czwartek, 29 stycznia 2009

Serge Lutens Borneo 1834


Najnowszy eksport Lutensa (ostatni, który do nas dotarł, bo wieść niesie, że następne wkrótce) nie jest dla mnie nowością. To jedna z pierwszych "pałacówek" jakie poznałam.
Nie miałam jednak dotychczas ciśnienia na pisanie tej recenzji. Podobnie jak po pierwszych testach nie miałam parcia na następne, a po następnych nie pożądałam ani flaszki, ani nawet odlewki. Tak się jednak złożyło, że dzięki pewnej Martwej Papudze odlewkę mam i... No właśnie. Na "maniu" by się pewnie skończyło, bo pogodziłam się już z tym, że moja skóra niektóre paczule przerabia w pleśniawe ohydztwa - poznałam jednak niedawno człowieka, którego fascynacja Borneo obudziła we mnie nadzieję.
Urzekła mnie opowieść o wielkich drewnianych składach wypełnionych górami kakao. O przesypywaniu miałkiego proszku wielkimi szuflami, o unoszącym się aromatycznym pyle... Pomyślałam, że dla takiego doznania warto spróbować raz jeszcze.
No i spróbowałam.

Na mojej skórze Borneo 1834 jest początkowo nieomal jednonutowcem. A ta dominująca nuta to wcale nie jest kakao, które sobie wymarzyłam, tylko oczywiście wilgotna, podpleśniała, pokryta grzybnymi wykwitami paczula. Paczula w najpaskudniejszej z możliwych odsłon. Paczula, która tak przeraziła mnie przyczajona pod postacią puszystego pleśniaka w Perles de Lalique. Tu wydobyta na pierwszy plan, ukazana w całej swej wątpliwej krasie.
Naprawdę nie wiem, czym zgrzeszyłam, że ten zapach tak się na mnie zachowuje? Przecież miał być piękny!

Tymczasem rozwija się w żrącą garbnikową gorycz wina przechowywanego w butelce zamkniętej zepsutym korkiem. Wiecie pewnie, że prawie 10% win psuje się z powodu korka? No to tu mamy znakomite exemplum zapachu zepsutego wina zmieszanego z zepsutym kakao i serwowanego w brudnym kubku na stole przetartym cuchnącą ścierą. Jest półmrok, okna w pomieszczeniu sa brudne, resztki pajęczyn smętnie zwisają w kątach bo pluskwy już dawno zeżarły wszystkie pająki, w szparach w podłodze wrze życie, a po powierzchni naszego trunku smętnie dryfują kawałki pokruszonej, pociemniałej tkanki okrywającej korkowca.

I tak to trwa. I trwa. I trwa... bo czas życia Borneo jest tak długi, że ta cyfra 1834 w nazwie musi chyba oznaczać ilość godzin potrzebną dla utylizacji tego uroczego aromatu.
Nie chcę tu pisać, że zapach jest kompletnie statyczny, że nie rozwija się i nie zmienia. Zmienia się, jednak są to zmiany relatywnie nikłe. Z czasem ten sugestywny obrazek rzeczywiście przesycha, jak gdyby upał podsuszył wnętrze naszej chaty: na pierwszy plan wychodzą rozeschnięte deski uszczelniane konopnymi pakułami, kłęby pyłu i starego siana walające się po kątach, kurz zmieszany z kakaowymi łuskami, no i ta zsychająca się, zapadająca do środka pleśń.

Przepraszam zwolenników tego zapachu za taką brzydką recenzję, ale słowo daję: mam świadków, że Borneo uwzięło się na mnie i nie chce być ładne.
Mój Miły, który naprawdę jest człowiekiem miłym i z uśmiechem znosi najdziwniejsze nawet moje zapachowe fascynacje w przypadku Borneo poległ.
- Pięknie pachniesz - oświadczył grzecznie dnia pewnego, po czym zbliżył się nieco, poczuł brudną chatę na Borneo i czem prędzej wycofał nieopatrznie rzucony komplement - A, nie. Pomyliłem się.
No i to prawda. Pomylił się. :-]

Data powstania: 2005
Twórca: Christopher Sheldrake

Nuty zapachowe:
paczula, labdanum, kardamon, kamfora, galbanum, białe kwiaty, nuty drzewne, żywica z konopi, kakao

Straight to Heaven By Kilian

No dobrze, przyjmuję do wiadomości Wasze uwagi na maila.
Oczywiście P. ma rację, że nie sposób zapałać chęcią poznania zapachu, o którym piszę z dystansem i bez ognia. I oczywiście to prawda, że opisy pełne zachwytów lub zjeżdżające zapach dokumentnie są ciekawsze.
Tak mi się tylko wydawało, że wychodzi ze mnie straszny narwaniec kiedy ciągle tu z zachwytu na kolana padam albo dla odmiany drę szaty. Ale skoro sobie życzycie - oto zapach, który zrobił na mnie takie wrażenie, że właściwie nawet zrecenzować go porządnie nie jestem w stanie.


Straight to Heaven By Kilian jest tym, czym mógłby być Statkus, gdyby nie był tak pozbawiony charakteru i ducha.
To kadzidło świeckie - wyważone i eleganckie. Ale jednocześnie niezwykłe i pełne treści.

Pierwszy moment, pierwszy dotyk zapachu na skórze to sucha paczula i wilgotne, świeże orzechy włoskie. Tuż za nimi pojawia się brzmiące jak arakowy likier połączenie delikatnego rumu z gałką muszkatołową. Kiedy wyparuje alkohol czujemy, że do głosu dochodzi intrygująca kwiatowa słodycz i spajającą zapach nuta dymno-drzewna: łagodna i krągła jak w Wenge Donny Karan. Jak olfaktoryczne pudło rezonansowe dla tej kompozycji działa ambra - tak idealnie bursztynowa, że można by ją oprawiać w szlachetny metal i sprzedawać w sklepie jubilerskim. I oto okazuje się, że z tych zwykłych, znanych przecież z wielu innych kompozycji składników powstaje coś w sposób niepojęty doskonałego.

Wszystkie te pełgające początkowo na skórze łagodne płomyki w ciągu pierwszych kilkunastu minut zlewają się, przenikają, zgrywają w idealnie harmonijny akord, którego szczegółowo rozbierać się nie podejmuję. Wąchając (i pachnąc) Straight to Heaven nie chcę śledzić nut, badać i rozczłonkowywać zapachu. Chcę podziwiać.
Podziwiam więc idealną temperaturę zapachu i idealny balans miedzy słodyczą, a wytrawnością. Podziwiam połączenie kadzidlanej dymności opartej na gładkim drewnie z niespotykanie wygraną owocowo-kwiatową mięsistością. Podziwiam i delikatność, i moc. Podziwiam... I w tym zadziwieniu trwam.

