wtorek, 25 listopada 2008

Josef Statkus Eau de Parfum


Beata wywołała mnie do odpowiedzi i oto jestem.
Niestety, obawiam się, że nie będzie to odpowiedź, na jaką miałaś nadzieję, albowiem zaprawdę powiadam Ci, nie zdobył mojego serca Piękny Józek.
Tak sobie dumam, że chyba jako ostatnia z ostatnich napiszę słów parę o tym zapachu, bo każdy niemal perfumoholik już to zrobił. A mnie się jakoś zupełnie nie chciało...


Juozelli - Ostatni Kastrat

Historię Pięknego Józka bezwzględnie należy zacząć opowiadać od początku. Nie od środka, nie od końca, lecz od początku właśnie, bo ów początek to dziwowisko, jakiego dalej już nie będzie.
Otóż początek tej pachnącej opowieści to wcale nie kadzidło, lecz przyprawy i zioła. Gorzkie, apteczne, z lekarstwianą nutą wydobywającą z mroków mej niepamięci pewien super hiper tonik "z tysiąca ziół", który moja mama uważała za panaceum na wszystkie choroby ciała, duszy i okolic. Pamiętam doskonale zapach tego płynu w przezroczystej buteleczce z zieloną etykietką, albowiem natarta zostałam nim wielokrotnie, mimo protestów.

Po pierwszym, leczniczym powiewie pojawia się typowy (typowy na mojej skórze) efekt połączenia jaśminu z paczulą - nuta słodkiej stęchlizny.
Ale nic to, bo oto nadchodzi... Kadzidło.
Kadzidło?!
Coś, co mogłabym nazwać oględnie nutą chłodnego kadzidła katedralnego gdyby nie fakt, że to nie jest żadne kadzidło tylko osławiona avignońska mokra szmata, której paradoksalnie w Avignon nie czuję wcale, zaś tu właśnie zaśpiewała pełnym, szmacim głosem.
Mydło - kadzidło jeszcze zniosę, ale tego ci już, Józek, naprawdę nie daruję: wywleczenia z kadzidła ściery, której wcześniej nie było.

Te początkowe zawirowania akcji nie trwają na szczęście długo i po kwadransie nasz niesforny bohater zaczyna stawać się już dokładnie tym, kim być powinien i kim zostanie do końca: Pięknym Józkiem.
Josef Statkus edp, zwany z litewska Juozasem Statkeviciusem to wystygłe bardziej, niż chłodne, kwiatowe kadzidło na bezpiecznej drzewno-ambrowo-piżmowej bazie. Dodatek kolendry, wbrew moim oczekiwaniom, nie dodaje mu charakteru, lecz uszczelnia kompozycję, czyni ją jeszcze bardziej krągłą, akuratną.
Bo kadzidlany Józef to typ asekuranta gotowego każdemu pokazać miłą twarz, z wszystkimi się zgodzić i w każdej sytuacji wyglądać "właściwie".
Chce być jednocześnie kadzidlany, a więc charakterny, ale i ułożony jak najprzyzwoiciej. Ma ambicje czaić się w olfaktorycznym półmroku, ale jednak wychyla się z niego, bo przecież w ciemności nie widać jak świetnie skrojony ma fraczek. Chciałby kusić, wdzięczyć się i czarować, ale skraść całusa się nie zdecyduje, bo a nuż cylinder spadnie. Ani on pogodny, ani zadumany, ani czarujący, ani wyniosły, ani kobiecy, ani męski.

Można by twierdzić, że Statkeviciusowi udało się stworzyć kadzidło eleganckie, ale czy nie brzmi to trochę jak oksymoron? Bo mnie się wydaje, że kadzidła w Pięknym Józefie jest w sam raz tyle, żeby człowiek o tradycyjnym guście uznał zapach za dziwaczny, a spragniony dziwadełka wielbiciel niszowców poczuł się rozczarowany.
W rezultacie powstał nam swego rodzaju antyfenomen - kadzidło asekuranckie, wyważone, słodko-gorzkie, bez wyraźnego charakteru, po prostu "bez jaj".

Taki Juozelli - Ostatni Kastrat.
Niby brzmienie piękne, ton czysty, technika nienaganna... Ale jakoś nie podnieca.

Trwały nieziemsko, ale przecież mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy, a nie jak długo kończy...


