wtorek, 29 grudnia 2009

Le Labo City Exclusives - Musc 25

.
Zwykle kiedy zabieram się do opisywania zapachów w serii, czy to firmowo, czy też tematycznie, zaczynam od najciekawszych i potem, na koniec zostają mi jakieś marne resztki. Tym razem postanowiłam stopniować napięcie i rozprawę z City Exclusive'ami Le Labo zacząć od najmniej wyczekiwanej próbki.
Musc 25: piżmo plus 24 inne składniki czyli Miasto Aniołów w płynie.


Zacznę redundantnie - piżmo nie należy do moich pachnących miłości, zwykle paskudzi się na mnie albo zmydla. Obie opcje nie cieszą.
Nie miałam, w związku z tym, wielkich oczekiwań w związku z tą kompozycją i przyznaję - takie rozczarowania lubię najbardziej.
Bo Musc 25 to rzeczywiście zapach piżmowy od otwarcia po ostatni cień cienia bazy. I rzeczywiście raczej nie jest mój, ale jednocześnie z prawdziwą, szczerą radością i satysfakcją stwierdzam wreszcie, że pogłoski, jakoby piżmo było substancją o pięknym zapachu łączącym kosmetyczną czystość z cielesną zmysłowością są... prawdziwe!

Oto znalazłam perfumy o dominującej nucie piżma, których moja skóra nie psuje. Owszem, zdarzyło mi się zachwycać zapachami z piżmem w tytule, były to jednak kompozycje w stylu enigmatycznego Silver Musk albo słodziaka Musc Maori, którego najbardziej, z mojego punktu widzenia, atrakcyjną cechą jest fakt, że nie jest piżmowy.
Wszelkie typowe piżmaki albo zmieniają się na mnie w fizjologiczny koszmar (wspomnę tu o Musc Ravageur czy Muscs Koublai Khan) albo mydlą się i nie mają charakteru (na przykład Musc Nomade).
Tym razem wreszcie mam dowód na to, co podejrzewałam już analizując nuty Ambre Gris czy L'Ombre Fauve: piżmo bywa piękne i oto kolejny, po róży, składnik, który zmuszona jestem skreślić z listy pod tytułem "zdecydowanie nie lubię". Jeśli dalej tak pójdzie, okaże się, że lubię wszystko.


Dość zagajeń, pora przejść do konkretów.
A konkretnie rzec mogę, że Musc 25 jest nie tylko piżmowy i nie tylko ładny, ale przede wszystkim szalenie interesujący. Łączy skrajną prostotę (toż to piżmo od początku po kres!) i niezwykłą złożoność. Bo ten niezwykły zapach jest taką uszytą z aksamitnego piżma sakiewką, w którą twórcy schowali olfaktoryczne skarby nadające jej (kompozycji i sakiewce) kształtu i charakteru.

W otwarciu zadziwia niespodziewanie urodziwe połączenie aldehydów i cywetu okraszone delikatnym, jak gdyby dalekim tchnieniem attaru uzyskanego z ciemnych róż. Oraz oczywiście piżmem, które gra w tej kompozycji pierwsze skrzypce.
Uwierzcie, że dzięki obecności akordu aldehydowago oraz delikatnych nut kwiatowych (i nie mam na myśli róży, która jest tu bardziej oleista, niż kwiatowa) wymienione przeze mnie ciężkie, zwierzęce składniki nabierają niespotykanej puszystości i jasności. W życiu nie przyszłoby mi do głowy, że cywet z piżmem można złożyć w ten sposób.
Zapach jest, jak już wspomniałam, intensywnie kosmetyczny i fizycznie zmysłowy jednocześnie. Jest gęsty i lekki zarazem - jak kłębiaste cumulusy zasłaniające słońce.


Przyznaję, że powoli oswajam to połączenie i sporo czasu potrzebuję, by zacząć wyodrębniać w pozostałe składniki. Na pewno mamy tu sporo suchego cedru i ambrę w bazie. Podejrzewam dodatek angielskiego ziela, imbiru albo szafranu, może goździków. Jest tu nieco labdanum, coś ostrego, chemicznego - i nie wiem, czy to smoła brzozowa, czy może kamfora. Nie zdziwiłaby mnie obecność drewna tekowego albo jakiegoś szlachetnego iglaka.

Jednak to, co najdziwniejsze powiedział mi nie mój nos, lecz wszechwiedzące Google. Otóż podobno w składzie Musc 25 znajduje się coś, co opisano jako "syntetyzowany składnik ludzkiego nasienia". Bardzo "po amerykańsku", czyż nie?
I jest w tym coś, bo dobrze wygrzane na skórze Musc 25 mają w sobie nutę przypominającą mi podejrzaną słodycz Secretions Magnifiques Etat Libre d'Orange. Oczywiście nie jest to stricte fujaśny zapach zimnej spermy, jakim uraczyła nas ekscentryczna francuska firma, ale pewne podobieństwo jest.

I, głupio się przyznawać, właśnie to skojarzenie ładnej w sumie kompozycji z wulgarnym śmierdzielem, w jakiego rozwijają się na mnie Wspaniałe Wydzieliny ostatecznie zdecydowało, że Musc 25 nie jest i nigdy nie stanie się mój.
No nie. Wąchanie ludzkiego nasienia mogę sobie zapewnić w sposób przyjemniejszy, niż wydawanie 400 dolarów w sklepie.
Wybaczcie sarkazm. :-/


Data powstania: 2008
Twórca: Frank Voelkl

Nuty zapachowe:
aldehydy, ambra, piżmo, konwalia, paczula, róża, wetiwer

wtorek, 22 grudnia 2009

Le Labo City Exclusives - niezbyt konkretnie, ale nie o niczym

Dziś wstęp do kilku recenzji, które będą dowodem na to, że czasem marzenia się spełniają. Zapachowe także.


Zacznę od tego, że... Lubię Le Labo.
Tak ogólnie - mam sentyment.

Formalnie nic specjalnego. Firma jakich wiele: spółka pary perfumiarzy pracujących wcześniej pod skrzydłami Giorgio Armaniego produkująca niszowe perfumy. Fabrice Penot i Eddie Roschi zaczęli w 2006 roku od dziesięciu zapachów: Fleur d’Oranger 27, Jasmin 17, Labdanum 18 (poprzednia nazwa Ciste 18), Ambrette 9, Iris 39, Bergamote 22, Rose 31, Vetiver 46, Patchouli 24 i Neroli 36.
Czytałam o nich już jakiś czas temu, jednak poważnie zainteresowałam się produktami tej firmy dopiero w tym roku, przy okazji premiery Oud 27, która szczęśliwym trafem zbiegła się w czasie z wprowadzeniem Le Labo do oferty LuckyScent.

Urzekł mnie konsekwentny marketing. Świetna strona internetowa: www.lelabofragrances.com, hiperproste nazwy będące informacją o wiodącym składniku kompozycji oraz ilości różnych olejków zapachowych użytych do stworzenia danego zapachu, perfumy tworzone na miejscu, w sklepie tuż przed wysyłką czy sprzedażą i wreszcie: jednolite, laboratoryjne flakony z aptecznymi nieomal etykietami (drukowanymi specjalnie dla konkretnego klienta - na moim flakonie Patchouli 24 widnieje napis: Compouned on West 3rd by Heather for: Sabbath of Senses).



I tu doszliśmy do kwestii, którą zwykle pomijam jako nieistotną: flakony. Czyli w sumie opakowania.

Przyznaję, że zamiłowanie wylizanych, nierealnych reklam i ozdobnych, wymyślnych flakoników jest mi całkowicie obce. Wydawało mi się do niedawna, że opakowanie perfum ma znaczenie podobne, jak każde inne opakowanie. Czyli dla mnie niemal zerowe. Flakon jest ważniejszy jedynie o tyle, że używa się go długo i czasem bywa nieporęczny. A czasem boli w oczy (jak na przykład tandetny plastik damskiego Opium czy odpustowe korasy Maitre Parfumeur et Gantier albo Annick Goutal - że już o koszmarnych łbach Anny Sui nie wspomnę).

A jednak okazuje się, że spójny, ascetyczny nieomal wizerunek firmy na mnie działa. Podoba mi się po prostu. Nie na tyle, oczywiście, żeby nabywać perfumy dla opakowania, albo nawet kupować w ciemno, ale na tyle, że zapachy Le Labo testuję z większym entuzjazmem, niż zapachy w standardowych, perfumeryjnych opakowaniach.
Na szczęście ich kompozycje często bywają interesujące, albo przynajmniej dobre.