Straight to Heaven jest zapachem pięknym w sposób nieomal nadprzyrodzony. Wiem, że wielkich umiejętności wymaga taki dobór składników i proporcji, ale kiedy wtulam nos w zgięcie łokcia nie potrafię stłumić wrażenia obcowania z czymś większym niż rzemiosło i profesjonalizm. Ta kompozycja Sidonie Lancesseur olśniewa mnie, budzi nieśmiały zachwyt podobny do tego, jaki odczuwam słuchając perfekcyjnych kompozycji Bacha.
To nie jest zapach do analizowania, nie potrzebuje wyjaśnienia i uzasadnienia - wystarczy, że jest i napełnia mnie podziwem jak "niebo gwiaździste nade mną*"...


Data powstania: 2007
Twórca: Sidonie Lancesseur

Nuty zapachowe:
absolut rumu z Martyniki, suszone owoce, olejek muszkatołowy z Jawy, hedion (czyli dihydrojaśminat metylowy), cedr, indonezyjski olejek paczulowy, ambra, absolut wanilii, białe piżmo
Niektóre źródła podają dodatkowo drewno różane i ja skłonna jestem im wierzyć.

* Są dwie rzeczy, które napełniają duszę podziwem i czcią, niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie. - Immanuel Kant
Oczywiście nie chcę przesadzać z dosłownością cytatu - czcią mnie nie napełnia. ;-)

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Parfumerie Generale Private Collection Bois de Copaiba


Pierwsze wrażenie powala. Mnie przynajmniej.
Jakaś ciężka, syntetyczna, zwarta jak polimer nuta kojarząca mi się z zalaminowanym, w niemożliwy sposób utrwalonym powietrzem drgającym nad rozgrzaną ebonitową płytką. Wiem, że to paradoks, ale to właśnie przychodzi mi do głowy.

Po otrząśnięciu się z tego nienormalnego wrażenia nos zaczyna odróżniać przeplatające się ze sobą, mieniące się i wijące nuty słodkiej kandyzowanej skórki cytrusowej, kawowych pralin, oleju maszynowego i kostki dezynfekującej do WC. Jestem pewna, że za tę ostatnią zapachową niespodziankę odpowiedzialny jest imbir - coś podobnego, choć nieporównywalnie łagodniejszego pojawiało się we Fresh Ginger Demeter. Po zmieszaniu aromaty te dają efekt umiarkowanie odpychającej pasty (a może płynu) do podłóg. Przy czym zadziwiające jest to, że ta umiarkowanie odpychająca woń jest jednocześnie umiarkowanie pociągająca. Człowiek siedzi z nosem w zgięciu łokcia i tropi elementy składowe tego niesamowitego efektu. Czasem, kiedy oddalimy receptory od bezpośredniego źródła zapachu pojawia się na mgnienie oka piękna, pomarańcza. Czasem coś w rodzaju chłodnej miętowo-rumiankowej herbatki. Czasem daleka woń jakiegoś orientalnego olejku. A jeszcze innym razem po prostu biurowy korytarz po dezynfekcji.

Przyznaję, że do samego końca frapująca, stymulująca zmysły niejednoznaczność tego zapachu działa człowiekowi na wyobraźnię. I na nerwy.

Bo naprawdę trudno mi orzec jednoznacznie, czy ostra nuta znacząca zapach jak rysa, to piękne, alkoholowe Amaretto, czy Lizol. Nie wiem też, czy ta lśniąca warstwa politury to perfekcyjnie oczyszczona, utwardzona żywica, czy po prostu rozgrzany jeszcze syntetyk. Czy nuty drzewne to nadpalony mahoń, czy podwędzane podkłady kolejowe. I wreszcie trudno mi rozsądzić, czy nuta skórzana to rzeczywiście lakierowana skóra, czy lakierowana imitacja.

Moje opinie o Bois de Copaiba zmieniają się nie tylko z dnia na dzień, z aplikacji na aplikację, ale dosłownie z minuty na minutę. W przeciągu pół godziny z dwadzieścia razy zmienia mi się odbiór tego zapachu i ostatecznie nie potrafię zdecydować, czy jest ładny, czy nieładny. Wiem za to z całą pewnością, że jest niezwykły.

Twórca: oczywiście Pierre Guillaume

Nuty zapachowe:
skrystalizowany miąższ pomarańczy, czerwony imbir, amaretto, copahu (żywica drzewa copaiba), mahoń, mirra, sandałowiec

niedziela, 25 stycznia 2009

Parfumerie Generale Drama Nuui, Private Collection L'Ombre Fauve i Harmatan Noir



Dziś trzy krótkie recenzje pod wspólnym tytułem:
Expect the Unexpected, czyli w wolnym tłumaczeniu: spodziewaj się niespodzianek.
Dwa zapachy nowe, jeden stary. Wszystkie okazały nie być tym, czego oczekiwałam po lekturze nut. I dobrze.



Drama Nuui

Dobrowolnie i uczciwie przyznaję na wstępie, że straszliwie nie lubię jaśminu. O ile na krzakach mi nie przeszkadza, a na kimś nie uwiera, to na mnie robi się z tej z założenia upojnej woni stęchłe obrzydlistwo pożerające wszelkie subtelności zapachu.

W Drama Nuui doceniam dobrą, naprawdę dobrą kompozycję. Połączenie w otwarciu zawiesistego, kwiatowego aromatu z ożywczą świetlistością petit grain rozjaśnia zapach nadając mu życia i lekkości. Dzięki pojawiającym się relatywnie wcześnie nutom głowy kompozycja nie rozwija się w kwiatkowego zwyklaka, lecz nabiera głębi i charakteru. Dzięki świetnie korespondującej z nutą cytrusową absyntowej goryczce dość wrednego, ale jednak. ;-)
Ten niespotykanie żywotny jaśmin ułożony został na pikantnej podściółce składającej się z suszonych listków tymianku, bazylii i lauru, pokruszonych jagód angielskiego ziela i mięsistych, niedosuszoych goździkowych słupków wnoszących w ten bukiet aromatów ostrawy powiew eugenolu. Trudno mi jest wydobyć to bogactwo spod jaśminowej pierzyny, ale ono bezspornie tam jest i mam wrażenie, że osoba reagująca mniejszym oporem na nutę przewodnią dojrzy je jeszcze wyraźniej, niż ja.
Bazę zapachu stanowią miękkie, aksamitne, słodkie nieomal nuty drzewne. Bez oporów mogę wyznać, że gdyby nie dominujący od pierwszej do ostatniej chwili trwania Drama Nuui na skórze jaśmin, baza ta podbiłaby moje serce, bo jest dokładnie tak kremowa, jak lubię.

