czwartek, 14 sierpnia 2008

A teraz: REMANENT

Oto moje perfumeryjne zbiory po wielkim exodusie. Przedtem trudno było mi zmusić się do pokazywania tej perfumeryjnej zbieraniny komukolwiek. Teraz mam wrażenie umiarkowanego porządku, choć Theo, Angel, czy In Black są ze mną wyłącznie przez sentyment chyba...

Nie znaczy to wcale, że zmieniły się moje upodobania. Po prostu w miarę poznawania wciąż nowych perfumeryjnych kompozycji okazuje się, że istnieją w tym wielkim olfaktorycznym skarbcu zapachy nie tyle piękniejsze, co bardziej "moje". Pierwsze, nieśmiałe fascynacje sprzed lat: zapachy bezpieczne, ładne, normalne - wszystko to okazuje się z czasem przyciasne i niewygodne. Jak najpiękniejsza nawet różowa sukienka, jak cudze buty.

W sumie głupia sprawa, takie wklejanie flaszek... A jednak, sama łapię się na tym, że z wielkim zainteresowaniem i fascynacją podglądam zbiory moich braci i sióstr w zapachowym świrze.
Miłego oglądania (i owszem, można stukać się w czoło, ale nie jest to obowiązkowe).

Kadzidła
- Comme des Garcons Kyoto
- Comme des Garcons Avignon
- Comme des Garcons Zagorsk
- Comme des Garcons Zagorsk drugi
- Comme des Garcons Jaisalmer
- Olivier Durbano Black Tourmaline
- Armani Privee Bois d'Encens
- Frederic Malle French Lover
- Heeley Cardinal
- Annayake Miyako
- YSL NU

Drewniaki i kadzidła ciąg dalszy
- Bvlgari Black
- Lubin Idole
- Serge Lutens Chene
- Serge Lutens Cedre
- Shiseido Feminite du Bois
- Shiseido Feminite du Bois duplikat
- Shiseido Feminite du Bois balsam
- Donna Karan Black Cashmere balsam
- Lalique Encre Noire + miniatura
W pierwszym rzędzie:
- Donna Karan Black Cashmere x3 - hodowla żuczków

Drewniaki
- l'Artisan Parfumeur Bois Farine
- Diptyque L'eau Trois
- Diptyque Tam Dao
- Gucci PH
- Micallef Gaiac
- Ginestet Le Boise
- Serge Lutens Chypre Rouge
- Serge Lutens Chergui
- Serge Lutens Bois Oriental
- Serge Lutens Santal de Mysore

Ambry, aoudy i przyprawy
- Micellef Night Aoud
- Comme des Garcons Harissa
- Comme des Garcons Palisander
- Micallef Aoud
- Parfums d'Empire Ambre Russe
- Serge Lutens Daim Blond
- Serge Lutens Arabie
- Serge Lutens Vetiver Oriental
- Serge Lutens Rousse
- l'Artisan Parfumeur Safran Troublant
- l'Artisan Parfumeur Ambre Extreme

Zielenina i ciąg dalszy przypraw
- Penhaligon's Opus
- Etro Mahogany
- Etro Etra
- Etro Shaal Nur
- I Hate Perfume Revelation
- I Hate Perfume Cedarwood Tea
- I Hate Perfume Russian Caravan Tea
- Parfums de Nicolai Fig Tea
- Comme des Garcons Calamus
- Comme des Garcons Calamus duplikat
- Charles Brosseau Atlas Cedar
- IHP In the Library

Słodko i grzecznie ;-) - Hermes Elixir des Merveilles
- Clinique Simply miniatura
- Givenchy Organza Indecence
- Serge Lutens Un Bois Vanille
- l'Artisan Parfumeur Jour de Fete
- Thierry Muggler Angel
- Annick Goutal Vanille Exquise
- Fendi Theorema
- Fendi Theorema Espirit d'Ete
- SL Un Bois Vanille miniatura
- Salvador Dali Dalimania
- Comme des Garcons Rhubarb
- Jesus del Pozo in BlackZbiory biblioteczne
czyli skutek mojej fascynacji dziwadełkami Demeter
Demeter Be My Valentine
Demeter Black Pepper
Demeter Black Russian
Demeter Celery
Demeter Condensed Milk
Demeter Earl Grey Tea
Demeter Fireplace
Demeter Fresh Ginger
Demeter Fresh Hay
Demeter Holy Smoke
Demeter Incense
Demeter Kahala Lava Rock
Demeter Kahala Macadamia Nut
Demeter Mulled Cider
Demeter New Zealand x2
Demeter Patchouli
Demeter Prune
Demeter Rain
Demeter Sawdust
Demeter Snow
Demeter Sugar & Spice
Demeter Tomato
Demeter Vanilla Ice Cream

Od czasu robienia zdjęcia doszły jeszcze cztery buteleczki.