Niestety, marketingowcy Le Labo w jakimś ataku pomroczności jasnej albo sadyzmu mrocznego wpadli na koncept ograniczenia dostępności do niektórych produktów przypisując konkretny zapach do konkretnego miasta. Nazwano je City Exclusives i tak oto Tubereuse 40 możemy kupić wyłącznie w Nowym Yorku, Musc 25 w Los Angeles, Poivre 23 w Londynie, Gaiac 10 w Tokyo, Vanille 44 w Paryżu, a Aldehyde 44 w Dallas (ciekawe jak ma się ta informacja do zamieszczonego przeze mnie jako drugie w tekście zdjęcia z nowojorskiego butiku, na którym widnieją wszystkie Exclusivy hurtem). Wieść gminna niesie, że cena za 100 ml wynosi 500$.

Tuberoza mnie nie boli, ale składy Londyńskiego, Tokijskiego czy Paryskiego CE przyprawiły mnie o przyspieszone bicie serca i zgrzytanie zębami (bez płaczu - aż tak mi jeszcze nie odwala).
Marzyłam o poznaniu tych cudów bez nadziei i, co za tym idzie, bez wielkiej presji kiedy nagle... LuckyScent wprowadził je do swej oferty! Na miesiąc. Bez możliwości zamówienia próbek! Po 400 dolców...

Ależ się ucieszyłam, gdy okazało się, że z racji tego, ze niedawno zamawiałam flakon Le Labo zaoferowano mi możliwość zamówienia próbek Musc 25, Vanille 44 i Gaiac 10! Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała przy okazji wynegocjować wymarzonego Poivre 23. Odpowiedzi wyglądałam niecierpliwie i dość długo, jednak kiedy przeczytałam, ze dostali ledwie parę (słownie: a few) próbek londyńskiego Pieprzu i dlatego nie mogli wprowadzić ich do oferty, a jednak jedną z nich dołączą mi do zamówienia gratis (wedle informacji na stronie, nie ma gratisów do zamówień obejmujących wyłącznie próbki) - uznałam, że po pierwsze warto pytać i czasem warto czekać, po drugie zaś, że szczerze uwielbiam ten sklep. Serio, nigdzie chyba nie spotkałam się z tak życzliwą obsługą gotową nieść pomoc i wspierać w przypadku opóźnień, zmiany zamówienia, wysyłki pod egzotyczny adres czy nawet kłopotów z polskim Urzędem Celnym.

W każdym razie mam oto w ręku cztery "miejskie" zapachy Le Labo z najważniejszymi dla mnie włącznie. Za 500$ pewnie nie kupię, ale czyż poznanie nie jest wartością samą w sobie?



Przy okazji tego wpisu z przyjemnością donoszę, że na początku przyszłego roku pojawi się w Londynie czwarty, po Nowym Yorku, Tokio i Los Angeles firmowy sklep Le Labo (na razie ich zapachy można nabyć w Liberty na Regent Street).

W butikach Le Labo można nie tylko przetestować i nabyć zapachy tej firmy, powąchać sto najważniejszych esencji perfumeryjnych saute, ale też popatrzeć jak obsługa w stylowych laboratoryjnych fartuchach miesza substancje zapachowe, z których powstanie zawartość naszego flakonu.
Już postanowiłam, że będzie to obowiązkowy punkt programu podczas mojej kolejnej wizyty w Londynie...


* Za pisanie recenzji wezmę się, kiedy skończę oglądać czwarty sezon "Dextera". ;-)

środa, 16 grudnia 2009

L'Artisan Parfumeur Al Oudh

.
Obecność recenzji Al Oudh na moim blogu zapewne nikogo nie zaskoczy. Wiadomo było, że się pojawi.
Czekałam na ten zapach bez wielkich emocji i nadziei. Spodziewałam się, że skóra, cywet i kastoreum w nutach nie uwiodą mnie i... Miałam rację. Przynajmniej ten jeden raz.



Al Oudh to zapach trudny i, w porównaniu z większością względnie eleganckich i zrównoważonych kompozycji l'Artisan Parfumeur, szokujący.

Otwarcie jest potworne.
Ostre, brudne połączenie aromatów brutalnie (nie znajduję lepszego słowa) zwierzęcych z chemicznymi oparami i okrutnie gorzkim kminem. Dla mojego nosa wygląda to jak (rzekoma) supernałożnica Aziyade wytarzana w zwierzęcych wydzielinach.

Przy pierwszym teście myślałam, że uczucie mdłości wynika z reakcji przemęczonego organizmu na intensywną woń, ale nie - mdli mnie za każdym razem, kiedy próbuję uważnie wwąchać się w ten wulkan zapachów. To paskudne, co napiszę, ale pierwsze pół godziny Al Oudh na skórze to nieomal olfaktoryczna zoofilia.
Bardzo... Yyyy... Niszowe doznanie.


Po wstrząsającym pierwszym uderzeniu zapach robi się nieco łatwiejszy, mniej przerażający.
Łagodniejący chemiczny opar rozkłada się nam na nuty skórzane, oud, kmin z pieprzem i kadzidło. Ilość cywetu i kastoreum spada do poziomu, który w każdym innym zapachu zapewne uznałabym za niedpuszczalny, tu jednak, na zasadzie kontrastu, zdaje się przyzwoity. Pojawiają się bogate, aromatyczne nuty przyprawowe, orientalne (znów przypominające Aziyade) suszone owoce i zapach utwardzonego, lakierowanego neroli.

W kolejnej fazie do tłumu ingrediencji dołącza wanilia i bób tonka - nuty dodające ostrej dotychczas kompozycji nieco kremowej gładkości. Kiedy docieramy do rozświetlonej kadzidłem paczulowo - drzewnej bazy jest już prawie ładnie, a jednak motywacji do pojednania z pachnącym sadystą mi brak.


Mimo sporej zawartości agaru (i nazwy) główny nacisk w Al Oudh położył Duchaufour na aromaty zwierzęce i kmin. Czyli ewidentnie nie moja bajka.
Fiolkę odkładam z poczuciem zaspokojonej ciekawości, spełnionego obowiązku i... z ulgą. Raczej do niej nie wrócę.


Data powstania: 2009
Twórca: Bertrand Duchaufour

Nuty zapachowe:
kmin, kardamon, różowy pieprz, daktyle, róża, neroli, kadzidło, szafran, skóra, oud, cedr z Atlasu, kastoreum, cywet, sandałowiec, paczula, mirra, wanilia, bób tonka



* Na pierwszej ilustracji Benico del Toro w tytułowej roli w filmie "The Wolfman"

Profumum Roma: Fiore d'Ambra i Ambra Aurea

.
Dziś będzie coś ładnego.
Oczywiście nie mam na myśli moich wypocin, lecz ich temat. Kolejny wpis poświęcony zapachom ambrowym, choć jesień czarci porwali...


Fiore di Ambra


Kwiat w nazwie sugeruje zapach zupełnie inny, niż ten, który odnajdujemy we flakonie (ja oczywiście we flakonie nie odnajduję niczego, bo nie mam flakonu - ja sobie odnalazłam we fiolce). Jeśli mam być szczera, nie miałam nawet ochoty zamówić próbki. Prosiłam o Ambra Aurea, ale Quality nie dysponuje tym zapachem i przysłali Fiore (występujące na ich stronie jako Fiori d'Ambra, a w innych źródłach także jako Fiore di Ambra). I nie żałuję, że je poznałam, choć na kolana mnie nie rzuciły.

Bo tak, jak pisałam w pierwszym zdaniu - zapach jest, przede wszystkim, bardzo ładny. Przyjazna, urocza, w sam raz perfumeryjna ambra z lekka podprawiona cynamonem i podobno opium. W sam raz intensywna, w sam raz lekka, w sam raz słodka, w sam raz żywiczna. Gdybym miała pozycjonować te perfumy typologicznie umieściłabym je w szufladce z napisem "ambra orientalna" ze względu na korzenną słodycz i ślad nut kwiatowych. I jeszcze - raczej po damskiej stronie perfumeryjnego uniwersum.