Wybaczcie proszę brak entuzjazmu w tym tekście. Jak na opowieść o jaśminowym killerze testowanym na żywym (i do tego własnym!) organizmie to jest bardzo, bardzo pozytywna recenzja. :-)

Data powstania: 2008
Twórca: Pierre Guillaume

Nuty zapachowe:
Nuta głowy: petit grain, absynt
Nuta serca: jaśmin, przyprawy
Nuta bazy: drewno gwajakowe, drewno sandałowe, piżmo



L'Ombre Fauve

Zapach porównywany często z Borneo 1834 Lutensa. Prawdę mówiąc, nie wiem, dlaczego. To znaczy domyślam się, że chodzi o wytrawną paczulę opartą na nucie kakao, ale na mojej skórze nie ma między nimi żadnego podobieństwa. Borneo to paczulowy pleśniawy morderca, L'Ombre Fauve to toaletowo - mydlany piżmowiec ewoluujący w świetlistą ambrę.
Gdybym miała porównywać go z którymś z Lutków, w pierwszej fazie wybrałabym raczej Muscs Koublai Khan: to taka znacznie młodsza i nieporównywalnie bardziej schludna wersja tego potwora. Bez pretensji do pozycji supersamca na szczęście.

Dominujące nuty L'Ombre Fauve to, poza wspomnianym już piżmem, ambra i pęczek ładnej, ciemnozielonej paczuli. Im lepiej zapach stopi się ze skórą, im więcej ciepła dostanie, tym bardziej staje się ambrowy. I to jest ewolucja w bardzo dobrym kierunku, bo o ile piżmo w tym zapachu średnio się Guillaume udało, o tyle ambra jest tu naprawdę piękna. Bursztynowo-złota, pełna, dokładnie w pół drogi między delikatnie dymną słodyczą kadzidła, a wytrawną puszystością szlachetnych nut drzewnych.

Jeśli mogę zarzucić coś tej ładnej i spokojnej kompozycji to głównie to, że jest mało odkrywcza. W pełni rozwinięty zapach przypomina mi Ambre Extreme l'Artisan Parfumeur. Tyle, że tu owa ambrowa sytość pojawia się niemal od razu po ulotnieniu się piżmowego otwarcia. W Ambrze l'Artisama jednak więcej się dzieje.
Czy jednak koniecznie w perfumach musi się "dziać"? Może tym razem wystarczy, że jest miło?


Twórca: Pierre Guillaume

Nuty zapachowe:
ambra, piżmo, kilka gatunków drewna, kadzidło, paczula


Harmatan Noir

Czym powinien być zapach o nazwie pożyczonej od pustynnego wiatru?
W mojej opinii powinien być gorący, pylisty, suchy, powinien szorstko i władczo sunąć po skórze, winien zapierać dech lub przynajmniej sprawiać, że poczujemy przestrzeń...
No dobrze, tak naprawdę nie do końca wiem, czym być powinien, ale mam głębokie przekonanie, że nie tym, czym jest twór PG z pewnością.

Pierwsze nuty Harmatan Noir są mylące. Powiew suchych drewienek, szelest zeschłych kwiatów, odrobinka ziołowej goryczy - otwarcie ciekawe i rozbudzające nadzieje (choć dla mnie subiektywnie od razu za dużo kwiatków).

Niestety, po tym wstępnie nie zabiera nas Czarny Wiatr na pustynię, nie zaprasza zmysłów do zapachowej przygody. Oto konstatujemy ze zdziwieniem, że zamiast na otwartej przestrzeni znaleźliśmy się na pokrytym szczelną plandeką wozie obwoźnego handlarza mydłem.

Moja skóra miewa tendencje do wymydlania niektórych zapachów i taki właśnie los spotkał Harmatan Noir. W miarę rozgrzewania się perfum na ciele zapach mocno aromatyzowanego kwiatowego mydła toaletowego staje się coraz bardziej intensywny i męczący. Jest to dobre mydło, nie tani śmierdziuch i nie duszące mydliny (jak w Incensi na przykład), ale przecież nijak nie jest to pustynny wiatr.

Wymienione w nutach suszone kwiaty są tu rzeczywiście obecne, niestety na mojej skórze przyjmują postać zapachu wielkich koszy potpouri. Wyczuwalna w tle mięta dodatkowo wzmacnia wrażenie drogeryjności, zaś wyglądający z kątów jaśmin nie wiem dlaczego przywołuje skojarzenie z naftalinowymi kulkami na mole. Czasem mam wrażenie, jak gdybym dodatkowo wyczuwała lawendę.
I tak to trwa.
Na szczęście niezbyt długo.

U schyłku zapachu wracają z dalekiej wyprawy suche drewienka i jakieś nieśmiałe przyprawowe suszki, ale te miłe akcenty nie wystarczą, by wzbudzić moją sympatię do wędrownego mydlarza.


Twórca: Pierre Guillaume

Nuty zapachowe:
aromatyczne suszone drewno, suszone kwiaty, zioła, cedr, suszony jaśmin, cytrusy, mięta

sobota, 24 stycznia 2009

Parfumerie Generale Coze

Myślę, że pora najwyższa na słów parę o zapachach Parfumerie Generale - kolejnym interesującym projekcie autorskim w obszarze zapachowej niszy.

Nazwa firmy to kod.
PG to bowiem nie tylko skrót od Perfumeri Gerneralnej ;-) ale i inicjały właściciela i twórcy wszystkich oferowanych przez nią zapachów - Pierre'a Guillaume. Wedle informacji na stronie oficjalnej miał to być zabieg o zabarwieniu humorystycznym. Ja odbieram go raczej jako uroczą megalomanię. W znaczeniu bynajmniej nie negatywnym, bo kompozycje Guillaume to zwykle kawał dobrej roboty, a czasem nawet coś więcej.