Odlewkolandia (alfabetycznie, nie po kolei)
Comme des Garcons Ouarzazate
Demeter Bonfire
Demeter Dirt
Demeter Firefly
Demeter Flower Show
Demeter Linden
Demeter Russian Leather
Demeter Thunderstorm
Demeter Wet Garden
Etro Messe de Minuit
Histoire d'Eau
I Hate Perfume In The Library
Index Fig Apricot
Issey Miyake Le Feu
Issey Miyake Le Feu Light
l'Artisan Tea For Two
Micallef Aoud
Norma Kamali Incense
Orlane Missoni
Satellite A'la Figue
Serge Lutens Borneo 1834
Serge Lutens Douce Amere
Serge Lutens Un Bois Vanille

I wreszcie ostateczna miara zapachowego świra. Próbki!


Ten remanent jest jednocześnie ostatnim wpisem przed urlopem.
Do zobaczenia za dwa tygodnie.

sobota, 9 sierpnia 2008

Comme des Garcons Series 1: Leaves - Calamus

 

Calamus nie jest zapachem.
Jest obrazem.
Jest sumą doznań wrzuconych nam z rozmachem do mózgu przez nos.

Calamus to przedzieranie się przez gęste przybrzeżne trzciny o poranku.
To rwanie tataraku gołymi rękami, przegryzanie opornych włókien zębami; to przejrzysty, lepki sok w zaczerwienionych od kontaktu z szorstkimi łodygami dłoniach, chłodna woda w butach, muśnięcie liści na policzku...
Fenomenalnie, porywająco sugestywna świeża zieloność otwarcia tego zapachu od pierwszego kontaktu powaliła mnie na kolana.

Nie jest to jednak jednowymiarowy, prosty świeżak. Nawet w tych pierwszych, oczywistych akordach zapach jest przestrzenny, wielopłaszczyznowy, treściwy.
To wrażenie wypełnienia treścią pogłębia się wraz z tym, jak zapach układa się na skórze.

Rześki poranek staje się słonecznym dniem, rwanie tataraku schadzką. Zapach nabiera głębi i pikanterii w miarę, jak na naszej olfaktorycznej przechadzce opadamy na ziemię by pod osłoną zielonej, ruchliwej kotary wtulić twarz w zagłębienie szyi upragnionego mężczyzny. 
Mężczyzna jest młody, szczupły, opalony i półnagi. Jego skóra pachnie trawą, świeżym potem, odrobiną goździkowego olejku do ciała. W opadających na kark włosach czai się ślad dymu z wczorajszego ogniska. Kiedy zbliżymy twarz do jego twarzy w ciepłym oddechu wyczujemy jagody głogu, a może czarnego bzu...

Nadal jest to zapach zielony, a jednak tyle w nim podtekstów!
I tylko podtekstów.
Bo zdecydowanie nie jest Calamus aktem miłosnym wśród trzcin. Nie jest dziką namiętnością, gnieceniem łodyg i kąsaniem ust.
To chwila, kiedy leżąc w zielonej, ruchliwej kryjówce patrzysz w niebo czując chłodną ziemię pod sobą, ciepłe, nagie ciało obok, tlącą się namiętność w lędźwiach i... tatarak. Oczywiście mnóstwo tataraku.

Data powstania: 2000
Twórca: Bertrand Duchaufour

Nuty zapachowe:
liście młodego bambusa, nasiona selera, korzeń arcydzięgla, owoce dzikiej róży

Armani Privé Bois d'Encens

.
Uprzedzam, tekst będzie nawiedzony i na pograniczu kiczu (albo raczej nieco za tą granicą). A jednak - jeśli zachwyt jest jakimś usprawiedliwieniem, to jestem całkowicie usprawiedliwiona.


Przedwieczna magia

Może najpierw, próbując zachować odrobinę rozsądku, opowiem Wam, czym to pachnie.

Otwarcie zapachu to pieprz: czarny, w kulkach, przechowywany w ciemnym pudełeczku, nie wylizany przez światło. Potem do tej czystej nuty dochodzą przyprawy (albo inne gatunki pieprzu, ale z pewnością nie jest to już sam czarny pieprz).
Zapach wytrawny, gorzkawy, spopielały, a jednocześnie mocno organiczny taką słoną, naturalistyczną nutą.