Otwarcie jest relatywnie mało ambrowe, miękkie, złożone zgodnie z wszelkimi kanonami perfumeryjnej sztuki. Dominuje w nim delikatna słodycz będąca prawdopodobnie połączeniem wanilii oraz kwiatów maku i mleczka makowego (wymieniane szumnie w nutach opium). Dodatek korzennych przypraw dodaje zapachowi nieco charakteru (bez przesady jednak), zaś dyskretny powiew eugenolu sprawia, że kompozycja nie staje się ciężka i nieruchoma.

W miarę rozwoju zapach ewoluuje w kierunku mlecznej, miodowej ambry na kremowej, drzewnej bazie. Całość jest ciepła, nader przyjemna i, mimo wyczuwalnej od pierwszej chwili wanilii, nieprzesłodzona. To ambra dobrze ułożona i kulturalna bardzo. Nie wiem, czy nawet nie trochę za bardzo...

***

Zupełnie inaczej mają się sprawy w przypadku drugiego ambrowca z oferty Profumum.
Oczywiście fakt, że Quality nie dysponuje pełną ofertą zapachów tej firmy nie wystarczył, by zniechęcić mnie do poznania Ambry Ukoronowanej. Oczekiwałam czegoś "grubszego kalibru", niż młodsza siostra i rzeczywiście, tym razem rodzina Durante mnie nie zawiodła.


Ambra Aurea


Ambra Aurea to, wedle wszelkich perfumeryjnych kanonów, brzydsza siostra. Jej uroda jest ewidentnie niszowa i wielcem z tej racji kontenta.

Poza mnóstwem przyjemnie chropawej, niepicowanej ambry odnalazłam w kompozycji wszystko, co mogło ją uczynić nietypową: mnóstwo (rzekłam: mnóstwo) pięknie piwnicznej paczuli, miałki, kadzidlany popiół oraz suche, przesuszone wręcz, sczerniałe, spękane drewno. I już. Wystarczy.
Przy głębokiej analizie nut i kombinowaniu "nie wprost", czyli szukaniu, co mogłoby dać ten efekt wychodzi mi, że mamy tu również krztynę kory cynamonowca, mirrę i tymianek. Być może także nieco labdanum lub skóry. W bazie ujawnia się wytrawna wanilia brzmiąca tu nie jak miły plusz, lecz jak posypany popiołem aksamit. I na tym etapie, właśnie dzięki tej nietypowej wanilii, Ambra Aurea przypominać zaczyna fenomenalną ambrowo - waniliową kompozycję Reginy Harris, którą wychwalałam tu miesiąc temu.


Oczywiście to tylko spekulacje. Właściciele firmy Profumum w kwestii nut milczą jak zaklęci a ja przyznać muszę, że skład jest mi kompletnie obojętny, bo cokolwiek by się w tym flakonie nie znajdowało - jego zawartość uważam za ambrowy cud świata (nie wiem jeszcze tylko, czy pierwszy, czy raczej drugi).

Podoba mi się w tym zapachu wszystko. Nieco brudna szorstkość ambry, mroczna aura generowana przez paczulowe wyziewy, zapach starego, nasiąkniętego dymem drewna i popielistego kadzidła. I niezwykły waniliowy blask też mi się podoba.

I o ile pierwszą dzisiejszą ambrę z wahaniem zilustrowałam wizerunkiem Frigg przędącej chmury (wybraną ze względu na jej funkcję opiekunki rodziny i kobiet, nie zaś deszczowe skojarzenia), tu wyobraźnia podsuwa mi obraz brodatego Wikinga spędzającego spokojną, sytą zimę w dziedziczonej z ojca na syna chacie nad brzegiem morza.
Jedyna, obszerna izba jest ciemna od dymu, w palenisku pośrodku tli się ciepły popiół, pod ścianami stoją pokryte futrem ławy i wielkie, drewniane skrzynie, w których spoczywają zdobyte na krwawych, łupieżczych wyprawach skarby: złoto, kość słoniowa, latami niewietrzone brokaty i aksamity, sandałowe puzdra wypełnione bursztynami i (oczywiście) ambrą. Tymczasem jednak jest zima - czas odpoczynku i bezpiecznej sytości. Na miarę Wikinga, oczywiście.



Fiore d'Ambra

Data powstania: 2008
Twórcy: rodzina Durante?

Nuty zapachowe:
ambra, opium (i cynamon, i kwiaty, i wanilia, i szafran, i goździki, i sandałowiec, i cedr, i piżmo, i sporo jeszcze innych składników, jak sądzę)



Ambra Aurea

Data powstania: 2007
Twórcy: rodzina Durante?

Nuty zapachowe:
absolut szarej ambry



* Autorem pierwszej ilustracji pod tytułem "Frigg" jest InertiaK i pobrana została ona z albumu użytkownika (a podejrzewam, że użytkowniczki) Jopixie2 na Photobucket
** Druga ilustracja to kadr z filmu "Beowulf" Roberta Zemeckisa
*** Trzecia to strona z marvelowskiego komiksu rysowanego przez Marko Djurdjevica

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Balmain Ambre Gris

.
No dobrze. Przy okazji poprzedniego wpisu wydało się, że prorok ze mnie jak z koziego zadka torba podróżna.
Ledwo upubliczniłam swoje przekonanie, że śniegu nie będzie - śnieg spadł. Tego samego dnia zdążył!

Na wszelki wypadek zapowiem więc jeszcze, że nasz PKB poleci na łeb na szyję, farmaceutyku zwalczającego komórki rakowe nie uda się wynaleźć przez najbliższe 10 lat, a nasz umiłowany przez "prawdziwych" Polaków pan prezydent wygra walkę o reelekcję.
I w ten sposób zapewniwszy szczęście naszemu krajowi oraz reszcie ludzkości mogę wrócić do ambr, bo śnieg przecież lada moment stopnieje. :-]

***

Dziś zapach, który polubiłam zanim jeszcze powąchałam. Dar niespodziewany i ogromnie miły. Zawsze jestem poruszona, kiedy w odpowiedzi na wyrażone nieśmiało pragnienie niuchnięcia zapachu otrzymuję odlewkę czegoś pięknego. Nie niechcianego, ale takiego właśnie ukochanego, upragnionego zapachu...
Przy okazji dziękuję nie tylko Daffodilce, dzięki której miałam okazję poznać Ambre Gris, ale i Escritorze, Magdulence, Velvet Acid Kitty. Dziękuję Wam! Może jestem sentymentalna, ale zawsze kiedy biorę do rąk atomizerki od Was robi mi się ciepło na serduchu.

To była prywata. Dalej będzie też prywatnie, oczywiście, ale na temat dla odmiany.



Zapach Ambre Gris zaskakuje. W porównaniu z większością "normalnych" niszowych ambr jest szalenie perfumeryjny. I, nie sposób nie zwrócić uwagi na ten fakt, mało ambrowy.

Otwarcie jest kwiatowe, dominuje w nim lekko podprawiony różowym pieprzem i cynamonem nieśmiertelnik oraz przyjemna słodycz świeżego, mięsistego owocu. Gruszka?
Gruszka do głowy mi przyszła zapewne dlatego, że na dalszych etapach Ambre Gris przypomina nieco Bois de Gaiac et Poire Miller et Bertaux. Zanim jednak to nastąpi mamy do czynienia z mamiąco intensywnym, rzekłabym, że dla mnie wprost onieśmielającym konglomeratem aromatów kwiatowych i przyprawowych (korzennych) oraz spożywczej nieco słodyczy.

Nie sposób nie zauważyć bogactwa i złożoności tego zapachu. Ba! Trudno także przyczepić się do tej monumentalnej konstrukcji, jaką jest Ambre Gris, bo naprawdę proporcje ma ten zapach świetne i brzmienie harmonijne, mimo sporej mocy. A jednak zdecydowanie nie jest mój.

Ambre Gris pachnie bowiem jak prawdziwe perfumy. Rozumiecie, co mam na mysli? Nawet kiedy ujawnia się ciepła, drzewna baza - wciąż jest to przemyślana kompozycja, bukiet woni, sztuczny twór, który niczego nie udaje i z niczym, poza perfumami, się nie kojarzy. I nie, wcale nie uważam, że to wada. Skłonna jestem nawet przyznać, że to zaleta, jeśli tego własnie od perfum oczekujemy.