Dewizą firmy jest, jak to zwykle bywa, szukanie alternatywy dla zunifikowanej, standardowej oferty perfumerii selektywnych opracowanej z myślą o szerokiej rzeszy konsumentów. Kreacje Guillaume mają silny, indywidualny charakter, są bezkompromisowe i rozpoznawalne od pierwszego niucha. Tak przynajmniej twierdzi ich twórca i zespół marketingowców PG.
A ja ani myślę polemizować. ;-)


Na pierwszy ogień pójdzie jeden z najciekawszych znanych mi zapachów z nutą kawy: Coze.

Coze jest w otwarciu intensywne, skoncentrowane tak bardzo, że po zbliżeniu nadgarstka do nosa natychmiast go odsuwamy. Ale po chwili, po sekundce dosłownie - już żałujemy, że to zrobiliśmy i unosimy go ponownie, tym razem z większą ostrożnością wdychając gęstą, nasyconą woń.

Pierwsze nuty mają w sobie coś z charakteru gorzkiej czekolady - bardzo ciemnej i bardzo wysokiej jakości.
Są jednocześnie słodkie i gorzkawe, aksamitne i drapiące w gardle, rozkoszne i nie do zniesienia.

Przyprawowa, ziołowa niemal goryczka angielskiego ziela, olejki eteryczne skoncentrowane aż do wrażenia suchości, niezwykły aromat suszonych traw i wpleciony w to zapach gorącego, drgającego od żaru powietrza - to połączenie robi wrażenie. Nie tyle dlatego, że jest w prosty, normalny sposób ładne, ale dlatego, że jest frapujące, niezwykłe, niecodzienne. Potrzeba czasu, by ten natłok wrażeń oswoić i zza własnego zadziwienia dostrzec oryginalną urodę tego akordu.
Na podstawie lektury nut mogę przyjąć założenie, że, częściowo przynajmniej, za ów niezwykły początek Coze odpowiedzialny jest olej konopny - składnik niespotykany w perfumach i, przyznaję, mnie także nieznany dotychczas w tej roli.

W rozkwicie zapach jest ciepły, drzewny i nieco gładszy, jednak zanim w ów etap wejdzie następuje intrygująco niejednoznaczna faza "moszczenia się" na skórze, zgrywania z nosicielem, ulegania mu. Tak, jak gdyby Coze nie miało zwyczajowych trzech nut zapachowych, lecz dwie tylko oraz płynną, niejednolitą fazę transformacji ziołowej wytrawności otwarcia w ciemną i gęstą głębię kawowo - drzewnego zmierzchu. I celowo nie piszę o schyłku, bo ta druga, nasycona barwą twarz, mimo iż mniej inwazyjna, jest równie wyrazista, jak pierwsza. Kakao, gęsta wanilia, zapach fajkowego tytoniu, aromatyczne ziarna kawy i brzmiące lawendowo chłodne goździki splecione w znakomicie spójną kompozycję tworzą zapach efektowny i szlachetny jednocześnie, bez wrażenia przesytu i ociężałości.

W nucie bazy Coze jest ciemnobrązowy, podpalony, niemal czarny. Połyskliwy jak powierzchnia wystygłej czarnej kawy - osłodzonej, lecz wciąż nasyconej goryczką; jak tafla gorzkiej czekolady przysypana przewrotnie chropawymi drobinami pieprzu; jak fantazyjne oblicze wyrzeźbione przez cierpliwego artystę w ciemnym, suchym drewnie - wygładzone mozolnie, a jednak noszące ślady ostrego dłuta.
Dlaczego to wszystko takie nasycone i uczłowieczone? Bo jest w tym mroku coś niepokojącego. Wstrzymany na chwilę oddech powodujący, że zapach nie wyleguje się nam na skórze, nie snuje się leniwie, lecz czai się ze spiętymi muskułami i napiętą uwagą. Gdyby był dzikim kotem, jego ogon poruszałby się rytmicznie. A ponieważ nie jest dzikim kotem tylko zapachem właśnie - otacza noszącą go osobę aurą mocy. Łatwiej jest stać się świadomą własnych walorów, wyniosłą femme fatale kiedy ma się taki support.

Data powstania: 2002
Twórca: Pierre Guillaume

Nuty zapachowe:
Nuta głowy: olej konopny
Nuta serca: przyprawy, szlachetne gatunki drewna
Nuta bazy: pieprz, ziele angielskie, kawa, czekolada, wanilia burbońska


* Pierwsza ilustracja: Christophe Vacher
"Automne".
Więcej na: www.vacher.com


sobota, 17 stycznia 2009

Donna Karan Chaos

Napisałabym za Heraklitem, że nie można wejść drugi raz do tej samej rzeki, lecz niestety - ja w tej rzece nie byłam wcześniej. Nie znam Chaosu sprzed modyfikacji (edycja: już znam), znam jedynie nową wersję i chyba wolałabym nie znać.
Ta nazwa, legenda, żale dotychczasowych użytkowników kiedy został wycofany... Wszystko to dawało mi nadzieję na zapach, który ociera się o wielkość. Tymczasem reedytowany Chaos o nic mi się nie ociera: ani o wielkość, ani o paskudność. Jest chłodny, obcy i nietrwały.

No dobrze, trochę przesadziłam z tym sceptycyzmem, ale oczekiwania miałam wielkie, a dostałam coś, co wcale mi się nie podoba.
Spodziewałam się chaosu - gorącej kipieli, z której rodzą się bogowie. Potęgi smagającej zmysły, niemal zdzierającej ciało z kości, wypluwającej doznania jak nowe byty.
Tymczasem Chaos namalowany przez Karan jest zimny jak kosmiczna pustka, statyczny, pokrywający ciało (metaforycznym) nalotem szronu. Kiedy nim pachnę lękam się, że przy gwałtownym ruchu popękam jak krucha tafla lodu.
Nie jestem odporna na chłód w zapachach. W Chaosie pięknie wygrana została harmonia szałwii i lawendy dająca efekt chłodnej przestrzeni i doceniam sugestywność tego połączenia, ale po prostu mi zimno!

