czwartek, 17 lipca 2008

Serge Lutens Gris Clair

Dziś będzie kontrowersyjnie.
Oceniam perfumy uznawane przez niektórych ludzi za najpiękniejszy, czasem jedyny godny uwagi zapach z oferty Palais Royal.
Rzeczywiście, przyznać muszę, że na tle innych zapachów Serge Lutens jest to kompozycja wyjątkowa. Na mnie jednak jej wyjątkowość nie jest czymś, co zachwyca bynajmniej.



 Stara faja



Paliłam kiedyś fajkę.
Jedną utopiłam w Śniardwach, drugą - po zaniechaniu tej rozrywki - schowałam do strunowego woreczka i umieściłam w pudełku z niepotrzebnymi nikomu śmieciami, których jednak żal wyrzucić.
Po latach przegrzebując kąty odnalazłam owo pudełko i wiedziona sentymentem wydobyłam z niego swój niegdysiejszy skarb.
To, co dotarło do mojego nosa sprawiło, że natychmiast pobiegłam wywalić owo znalezisko, zamknąwszy je jednak przedtem z powrotem w worku.
Zapach aromatycznego niegdyś tytoniu stał się przez lata kwaśnym, stęchłym smrodem - I to właśnie jest nuta, która otwiera Gris Clair.

Jakiś szczególny rodzaj zaduchu, odpychająca stęchlizna - nie wypada mi napisać, jaka była reakcja mojego organizmu na tę, niewątpliwie oryginalną, woń.

W mojej wyobraźni natychmiast pojawił się obraz będącego na bakier z higieną, zmumifikowanego wydzielinami i szlachetnymi alkoholami starego dziwaka, kopcącego podpleśniałe cygara w ciemnym, przez lata nie wietrzonym, pełnym butwiejących sprzętów i dawno nie nabijanych fajek salonie.

Z czasem zapach łagodnieje, dostaje nieco powietrza, jak gdyby do owego trupiego salonu weszła niosąca kubek osłodzonej miodem herbaty i chrupiąca anyżowe karmelki pielęgniarka i zostawiła za sobą otwarte drzwi... To jednak nie wystarcza, by mnie przekonać do niego.

Nuty dojrzałego Gris Clair przypominają wywietrzone Douce Amere bez wanilii, ale za to z dodatkiem lawendy - też takiej starczej i pozbawionej życia. Przy czym zaznaczyć powinnam, że dla mnie zapach lawendy ogólnie nie jest zapachem szczególnie atrakcyjnym i kojarzy się właśnie ze starą szafą pełną zdechłych moli i od lat nie noszonych wyjściowych ubrań.

Oto, Mili Państwo, bezsporny zwycięzca mojego jednoosobowego plebiscytu na najpaskudniejsze dzieło mistrza Sheldrakea!

Data powstania: 2006
Twórca: Christopher Sheldrake

Nuty zapachowe:
lawenda, ambra, bób tonka, irys, suche drewno, kadzidło

12 komentarzy:

  1. Jeszcze cie dopadnie! Zobaczysz! Tez po pierwszych testach uznalam ze jest "FUJ!" i "na pewno NIGDY mi sie nie spodoba" ... :) Przekonywalam sie do niego kilka miesiecy. I wpadlam po sam czubek nosa.
    Racja - jest kurzowo-plesniowy, ale tez i bardzo "powietrzny". Czulam go dzis we snie :D
    D'ou vient le vent

    OdpowiedzUsuń
  2. Haha! Ale groźba! :-D
    Tak szczerze mówiąc to chyba nie będzie miał okazji mnie dopaść, bo po nieudanych testach nie podchodzę do niego więcej. Nie widzę sensu.
    No i ochoty nie mam nijak. Obawiam się, że z lawendą się nie polubię i tak.