A teraz najciekawsze.
O ile w pierwszych fazach rzeczywiście ambrowe perfumy Balmain męczą nadmiarem ciężkich aromatów kwiatowych i wywołują u mnie ból głowy (żadna trauma, lekkie ogłuszenie jak przy słuchaniu zbyt głośniej muzyki), to po dwóch godzinach zaczynam siedzieć z nosem wtulonym w skórę i szczerze radować się doskonałym połączeniem ciepłego, kwiatowego olejku ze słodkim, lekko dymnym drewnem (poza gwajakowcem wyczuwam sandałowiec i palisander), żywiczną, głęboką mirrą, pięknie brzmiącym piżmem i wreszcie... Niezwierzęcą, elegancką ambrą.
A ponieważ trwałość Ambre Gris jest więcej, niż dobra - sporo mam tej radości.

Wielbicielkom kompozycji perfumeryjnych eleganckich i jednocześnie niepozbawionych charakteru - polecam testy. Wielbicielkom, nie wielbicielom, bo to jednak rzeczywiście jest zapach damski. Zgodnie z instrukcjami producenta.


I jeszcze jedna uwaga, tym razem wyjątkowo dotycząca opakowania. Korek butelki przypomina mi złotą piłkę golfową albo kopułę EPCOT Center w nocnym oświetleniu. W sieci znalazłam też porównanie do złotej kuli dyskotekowej.
Pasuje? :-)





Data powstania: 2008
Twórca: Guillaume Flavigny

Nuty zapachowe:
różowy pieprz, cynamon, tuberoza, nieśmiertelnik, mirra, dymny gwajakowiec, benzoin, białe piżmo, ambra


Na ilustracjach:
* Flakon Ambre Gris by Balmain
** Gong Li i Chow Yun Fat w: "Curse of the Golden Flower"
*** A potem, zgodnie z tekstem, złota piłka golfowa, EPCOT Center i kula disco

sobota, 12 grudnia 2009

Omnia Profumo Ambra

.
Jesień to najlepsza pora na zapachy ambrowe.
Nie lato, bo latem większość perfum rozwija się dobrze i ambry giną w tłumie pięknie brzmiących pachnideł. Nie zima, kiedy dym i ciepłe drewno ogrzewają równie skutecznie. Jesień właśnie.
A skoro jeszcze przez tydzień z hakiem mamy kalendarzową jesień, zaś śniegu nic nie zapowiada nawet po upływie tego tygodnia - będzie jesiennie przez czas jakiś jeszcze, albowiem ambr kilka mam w zanadrzu.

Ambra i jesień jednako są złociste. Oczywiście dotyczy to ambry urodziwej, pięknie przybranej oraz jesieni idealnej, upozowanej malarsko. Ambrowe paskudki i jesienną pluchę zostawmy na inną okazję. Dziś będzie o ambrze pięknej.



Ambra Omnia Profumo jest ambrowa. Jasne, że jest!
I ambra w tej kompozycji zachowuje wszelkie swoje najlepsze cechy: jest jednocześnie intensywna, władcza i otulająca. Jest ciepła lecz nie natrętna.
Ale tak naprawdę rozbraja mnie jej towarzystwo. Bo Ambra Omnia Profumo to prawdziwy skarbiec aromatów.

Począwszy od ożywczo świetlistego, nietypowo suchego cytrusowego akordu otwierającego tę kompozycję wiadomo, że nie będzie to zwyczajne perfumeryjne wypracowanie na zadany temat, jakich wiele. Ukazujące się w drugiej linii geranium wsparte na kadzidlano - wędzarniczej nucie przypominającej suszoną śliwkę czyni pierwsze pół godziny z Ambrą prawdziwą przyjemnością. A dalej... Dalej nie jest wcale gorzej. Przeciwnie!

Pojawia się tu jedna z najbardziej fascynujących mnie w perfumach nut: gorzkawy lecz gładki aromat szarego, ciepłego popiołu. Jasne, że potrafię sobie wyjaśnić, że to złożenie opoponaksowego kadzidła i labdanum na skoncentrowanej ambrze "robi" tę nutę, ale jakaż ona piękna jest!


Niezwykłej przestrzeni ułatwiającej noszenie tej przebogatej mieszanki aromatów dodaje lawenda zestawiona z paczulą. Pozorny olfaktoryczny paradoks zadziałał tu wyśmienicie dając wrażenie nieruchomego, zaklętego w zamkniętej przestrzeni podmuchu wiatru. I, oczywiście, wiadomo, że wiatr zatrzymany przestaje być wiatrem, ale daję słowo, że w tym przypadku udało się dokonać niemożliwego.

Po kilku godzinach spotyka Ambrę los większości ambrowych zapachów z wanilią w składzie. Robi się pluszowa. Po dwóch godzinach spędzonych na tropieniu niezwykłości docieramy do bezpiecznego kresu podróży i możemy rozgościć się w miękkiej norce bazy. Klasyczne i bardzo udane (a może klasyczne właśnie dlatego, że tak bardzo udane) złożenie ciepłej ambry z dyskretnie dosłodzoną wanilią przypomina mi nieco miód kremowany. Kojarzycie? Taki biały, pozbawiony ostrej, drapiącej w gardle nutki czyniącej z normalnego miodu nutę dość trudną.
A cała ta delikatnie zmysłowa pół-słodycz ułożona została na brzmiących wciąż w tle nutach kadzidlanych z przewagą ciemnego opoponaksu. I to prawdopodobnie właśnie opoponaks z wanilią dają efekt, który dla mojego nosa "brzmi" jak zapach nieobranych migdałów. A może to po prostu migdały nie wymienione w nutach?


Dla pełni obrazu dodam, że ślad schwytanego lawendowego wiatru można odnaleźć także w schyłkowej fazie rozwoju Ambry. Pomimo całej jej pluszowości i ciepła na tym etapie. I to kolejny powód, by uznać tę kompozycję za wartą uwagi.

Jarku, bardzo dziękuję Ci za próbkę i umożliwienie mi poznania tej niezwykłej ambry. Niechaj Ci się dobrze nosi!


Nuty zapachowe: pomarańcza, bergamota, geranium, kadzidło, lawenda, paczula, wanilia, labdanum, opoponaks, ambra


* Pierwsza ilustracja: "Autumn" - "Jesień" Alphonse Maria Mucha
* Druga to "Phantom Sailing Ship" - "Widmowy żaglowiec" Wojtek Siudmak

czwartek, 10 grudnia 2009

Feminite du Bois i jej drzewne siostry

czyli...
Pięć Dam z Fiołkiem


Nie da się uciec od napisania kilku słów o Feminite du Bois. Nie na tym blogu, na którym nawiązania do królowej kobiecych drewniaków pojawiają się raz po raz... Bo muszą.
Dla mnie, miłośniczki aromatów drzewnych i wielbicielki wielu dzieł Christophera Sheldrake'a Drzewna Kobiecość to kompozycja archetypiczna.
Wyobrażacie sobie, że kiedyś istniał świat bez Feminite du Bois?! ;-)



Istnieje wiele zapachów w różnym stopniu przypominających Feminite du Bois. O kilku z nich wspominałam już na blogu (mam tu na myśli na przykład Citta di Kyoto Santa Maria Novella), o kolejnych paru napiszę dziś kreśląc tu prowizoryczny rodzinny portret zapachów pokrewnych boskiej Feminite.

Mam nadzieję, że wybaczycie mi długość tego wpisu - to tak naprawdę pięć solidnych recenzji, tyle, że powiązanych ze sobą.

Obejmuje on:
Feminite du Bois Shiseido
Feminite du Bois Serge Lutens
Bois Oriental Serge Lutens
Bois de Violette Serge Lutens
Genie de Bois Keiko Mecheri

Od razu na wstępie wyznaję jednak, że takiego "dotknięcia geniuszu" jak w klasycznych Feminite nie dostrzegam w żadnym z ich bardziej lub mniej urodziwych krewniaków.


Kobiecość Drzewna to kompozycja olfaktorycznie eklektyczna (ależ mi językowy koszmarek wyszedł!). Połączenie korzenno - pikantnych nut przyprawowych ze słodyczą owoców, delikatnością fiołka i pięknie aksamitną drzewnością ujawniającą się nie tylko w bazie, ale od początku nieomal. I to czasem udaje się powtórzyć w innych perfumach.
Jednak w żadnej z podobnych FdB kompozycji nie udało się zachować tej świetlistej przestrzeni, która czyni z Feminite fenomen. Perfumy jednocześnie drzewne i na wskroś kobiece; głębokie, lecz przestrzenne; gęste i jednocześnie pełne światła; nasycone olfaktoryczną treścią, lecz jednocześnie nie pozbawione pewnej delikatności... Ta harmonia przeciwieństw jest olśniewająca.