Rok powstania: 2006
Twórca: Fabrice Pellegrin

Nuty: jaśmin, paczula, kolendra, kadzidło, ambra, drewno kaszmirowe, wanilia, benzoes, piżmo


Ilustracje do tekstu:
1. Kadr z filmu "Farinelli: ostatni kastrat" Gerarda Corbiau
2. Carlo Brosch "
Kastrat Farinelli"
3.
Carlo Brosch "Farinelli"

piątek, 21 listopada 2008

Parfum d'Empire Aziyade

Mottem tej recenzji niechaj będzie:
Careful what you wish - you just may get it.*
Dla tych, którzy prosili o recenzję Aziyade. ;-)


Aziyade to jednocześnie tytuł bogatej w motywy autobiograficzne powieści Pierre'a Loti i imię rzekomo największej jego życiowej miłości - mieszkanki jednego z tureckich serajów. Ponoć Loti przez całe swoje życie nosił na palcu pierścień z wygrawerowanym jej imieniem.
Historia tyleż romantyczna, co dziwaczna, bo wedle niektórych biografów Aziyade była postacią fikcyjną służącą Lotiemu jedynie jako przykrywka dla homoseksualnego romansu z własnym sługą.


Marc-Antonio Corticchiato - twórca marki Parfum d'Empire zapewnia, że Aziyade to najbardziej prowokujący zapach w historii perfumiarstwa. Kwintesencja erotyzmu zawierająca w sobie afrodyzjaki wszystkich kultur świata.
Przegiął facet.

Może i w tej flaszce rzeczywiście upchnięte zostały wszystkie afrodyzjaki świata z hiszpańską muchą, cebulą, smardzami i kozim serem włącznie, ale kto powiedział, że to dobrze?!

Nie zamierzam odmawiać nowemu produktowi Parfum d'Empire oryginalności (choć spotkałam się z zarzutami, że to zapach żywcem rżnięty z Dinner by Bobo, którego nie znam niestety), ale każda wzmianka o urodzie klinuje mi się w klawiaturze. Bo jest to zapach (jak mawiała moja babcia) "natkany" do bólu, przedobrzony, tworzący z wielu pięknych nut kakofoniczną kompozycję będącą dla mnie uosobieniem przesytu, braku umiaru. Tak, jak jeden nagi człowiek jest (bywa) piekny, jak piękna jest naga para, czasem trio, tak stłoczony nagi tłum nie jest już erotyczny, lecz żałosny. I to się właśnie przytrafiło składnikom spacyfikowanym we flaszkach Aziyade.

W otwarciu zapach jest skoncentrowany, cierpki ponad wyobrażenie, żrący w nos kminem gniecionym, żutym garściami, na sucho...
Syntetyczne, gorzkie nuty mogące być skutkiem połączenia żywicy, kadzidła i diabli wiedzą, czego jeszcze z kandyzowanymi owocami, układają się w coś, co nieodparcie kojarzy mi się z zapachem woszczyny - tej żółtawej substancji, którą można sobie wydłubać z ucha, a która wryła mi się w pamięć przy okazji Fasolek Wszystkich Smaków z cyklu o Harrym Potterze. A może to po prostu zapach potu, który zostaje na noszonych kilkukrotnie koszulkach?
I w tej otwierającej fazie wcale nie zdaje mi się kobiecy. Bardziej, niż delikatną mieszkankę haremu przywodzi mi na myśl owłosionego tragarza (noszącego przez cały roboczy tydzień wory kminu, oczywiście).

W miarę upływu czasu udało mi się spod traumatycznego kminu wygrzebać zapach owoców - głównie daktyli, ciemny, suchy cynamon, gęstą żywicę. Z czasem pojawia się przytęchława, ale interesująca nuta paczuli oraz rzeczywiście absolut wanilii rozmydlony nieco piżmem. Z dystansu zapach zdaje się słodszy, niż wąchany tuż przy skórze. Nie jest to jednak nic, dla czego warto byłoby się tak męczyć. Szczególnie, że kminowy potwór ciągle czuwa...

Najsmutniejsze jest to, że kiedy już skończyłam recenzję i przestałam skupiać się na zapachu, już w łóżku próbując zasnąć ciągle czułam woń nieświeżego ciała. Bez wątpienia kobiecego, skropionego orientalnymi perfumami, ale... niemytego po prostu. I to ja tak pachniałam. Choć daję słowo - kąpałam się ledwie trzy godziny wcześniej. Tak sobie pomyślałam, że dla kogoś o upodobaniach podobnych do Sobieskiego to rzeczywiście mogłaby być erotyczna woń.