    OdpowiedzUsuń
  3. Mojemu Chłopakowi się strasznie podoba ten zapach, ale niestety nie możemy go nigdzie dostać. Mogłabym prosić o podanie namiarów na jakiś sklep intenetowy gdzie można go znaleźć?:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Proszę bardzo:
    - jeden z najpopularniejszych sklepów interenetowych na świecie:
    http://www.luckyscent.com/
    - w Europie na przykład:
    http://www.senteursdailleurs.com/

    Można go tez kupić w wybranych Douglasach w Polsce, albo zamówić wysyłkę na stronie perfumerii Quality:
    http://www.perfumeriaquality.pl

    Pozdrawiam. :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. super!:) dzięki za podpowiedź:) pozdrawiam!:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie poczułam tego smrodku, o którym piszesz. Zapach nawet mi się podoba (przynajmniej w czasie prób). Na mojej skórze otwiera się cytrusami(!), lawendą, drewnem, zielonym, soczystym mchem i świeżym sianem. A potem dołączają irys i słodkawe kadzidło. Potem wprawdzie z cytrusów nic nie zostaje, ale zapach mimo to nie staje się ciężki...

    OdpowiedzUsuń
  7. Wobec tego pozostaje mi tylko pozazdrościć Ci tego rozwoju zapachu. Lawenda to nie "mój" składnik, niestety.
    Z drugiej strony, jakieś poczucie indywidualności, intymności odbioru zapachu daje mi to, jak różnie ten sama zapach układa się na różnych osobach. To daje poczucie, że czegokolwiek używam - na mnie pachnie inaczej, niż na innej osobie. To miłe uczucie... :-)

    OdpowiedzUsuń
  8. Jaki ładny ten akapit o starym dziwaku :)
    Zjawisko różnego odbioru zapachu przez różne osoby nie przestaje mnie fascynować. Jak zwykle najpierw powąchałam, potem przeczytałam... I wyjść ze zdumienia nie mogę.
    Lawenda to zupełnie nie moja nuta. Ale w Gris Clair na mojej skórze pojawia się na zmianę prasowana żelazkiem pościel i rozgrzane słońcem kamienie chluśnięte wodą. Zapach nie ewoluuje. Od pierwszych minut po długie 8 lub 10 godzin pachnie tak samo, z tym samym natężeniem. Kamieniami i żelazkiem, na zmianę.
    Dziwne uczucie. Patrząc na czarny golf i ciężkie buty na nogach jednocześnie czuję jakbym miała na sobie wykrochmaloną i uprasowaną białą koszulę.
    Całej flaszki lawendy w życiu nie kupię, ale posiadaną odlewkę używam z pewną przyjemnością i zaciekawieniem.
    Pozdrawiam,
    Mysza

    OdpowiedzUsuń
  9. Żelazko i rozgrzane kamienie chliśnięte wodą?! Chyba własnie skłoniłaś mnie do kolejnego testu. Recenzja jest stara, stareńka. Na bloga weszła już recyclingowana, przeniesiona skądś tam (pewnie w Wizażu). Mam wrażenie, ze teraz mogłabym GC odebrać inaczej... Choć nuty wciąż budzą moje podejrzenia. :)
    Pamiętam, Bella kiedyś na jednym z wizażowych wątków rozważała, czy edytować stare recenzje i poprawiać, jeśli zmienił jej się odbiór zapachu. Jej konkluzja była taka, że nie: nie będzie edytowała. To były jej odczucia w tamtym momencie i wtedy były prawdziwe. Teraz jest już kimś innym, nie powinna ingerować w emocje tamtej osoby, którą była parę lat temu. I mnie ten argument przekonał. Na szczęście na blogu nie muszę niczego edytować: mogę po prostu napisac kolejną recenzję tego samego zapachu. Jeśli tylko będę miała ochotę. :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  11. Pewnie, że nie edytuj. Recenzja raz napisana zaczyna żyć własnym życiem. Twój blog to bezdenna studnia archiwalnych recenzji. Uwielbiam w niej nurkować :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Nazbierało się tego sporo przez lata, rzeczywiście. Czasem sama "nurkuję" i ze zdziwieniem czytam swoje stare zapiski. :))

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...