Kiedy rozbieramy ten fenomen na nuty i akordy okazuje się, że po pierwsze, wszystkie one brzmią jednocześnie - nie ma w Feminite momentu, kiedy jest ono jednorodne, jednowymiarowe.
Po drugie zaś dostrzegamy niezwykłą koncepcję, która pozwoliła osiągnąć ostateczny efekt.

W otwarciu mamy splecione trzy różne doznania: pikantnie musujący imbir z kardamonem, drzewny nieomal, suchy cynamon i przestrzenny, wietrzny powiew goździkowca. Trudno je rozdzielić, bo proporcje dobrano mistrzowsko.
Tuż pod tą szorstkawą warstwą przypraw odnajdujemy kolejne mistrzowskie zestawienie: aksamitny, delikatny fiołek skropiony świeżym, nieprzesłodzonym, pozbawionym uciążliwej w perfumach lepkości owocowym sokiem.
I wreszcie trzecia warstwa (nie faza - warstwa właśnie) to suche cedrowe drewno zestawione z miękkim, kremowym sandałowcem, którego delikatność podkreślona została dodatkiem kobieco kwiatowej, niespożywczej wanilii.


Pierwsza warstwa mówi: "strzeż się", druga kusi, trzecia uświadamia ostrzeżonemu, że kobieta jest tajemnicą. Połączone - są obietnicą i zachętą, lecz jednocześnie ostrzeżeniem dla skuszonego śmiałka, który zbliżając się do kobiety nie może przewidzieć, którą z twarzy kobiecości ujrzy.
W każdym razie zapach Feminite du Bois przekonuje, że warto próbować. No i to dobra metafora dla kobiecości, bo przecież mężczyźni wciąż próbują. ;-)

***

Niestety, Shiseido wycofało ten zapach i aktualnie Feminite du Bois możemy albo upolować z drugiej ręki, albo sięgnąć do oferty Serge Lutens - która to firma przejęła i zapach, i nazwę.
Z zainteresowaniem przetestowałam lutensowskie Feminite i z żalem stwierdzam, że reformulacja nie ominęła także i tej kompozycji. A przecież wydawało się, że skoro podpisuje się pod nią jej twórca, to nie będzie "poprawiał" swego dzieła.
Poprawił. Nie cieszy mnie to.


Nowe Feminite du Bois
utraciło to, co najbardziej mnie urzekało: przestrzeń.

Otwarcie jest mocne, zawiesiste; nieobiektywnie i gniewnie stwierdzam, że zbyt ciężkie i bez polotu. Śliwka się zwędziła, zamiast przyprawowej niejednoznaczności mamy zwykłe korzenne perfumy. Ładne. Ale nie "lśnią".
Dopiero po jakichś dwóch godzinach nowe Feminite zaczyna przypominać siebie i nabiera nieco wiatru w skrzydła.
Po pięciu godzinach prawie zaczęłam doceniać nową wersję siedzącą krzepko na nadgarstku, w przeciwieństwie do klasyka, który po pięciu godzinach jest niemal niewyczuwalny.

Ciekawa jestem, jak odbierałabym te perfumy, gdybym poznała je jako pierwsze, bez znajomości starej wersji?
Czy wąchane bez oczekiwań i wprasowanej w mózg "matrycy doskonałości" zauroczyłyby mnie i stały się symbolem ideału, czy raczej ze względu na to, że jednak nie są tak niezwykłe jak wersja kanoniczna stałyby się po prostu kolejnym ładnym znanym mi zapachem?
Któż to wie...

***


Nie sposób przy okazji pisania o Feminite du Bois nie wspomnieć o mniej znanych siostrach tej niezwykłej damy.
Bois Oriental i Bois de Violette.
Ten sam nos, niemal ten sam skład i zapach, którego nie sposób nie skojarzyć.

***


Bois Oriental to puszysta odsłona kobiecości, której smukłą wersją jest Feminite.
Zapach podobnie złożony z trzech warstw, tak samo jednocześnie przyprawowy, kwiatowy i drzewny, analogicznie "niepłaski". Tak podobny, a jednak tak różny... temperaturowo.
Dodatek "pochłaniającej" fiołka róży i jasnego, puchatego piżma, podbicie kompozycji sandałowcem jak miękkim futerkiem, zagęszczenie tego niezwykłego blasku aż do konsystencji miodu, wyostrzenie bazy - wszystkie te zabiegi dały efekt w postaci zapachu ciepłego, ogrzewającego, nasyconego i na wskroś "lutensowskiego".

I tak, jak Feminite du Bois jawi mi się w wyobraźni pod postacią kobiety szczupłej i ciemnowłosej, tak Bois Oriental jest blondynką o obfitych kształtach. Dwie siostry bliźniaczki (wszystkie trzy opisywane dziś zapachy Sheldrake'a powstały w tym samym roku), tak różne i jednocześnie tak podobne.
Prawdziwą miłością darzę tylko jedną z nich, ale i drugiej uległam...


***


Trzecia siostra - Bois de Violette jest najbardziej chyba niejednoznaczną z trzech stworzonych przez Sheldrake'a drzewno - fiołkowych kompozycji. W pierwszej fazie bogato kwiatowa i jednocześnie dość wytrawna; gęsta, zawiesista, lecz pozbawiona charakterystycznej perfumeryjnego orientu lepkiej słodyczy, kobieca niewątpliwie, a jednak w swoisty, niezwykły sposób szorstka, najmocniej podszyta cedrem. Jest w niej jakaś drażniąca szorstkość - wyraźnie wyczuwalny powiew chłodnej przestrzeni przypominającej Feminite du Bois przynosi ze sobą nie tyle zapach dymu czy drobiny pył, lecz raczej wrażenie dymnego, nienaturalnego łaskotania w gardle i w nosie.
W drugiej fazie zapach się równoważy, zyskuje na urodzie jednak tylko po to, by pod koniec randki wysłodzić się i zastygnąć.

Bardzo ciekawa kompozycja pokazująca drzewny fiołek od strony przeciwnej, niż Bois Oriental. Intensywna i bynajmniej nie łagodna. I wspomnieć warto, że najmocniej z opisywanych dziś dzieł wielkiego Krzysztofa podszyta Lutensem: charakterystyczna baza wyłazi od pierwszych nieomal chwil i trwa do końca.

Chciałoby się napisać, że Bois de Violette jest ruda... Ale nie jest. Jest czarnowłosa, blada i bardzo wysoka. Najmniej chyba przyjazna z trzech niezwykłych dam, które są bohaterkami mojej dzisiejszej notki. Mogłaby być odziana w skóry i opleciona fiołkowymi liśćmi. Mogłaby chadzać w męskim odzieniu z kwiatami we włosach. Mogłaby niskim, schrypniętym głosem śpiewać tęskne pieśni. Może nawet śpiewa. Ale nie mnie, bo tej akurat, niewątpliwie pięknej i kuszącej, siostry nie zaprosiłam do domu.
Szczególnie, że owa drapieżna i intrygująco "wredna" kompozycja przeistacza się po paru godzinach w tęgą, nieruchawą matronę.



Jedyna przewaga, jaką mają zapachy firmowane nazwiskiem Serge Lutens nad kanoniczną wersją Shiseido to lepsza trwałość. Ja chyba jednak zostanę przy swej pierwszej ukochanej: niewiernej piękności stworzonej przez boski duet Christopher Sheldrake / Pierre Bourdon.
Szczególnie, że towarzyszyła jej wcale przyjemna seria pielęgnacyjna (mgiełka do ciała już mi "wyszła", ale zapas balsamu wciąż jeszcze posiadam), której pozbawione są siostry z Paryża.


***

Paradoksalnie, najbardziej przypominająca mi Feminite du Bois kompozycja nie wyszła wcale z rąk (nie przecież nie napiszę, że z nosa wyszła!) Christophera Sheldrake'a, lecz firmowana jest nazwiskiem Keiko Mecheri - niezwykłej japońskiej malarki, która dała się uwieść zapachom.
Genie de Bois jest zapachem złożonym podobnie, jednak przebywa na skórze dłuższą drogę - zmienia się, ewoluuje bardziej, niż Feminite.