Tuż za tym ostro nakreślonym portalem czają się nuty drzewne, a właściwie drewniane, bo to, co czuję to nie drzewa, a drewno właśnie. I nadchodzi najważniejsze: żywiczne kadzidło. Bogate, przepyszne, obezwładniające...

Zapach często porównywany do Avignon CdG jest... po prostu inny. Mniej kamienny, mniej wilgotny, bardziej doprawiony, kadzidło w nim jest bardziej laickie.
Jeśli w ogóle musimy już kojarzyć ten zapach sakralnie (a wiem, że w Polsce to nieunikniony los każdego kadzidlaka) to nie jest to zapach kościelny, lecz zakrystyjny: w miejsce ograniczających pustkę sklepień - przestrzeń wypełniona, w miejsce chłodnej doskonałości łączonych z rozmysłem brył i kolorów - elementy połączone lekko jak przyciągnięte przez naelektryzowany bursztyn pyłki.
Człowiek wypatrujący w niezwykłym, drewnianym flakonie kolejnej świątyni na wzór Avignon czy innego z Incensów Comme des Garcons prawdopodobnie się rozczaruje.

Mnie Bois dEncens kojarzy się raczej z potężną, starą jak świat skrzynią.
Ciemne drewno, z którego wieki temu wykonały ją szorstkie dłonie, przez lata ściemniało jeszcze bardziej nabierając barwy ciemnoorzechowych tęczówek wpatrzonego w blask ognia egzotycznego szamana. Faktura drewna jest niedoskonała, powierzchnia poznaczona pęknięciami, rysami i szczerbami wyłupanymi przez dawno zapomnianych właścicieli, tragarzy, może złodziei, poryta kanalikami wyjedzonymi niegdyś przez korniki.
Okucia skrzyni są pordzewiałe, lecz wciąż skutecznie strzegą skrywanej pod ciężkim, wypukłym wiekiem tajemnicy.

A wewnątrz, w pozaczasowym mroku tkwią ułożone troskliwie puzdra ze szlachetnego drewna zawierające bezcenne żywice i maści, w morderczym żarze wydmuchane alchemiczne flakony pełne cudownych eliksirów, skruszone zębem czasu woreczki ziół i... I MAGIA.
Zamknięte jak nadzieja w puszce Pandory starodawne czarostwo, które czyha przez wieki na to, by wychynąć spod uchylonego wieka jasną, gęstą, namacalnie cielesną smugą pogańskich kadzideł...

Oto ono.

Data powstania: 2004
Twórca: Michel Almairac

Nuty zapachowe:
Nuta głowy: pieprz
Nuta serca: wetiwer
Nuta Bazy: dwa rodzaje kadzidła, cedr

piątek, 1 sierpnia 2008

Diptyque L'Eau Trois

Favkes - dla Ciebie :-)


Drzewna doskonałość - doskonała drzewność

Wyobraź sobie, że wchodzisz do starej, drewnianej cerkiewki... Popychasz drzwi z grubych desek, słyszysz skrzypienie zawiasów, wchodzisz w półmrok.

Czujesz zapach drewna, kadzidła, skupienia. Jest pusto. Ostatni wierni wrócili do domów tulić dzieci i ścielić łóżka. Wybierasz klęcznik blisko ciemnego od wosków i dymu ikonostasu, zginasz kolana, dotykasz dłońmi ciepłego, gładkiego drewna, opierasz czoło o pulpit...

Co czujesz?

Stare, suche drewno sosnowe pijące przez wiele, wiele lat dym żywicznych kadzideł, dotykane z nadzieją, kaleczone przez nieuwagę. Pociemniałe od czasu, od ludzkich dłoni, od osiadających na nim cząstek kurzu i sadzy i... Tak, od środków konserwujących także.
Oto L'Eau Trois.

Zapach wypełniony intymnym półmrokiem i jednocześnie strzelisty. Wytrawny, suchy, pozbawiony perfumeryjnych ozdobników, bez krztyny kokieterii.

Obecne w składzie zioła są tak samo suche jak tworzące trzon zapachu drewno. Nie "przyprawiają" go, nie czynią ładniejszym i łatwiejszym lecz przeciwnie: pogłębiają tę drewnianą wytrawność, dodając zapachowi życia i mocy.
Wyczuwalna u schyłku zapachu mirra przybiera w L'Eau Trois postać gorzko-żywiczną, harmonizującą z drzewną dymnością aromatu tego metaforycznego klęcznika. Jest to jednak kompozycja konsekwentna, więc także zapach mirry jest, podobnie jak żywiczność niepodzielnie dominującego w nutach drewna i żywiczność snującego się w tle kadzidła, zapachem suchym, dalekim od świetlistej lepkości Jaisalmera na przykład.


