

Dla każdego więc piekło na jego własną miarę.



* Pierwsza ilustracja: William Blake "Gate of Hell"


Data powstania: 1999
Twórca: Olivia Giacobetti

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: róża, imbir
Nuty serca: kadzidło, biała lilia, drzewo cedrowe, kora aloesowe
Nuty bazy: benzoes, sandałowiec, nuty piżmowe

L'Artisan Parfumeur Timbuktu



Kolej transkontynentalna


Jeden z trzech, obok 'Un Bois Farine' i 'Dzongkha', zapachów "serii podróżniczej" L'Artisan. Nowoczesna wariacja na temat afrykańskiej tradycji zainspirowana podróżą twórcy zapachu Bertranda Duchaufour na Mali. Zainspirował go tajemniczy eliksir Wusulan, którego tajemnica przekazywana jest od wieków z pokolenia na pokolenie, z matki na córkę. Wusulan to zapach - afrodyzjak mający zapewnić malijskim kobietom nie tylko zdobycie, ale i utrzymanie prawdziwej miłości. *

---------------------




Kardamon? O tak.
Owoce? No nie wiem... Jeśli już, to w początkowych akordach Timbuktu zostały one zakonserwowane w gruboziarnistej, skalistej, ziemnej prawie soli. Tak więc mango (które jest w nutach), to raczej jego zielona, gruba skóra; zaś jagody - to ich gorzkawe pestki.

Wstęp niezwykły, ale bynajmniej nie urzekający. Jednak rychło pojawia się zapach, który zaczynam identyfikować jako papirus - osadzony gdzieś pomiędzy aromatem drzewnym, a zielonym, z leciutkim, cierpkawo - musującym posmakiem na języku.
Fraknońskie kadzidło w Timbuktu nie "bucha" - staje się tu smugą, wstążką przestudzonego w powietrzu, gęstego, białego dymu.

O ile początek zapachu kojarzy mi się raczej z charakterystyczną, pijaną przez azjatyckich nomadów herbatą z solą i masłem z mleka jaka, to środkowa nuta przenosi nas już rzeczywiście do Afryki: nasuwa skojarzenia z wnętrzem domu o grubych kamiennych ścianach, przestronnym, okadzonym oczyszczającym kadzidłem, pełnym typowo orientalnych zapachowych cieni...

Potem zaś kompozycja pana Duchaufour wyprowadza nas delikatnie za rękę do otaczającego ów nakreślony aromatem budynek niematerialnego ogrodu, w którym pozostaniemy długo, bo trwałość zapachu oceniam na więcej niż zadowalającą.

Najmilszym momentem tej olfaktorycznej przechadzki jest przedsionek domu, kiedy zapach jasnego dymu splata się z żywotną wilgocią wetiwetu, parujących po niedawnym deszczu liści egzotycznych krzewów, kropli spływających po tętniących życiem łodygach aż na czarną, płodną ziemię.
Z czasem ogród staje się coraz bardziej ogrodowy, delikatniejszy, choć egzotyczne zapachy- ptaki nadal mają w nim swoje gniazda.

Reasumując: zapach bez wątpienia egzotyczny (choć w początkowych nutach w zaskakujący sposób), sugestywny i, jak cała podróżnicza seria l'Artisana, dość niezwykły. Zetknęłam się z określeniem: Gucci PH na afrykańskich wakacjach i... coś w tym jest.

* według opisu na LuckyScent


Data powstania: 2004
Twórca: Bertrand Duchaufour

Nuty zapachowe:
nuta głowy: mango, jagody, różowy pieprz, kardamon.
nuta serca: kwiat karunde, drewno papirusa, kadzidło
nuta bazy: mirra, wetiwer, paczula, benzoin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...