Jestem pewna, że na mój odbiór zapachu spory wpływ ma fakt, że nie cierpię kminku i niechże będzie to moim oficjalnym usprawiedliwieniem.
Jednak ani kmin, ani kminek nie jest wystarczającym wytłumaczeniem reakcji, jaką wzbudza we mnie ta kompozycja. Jest przecież multum kminu w lutensowskim Arabie, w pięknej Terre de Sarment Frapina, czy w Idole de Lubin. Jest ciemny, wyraźny kmin w moim ulubionym Black Tourmaline... Ale to, co udało się z tego kminu wyciągnąć Corticchiato przekracza moje dotychczasowe wyobrażenia o tym, jak paskudny może być jego zapach.
Ogólnie ten "najbardziej prowokujący zapach świata" prowokuje mnie główne do panicznego galopu do łazienki. W celu mycia, a jakże...


Data powstania: 2008
Twórca:
Marc-Antonio Corticchiato

Nuty zapachowe:
granat, kandyzowane daktyle, migdały, pomarańcze, suszone śliwki, cynamon, kmin egipski, kadzidło frankońskie, imbir, chleb świętojański, paczula, wanilia, absolut wanilii z Madagaskaru, żywice, piżmo, czystek marokański

*Metallica "King Nothing"

czwartek, 20 listopada 2008

Czym właściwie jest perfumeryjna nisza?



Pytanie tyleż oczywiste, co trudne. Z mojego punktu widzenia dość akademickie, ale skoro istnieje takie pojęcie i skoro to właśnie niszowe zapachy przeważają w moich zbiorach i królują na mojej skórze - powinnam chwilkę się przy nim zatrzymać.

Początkowo myślałam, że sprawa jest prosta.
Mając już pewne pojęcie o zapachach mainstreamowych i, przyznaję, będąc rozczarowana "jednokopytnością" oferty Sephor i Douglasów zaczęłam szukać czegoś, co i w zakresie olfaktorycznych doznań zaspokoi moje pragnienie:

(...) chcę, by mnie życie podarło,
Potargało piorunem wichury,
Niechaj wpija we mnie kły, pazury
I drapieżnie mnie chwyta za gardło. *

I oto zetknęłam się z zapachami Comme Des Garcons. A była to seria Incense...

Nie przez przypadek bynajmniej i nie to jest powodem, dla którego to kadzidła zdobyły moje serce. Raczej odwrotnie - kadzidła pożądałam i to właśnie kazało mi szukać dostępu do zapachów, w których spodziewałam się je znaleźć.
Po serii kadzidlanej poznałam pozostałe dzieła (wielkie słowo, ale użyte rozmyślnie) CdG: serię Red, Leaves, Synthetic, nawet Sweet. I nabrałam wówczas przekonania, że perfumy niszowe to nowy, zapachowy kosmos, raj dla miłośników niezwykłych doznań, spełnienie marzeń perfumeryjnego dziwaka. Naprawdę byłam pod wrażeniem.

I jestem nadal... Ale nie do końca.

Bo po jakimś, wcale nie długim, czasie okazało się, że niszowe zapachy wcale niekoniecznie muszą być niezwykłe. A skąd? Ogromna część niszowców to zapachy, które z powodzeniem mogłyby stanąć na sephorowej półce i zadowolić "szeroki target". Różyczki Parfums de Rosine, Juliette Has a Gun, większość perfum Creed, czy zapachy takie jak kwiatkowe l'Artisany, duszne orienty Montale i mnóstwo innych rzekomo niszowych zapachów nie zdaje się wcale bardziej "nienormalna" niż Prada czy Agent Provocateur (nie mówiąc już o takich oryginałach Black Cashmere czy Gucci Pour Homme).

Tak więc oto podupadło moje przekonanie o tym, że kryterium niszowości jest niezwykłość.
Rzeczywiście pewna część niszowych zapachów to kompozycje nieakceptowalne dla "normalnego" odbiorcy. Dziwolągi udane lub nie.
Ale co wśród nisz robią zapachy typu Petit Cherie Annick Goutal czy Reflection Woman Amouage?
Zapachów CSP celowo tu nie używam jako przykładu bo to jednak jest ekstremum i nisza głęboka jak Jaskinia Krubera.

Drugim kryterium niszowości, z jakim się zetknęłam jest dostępność (czy raczej niedostępność).
Jest tu coś na rzeczy, ale nie czuję się przekonana do końca.
Bo czy dostępne w Douglasach Etro czy Lutensy przestały przez to być niszowe? Czy niedostępne w Niemczech zapachy Yves Rocher niszowymi się dzięki tej niedostępności staną?