W porównaniu do innych kojarzonych świątynnie zapachów takich jak seria Incense Comme des Garcons, Cardinal Heeleya, czy Messe de Minuit Etro L'Eau Trois nie jest kościołem - monumentalną świątynią, lecz drewnianą kapliczką bez zdobień i złoceń, bez ambicji zaimponowania bogom i onieśmielenia ludzi...

Jeden z moich znajomych twierdzi, że L'Eau Trois nie pachnie jak klęcznik, lecz jak wnętrze wielkiego, drewnianego konfesjonału. Przyznaję, że nie mam szczególnego doświadczenia w zakresie przebywania w konfesjonałach, ale ze względu na potężną moc i trwałość zapachu jestem skłonna przyjąć tę interpretację.
Niech będzie konfesjonał.

Bez względu jednak na to, z czym porównamy ten drewniany fenomen - dla mnie to absolutny ideał drzewnej powściągliwości. Zapach, który podczas testów zaintrygował i zadziwił, a teraz, latem, używany już bez wynikającej z niewielkiej pojemności próbki oszczędności - olśnił mnie, zachwycił, wdarł się do ścisłej czołówki zapachowych fascynacji...

Data powstania: 1975
Twórca:
Serge Kalouguine

Nuty zapachowe:
mirra, mirt, oregano, czystek, sosna, laur, tymianek, rozmaryn

I Hate Perfume Revelation

Kiedy kupiłam Revelation IHP była zima. Stwierdziłam wówczas, że początek miły, ale rozwinięcie raczej rozczarowujące.
A jednak... To, co się z tym zapachem stało latem, w cieple - naprawdę zasługuję na uczciwe odszczekanie wszelkich chłodnych opinii z chłodnych dni.


Objawienie

Zapach zaczyna się dokładnie tak, jak podano w opisie: świeżą, pogodną, choć nieco dziką figową zieleniną. Nie owocem figi, ale właśnie gniecionymi wraz z wilgotnymi listkami wiotkimi gałązkami młodego figowca.
Początek urokliwie prosty, urzekający niewinnością umorusanego chłopca wdrapującego się w słoneczny poranek na figowe drzewko.
Dla nosa przywykłego do skomplikowanych zapachowych konstrukcji odstających zupełnie od realnego świata to rzeczywiście pewnego rodzaju objawienie - oczywistość, która nienazwana, nieuchwycona umyka naszej uwadze.
A jednak - wąchając nadgarstki człowiek ze zdziwieniem stwierdza, że ta bezceremonialna zieloność jest zaskakująco perfumeryjna i po prostu urodziwa. Jeśli oczywiście jest się wielbicielem tego typu urody - bo nie ma w Revelations ani słodyczy owoców, której często oczekuje się po figowych kompozycjach, ani oczywistego czaru figowych kwiatków. Z resztą - w Revelation nie ma żadnych owoców ani kwiatków, nie tylko figowych.

I to jest początek. W tym momencie przy poprzednich testach zaczynałam marszczyć nos utyskując na smutny uwiąd figowej młodości.
Jakież to szczęście, że zanim zdecydowałam się na posłanie flaszki w świat dałam jej niepozornej zawartości jeszcze jedną szansę!
Okazało się, że w ciepłe dni zapach zamiast smutnieć - dojrzewa.

Do przycichających powoli figowych nut dołącza zapach miodu: delikatnego, kremowego. Przysięgłabym, że to jasny miód akacjowy.
Pojawia się w kompozycji zupełnie naturalnie, jak gdyby nasz chłopiec zszedł z drzewa i dłońmi wciąż pachnącymi figową zielenią podniósł do ust kawałek ciasta z miodem. Nie napisałam chleba, bo jednolicie słodki aromat miodu uszlachetniony został w tej kompozycji nutami przyprawowymi - szafran, może imbir, może muszkat... Dzięki tej ostrawej nucie zapach nie staje się mdły i lepki, lecz pozostaje zrównoważony i wyciszony, bez drapiącej słodyczy, która często wąchanie miodowych kompozycji utrudnia.
Przejście od świeżości do ciepła jest w Revelation tak płynne i naturalne, że nieomal niedostrzegalne. Zapach jest tak świetnie zrównoważony, że mimo ciągłej świadomości tego ocieplenia za każdym razem odczuwamy zdziwienie, kiedy okazuje się, że oto zmieniły się proporcje, że zapach nie jest już tym, czym był na początku. To drugie objawienie, jakie Christopher Brosius wplótł w ten mistrzowsko skonstruowany i perfekcyjnie wyważony zapach.