Pierwsze, lodowate powiewy Chaosu są czyste - nie niosą niczego, poza chłodem. Następne przysypują ten chłód miałkim przyprawowym pyłem odcinającym się wyraźnie na jasnych płaszczyznach otwarcia, tworzącym skupiska barwy, nowe lądy o niestatycznych jeszcze zarysach. Nie ociepla to jednak zapachu, bo lawendowo - rumiankowa podstawa, na której oparte zostały goździki i kolendra wyciąga z nich nuty eteryczne, nie zaś przyprawowe.
Dopiero pojawiająca się dość wcześnie drzewna baza wydobywa z goździków charakterystyczną ostrość i pozwala zauważyć obecność pozostałych przypraw. Mocno wychodzi kardamon. Szafran w połączeniu z cynamonem staje się dziwnie szorstki. Pojawia się nuta kojarząca mi się ze świeżym korzeniem pietruszki ledwo otrzepanym z ziemi.

W tym zestaweniu nuty drzewne zdają się łagodne, choć jeśli dobrze odczytuję intencje twórcy - użycie paduku i agaru powinno tę bazę utwardzić w sposób, w jaki mróz utwardza drewno. I w ten sam sposób mnie pasowałyby tu w bazie nuty drzewa rozłupanego mrozem, rozdartego i przemienionego w ostre stalagmity starczące ku niebu. Czy to jednak dlatego, że chaos okazuje w końcu litość, czy też z powodu niezwykłych właściwości mojej skóry, która ociepla wszystkie zapachy - zmierzch zapachu jest łagodniejszy, mniej dotkliwy. Suche, aromatyczne drewno - stare i ciemne, dawno już nie pamiętające słońca i wypuszczania liści. Unoszący się wokół cynamonowy pył, miękko zaścielające podłoże suche płatki szałwiowych kwiatów i pojawiające się jak dym zza wzgórza ciepłe nuty kadzidlane. Złożenie to przypomina mi piękną bazę z Black Cashmere, lecz w tym zapachu nie potrafię się nim cieszyć.

Być może to błąd. Być może fenomen Chaosu polega właśnie na zmienności? Na tym, że z zimnej nicości jak Gaja z mitycznego chaosu rodzi się ciepła baza? Może wybrałam złą porę na testy? Jest mroźna zima, a ja tęsknię za słońcem. A może po prostu nie jest to zapach dla ciepłolubnych i nie znoszących lawendy?
W każdym razie zreformowany Chaos na chwilę obecną nie zostaje wpisany na moją listę marzeń. Zamierzam pogrzebać próbkę w pudełeczku i ekshumować latem. Może będę odszczekiwać...? :-)


Data powstania: 1996

Nuty zapachowe:
sandałowiec, kardamon, cynamon, paduk, drewno agarowe, szafran, goździki, ambra, piżmo, szałwia, lawenda, rumianek, kolendra

środa, 7 stycznia 2009

Annayake Miyako

Oto zapach, który w sposób doskonały łączy to, co w perfumach lubię najbardziej (kadzidło, kardamon, cynamon, sandałowiec, cedr i drewno hinoki) z tym, czego najchroniczniej nie znoszę (róża, jaśmin, ylang-ylang). W rezultacie Miyako podziwiam, ale nosić nie potrafię.

Od pierwszych nut zapach jest głęboki, napchany olfaktoryczną treścią, bogaty, intensywny.
Uderzenie kadzidła podprawionego ziołową nutą labdanum nie byłoby tak zaskakujące, gdyby nie wspomniane już nuty kwiatowe nadające zapachowi diabelnej mocy, wypełniające go, sprawiające, że cała ta gęsta kompozycja drga jak gorące powietrze nad pustynią.

Po chwili, kiedy nasz zmysł powonienia oswoi się nieco z tym niesamowitym brzmieniem, zaczynamy rozpoznawać przyprawy - gorzkie, suche, jak gdyby wąchane były wprost z drewnianych pudełek o grubych ściankach. Nawet na języku pojawia się znajoma goryczka, jak gdyby organizm spodziewał się, że w powietrzu uniesie się aromatyczny pył.
W tle, przytłumione wyrazistymi nutami stanowiącymi jądro zapachu, spokojnie i milcząco swoją obecność zaznacza najpierw słodkie hinoki i miękki sandałowiec, po chwili zaś suchy cedr.
A to nie koniec wcale, bo jedną z najciekawszych nut Miyako jest ambra. Ambra intensywna, świeża, żywiczna nieomal, swoją żywotnością przypominająca ambrę z Ambre Russe. W tym tłoku esencjonalnych aromatów z różnych olfaktorycznych grup (żywice, przyprawy, kwiaty, drewno) brzmi ona tak, jak gdyby każdy z tych składników podkręcał ją, wynosił, wypychał wręcz do przodu.
Naprawdę szczerze polecam przyjrzenie się tej ambrowej pieśni. Szczególnie, że nie trwa długo.

Trudno mi powiedzieć, by Miyako były zapachem nietrwałym. Ich ślad na skórze wyczuwalny jest nawet sześć godzin po aplikacji. Kłopot w tym, że już po godzinie - półtorej zapach robi się wyschnięty, spękany, pustynny. I mogłabym to uznać za konsekwencję tego drgającego gorącego powietrza z pierwszych nut, ale chyba byłoby to nadużycie, bo nie czuję tu konsekwencji w znaczeniu rozwoju zapachu, tylko wypalanie się, rozwiewanie, utratę mocy.

Podsumowując: Miyako z pewnością jest zapachem ciekawym i wartym poznania.
Kłopot w tym, że nie jest to ani zapach do końca kadzidlany, ani kwiatowy. Najlepiej chyba pasuje mi definiowanie go jako szeroko pojętego orientu. Szczególnie bogate, przeładowane otwarcie zasługuje na to miano.
Potem zaś przychodzi pora pokuty i ascezy. Zmierzch Miyako jest jak spokojna starość: sucha, ciepła, lecz pozbawiona mocnych akcentów.
A może ja zbyt wiele oczekuję?


Nuty zapachowe:
nuta głowy: kardamon, cynamon, kadzidło
nuta serca: drzewo hinoki, róża, jaśmin, ylang-ylang, paczula, cedr, drzewo sandałowe
nuta bazy: piżmo, czystek, benzoes, mirra, ambra

* Na obu ilustracjach boska para Izanagi i Izanami z mitologii shinto.

I Hate Perfume Patchouli Empire

..
Najpierw jest pięknie, bo paczula jest tu żywotna, pełna, wielopłaszczyznowa jak dorodna roślina: warstwa liści po warstwie liści aż po wilgotną ziemię.
Potem jest ta właśnie wilgotna ziemia i przez moment człowiek odczuwa rozczarowanie, że to już: dno, koniec, mogiła.