Czasem myślę, że z niszą jest nieco jak z Haute Couture - rzeczywiście część tych kreacji (zapachowych lub tekstylnych) jest kompletnie nienoszalna dla normalnego człowieka. Ale pozostałe są wyjątkowe głównie dzięki swej unikatowości.
I tak, jak istnieją ludzie, których pociąga styl czy zapach bez względu na etykietę, tak są ludzie, którzy ulegają urokowi elitarności. W tym przypadku nisza spełnia rolę podobną jak limitowane serie czy sztucznie zawyżone ceny - pozwala poczuć się wyjątkowo.


Czy więc tak naprawdę jestem miłośniczką zapachów niszowych?
Nie.
Jestem wielbicielką woni drzewnych, dymnych, kadzidlanych.
Czy nabędę je w Sephorze, czy sprowadzę zza granicy - nie ma znaczenia. Chociaż...
Wprowadźcie mi Black Tourmaline do oferty kiosków Ruchu, a ja tym chętniej (i obficiej!) będę się nim zlewać. Tylko... kto to zniesie? ;-)

Pytano mnie kiedyś o zapach reprezentatywny dla tego, co nazywamy niszą i wierzcie mi - nie ma takiego.
Perfumy niszowe to bardzo, bardzo szerokie spektrum zapachów: od kwiatowych single note, przez kadzidła i przyprawy, na stricte chemicznych oparach skończywszy.
Nawet "w niszy" należy sobie znaleźć swoją własną niszę. Wyszperać w ofercie to, co jest "nasze".
I chyba na tym polega przewaga zapachowej niszy nad półką Douglasa - mamy większe spektrum możliwości, bogatszy wybór, spore szanse na znalezienie jeśli nie zapachowego Świętego Graala, to może zapachowej Świętej Zastawy?


Dla zainteresowanych: bardziej systematycznie i rzetelnie zajęłam się tematem w poście pod tytułem "O perfumach niszowych raz jeszcze". Zapraszam.


* Julian Tuwim "Krzyczę"
** Trzecia ilustracja: Rudolf Ernst "The Perfume Maker"
*** Czwarta ilustracja: kadr z filmu "Pachnidło" na podstawie powieści Patricka Suskinda

Parfums de Nicolaï Fig Tea

Ktoś mi ostatnio zarzucił, że figa I Hate Perfume cierpi na brak figowego towarzystwa wśród drewniaków i kadzideł na moim blogu. No cóż... Ponieważ lubię chłopca z Revelation, postanowiłam dorzucić mu nieco damskiego towarzystwa. Bo Figowa Herbatka Nicolai jest, bez wątpienia, dziewczyną, młodą kobietą. I to urodziwą. :-)


Zapach pozornie prosty, z suchej lektury nut - nisza pełną gębą, a jednak... Próżno tu szukać gniecionych liści, trzaskających gałązek, cierpkiej herbaty, gryzących w nos przypraw. To znaczy... Są figi, jest herbata, jest kolendra i nieco pieprzu, ale wszystko to złożone jest w bukiet nieco tylko rozwichrzony, wciąż jeszcze nadający się do wręczenia ukochanej.
Figa w Fig Tea jest wyraźnie owocowa. Yerba mate to napar esencjonalny, lecz przejrzysty. Z kolendry uszczknięto drobne kwiatki, a pieprz przypomina ten z Glorii. W bazie pobrzmiewa ślad, śladzik kwiatowej esencji paradoksalnie nadający tej jasnej kompozycji charakteru.
Nie jest to bynajmniej zapach zielony. Nie jest też słodko owocowy. Kojarzy mi się raczej z mocną, esencjonalną herbatą, schłodzoną i podaną w wysokiej szklance, o smaku złamanym jedynie odrobiną brązowego cukru. Połączenie lekkiego orzeźwienia z pobudzającą, intrygującą goryczką w tle.


Figowa Patricia stąpa lekko, stopy ma bose, a sukienkę zieloną. W przekrzywionym wianku, z koszykiem puchatych moreli przeskakuje drobne kamyki, smukłą dłonią unosi rąbek sukienki ukazując nieskazitelnie białą koronkę halki. Bo mimo pozornej niefrasobliwości - to dziewczyna akuratna i dobrze wychowana. Przekrzywiony wianek przekrzywionym wiankiem, ale dyskretny makijaż musi być perfekcyjny, a morele w koszyczku z pewnością zostały umyte. Rozumiecie?