Trzecia faza nadchodzi tak samo płynnie i niespodziewanie, jak druga. W miodowe ciepło wsączają się powoli i niepostrzeżenie nutki drzewne: miękko roztapiający się w miodzie zapach cedru i idealnie współgrający z ostrością przypraw żywiczny cyprys. I znów: nie zauważa się ich obecności dopóki nie zostaną podbite wspaniale krągłą, zmysłową ambrą. Oto objawienie trzecie - ostateczne: nasz chłopiec dojrzewa.

W fazie ambrowej zapach przycicha, jak gdyby w najbardziej zmysłowym momencie zapadł zmrok.
W tym pachnącym, intymnym mroku tli się na skórze zmysłowa mieszanka żywotnych soków będącego symbolem płodności i namiętności drzewa, pikantnej słodyczy i dojrzałej ambry.
Gdyby nie transparentna nieuchwytność tej cichnącej nuty byłaby to rozwiązłość w cieniu figowca. A tak, wraz z gasnącym zapachem gaśnie tez niedyskretne światło dnia.

I oto okazuje się, że Revelation przeprowadziło nas olfaktorycznym szlakiem od poranka, do zmroku. Szkoda, że tak szybko...

Data powstaniia: 2008
Twórca: Christopher Brosius

Nuty zapachowe:
liście i gałązki figowca, figa, miód, przyprawy, drewno cedrowe i cyprysowe, ambra, labdanum

I Hate Perfume Cedarwood Tea


Herbata przy kominku

Cedarwood Tea to kolejny zapach Charlesa Brosiusa, który jest dokładnie tym, czym, zgodnie ze swoją nazwą, być powinien.

Otwarcie Cedrowej Herbatki IHP to... po prostu herbata.
Sypkie listki czarnej, szlachetnej herbaty wprost z suszarni. Bez wynikającego z długiego przechowywania dodatku kurzliwych cieni czy cierpkiego nalotu. Tak świeże, że zachował się w nich jeszcze wyraźny ślad herbacianego olejku, który zwykle w herbatach przyczaja się gdzieś głęboko w oczekiwaniu na wrzątek.
I tak sobie te listki szeleszczą przez pierwsze 20 minut trwania na skórze.

Potem zapach zaczyna się zmieniać. Herbata zostaje w końcu zaparzona - aromat suchego surowca staje się aromatem normalnej, pijalnej herbaty: mocnej, esencjonalnej, ciemnej, ruchliwej w swoim naczyniu, z wyraźnie pełzającymi po dnie leniwymi smugami słodyczy rozpuszczającego się powoli cukru.
Ta słodycz nie dociera jednak do powierzchni zapachu - zostaje przyczajona w dole jak ciężka, słodka warstwa drzemiąca na dnie kubka z posłodzonym, ale nie zamieszanym napojem.


W tym miejscu mój opis trochę się rozchodzi, bo zajęta tropieniem cukru w niesłodkim, bądź co bądź, zapachu pominęłam inną ważną zmianę. Otóż gdzieś na etapie parzenia, w momencie kiedy napar ze złocistej czerwieni przechodzi w brąz, do nut herbacianych dołączają nuty drzewne. Najpierw jako dyskretne ich dopełnienie, z czasem nabierając mocy i znaczenia. Cedr występuje tu jako bardzo udane połączenie nut jasnego, świeżego drewna z zadziwiającym w tym zestawianiu zapachem wypastowanego drewnianego parkietu. Najciekawsze jest to, że ten parkiet pachnie ładnie i że nuta pasty do podłóg wcale a wcale nie burzy harmonii zapachu.

A potem pojawia się jeden z najbardziej udanych zapachowych konceptów Brosiusa: zapach słodko-słonego wędzarniczego dymu. Swoją drogą, ciekawe z czego on go robi?
Nuta wędzarnicza trzyma się w tle zapachu zmieniając się to w dymek z wędzenia, to w dymek bardziej z palenia. To dość oczywiste - gdyby dym miał tu grać główną rolę, zapach nie nazywałby się Herbatą Cedrową tylko Dymną.