W otwarciu Genie de Bois nieomal musuje. Świeże przyprawy z przewagą imbiru i ketmii piżmowej nie zapowiadają kompozycji łagodnej i drzewnej. Nawet gdy pojawia się fiołek, nie jest to dama w aksamitnej sukni, lecz opleciony zieleniną duszek leśny wywijający jasną, cedrową laseczką.
Dopiero ogrzana, utulona ciepłem skóry i dopieszczona dotykiem Drzewna Wróżka łagodnieje. Zapach wygładza się, pojawiają się w nim drobne, leśne fiołki, akcenty żywiczne i podobna do Feminite du Bois jasna przestrzeń. Nie potrafię pojąć, jakim cudem w składzie nie ma ani imbiru, ani cynamonu skoro wyraźnie je tam czuję. Genie de Bois jest nawet bardziej korzenna, niż Feminite.

Pełnię podobieństwa docenia się dopiero gdy nuta głowy uleci, kiedy pojawi się drzewna jasność podbita miękkim fiołkiem i pięknym cedrem. Długo trwająca "półbaza" Leśnej Wróżki tak doskonale przypomina Drzewną Kobiecość, że doprawdy można je pomylić. Jest nieco głębsza, wspominałam już, że bardziej korzenna, mocniej cedrowa, ale przecież skóra tak rożne rzeczy wyczynia z perfumami...
Jako alternatywa i zastępstwo dla klasycznego Feminite ma Genie de Bois jeszcze jedną zaletę: jest trwała. No i ciągle jeszcze jest.




Feminite du Bois:
Data powstania: 1992
Twórca: Christopher Sheldrake / Pierre Bourdon

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: imbir, cynamon, gożdzikowiec korzenny
Nuty serca: śliwka, brzoskwinia, kwiat pomarańczy, fiołek
Nuty bazy: cedr, drzewo sandałowe, wanilia, benzoin


Bois Oriental:
Data powstania: 1992
Twórca: Christopher Sheldrake

Nuty zapachowe:
kardamon, cynamon, goździki, śliwka, brzoskwinia, fiołek, róża, cedr, wanilia, piżmo, styraks


Bois de Violette:
Data powstania: 1992
Twórca: Christopher Sheldrake

Nuty zapachowe:
drzewo cedrowe, liście fiołka, nuty kwiatowe


Genie de Bois:
Data powstania: wedle Basenotes 200X
Twórca: Keiko Mecheri?

Nuty zapachowe:
fiołek, liście fiołka, birmański benzoes, ketmia piżmowa, cedr, egzotyczne drewna




Ilustracje tematyczne. Nie mogłam się oprzeć pokusie przypomnienia tego mitu.

* reklamowe zdjęcie ekstraktu Feminite du Bois Shiseido
** John William Waterhouse "Psyche Entering Cupid's Garden"
*** John William Waterhouse "Psyche Opening the Golden Box"
**** Edward John Poynter "Psyche in the Temple of Love"
***** Jean-Honore Fragonard "Psyche And Her Two Sisters"
****** Giordano Luca "Venus Punishing Psyche with a Task"
******* Anthony Van Dyck "Cupid and Psyche"
******** Pierre-Paul Prud'hon "Psyche Carried Off by the Zephyrs"
********* Edward Burne-Jones "Pan and Psyche"
********** Jacopo Zucci "Amor and Psyche"
*********** Jacques-Louis David "Cupid and Psyche"

Dowody rzeczowe

.
Zgodnie z obietnicą uczynioną niektórym (których to "Niektórych" pozdrawiam oczywiście serdecznie) wklejam małą aktualizację.




Nowości to:
10 Corso Como
A*Men T. Mugler
Black Afgano Nasomatto x 2 (poszalałam :-))
Ceremony Norma Kamali
M7 Yves Saint Laurent (wersja sprzed reformulacji)
Patchouli 24 Le Labo
Santalvum Profvmvm Roma
Straight to Heaven By Kilian

Oraz:
resztówka Cedr Santal Heeley
ekstrakty mchu dębowego i opoponaksu


Czekam też na pakiet próbek stulecia. Póki nie będę miała paczki w ręku nie powiem, co to będzie, bo sama wciąż nie wierzę, że udało mi się je zdobyć...

Obiecuję wziąć zadek w troki i coś napisać w najbliższym czasie.

niedziela, 29 listopada 2009

Keiko Mecheri Oliban

.
Testowałam niegdyś Olibanum Profumum i zrobił na mnie wrażenie tan zapach, oj zrobił.
Znacie smak (i zapach) lekarstwa umieszczanego przez stomatologa w zębie pod fleczerem? Da się go wyczuć kiedy taki fleczer niefortunnie wypadnie. To to ten właśnie zapach wyłapałam w Olibanum i przyznaję, aż mi włosy na rękach dęba stanęły z wrażenia.

Prawdopodobnie dlatego właśnie próbka Oliban Keiko Mecheri przeleżała w moim pudle tyle miesięcy - na zasadzie skojarzenia unikałam sięgania po nią.

Dziś postanowiłam opisać coś mocnego. Tak, żeby recenzja była konkretna, nie rozmyta.
Tak szczerze - nie wiem, czy się udało, ale rzeczywiście, mocy kompozycji Mecheri odmówić nie sposób. Z resztą - samo niezwykłe, niecodzienne ujęcie kadzidła frankońskiego, uznawanego z najbardziej sakralne z kadzideł czyni z Oliban pozycję obowiązkową dla kadzidłofila.


Po pierwsze zapach jest ładny.
Ba! Bardzo ładny jest!

Cudownie słodkie, miękkie kadzidło. Złociście miodowe, pogodnie żywiczne, subtelnie kwiatowe, tajemniczo dymne i arcypięknie drzewne.

Nie wiem, która z tych nut urzeka mnie najbardziej. Są tak idealnie zmieszane, że odbieram je jako jeden harmonijny akord. I chyba najlepiej tak je opisać, bo daję słowo - żadna z nich osobno nie będzie brzmiała tak, jak brzmią razem - dopełniając się i wzbogacając wzajemnie.

Wyobraźcie sobie złocistą, lepką strugę ciepłego miodu splecioną w tajemniczy sposób z chłodną, srebrzystą smugą kadzidła. Wyobraźcie sobie szlachetne drewno gwajakowca tajemniczą metodą nasączone miodem i dymem. Wyobraźcie sobie drzewo, w którego tkankach zamiast cierpkiej żywicy płynie złoty miód. Wyobraźcie sobie drewno miękkie jak puch...

Oliban jest zapachem niemożliwym. Przynajmniej w otwarciu, które łączy w sobie najpiękniejsze cechy wszystkich wymienionych składników.

Z czasem to niesamowite wrażenie olfaktorycznej pieszczoty zanika nieco, zapach staje się spokojniejszy, chłodniejszy, bardziej transparentny. Gęsta, miodowa słodycz zostaje przesunięta, proporcje zmienione, dominować zaczyna kadzidło. Nadal jednak nie jest to kadzidło sakralne i wzniosłe. Nie jest to też kadzidło stricte żywiczne. Ani ziołowe, choć odrobinę nut przyprawowych da się u schyłku zapachu wyczuć. Kadzidło w Oliban jest... przytulne. Słodkie jak lenistwo. Bezpieczne jak sen. Ciepłe jak dłoń w drugiej dłoni.


Niesamowicie układa się w tej kompozycji róża pachnąca jak ciemne, podwędzone płatki pozbawione ciężaru i oleistości zwykle czyniącej z róży nutę dominującą, mocną. Tu róża jest ledwie duchem siebie samej.
Pomimo olibanum i tytoniu w składzie nie ma w nim nawet śladu szorstkości czy, charakterystycznej dla palonych żywic, wytrawności. W tym zapachu w ogóle nie ma żadnych kantów, haczyków, niewygładzonych powierzchni. Jest idealny. Pogodny, urodziwy i łagodny.

W świetle tego, co napisałam powyżej, podsumowanie powinno być pisane na kolanach spod biurka. Ale nie jest.

Nie wiem dlaczego właściwie. Nie czepiam się niczego konkretnego, bo naprawdę, nawet gdybym chciała się uczepić, to nie ma za co złapać. Pisałam, że nic nie odstaje. I może to właśnie sprawia, że Oliban choć zachwyca i urzeka, choć nosi się rozkosznie, nie zostaje z drżeniem rąk wpisany na listę marzeń?

A może chodzi o to, że zamiast z czasem pięknieć, Oliban raczej traci wyraz?
Pierwsza faza jest zachwycająca, druga piękna, jednak w bazie zapach zamiast nabierać głębi przygasa, tli się, normalnieje... Może dlatego trudno jest zatrzymać w pamięci jego niezwykłą urodę?