A jednak... po tym dotknięciu ziemi zapach odbija się, rozwija ciemnozielone skrzydła, podnosi głowę i naprawdę olśniewa.
"Kto nie dotknął ziemi ni razu, Ten nigdy nie może być w niebie"*?

Ten rozkwit pełnej, kompletnej, jakoś szczególnie kształtnej w swej prostocie kompozycji paradoksalnie docenia się tym bardziej, że następuje po chwili zapachowego załamania. Oczywiście docenia się tylko i wyłącznie jeśli jest się miłośnikiem (albo przynajmniej w pewnym stopniu koneserem) paczuli. Osoby, które paczuli nie lubią spokojnie mogą sobie odpuścić testy Paczulowego Imperium, bo poza ocieploną nutą czarnej, suchej herbaty i osadzoną na szlachetnym drewnie paczulą nic w tym zapachu nie ma. Pieprzu nie znalazłam (może gdzieś mi wypadł? ;-)).
Jednak to, co znalazłam w zupełności wystarczy, żeby obronić, uzasadnić stworzenie tej kompozycji.

Kilka zapachów z paczulą w tytule miałam już okazję wąchać i zwykle nuta ta ocieplana jest ambrą, lub piżmem, osładzana wanilią, jakoś pogłębiana i przyciemniana. Tutaj mamy paczulę bez pretensji do mroczności, bez dystyngowanego towarzystwa. Ot paczulka wonna (zwana czasem pokrzywką) wprost z ogrodowej grządki.
Na skórze zapach sukcesywnie przesycha, leżąca na dnie zapachu nuta herbaciana staje się charakterystyczna dla kompozycji I Hate Perfume i to połączenie żywego olejku paczulowego z suchym aromatem herbaty nadaje Patchouli Empire szczególnej noszalności. I urody. Też szczególnej.


Tak więc dla miłośników bogatych paczulowych kompozycji takich jak Patchouli Micallef, Intrigant Patchouli Parfumerie Generale, czy Patchouly Profvmvm zapach może być zbyt prosty, zbyt ubogi.
Z kolei dla osób, które nie należą do wielbicieli tej szczególnej rośliny może być paczulowy w sposób zbyt oczywisty.
Tak sobie wymyśliłam, że z racji tego, że I Hate Perfume nie używa alkoholu jako bazy dla swoich perfum Patchouli Empire może być dla paczulofila doskonałym zapachem na lato. Jest w sam raz lekki i w sam raz intensywny. W połączeniu ze słońcem nie wyrządzi szkody, w połączeniu z upałem nie zabije. Ale co ja tam będę wymyślać... Sami zdecydujecie. :-)


Data powstania: 2005
Twórca: Christopher Brosius

Nuty zapachowe:
naturalny zapach pięciu rodzajów paczuli na ciepłej bazie z rzadkich rodzajów drewna, ślad czarnego, indyjskiego pieprzu.


*Adam Mickiewicz "Dziady cz. II"

wtorek, 6 stycznia 2009

Sage Onyx

Kokos bywa zwykle składnikiem miłych słodziaków. Albo owocowych świeżuchów w klimacie tropikalnego drinka, ewentualnie też deserowych, spożywczych ciepłych klusek. Cóż począć ma człowiek, który szuka kokosu z nutką dekadencji?
No dobra, ma ów człowiek kilka możliwości: Cuir Venenum Parfumerie Generale, Ginger Ciao 2.27 Yosh, ostatecznie Premier Figuier Extreme l'Artisana lub Liaisons Dangereuses By Kilian... I pewnie kilka innych, które do głowy mi nie przychodzą.
Ja swoją kokosową dekadencję znalazłam w Onyx: połączeniu mchu i nut dymnych ze słodyczą czarnego kokosu (czymkolwiek ten czarny kokos by nie był - rzeczywiście jest, jesli nie czarny, to przynajmniej ciemnografitowy).

Zapach jest nieskomplikowany, a jednak tak dziwny, że nawet mając przed nosem rozpisane nuty człowiek jest zadziwiony. A zadziwia człowieka (człowieka, czyli mnie) to zupełnie nienormalne połączenie ciemnego, starego mchu, dymnych nut kojarzących się z waniliowym tytoniem fajkowym i głębokiej, kokosowej słodyczy.
Choć przyznać muszę, że pierwszy "niuch", pierwszy kokosowy oddech nie zapowiada niczego nadzwyczajnego. Jest ładny, jest nawet ciekawy, ale nic ponad to. Dopiero po chwili Onyx zaczyna ciemnieć, jak gdyby twórca tej kompozycji sukcesywnie zaciągał ciężkie zasłony i gasił świece. W tych metaforycznych ciemnościach dostrzegamy to, co w tym zapachu mniej oczywiste i zarazem najbardziej interesujące. Puszysty dywan dębowego mchu (pięknie wyciągnięta nuta) i smugę tytoniowego dymu, jak gdyby ten ciemny salon opuściła przed chwilą niepokorna Habanita w świetnie skrojonym garniturze i z cygaretką w długiej lufce.

Gdybym miała posłużyć się obrazem powiedziałabym, że zapach ten jest jaki wielki, czarny kocur. Zwierzę piękne, o puszystej, lśniącej sierści i powolnych, zmysłowych niemal ruchach. Niby tylko mrucząca kupa futra, ale od razu wiadomo, że aportować nie będzie, papci nie przyniesie, a porę na pieszczoty wybiera sam. Ot, chadza własnymi drogami. Mógłby być zwinny i niebezpieczny... ale dziś nie jest dzień polowania.
I tak samo Onyx jest na skórze zapachem słodkim i leniwym, a jednak czai się w nim coś, co sprawia, że jest czarny. Mszysty, dymno - drzewny nie jest tylko słodziakiem. Jest słodziakiem występnym, słodziakiem niepokojąco zmysłowym, słodziakiem z drugim dnem. Jest w nim słodka tajemniczość...

Tak więc w mojej wyobraźni odziana w Onyx kobieta nie wywija tlenionymi blond lokami, nie podtyka ci pod nos na wpół obnażonego biustu, nie chichocze prowokacyjnie. Raczej spokojnym, przyciszonym głosem powie coś, co sprawi, że przez całą noc przewracając się w ciepłej pościeli będziesz zastanawiał się, czy naprawdę mogła mieć na myśli takie rzeczy, które Tobie do głowy przychodzą...
Jest jak kobieta z aforyzmu Anne Louise Germaine de Stael-Holstein: jak kocia łapka. Ściśnij nieco, a poczujesz pazurki.