Data powstania: 2000
Twóraca: Patricia de Nicolaï

Nuty zapachowe:
suszone figi, osmantus, kwiat dawana, absolut yerba mate, kolendra, jaśmin

niedziela, 9 listopada 2008

Waniliowy Bestiariusz

.
Pomysł przyszedł mi do głowy spontanicznie, ale nie bez pomocy.
Dlatego jest to post z dedykacją dla wszystkich Kusicielek namawiających mnie do recenzowania zapachów, których nie lubię.
A także dla mojego Koszmarnego Brata, który z poświęceniem współuczestniczył w okrutnych eksperymentach mających na celu weryfikację tej listy.


Oto Waniliowy Bestiariusz, czyli subiektywny i nie całkiem serio spis waniliowych potworów: tępych dusicieli, grubiańskich natrętów, grząskich ulepów i innych strasznych typów.
Nie jest on, bynajmniej, kompletny, ale oto, co przychodzi mi do głowy spontanicznie, kiedy pomyślę o wanilii, która zabija. ;-)
 


Hypnotic Poison
Christian Dior

Dziwny zwierz.
Niby przypomina Poison, ale z dusznego erotyzmu został tu tylko duszny.
Zapach robi wrażenie nieświeżego, stęchłego, przeterminowanego, ale mimo to wciąż jest to zapach, a nie smrodek.
Podkreślę raz jeszcze: naprawdę lubię wanilię. I w perfumach, i w potrawach - ta jest jednak zdecydowanie po terminie przydatności do... czegokolwiek.
Zapach Hypnotic Poison mnie nie hipnotyzuje, nie otula, nie upaja. Nie daje wrażenia ciepła, tylko zaduchu właśnie. I nie jest to zaduch kipiący seksem, spełnieniem i rządzą, jak w przypadku Poison, tylko zaduch zaduszny, jak Dzień Zaduszny, albo długo nie wietrzona, wilgotna sypialnia podstarzałego małżeństwa.
Może i jest w tym zapachu "coś"... Ale zdechłe, bo się udusiło.

Hypnotic Poison to kastrat.
I to nieżywy.

--------------------------------------

Dior Addict & Lolita Lempicka edp (proszę nie mylić z L de Lolita)

Miałam to nieszczęście, że oba zapachy testowałam nieomal jednocześnie. Duszne, grząskie, ciężkie jak hipopotam killery. Oba zniechęcające do oddychania. Skuteczni olfaktoryczni zabójcy - ze wskazaniem na Lolitę (pod względem morderczej skuteczności oczywiście).

--------------------------------------
Givenchy
Ange Ou Demon 

Nazwa tego zapachu to jakaś kpina!

Nie przestaje mnie fascynować, czegóż to spece od marketingu nie wymyślą, żeby sprzedać cienki produkt.
Choć przyznać muszę, że projektant falkonu odwalił niezłą robotę.

Zapach sugestywny. Bardzo nawet.
Kojarzy się nieodparcie z wielką kluchą zlepionych ze sobą, przechowywanych w foliowym, zawilgoconym woreczku komunistycznych landrynek. Piszę komunistycznych, nie zaś "postkomunistycznych" bo to takie landryny - widmo przeszłości. Długo w tym worze tkwiły, oj długo...

Jest więc w tym zapachu syntetyczna słodycz syntetycznie aromatyzowanych i syntetycznie barwionych bryłek, jest mdlący smrodek tych nie wiadomo po co dorzucanych do paczek białych landrynek o mętnym smaku woszczyny z ucha (słowo daję, że tam są!), jest lepka, pachnąca nieco jak zakalec w drożdżowym cieście nutka utworzona przez skraplającą się na cukierkach parę wodną i wreszcie zapach stęchlizny dający ten wilgotno - omszały "pierdek", który wybija się kiedy zapach się rozwinie i udaje... Bo ja wiem, co on udaje? Wyciąg z dębu? No pęknę ze śmiechu!

--------------------------------------

Escada Collection

Czy wiecie, jak czuje się człowiek siedzący w wannie ciepłego budyniu?
Nieeee?
To ja Wam opowiem.

Tkwi człek zadkiem w ciepłej mazi, odurzony wyziewami wanilii, karmelu, syropu klonowego i jakiejś cukrowej polewy do tego i zastanawia się czy wlezienie w ten syntetyczny, klejący ulep aby na pewno było dobrym pomysłem. To jest test nadgarstkowy Escady Collection.

Gorzej jeszcze, kiedy owa gęsta słodycz zaleje człeka globalnie. Zanurzony po szyję w wannie escadowego budyniu amator słodkości zauważa, że trudno jest oddychać tak gęstym, lepkim, mętnym zapachem. Escada jest nie tyle mdła, co duszna właśnie. I to jest test całościowy.