W każdym razie ja zamierzam testować jeszcze wielokrotnie i ewentualnie rozważyć zakup w charakterze alternatywy dla Cedre Sandaraque, które jest podobnie niezwykłym połączeniem słodyczy i nut drzewnych. Na razie nie wiem, czy pragnę go namiętnie, czy raczej chodzi mi o parę miłych randek.

Ale wiem też, że nie wiem dlatego, że zakończenie recenzji piszę z dogasającym na skórze ciepłym chłodem olibanowego kadzidła, nie zaś omamiona i otulona miodową miękkością otwarcia.


Data powstania: 2004

Nuty zapachowe:
cedr z Atlasu, oliban, jasny tytoń, róża damasceńska, miód

Mazzolari Lei

.
Dziś drugi zapach z serii "Co za dużo, to niezdrowo".
Załatwię narzekania na nadmiar dobrego w listopadzie, a w grudniu przykładnie oddam się rozpuście. Także zapachowej, choć nie tylko.


No tak... Zacznę od opisu na LuckyScent. Lei miał być przytulnym połączeniem kakao, wanilii i nut drzewnych. "Niezwykły i seksowny" (zapach) Lei miał być "tajemniczy i jednocześnie cudownie, swojsko miękki".

Yyyy... No w sumie coś w tym jest. W nim, czyli w zapachu.
Jest kakao, jest niewątpliwie mnóstwo wanilii, jest kremowa, drzewno - ambrowa baza. Poza tym jednak są szyprowo cierpkie nuty cytrusowe w otwarciu, ostre w tym kontekście, nieprzyjemne labdanum układające się podobnie jak w Incense Normy Kamali, jest cała fura nieładnej paczuli na wszystkich etapach rozwoju zapachu i do tego coś... Kapka cywetu na górze piżma, jak mniemam. Ostra nuta dodająca kompozycji zwierzęcej pikanterii.
Zwierzęca pikanteria to nie jest to, co tygrysy lubią...

Tak szczerze, muszę wyznać, że mimo pięknego kakao, mimo ciepłego, waniliowego sandałowca, mimo intensywnej nuty ambrowej przez pierwszą godzinę z hakiem zapach jest po prostu zbyt ostry. Może i puszysty, ale jednocześnie subtelny jak wół piżmowy.


Kiedy nos oswoi się z tym natłokiem wrażeń, robi się nieco znośniej. Nadal mamy do czynienia z podejrzanie nieświeżym labdanum (niektórzy nazywają tę wersję czystkiem siuśkowym), czekoladową paczulą podobną do tej, która tak ładnie wysładza schyłek muglerowskiego Angela i mocno zwierzęcym piżmem, które z resztą zostaje z nami do samego końca trwania Lei na ciele.
W pełni rozwinięty zapach staje się interesujący głównie dzięki połączeniu nut drzewnych z wytrawną wanilią przypominającym Vanille Exquise Annick Goutal. Tym razem nie brzmi ono tak elegancko - właśnie dzięki wspomnianemu już dodatkowi piżma, które dodaje zapachowi żaru i temperamentu. I pewnej dosadnej zmysłowości, która może się podobać, albo nie.

Ja sama przyznać muszę, że o ile pierwsza "połowa" tej zapachowej opowieści ewidentnie mi nie leży, to do drugiej mój stosunek nie jest już tak jednoznaczny. Nadal jest to zapach, którego nie chciałabym używać, ale nie przeszkadza mi on i owszem, jestem w stanie docenić to niecodzienne połączenie puszystości z dosłowną, fizjologiczną cielesnością.
Dominującym składnikiem nie jest tu dla mnie wanilia, ani kakao. Istotę kompozycji stanowi "napiżmiona" do granic paczula. To właśnie to połączenie tych dwóch składników daje efekt, o którym piszę.


Postrzegane całościowo Lei kojarzą mi się z.... Marią Antoniną. Tak, tą Marią Antoniną Habzburżanką, żoną Ludwika XVI, której (niesłusznie) przypisuje się pomysł zlecenia ludowi Francji diety ciastkowej.

Wiadomo powszechnie, że austriacka arcyksiężniczka, później francuska królowa nade wszystkie wonie przedkładała zapach piżma. Podobno jej komnata w Wersalu pachniała (a może "pachniała") piżmem jeszcze długo po opuszczeniu jej przez koronowaną lokatorkę.
Znana z rozrzutnego stylu życia i braku umiarkowania dama pachnąca piżmem, cennym kakao, aromatyczną wanilią; spocona pod warstwami koronek i jedwabi, ale zawsze sowicie uperfumowana; zamknięta na świat za murami niewietrzonego pałacu (paczula), oskarżana o rozwiązłość i zdrady...

Zawartość tego flakonu naprawdę mogłaby być alegorią, symbolem pewnego etapu jej życia. Albo odwrotnie - to Maria Antonina jako kobieta w kwiecie wieku mogłaby stanowić alegorię tej woni.
Bez względu na to, od której strony spojrzymy - pasują do siebie.

Oczywiście nie mam tu na myśli smutnego końca historii francuskiej królowej. Lei kończy się lepiej, niż zaczyna - długo i spokojnie ogrzewa zmysły.


Nuty zapachowe:
kakao, labdanum, wanilia, paczula, drewna (różne)


*Trzecia ilustracja: obraz "Marie Antoinette" z 1775 roku znajdujący się obecnie w zbiorach Muzeum Antoine Lecuyer
** Czwarta ilustracja to kadr z filmu "Marie Antoinette" w reżyserii Sofii Coppoli

piątek, 27 listopada 2009

Santa Maria Novella Citta di Kyoto


.
Właściwie nie wiem, czemu akurat te perfumy recenzuję.
Nie są ani szczególnie egzotyczne (w znaczeniu unikatowe i trudno dostępne), ani wymienione w opisie nuty nie są jakoś szczególnie "moje", ani historia ich powstania nie rokowała nadziei na cud.
Bo Citta di Kyoto powstały w 2005 roku dla uczczenia czterdziestej rocznicy "braterstwa" miast: Florencji i Kyoto.


Santa Maria Novella to nazwa popularna we Florencji.
Nosi ją plac, stojący na tym placu trzynastowieczny kościół, i hotel, i muzeum, i pewnie sporo jeszcze innych przybytków różnych sztuk.
Wśród tych świętych Marii jest też i Officina Profumo Farmaceutica di Santa Maria Novella - jedna z najstarszych firm perfumeryjnych na świecie, założona (wedle informacji na ich ciągle nie działającej stronie) w 1612 roku.

Ta właśnie firma stworzyła perfumy, których nazwa oznacza miasto Kyoto, ale wcale jak kulturalna (a niegdyś i administracyjna) stolica Japonii nie pachnie. Opis producenta zapowiada, co prawda, eklektyczne połączenie Europy i Dalekiego Wschodu, jednak mimo wszystko, człowiek spodziewa się czegoś bardziej egzotycznego...


Nie oczekiwałam kolejnego tradycyjnego, zadumanego Kyoto CdG. Nie oczekiwałam też hipernowoczesnej Japonii XXI wieku.
To nie jest tak, że jestem uprzedzona, bo na coś tam się nastawiałam. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale raczej nie tego.
W Citta di Kyoto jest wszystko, czego można oczekiwać w ładnych perfumach.
Wszystko i więcej.
I to więcej jakoś mnie uwiera.

Jest tu mnóstwo urozmaiconych, wielobarwnych nut kwiatowych - feeria aromatów. Od świetlistych, jak irys czy lotos, przez ciężkie, jak róża czy ylang-ylang, po łąkowo pogodny hiacynt. Jest nasycona słodycz owoców i rześka żywotność cytrusów. Jest przestrzenna lawenda zestawiona z matowym zamszem, chłodny cyprys na ciepłym gwajakowcu, bogate, nasycone nuty drzewne, puchaty sandałowiec i ziemista paczula. Jest wreszcie wcześnie ujawniająca się słodka ambra z wanilią... Kłopot w tym, że wszystko to jest intensywne i wszystko jest na raz.

To naprawdę piękny zapach. Jak na moje możliwości percepcji zmysłowej - zbyt piękny.
Wąchanie go nie budzi we mnie zachwytu, tylko irytację. Coś jak złość na siebie samą - że nie potrafię tego piękna znieść.




