sobota, 24 stycznia 2009

Parfumerie Generale Coze

Myślę, że pora najwyższa na słów parę o zapachach Parfumerie Generale - kolejnym interesującym projekcie autorskim w obszarze zapachowej niszy.

Nazwa firmy to kod.
PG to bowiem nie tylko skrót od Perfumeri Gerneralnej ;-) ale i inicjały właściciela i twórcy wszystkich oferowanych przez nią zapachów - Pierre'a Guillaume. Wedle informacji na stronie oficjalnej miał to być zabieg o zabarwieniu humorystycznym. Ja odbieram go raczej jako uroczą megalomanię. W znaczeniu bynajmniej nie negatywnym, bo kompozycje Guillaume to zwykle kawał dobrej roboty, a czasem nawet coś więcej.

Dewizą firmy jest, jak to zwykle bywa, szukanie alternatywy dla zunifikowanej, standardowej oferty perfumerii selektywnych opracowanej z myślą o szerokiej rzeszy konsumentów. Kreacje Guillaume mają silny, indywidualny charakter, są bezkompromisowe i rozpoznawalne od pierwszego niucha. Tak przynajmniej twierdzi ich twórca i zespół marketingowców PG.
A ja ani myślę polemizować. ;-)


Na pierwszy ogień pójdzie jeden z najciekawszych znanych mi zapachów z nutą kawy: Coze.

Coze jest w otwarciu intensywne, skoncentrowane tak bardzo, że po zbliżeniu nadgarstka do nosa natychmiast go odsuwamy. Ale po chwili, po sekundce dosłownie - już żałujemy, że to zrobiliśmy i unosimy go ponownie, tym razem z większą ostrożnością wdychając gęstą, nasyconą woń.

Pierwsze nuty mają w sobie coś z charakteru gorzkiej czekolady - bardzo ciemnej i bardzo wysokiej jakości.
Są jednocześnie słodkie i gorzkawe, aksamitne i drapiące w gardle, rozkoszne i nie do zniesienia.

Przyprawowa, ziołowa niemal goryczka angielskiego ziela, olejki eteryczne skoncentrowane aż do wrażenia suchości, niezwykły aromat suszonych traw i wpleciony w to zapach gorącego, drgającego od żaru powietrza - to połączenie robi wrażenie. Nie tyle dlatego, że jest w prosty, normalny sposób ładne, ale dlatego, że jest frapujące, niezwykłe, niecodzienne. Potrzeba czasu, by ten natłok wrażeń oswoić i zza własnego zadziwienia dostrzec oryginalną urodę tego akordu.
Na podstawie lektury nut mogę przyjąć założenie, że, częściowo przynajmniej, za ów niezwykły początek Coze odpowiedzialny jest olej konopny - składnik niespotykany w perfumach i, przyznaję, mnie także nieznany dotychczas w tej roli.

W rozkwicie zapach jest ciepły, drzewny i nieco gładszy, jednak zanim w ów etap wejdzie następuje intrygująco niejednoznaczna faza "moszczenia się" na skórze, zgrywania z nosicielem, ulegania mu. Tak, jak gdyby Coze nie miało zwyczajowych trzech nut zapachowych, lecz dwie tylko oraz płynną, niejednolitą fazę transformacji ziołowej wytrawności otwarcia w ciemną i gęstą głębię kawowo - drzewnego zmierzchu. I celowo nie piszę o schyłku, bo ta druga, nasycona barwą twarz, mimo iż mniej inwazyjna, jest równie wyrazista, jak pierwsza. Kakao, gęsta wanilia, zapach fajkowego tytoniu, aromatyczne ziarna kawy i brzmiące lawendowo chłodne goździki splecione w znakomicie spójną kompozycję tworzą zapach efektowny i szlachetny jednocześnie, bez wrażenia przesytu i ociężałości.

W nucie bazy Coze jest ciemnobrązowy, podpalony, niemal czarny. Połyskliwy jak powierzchnia wystygłej czarnej kawy - osłodzonej, lecz wciąż nasyconej goryczką; jak tafla gorzkiej czekolady przysypana przewrotnie chropawymi drobinami pieprzu; jak fantazyjne oblicze wyrzeźbione przez cierpliwego artystę w ciemnym, suchym drewnie - wygładzone mozolnie, a jednak noszące ślady ostrego dłuta.
Dlaczego to wszystko takie nasycone i uczłowieczone? Bo jest w tym mroku coś niepokojącego. Wstrzymany na chwilę oddech powodujący, że zapach nie wyleguje się nam na skórze, nie snuje się leniwie, lecz czai się ze spiętymi muskułami i napiętą uwagą. Gdyby był dzikim kotem, jego ogon poruszałby się rytmicznie. A ponieważ nie jest dzikim kotem tylko zapachem właśnie - otacza noszącą go osobę aurą mocy. Łatwiej jest stać się świadomą własnych walorów, wyniosłą femme fatale kiedy ma się taki support.

Data powstania: 2002
Twórca: Pierre Guillaume

Nuty zapachowe:
Nuta głowy: olej konopny
Nuta serca: przyprawy, szlachetne gatunki drewna
Nuta bazy: pieprz, ziele angielskie, kawa, czekolada, wanilia burbońska


* Pierwsza ilustracja: Christophe Vacher
"Automne".
Więcej na: www.vacher.com


2 komentarze:

  1. Sabbath, intrygujący opis, dziękuję :)
    Właśnie sobie uprzytomniłam ze wstydem, że jakoś ominęło mnie poznanie Coze, muszę nadrobić w najbliższym czasie. I kto wie - może mnie ten zapach zafrapuje?

    OdpowiedzUsuń
  2. Aragonte, odkopałaś taką starą kozę? :))) A zapach poznać warto. Nie wiem, czy jest piękny klasycznie, ale na pewno ciekawy. Za to ręczę.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...