Nuty zapachowe:
Nuta głowy: czarny kokos
Nuta serca: mech dębowy, tytoń
Nuta bazy: wanilia, ambra, piżmo

niedziela, 4 stycznia 2009

Gucci Rush for Men

Najpierw zagajenie. To powoli staje się tradycją. :-)
Otóż kilka mam powodów ku temu, by tę recenzję zamiesić. Po pierwsze dlatego, że zostałam uwiedziona tym zapachem przez pewną Osobę, której poprzedni wspaniałomyślny dar potraktowałam tu niezbyt dobrze. Po drugie obiecałam pewnemu P. recenzje zapachów mniej egzotycznych, niż zwykle. Po trzecie wreszcie dlatego, że Rush jest po prostu piękny i pewnie i tak chciałabym o nim napisać.

Ten zapach ma skrzydła.
Pierwszy akord daje wrażenie szybowania w bezruchu nad lśniącym od porannej rosy borem w pierwszych promieniach słońca. Owiany zapachem Rush człowiek nieomal czuje wstępujący prąd powietrza unoszący go nad ziemię, dający poczucie czerpania z zapachu mocy... Niesamowite wrażenie żywicznej, czystej przestrzeni.

Cyprysowa przestrzenność zapachu przypomina mi nieco chłodne, wypełniające powietrzem płuca nuty z Hinoki i Serge Noire, tym razem jednak wraz z cyprysową żywicą wpleciono w ten chłód świadomość obecności pełnego życia lasu w dolinie.
Rush od pierwszych, do ostatnich nut ma w sobie moc potężnych, strzelistych sosen, z których później zbudowana zostanie cerkiew, którą odnajdujemy w Zagorsku CdG. Tylko tutaj, te drzewa wciąż żyją, rosną, sięgają do słońca. W ich gałęzie wpleciony jest wiatr, żywiczne krople połyskują nie w blasku świec, lecz w mokrym świetle budzącego się dnia.

Naprawdę nie sądziłam, że zapach z tak wyraźnie lawendowym otwarciem może mi się spodobać. Nie sądziłam, że ten poranek tak mnie zachwyci... A jednak. W Rush chłód nie jest przejmujący, nie jest nieprzyjemny. Opływa ciało nie budząc dreszczy, jest ogrzany blaskiem kładącym się na skórze jak coraz intensywniej odczuwalne plamy słońca, jak obietnica pięknego dnia.

W miarę rozwoju zapachu nuty drzewne stają się głębsze, mniej "iglaste" - do głosu dochodzi osuszający wilgotne otwarcie cedr, a we wcześnie, niemal równocześnie z nutą serca ujawniającej się bazie czai się kremowy, miękki, futerkowy sandałowiec i słodko-aromatyczne drewno, które w nutach zidentyfikowano jako okoume, a mnie jako żywo przypomina olejek z baobabu, którego zapach tak lubię w mleczku do ciała z serii Powitanie z Afryką Bielendy. Dymna nieco drzewność przypomina mi pod względem gładkości Wenge Donny Karan, a pod względem sposobu ułożenia nut drzewnych znów Hinoki.
Całe to opisane powyżej bogactwo oparte jest na czającym się w głębi zapachu połączeniu wciąż obecnych, choć dyskretnych nut żywicznych z krztyną nieinwazyjnie miękkiego piżma. Po paru godzinach na samym dnie udało mi się odnaleźć głęboką choć wiotką nutę ciemnych paczulowych liści brzmiącą w tej suchej już na tym etapie kompozycji jak sentymentalne wspomnienie wilgotnego otwarcia.
I o ile w pierwszych chwilach zapach mnie olśniewa, o tyle rozgrzany skórą Rush dociera już wprost do mojego perumiarskiego serca.

Pachnąc rozwiniętym Rush czuję się, jak gdybym siedziała na polanie, otoczonej starym lasem, pełnym dziwnie poskręcanych, przypominających trochę tolkienowskie Enty, a trochę fantazyjne afrykańskie rzeźby drzew. Z miękką trawą pod stopami i z twarzą zwróconą w stronę stojącego nieruchomo na bezchmurnym niebie słońca. Czuję, że gdybym rozłożyła ramiona, zamieniłyby się one w skrzydła i uniosłyby mnie ponad polanę, nad las, w chłodne niebo. Ale nie robię tego. Nie rozpościeram skrzydeł, bo tu, gdzie jestem jest przecież tak pięknie...

Jeśli istnieje powód dla którego nie zabijam się o własny flakon tego trudnego obecnie do zdobycia rarytasu, jest nim względnie słaba trwałość. Po pierwsze zapach wymaga używania w wielkich ilościach (próbka na dwa razy), po drugie zbyt szybko przycicha. Wielka szkoda.


Data powstania: 2000
Twórca: Antoine Maisondieu /
Daniela Roche-Andrier


Nuty zapachowe:

Nuta głowy - lawenda, cyprys.
Nuta serca - kadzidło, drewno cedrowe, paczula.
Nuta bazy - drzewo okoumé, drewno sandałowe, szare piżmo

sobota, 3 stycznia 2009

Subiektywne podsumowanie roku 2008

Prawdę mówiąc, do końca nie wiedziałam, czy pisać podsumowanie roku, czy raczej sobie darować.
Jako blogowy neofita czuję się niepewnie, kiedy nie mam zapachu, którym mogę się w tekście podeprzeć, na którym mogę się skupić. Mój rachunek sumienia będzie krótki. Na forum Gazety, na Now Smell This, Perfume Smellin' Things, Perfume Posse czy Co w nosie kręci wszystko już zostało napisane, a ja nie potrafiłam sobie odmówić przeczytania tych tekstów przed napisaniem swojego. Także dlatego, że nie wiedziałam, czy w ogóle należy brać się za podsumowania.
Pokuszę się o słów kilka, bo chyba wypada. Najwyżej wywalę tego posta...

Największym perfumeryjnym wydarzeniem minionego roku była niewątpliwie premiera odświeżonego Chanel No.5.
Obawiałam się rozczarowania. Nie tylko dlatego, że dotykanie gwiazd (a Piątka niewątpliwie gwiazdą jest) bywa niebezpieczne, ale też z powodu trudnej, kontrowersyjnej urody zapachu, który w niepojęty sposób stał się ikoną popkultury.
Wiele już na temat nowego Chanel napisano, wiele peanów wygłoszono. Ja nie mam wiele do dodania. Chanel Eau Premiere jest dowodem, że czasem warto porwać się z motyką na słońce.
Zapach jest mniej wymagający, łagodniejszy i lżejszy. "Wygodniejszy" w noszeniu, a jednak... niezaprzeczalnie jest w nim ślad klasyka. Dobra robota.