Nie jest to kompozycja szczególnie zmienna, ale nie jest też bynajmniej statyczna, nieruchoma. Citta di Kyoto wychodzi od pysznej kwiatowości i zmierza w stronę słodkiej drzewności. Oczywiście od początku niosąc wpleciony w nuty kwiatowe potencjał aromatów drzewnych i do końca zachowując kwiatową urodę rozświetlającą ciepłe akordy bazy. Im bardziej cichnie, słabnie na skórze, tym łatwiej mi jest oswoić, zaakceptować tę lawinę aromatów.

Bo też im bardziej wyciszone, tym bardziej CdK przypomina Feminite du Bois Shiseido. Są podobne. Naprawdę.
Jednak tu mam wrażenie, jak gdyby ktoś usiłował ulepszyć, "upgrade'ować" kompozycję Christophera Sheldrake'a i zrobił to wyostrzając, wzmacniając wszystkie nuty. W rezultacie mój nos czuje się zbombardowany pięknem, mój mózg reaguje jak na zapachowe "przejedzenie".
Przynajmniej przez pierwszą godzinę - dwie. A potem, kiedy wchodzimy w "fazę" Feminite du Bois... Jestem już po prostu zbyt zmęczona, by się nią cieszyć.

Nie mam danych dotyczących nosa, który stoi za tą układanką, ale jedno wiem. Nie jest to Olivia Giacobetti. W stworzonym przez nią Elixirze Penhaligon's lista nut jest równie długa, a jednak nie ma tłoku.
W tym przypadku mam pachnący dowód na to, że zbyt wiele dobrego to dla mojego nosa... zbyt wiele dobrego. :-)

Powiedziałabym, że:
Too much love will kill you
If you can't make up your mind




Data powstania: 2005

Nuty zapachowe:
irys, lotos, bergamota, pomarańcza, jaśmin, hiacynt, róża, ylang-ylang, śliwka, brzoskwinia, zamsz, cyprys, lawenda, brzoza, drewno sandałowe, drewno gwajakowe, cedr, heban, paczula, wanilia, szara ambra

* Ostatnia ilustracja "Baby I Love You Crowd Scene" Pop Art pobrany z: popartmachine.com

wtorek, 24 listopada 2009

Victrix Profvmvm (Profumum Roma)

.
Ten zapach został wyposażony w opowieść.
Opowieść zwykle przekłada się bezpośrednio na wyniki sprzedaży, bo przecież łatwiej jest bazować na ludzkim snobizmie (albo romantyzmie, niechaj będzie), niż oczekiwać od klienta dobrego węchu.
Ta sama zasada rządzi przemysłem muzycznym, w którym utwór i album "sprzedaje" teledysk hołdujący zasadzie, że ludzie znacznie lepiej widzą, niż słyszą. Przynajmniej większość.


Tym razem historia jest zacna: Victrix odziedziczył imię po rzymskim legionie (ciężko wyczuć którym dokładnie, bo nazwę tę nosiły dwa w różnych okresach, a kolejne dwa zdobyły ten zaszczytny przydomek już istniejąc) i jako spadkobierca rzymskiej tradycji ma emanować szlachetnością i siłą. I jeszcze ma być władczy i męski.

Brzmi... Zniechęcająco. :-]



Próbkę mam od dawna. Od tak dawna, że nawet nie wiem skąd do mnie przybyła.
Nuty znam od "jeszcze dawniej" i doprawdy, powinny mnie skusić. Tymczasem biedny Victrix przeleżał w pudełku z próbkami do testów "na już" chyba z rok; wciąż, wbrew nazwie, przegrywając z innymi kandydatami.
Kiedyś wąchałam go przelotnie przy okazji perfumeryjnego zlotu (o zlotach zwanych sabatami muszę kiedyś napisać więcej) i zapamiętałam głównie wrażenie potężnej zieloności.

I owszem, Victrix jest zielony. Ale zielony nie uroczą, perfumeryjną delikatnością zieloniutkich listeczków wypreparowanych, wypindrzonych i bezlitośnie wkapanych do szklanego więzienia.
Victrix to zieloność niepokorna, krzaczasta i pikantna. Nie są to listeczki dla owieczki. Tę feerię aromatów zniesie tylko koza. I taką iście kozią "rogatość" w tym zapachu widzę.

Koza jest zwierzęciem niegroźnym w sumie. I niewymagającym. Nie poluje, zamiast ryczeć pobekuje, zeżre co popadnie, ze starą ścierką włącznie, wydoić się da nawet... A jednak, tresura kozy to orka na ugorze. Koza robi po swojemu, aportować nie będzie, jak zechce zeżre nam cukierka z kieszeni wraz z kieszenią, a mleko i tak daje niedobre.

Rozumiecie? Victrix jest zielony, roślinny, żywotny i świeży. Nie robi wrażenia killera, nie jest monumentalny i przytłaczający, ale daję słowo, do miłego świeżaka mu daleko. Bo tak naprawdę jego zieloność to fasada. Victrix to perfumy przyprawowe przebrane w zielony kubraczek.

Stanowiące główny akord kompozycji laur i kolendra nie pachną ziółkami z przydomowego ogródka, lecz wdzierają się w nos (i w mózg tym samym) intensywną, wytrawną, cierpko - goryczkową nutą napchaną olejkami eterycznymi jak strach na wróble słomą. Obecność świeżego jałowca i pieprzu oraz soków roślinnych pachnących jak połączenie sosny i sykomory dodatkowo pompuje w ten akord przestrzeń, która jednak zamiast rozrzedzić kompozycję, zwiększa ciśnienie.

I powiem to jeszcze wprost: to otwarcie, pierwszy akord szalenie mi się podoba.
Wychodzi na to, że jestem kozolubna. ;-)

Z czasem zapach przycicha i, moim zdaniem, dzieje się to zdecydowanie zbyt szybko.
Profumum przyzwyczaiło mnie do kompozycji o sporej mocy i świetnej trwałości, a tu... A tu nie jest tak świetnie, niestety.

Nie wynagradza mi tego zbyt wczesnego uspokojenia nawet pojawiający się zamiast koziej buńczuczności aromat, który gdyby nie brak cytrusów w nutach określiłabym jako wiórki bergamotowej skórki wydłubane z suchej mieszanki mocno fermentowanych czarnych herbat. A gdyby nie brak traw, to jeszcze uściśliłabym, że te bergamotkowe skórki wrzucono wraz z resztką herbacianych listków w kupkę świeżego, niedosuszonego siana. :-)

Nie wyglądam z utęsknieniem bazy, ale kiedy nadchodzą nuty drzewne to i one są ładne.
Na stronie Perfumerii Quality widnieje wilgotne drewno w nutach. Jak dla mnie to nie jest stricte wilgotne drewno, lecz znów przebieranka: stylizowane na wilgoć złożenie cedru z korzeniem wetiweru i paczulą. Nie wiem, czy nie ma też w bazie śladu jakiegoś składnika odzwierzęcego. Stawiałabym na odrobinę cywetu dodającego tej nietypowej bazie pewnej niepokojącej, lepkiej cielesności.

Mogłabym ciągnąć kozie skojarzenia, ale już nie będę. Bo nawet ta niecodzienna, rzeczywiście nie "schnąca" na skórze baza mi się podoba.

Nie dane mi będzie zapewne rozstrzygnąć, czy Victrix nie przesycha do końca dlatego, że rzeczywiście taki był zamysł twórców, czy raczej dlatego, że "nie zdąża", bo niestety, po godzinie zostają z dumnego rzymskiego legionu dość niemrawe niedobitki ledwie, a po trzech godzinach zapominam, że w ogóle użyłam perfum.

No cóż... Wszystko ma swój koniec.
Kołacze mi się jednak w głowie myśl uparta, że perfumeryjna metafora Cesarstwa Rzymskiego powinna nieco dłużej trwać. Czy mylę się?



Twórcy: familia Durante

Nuty zapachowe:
różowy pieprz, wetiwer, laur, kolendra, piżmo



* Pierwsza ilustracja do tekstu jest dziełem Mariusza Kozika opisującego swoje prace nickiem Lacedemon. Chętnie napisałabym, ze pochodzi ze strony Autora: www.lacedemon.info, ale tak naprawdę znalazłam ją zupełnie gdzie indziej, zaś Twórcę zidentyfikowałam po podpisie. I warto było.
** Pana na drugiej przedstawiać nie trzeba, ale dla porządku: Russell Crowe w "Gladiatorze" Ridleya Scotta
*** Ostatnie zdjęcie to okładka powieści Valerio Massimo Manfrediego "The Last Legion"
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...