Przykre jest to, że zapach zamiast się rozwinąć, dać coś z siebie - trzyma człowieka w mętnej brei, która dodatkowo robi się z czasem coraz bardziej mdła i duszna.

Pierwsze nuty przypominały mi Vanille et Ambre E. Coudray, które mi się nie podobały. Teraz myślę sobie, że nie były takie znów złe...

Obrazowo:
EC to galon budyniu waniliowego zalany galonem syropu cukrowego okraszony cukrową polewą a na końcu posypany obficie cukrem wanilinowym (nie mylić z waniliowym proszę), skondensowany i upchnięty w buteleczki równie słodkie i subtelne jak ich zawartość.

--------------------------------------
Być może powinien się tu znaleźć któryś z waniliowych zapachów z Biblioteki Demeter, tyle, że niepokonany top ohydek Cotton Candy nie mieści się w tej kategorii, a rywalizować z nim nie sposób. Z resztą zjechałam go już tutaj.
I wystarczy. Testy kolejnych słodyczy tej firmy mogłyby mnie zabić.

--------------------------------------

Vanille Extreme 
Comptoir Sud Pacifique

Kwintesencja wanilii w stylu CSP.
Wanilina (nie mylić z wanilią!) tak skoncentrowana, że aż gorzka. Plastikowa atrapa aromatu wanilii, tania, chamska, boląca w nos.
Tak własciwie opis ten pasowałby do wszystkich waniliowych potworów... ups! wytworów tej firmy.
Zwykle jednak zapachy te mają jakieś otwarcie - coś, co pozwala "zahaczyć" je nosem i przetrwać bez mdłości pierwsze chwile w ich towarzystwie (w przypadku Vanille Mokha czy Vanille Canelle są to nuty naprawdę zachęcające). Vanille Extreme jest plastikową karykaturą wanilii od pierwszej do ostatniej nutki.


--------------------------------------

Vanille Banane
Comptoir Sud Pacifique

O! To lepkie monstrum zasługuje na szczególną notkę.

Vanille Banane to pozbawiona wszelkiej finezji mieszanka gęstego, lepkiego, na wpół scukrzonego wanilinowego syropu z paskudną syropową alkoholową nutą (czyli norma) oraz pływającego po powierzchni w postaci tłustych ok aromatu bananowego.
Toporna, płaska, bez tendencji do rozwoju czy współpracy ze skórą.

Zapach w pierwszych sekundach po prostu słodki, po chwili zaczyna być odczuwalny jako ciężki i mdły. Vanille Banane jest naprawdę trudny do zniesienia, bo kiedy go się na sobie "posadzi" to... normalnie zapiera człowiekowi dech w piersiach! I to bynajmniej nie z zachwytu.
Po dłuższym kontakcie dosłownie mnie zemdliło. Uczucie jak po wepchnięciu w siebie kilograma cukru w kostkach.

Zapach jest taki ...dziewczynkowy. W najgorszym możliwym znaczeniu tego słowa. W tym samym guście, co różowe lale Barbie w najbardziej infantylnych brokatowo - księżniczkowo - syrenkowych stylizacjach.
Jedno i drugie zdecydowanie nie dla mnie.

--------------------------------------

Powinnam dorzucić Chocolate Greedy Montale i Serendipitous ale wówczas byłby to bestiariusz potworów wszelkiej maści, bo pomimo wyraźnej nuty wanilii oba zabijają raczej syntetyczną, stężoną, żrącą niemal czekoladą.
Z drugiej strony - indywidualnych recenzji tych zapachów z pewnością nie będzie. Instynkt samozachowawczy nie pozwala mi ryzykować globalnego zlania się.

--------------------------------------
A na deserek, może nie całkiem waniliowy, ale potwór z pewnością.
Pomyslałam sobie, że chyba nie znajdę lepszej okazji do zamieszczenia tej obrazoburczej notki.

Pink Sugar
Aquolina

Kiedy czytam opisy tego zapachu wciąż od nowa mam wrażenie, że powinien on pachnieć inaczej, niż pachnie. Gdzie te owoce?! Maliny? Porzeczki? Pomarańcze? I co jeszcze, pytam? :-]
Pink Sugar to laminowany batonik nadziewany schajcowanym karmelem.
Słodki, ciężki, płaski i nie do przełknięcia.



Dobra, koniec tego, bo mi się zrobi cukrowy bestiariusz, a nie waniliowy.



*Autorka powiadamia, że Koszmarny Brat nie zginął w trakcie przygotowywania tego tekstu.