W dalszym ciągu zapach rozwija się w sposób, który w złożonych kompozycjach IHP lubię najbardziej: w stronę ciepłej, drzewności okraszonej cywilizowanym dymkiem.
W niesprzyjających warunkach (czyli kiedy jest ciepło, a ja jestem zmęczona) u schyłku zapachu pojawia się nutka kadzidełkowa: taki tekturowy dymek z akcentem plastikowych ziółek w tle. Jest to jednak ledwie zapachowy ślad i nie obniża on jakoś znacząco poziomu "noszalności".

Cedarwood Tea to zapach na chłodne dni - w upale traci swój otulający urok, nie ujawnia największych walorów. Za to zimą czy jesienią staje się wyjątkowo atrakcyjnym towarzyszem budzącym podświadome skojarzenia z wypijanym przy ciepłym kominku kubkiem szlachetnej herbaty zagryzanej chrupką, pastowaną deseczką.
No dobra, żartuję. Bez deseczki.

Data powstania: 2006
Twórca: Christopher Brosius

Nuty zapachowe:
marokański i himalajski cedr, czarna indyjska herbata, akcent kadzidlany

I Hate Perfume Russian Caravan Tea


Czym właściwie jest Russian Caravan Tea, czyli herbata rosyjskich karawan?

Otóż wedle relacji historyków i pamiętnikarzy najważniejszymi napojami w carskiej Rosji były herbata i wódka.
Z produkcją wódki radzili sobie Rosjanie we własnym zakresie (jako i radzą sobie obecnie), niestety, z herbatą sprawa jest trudniejsza. Nie sposób destylować jej z przemarzniętych kartofli w ramach sprytnego zagospodarowania tego, co do jedzenia i tak się już nie nadaje. Co więcej - nie można uzyskać jej nawet z całkiem niezepsutego żyta. Ani z buraków (choć próby takie podejmowano ponoć). Dlatego herbatę trzeba było do Rosji sprowadzać.

Czas, jakiego potrzebowała karawana na przebycie trasy z ciepłych prowincji Chin do Sankt Petersburga wynosił przeciętnie dziewiętnaście miesięcy. W tym czasie zsypana w worki herbata nasiąkała aromatem dymu z obozowych ognisk, zapachem drewna, z którego wykonano wozy i skór, którymi nakrywano worki. W skrócie - historia podobna do genezy powstania Lapsang Souchong czy Keemun Congou.
Mniej atrakcyjna (za to bardziej prawdopodobna) wersja tej opowieści mówi, że Russian Caravan to zbieranina wszelkich możliwych herbat od Sasa do lasa rosnących na trasie karawan ciągnących z Szanghaju do Moskwy, a jej wędzony smak jest wynikiem domieszania do tego śmietniska Lapsang Souchong, której dymny aromat zagłusza skutecznie wszelkie inne. Sprytni kupcy.
Bez względu na genezę powstania obecnie jest to najdelikatniejsza z wędzonych odmian herbaty i bezsprzecznie napój wart poznania. Ma miękki, dymny aromat i subtelnie słodkawy smak.

Jeśli już jesteśmy przy rosyjskiej tradycji picia herbaty - prawdziwą Rusian Caravan Tea pijano zwykle z dodatkiem mleka, a nie cytryny, czy bergamoty - jak to zaproponował nam Christopher Brosius.

Ale pora chyba zakończyć tę herbacianą dygresję i zająć się zapachem perfum.

Russian Caravan Tea w interpretacji I Hate Perfume to świeżo zaparzone listki czarnej herbaty wzbogacone potężną dawką cytrusów: olejek bergamotowy występuje tu w towarzystwie gniecionej skórki z cytryny i wytrawnego zapachu białych, cytrusowych "koszulek". Napar nie jest przesłodzony lecz ledwie słodkawy. Nie skupia też naszej uwagi ani wrażenie gorąca, ani chłodu, jak gdyby herbatka ta miała temperaturę pokojową.

W tle tego miłego, ale wcale nie powalającego zapachu zaczynamy po chwili rozpoznawać nutki dymne. Wędzarnicza słodycz rodem wprost z innego zapachu IHP Burning Leaves dodatkowo dopełniona aksamitnym aromatem drewna różanego i sandałowego. I to jest najlepszy składnik tej herbaty.

W miarę dojrzewania perfum na skórze ekspansywne cytrusy tracą swą moc, a napar herbaciany dla odmiany nieco mocy zyskuje. Najważniejsze jest jednak to, że wychodzące do przodu dymne i drzewne nuty zaczynają przesuwać zapach od jasnej świeżości w stronę głębokiego półcienia. I ta wyczuwalna po godzinie dymna baza sprawia, że warto dać się panu Brosiusowi poczęstować jego nietypową herbatką.