A skoro już wspomniałam o Chanel przyznam się, że w tym roku dopiero dane mi było odkryć serię Les Exclusifs, z której największe wrażenie zrobiły na mnie Coromandel i Chanel No.22. Zdecydowanie wymagają dokładniejszych testów.

Wśród zapachów selektywnych moją uwagę zwróciły He Wood Dsquared2, które, choć pojawiły się na rynku w 2007 do Polski dotarły dopiero w 2008.
Za udane uważam dwie ubiegłoroczne edycje limitowane: męski A*Men Pure Coffee niemal równie atrakcyjny jak wersja klasyczna, oraz Nina Ricci Gold Edition, które dzięki ciepłej, kremowej nucie migdałów (kiedy wąchałam pierwszy raz podejrzewałam, że to orzeszki makadamia) zdają mi się jeszcze ładniejsze, niż Nina w czerwonym jabłuszku.

Po stronie plusów wspomnę też o jednej z dwóch nowych Allegorii Guerlain, a mianowicie Figue-Iris. Nie jest to zapach rewolucyjny, ale dla miłośników prostej, ładnej figi chyba atrakcyjny.

W kategorii zapachów niszowych pozytywów sporo.

Oczywiście zacznę od wreszcie dostępnych w Polsce zapachów Serge Lutens i jednej z trzech nowości roku 2008 Serge Noire.
Pozostałe Lutensowskie premiery 2008 - Five O'Clock Au Gingembre i El Attaire to zapachy, moim zdaniem, mniej odkrywcze.

Warto, a może nawet należy wspomnieć o jednym z największych hitów ubiegłego roku - Comme des Garcons Hinoki, a także o bardzo w sumie udanej serii Les Orientalistes Annick Goutal.

Nie byłabym sobą, gdybym nie wymieniła w tym miejscu nowych pomysłów I Hate Perfume: Fire From Heaven i Wild Hunt. Nie wiem, czy tego własnie się spodziewałam, ale przyznać muszę, że oba zapachy trzymają poziom dziwności i dla miłośnika IHP rozczarowaniem nie są.

Warto tez poświęcić chwilkę nowej propozycji Oliviera Durbano. Na podstawie wcześniejszych zapachów tej firmy Rock Crystal i Amethyst, po ubiegłorocznej premierze powalającego Black Tourmaline zdawało się, że stałym elementem kreacji Durbano będą nuty kadzidlane. Jade przełamuje ten schemat w sposób bardzo udany. Nie żebym najbardziej na świecie marzyła o zielonych miętusach, ale przyznaję, że z czystej sympatii dla tej marki cieszę się, że nie stanęli w miejscu. Czekam na kolejne (zapowiadane są jeszcze trzy) zapachy.

Niejako na wyrost (czekam dopiero na próbki, więc mam nadzieję, że rozczarowań nie będzie) raduje mnie powrót kultowych zapachów Donny Karan: Chaosu i Fuel. W podobnej szacie pojawiła się także reedycja Black Cashmere i to także jest powodem mojego zadowolenia. Niby flakon nie tak efektowny, ale jakież znaczenie ma flakon, skoro zawartość taka sama?




Jeśli chodzi o rozczarowania, nie będę oryginalna.
Trylogia Onde Armani to porażka. Zapachy bez pomysłu, bez duszy i bez mocy.



Osobiście zasmuciło mnie to, co wypuścił Calvin Klein we flakonie z napisem Secret Obsession: marne popłuczki po wspaniałym klasyku.
Więcej spodziewałam się po nowych zapachach Gucci, czegoś innego oczekiwałam po 1 Million Paco Rabanne ("pachnieć jak milion dolarów" to jednak zobowiązuje).
Za kompletną pomyłkę uważam wersję Pretty Nina Niny Ricci, ewidentnie nie układa się na mnie także nowy Ogródek Hermesa Un Jardin Apres La Mousson.

Niszowe rozczarowania trudno mi wymienić, bo z jednej strony wszelkie dziwactwa (nawet te dziwnie normalne) są tu dozwolone, a z drugiej w tak bogatej ofercie łatwiej jest omijać miny i wyłuskać smaczne kąski. Tak więc choć nie ruszają mnie zupełnie powroty zaserwowane nam przez Lubin: Nuit de Longchamp i L de Lubin, choć Fleur de Liane l'Artisan Parfumeur uważam osobiście za zapach mocno zwyczajny, choć supportowany niesamowitą historią Aziyade Parfum d'Empire zupełnie mnie nie uwiódł - nie czuję się rozczarowana. Wedle zasady "dla każdego coś miłego" dla mnie znalazło się dosyć miłych odkryć i niespodzianek.




Na koniec spowiedź osobista.
W rok 2008 wchodziłam z kolekcją rozpasaną i przytłaczającą mnie swym ogromem. Tak więc upłynął on pod hasłem wietrzenia i porządków. W dobre ręce oddałam prawie 50 flakonów, ostatecznie żegnając większość starych miłości i zapachów z nutami kwiatowymi (poszły dwie Theoremy, Kingdom, In Black, Black For Her, Anglomania, Talisman, Visit, Narcisso Rodriguez, Angel czy Opium), z żalem wypuszczając z rąk także flakony z większym lub mniejszym trudem zdobytych skarbów, które okazały zalegającymi na półkach wyrzutami sumienia (okropne rozczarowania Musc Ravageur i Incensi, nieco mniejsze Passage d'Enfer, Mandragore, Eau d'Iparie czy Idole, pędzące smutny żywot w głębi toaletki Arabie, Miel de Bois, Vetiver Oriental, Premier Figuier, Revelation, Opoponax, a także trzy flakony Fragonarda). Rok kończę ze zdecydowanie bardziej "oswojonym" i mocniej osobistym zbiorem zapachów. Ale o tym opowiem już innym razem.


A jako bonus donoszę o swoim odkryciu z ostatnich dni.
Otóż w sierpniu ubiegłego roku zostałam przez bloggerkę Goldenrose , autorkę "Obserwuję, myślę, piszę" polecona z okazji Blog Day 2008. Lepiej dowiedzieć się późno, niż przeoczyć. :)

* Na zdjęciu perfumeryjne rozpasanie z początku roku.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...