środa, 5 listopada 2008

Annick Goutal Vanille Exquise

Z okazji jesieni postanowiłam poświęcić parę słów jeszcze jednej niezwykłej wanilii.
Jakoś tak się złożyło, że mimo zużycia większej części worowatej flachy z tandetnym złotym korasem i infantylną kokardką - nie zdobyłam się dotychczas na napisanie więcej niż dwóch zdań o tym zapachu.
A warto.


Bo tak samo, jak opakowanie Vanille Exquise trąci kiczem, tak zapach jest wyważony i elegancki.

Wiem, wiem... Elegancka wanilia to taki trochę oksymoron, ale w tym przypadku daję słowo, że tak jest.

Przede wszystkim jest to zapach wytrawny, matowy, suchy.
Utkany głównie z zapachu czystych, białych migdałów (jak w Jour de Fete), oprószonych suchą, jasną wanilią z tą szczególną, orzechową nutą, której nabiera mleko po długim, długim gotowaniu.
W otwarciu pojawiają się ostre kłaczki dzięgla, ale szybko zostają przykryte migdałowo-waniliowym kocykiem.

Podobnie jak w przypadku waniliowej kompozycji Sheldrake'a dzieło duetu Doyen - Goutal nie charakteryzuje się szczególną zmiennością, nie olśniewa pojawiającymi się po sobie fazami, nie wibruje, nie migocze.
Zapach kładzie się na skórze miękko jak szlachetna tkanina i powściągliwie, niespiesznie przemierza krótką drogę od jasnej migdałowej waniliowości do półmrocznej wanilii na gwajakowej bazie.
To, co najbardziej zadziwiające to fakt, że to nie wanilia jest tu najsłodszym akcentem, lecz gwajakowiec właśnie. Szlachetna, naturalna słodycz tego niezwykłego drewna została tu mistrzowsko zaakcentowana właśnie przez kontrast z niespotykanie wytrawną wanilią stanowiącą trzon zapachu.
Obecne w bazie piżmo przyjmuje tu moją ulubiona postać - olfaktorycznego ocieplacza bez rysów indywidualnych.

Nie wiem, w jakim stopniu niezwykłe brzmienie tych perfum jest zasługą mojej skóry, która przejawia tendencje do zmiękczania zapachów, przydawania im aksamitnego tła. Bez względu jednak na to, jaka jest przyczyna - uroda tego zapachu wielka jest i nietuzinkowa.
Vanille Exquise to wcielenie waniliowej elegancji. Wielka klasa, wielka oryginalność i prawdziwie szlachetna powściągliwość. Niestety - także pod względem mocy zapachu, bo przyskórna i dyskretna jest ta dama...


Data powstania: 2004
Twórca: Isabelle Doyen / Camille Goutal

Nuty zapachowe:
nuta głowy: dzięgiel, nuty migdałowe
nuta serca: absolut wanilii
nuta bazy: benzoin, drzewo gwajakowe, białe piżmo

wtorek, 4 listopada 2008

Serge Lutens Un Bois Vanille


Przepyszny przepych




Un Bois Vanille to zapach, który naprawdę łatwo jest pokochać.
Ale nie po testach nadgarstkowych.

Otwarcie jest dość szczególne. Z jednej strony - najnormalniejsza rzecz w świecie: waniliowe perfumy pachną walnilią. Tyle, że one nie pachną wanilią taką, jaką znamy i kochamy, lecz brązową, pomarszczoną, lekko wilgotną waniliową laską. Z wszystkimi jej wadami - jeśli ktoś wąchał, wie, o co mi chodzi.

I na nadgarstkach ta dziwaczna, lekko syntetyczna i przytęchława laskowość trwa i trwa i trwa...
Nie pokochałabym UBV, gdybym została przy testach nadgarstkowych. Zapach posłodzonej, wilgotnej skóry to nie jest to, czego można oczekiwać po zapachu mającym wanilię w nazwie.


Ale nic to!
Bo zaaplikowna w cieplejszych miejscach ludzkiego ciała lutensowska Wanilia pokazuje nam zupełnie inne oblicze. Otwiera się jak wielki, oszałamiający kwiat, rozpościera ogon, jak paw, rozlewa się wokół nosiciela jak blask wokół świecy... I oto ze skurczonego paskudka przeobraża się w najbardziej upojną wanilię świata. Puszysty, kremowy, miękki zapach szlachetnych stroczykowych strąków jest po prostu rozkoszny.
Bazę dla tej zapachowej pieszczoty stanowią głównie nuty drzewne. Wyraźna, podbita wanilią słodycz gwajaka; sandałowiec kremowy jak w Tam Dao; delikatna, ledwo wyczuwalna w tle, dająca tej zmasowanej słodyczy szczególne wybrzmienie, nutka kojarząca się z szorstkością cedru; plus coś cichutko skwierczącego, co pewnie jest wyszczególnionym w nutach skarmelizowanym benzoesem obecnym także w Santal de Mysore (na co zwróciłam uwagę dopiero kiedy próbowałam dla potrzeb recenzji określić tę frapującą nutę).