Data powstania: 2005
Twórca: Christopher Brosius

Nuty zapachowe:
czarna herbata indyjska, bergamota, nuty dymne

I Hate Perfume Burning Leaves

 

Christopher Brosius to niezwykła osobowość w perfumiarskim świecie. Najpierw dał się poznać jako twórca zapachów takich jak Dirt, czy Snow będących prawdziwymi perłami w ofercie Demeter Fragrance Library. Kiedy odszedł z Demeter by założyć własną firmę nikt nie oczekiwał, że będzie to firma produkująca zapachy zwyczajne. Szczególnie po tym, jak ekscentryczny nos zadeklarował, że nienawidzi perfum.





"Perfumy nazbyt często stają się eterycznym gorsetem więżącym wszystkich w tej samej, sprzecznej z naturą formie." - deklaruje Brosius tworząc swego rodzaju manifest perfumeryjnego indywidualizmu.

CB I Hate Perfume to marka oferująca zapachy nieperfumeryjne, niezgodne z "normalnym" gustem, bliższe Zapachowej Biblioteki, niż perfumerii.

Nawet formę wybrał założyciel firmy niezwykłą (i nie mam tu na myśli siermiężnych opakowań wcale).
"Nigdy nie zadowalał mnie destylowany alkohol jako baza perfum: szybko paruje, wysusza skórę i włosy i jest do tego bardzo łatwopalny. Olejek i woda są tym, czego potrzebuje skóra by najdłużej utrzymywać zapach - i tych właśnie składników używam jako bazy dla wszystkich moich perfum. Z punktu widzenia estetyki - alkohol zawsze wpływa na prawdziwą naturę zapachu i zmusza do czekania aż wyparuje, by móc naprawdę odczuć urodę perfum. Bez dodatku alkoholu moje zapachy są od pierwszych chwil takie, jakimi je stworzyłem."

Tyle Twórca o swoich dziełach. Teraz moja kolej.

Pierwszym z zapachów I Hate Perfume, o jakim chciałabym opowiedzieć jest mój ulubiony zapach tej firmy. I dodatkowo jeden z najbardziej dziwacznych.


Burning Leaves
czyli zapach palonych liści



Niewiele można o nim napisać poza tym, że to zapach pięknie korespondujący z nazwą: nie płonący, lecz tlący się właśnie jak zsypane w wielkie kupy i podpalone liście. Słodki słodyczą wędzarniczego dymu wzmocnioną dodatkowo wyraźną (także) słodką nutą zapachu klonowego soku - to naprawdę palone liście klonu, jak zapowiada opis.

Wbrew brudnej nazwie i jesiennym skojarzeniom pogodny, pełen spokoju, przynoszący wyciszenie i poczucie bezpieczeństwa. Przywołuje wspomnienia wieczorów przy ciepłym, ceglanym kominku lub bezpiecznym, otoczonym wielkimi kamieniami ognisku. Nie zdziwiłabym się wcale, gdyby okazało się, że będący w ofercie Demeter, łudząco podobny Fireplace także wyszedł spod... nosa Brosiusa.
Schyłkowa, czająca się przy skórze faza Burning Leaves jest zaskakująco perfumeryjna, jak na tę nazwę, ten skład i te deklaracje twórcy. Pachnie jak nieco podwędzne drewno różane i zioła wzbogacone wyraźną, mydełkową, ale nie nieprzyjemną nutką piżma. Zapach wycisza się powolutku, gładko i dyskretnie stapiając się z naturalną wonią ludzkiego ciała i wreszcie niepostrzeżenie stając się tej woni ledwie dostrzegalnym akordem.

Na koniec nie mogę sobie odmówić napisania wprost, że Palone Liście firmowane nazwiskiem człowieka, który rzekomo nienawidzi perfum są piękne, piękne, piękne. O ile, oczywiście, lubi się zapach spalenizny. :-)

Data powstania: 2005
Twórca: Christopher Brosius

Nuty zapachowe:
zapach palonych liści klonu

Składak trojański - Comme des Garcons Monocle Scent One: Hinoki


 

Kiedy zabieram się do pisania recenzji (albo jakiegokolwiek innego tekstu) zwykle największy kłopot mam z zagajeniem. Od czego by tu zacząć, żeby było do rzeczy, żeby wprowadzało w temat i jednocześnie skupiało uwagę?
Fajnie by też było, gdyby choć czasem to zagajenie brzmiało oryginalnie.
Tym razem nawet gdybym tu pękła nad klawiaturą, zagajenie nie będzie ani trochę tak oryginalne jak otwarcie Monocle Scent One Hinoki.