I tyle. Tylko tyle, i aż tyle.

Zapach, choć statyczny, nie jest monotonny, ani płaski.
Tyle, że przestrzeń w nim nie jest przestrzenią pełną powietrza wśród strzelistych drzew, czy kolumn, ale przestrzenią, którą zajmuje góra najmiększych puchowych poduszek.

Nie jest też dzieło mistrza Sheldrake'a zapachem dającym się upchnąć w szufladce z zapachami spożywczymi. Mimo ewidentnie waniliowej natury, zapach jest tak aksamitny, że jadalny mógłby być co najwyżej dla arystokratycznego mola.
Jest w pewien sposób szlachetny, choć o szlachetnym umiarkowaniu trudno tu mówić - moc i trwałość Un Bois Vanille zdecydowanie pozwalają zaklasyfikować je do kategorii killerów. W tym przypadku byłaby to śmieć przez zapieszczenie. A na taki typ zabijania to ja jestem bardzo odporna. ;-)


Data powstania: 3003
Twórca: Christopher Sheldrake

Nuty zapachowe:
absolut czarnej wanilii, lukrecja, drzewo sandałowe, mleczko kokosowe, wosk pszczeli, skarmelizowany benzoes, gorzkie migdały, gwajak, bób tonka

niedziela, 2 listopada 2008

Damien Bash Sin


Damien Bash pójdzie do nieba

O ile, oczywiście, jakieś niebo istnieje.

Najpierw przyprawił gębę Lucyferowi (i to nie raz), potem obrzydził mi Grzech.

Bo nazwanie tej miernoty grzechem to albo żałosna megalomania, albo próba celowego moralizowania!
Tak więc przewiduję wniebowstąpienie tego bożego Konrada Wallenroda. Najlepiej zanim wymyśli kolejny podstęp. ;-)

Zaczyna się syntetycznie aromatyzowanymi landrynami tak sugestywnymi, że nawet Ange ou Demon się chowa. Zapachy porzeczki i pomarańczy są tak odpychająco sztuczne, że ma się wrażenie lizania cukierka razem z folią.
Kiedy przycichnie landrynowy skowyt w zapachu da się wyczuć i pieprz, i figę, i cedr - jednak wcale nie brzmią one razem ładnie.
Całość pachnie jak zapachowa świeczka w upale.
Jak przeterminowany wyrób czekoladopodobny zmieszany z pomarańczową oranżadą w proszku, odrobiną syropu na poprawę apetytu i dodatkiem odstających od nieatrakcyjnej reszty, przypraw. Też przeterminowanych w sumie.
Zestawienie nie tyle odpychające, co zniechęcające.
I bez sensu zupełnie.


Nie wiem, co myślał sobie Bash kombinując nad tym zapachowym śmietnikiem... Że tak oryginalnie będzie? Że jak nazwie zapach Grzechem to każdy kit ludziska kupią? Że skoro ma tak świetny pomysł na marketing, to już to, co upcha do flaszki może wybierać drogą losowania?
No kurczę, przykro mi, panie Bash. Nie wyszło.

Lubię zapachy kontrowersyjne.
Szanuję zapachy "niemoje" ale z duszą, doceniam turpistyczne zapachowe poematy perfumeryjnych buntowników, wielbię dzieła nietuzinkowe, ale to?
To nie jest turpizm. Julian Przyboś powiedziałby zapewne, że to zapachowy dadaizm, ale ponieważ w kwestii dadaizmu nie zgadzam się z Przybosiem powiem, że to raczej olfaktoryczna grafomania...

Sin jest grzeszeniem bez przyjemności.
Pychą skapcaniałej Dulskiej w rozdeptanych laciach, spółkowaniem z nieświeżym, obwisłym cielskiem na starej wersalce, lenistwem gnuśnym i żałosnym...

Zaprawdę powiadam Wam - gdyby diabli i ich pokusy były tak atrakcyjne jak wytwory pana Basha - ludziom nie chciałoby się grzeszyć.



Nuty zapachowe:
czarny pieprz, czarna porzeczka, cedr, figa, pomarańcza, kolendra, perska ambra, wanilia
W niektórych źródłach wśród nut Sin wymieniana bywa także lilia
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...