Mocny zapach terpentyny.
I już. To jest początek.

Po kilkunastu sekundach do terpentyny dołącza kamfora: prawdziwa biała grudka rozpływająca się w powietrzu na blacie wielkiego, wypolerowanego naftą, drewnianego biurka. To biurko bierze się stąd, że drewno jest w Hinoki od początku. Buduje pewną stałą bazę zapachu, tyle, że w zestawieniu z szalejącymi człowiekowi tuż przed nosem wyrazistymi chemicznymi nutami owo drzewne tło jest początkowo takie... zgaszone.
Po chwili zza głownych składników tego nietypowego otwarcia wysypuje się prawdziwy, kuchenny tymianek.

A potem wreszcie zaczyna być normalnie.
Terpentyna i kamfora uleciały oddając pole zapachowi zmieszanych nut drzewnych: aromatyczny cyprys (i to jest nuta tłumacząca nazwę, bo hinoki to rodzaj cyprysu), żywiczna sosna wprost z Zagorska, pełny i mocny zapach cedru osłodzony gęstym dodatkiem innych szlachetnych drew, wśród których zapewne mamy także cynamonowiec kamforowy. Wszystko to pięknie splecione w jeden, spójny drzewny aromat.
Kulinarna zwyczajność tymianku ubarwiona zostaje całkowicie niekuchennym wetiwerem.Suchym, szlachetnie wytrawnym - mimo niewielkiej roli w kompozycji to jedna z ładniejszych znanych mi odsłon tej rośliny.

Kiedy pojawiają się zmysłowe, dymne nuty zapach nie tylko wkracza w najbardziej urzekającą fazę swojego rozwoju, ale i zaczyna "brzmieć" podejrzanie znajomo. Po chwili już wiemy - to, co nas zachwyca to podobieństwo do Gucci Pour Homme. I to jest klucz do zapachu.
Comme des Garcons najpierw "zapożyczyło się" u Gucciego wypuszczając CdG Man 2, a teraz powtórnie skorzystało z tej rozkosznie obezwładniającej nuty w Hinoki.
Z jednej strony to miło, że docenili jedne z moich ulubionych perfum, z drugiej jednak: czy to ładnie tak ściągać?
Nie znam odpowiedzi na to pytanie w kontekście Hinoki, bo jednak zapach jest nieco różny (w odróżnieniu odd CdG man 2, które jest w moim odczuciu wyłącznie rozrzedzoną wersją pierwowzoru).

W pełni rozwinięte Hinoki pachnie jak wzbogacony dyskretną, chemiczną nutą Gucci Pour Homme. Nuta ta, którą zawdzięczamy zapewne dodatkowi kamforowca, dodaje zapachowi przestrzeni, rozjaśnia go, czyni nieco mniej gęstym i bardziej kolońskim. I może rzeczywiście nieco bardziej nowoczesnym.
Spekuluję, że w tej fazie zapachu kryje się zasadność jego nazwy - hinoki jako odmiana cyprysu powinno charakteryzować się właśnie taką "otwartą", transparentną drzewnością.

Gdybym miała na siłę szukać dodatkowych skojarzeń, odnalazłabym tu ślady krągłej drzewności Kyoto, żywicznego dymku z Zagorska, a także szczególnej, chłodnej słodyczy Avignon. A po kilku godzinach, kiedy zapach zniknie niemal całkowicie, zostaje po nim na skórze powidok (pozapach) jak po Dry Clean. Ale właściwie... Czy warto na siłę szukać skojarzeń, skoro jedno, najważniejsze mamy podane na tacy?

Gdybym była złośliwa napisałabym, że pan Maisondieu z gotowych, sprawdzonych elementów zbudował coś w rodzaju konia trojańskiego (który, jak wiadomo powstał z elementów achajskich okrętów): zapach, który nie jest jakoś wybitnie nowatorski, ale mimo to, a może własnie dzięki temu z łatwością podbija perfumierskie serca. W końcu większość ludzi tak, jak inżynier Mamoń - lubi tylko te piosenki, które już zna.

No dobra, jestem złośliwa - przecież napisałam "to". :-D

Data powstania: 2008
Twórca: Antoine Maisondieu

Nuty zapachowe:
cyprys, terpentyna, kamfora, cedr, tymianek, sosna, gruzińskie drewno, kadzidło frankońskie, mech, wetiwer
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...