sobota, 3 stycznia 2009

Subiektywne podsumowanie roku 2008

Prawdę mówiąc, do końca nie wiedziałam, czy pisać podsumowanie roku, czy raczej sobie darować.
Jako blogowy neofita czuję się niepewnie, kiedy nie mam zapachu, którym mogę się w tekście podeprzeć, na którym mogę się skupić. Mój rachunek sumienia będzie krótki. Na forum Gazety, na Now Smell This, Perfume Smellin' Things, Perfume Posse czy Co w nosie kręci wszystko już zostało napisane, a ja nie potrafiłam sobie odmówić przeczytania tych tekstów przed napisaniem swojego. Także dlatego, że nie wiedziałam, czy w ogóle należy brać się za podsumowania.
Pokuszę się o słów kilka, bo chyba wypada. Najwyżej wywalę tego posta...

Największym perfumeryjnym wydarzeniem minionego roku była niewątpliwie premiera odświeżonego Chanel No.5.
Obawiałam się rozczarowania. Nie tylko dlatego, że dotykanie gwiazd (a Piątka niewątpliwie gwiazdą jest) bywa niebezpieczne, ale też z powodu trudnej, kontrowersyjnej urody zapachu, który w niepojęty sposób stał się ikoną popkultury.
Wiele już na temat nowego Chanel napisano, wiele peanów wygłoszono. Ja nie mam wiele do dodania. Chanel Eau Premiere jest dowodem, że czasem warto porwać się z motyką na słońce.
Zapach jest mniej wymagający, łagodniejszy i lżejszy. "Wygodniejszy" w noszeniu, a jednak... niezaprzeczalnie jest w nim ślad klasyka. Dobra robota.

A skoro już wspomniałam o Chanel przyznam się, że w tym roku dopiero dane mi było odkryć serię Les Exclusifs, z której największe wrażenie zrobiły na mnie Coromandel i Chanel No.22. Zdecydowanie wymagają dokładniejszych testów.

Wśród zapachów selektywnych moją uwagę zwróciły He Wood Dsquared2, które, choć pojawiły się na rynku w 2007 do Polski dotarły dopiero w 2008.
Za udane uważam dwie ubiegłoroczne edycje limitowane: męski A*Men Pure Coffee niemal równie atrakcyjny jak wersja klasyczna, oraz Nina Ricci Gold Edition, które dzięki ciepłej, kremowej nucie migdałów (kiedy wąchałam pierwszy raz podejrzewałam, że to orzeszki makadamia) zdają mi się jeszcze ładniejsze, niż Nina w czerwonym jabłuszku.

Po stronie plusów wspomnę też o jednej z dwóch nowych Allegorii Guerlain, a mianowicie Figue-Iris. Nie jest to zapach rewolucyjny, ale dla miłośników prostej, ładnej figi chyba atrakcyjny.

W kategorii zapachów niszowych pozytywów sporo.

Oczywiście zacznę od wreszcie dostępnych w Polsce zapachów Serge Lutens i jednej z trzech nowości roku 2008 Serge Noire.
Pozostałe Lutensowskie premiery 2008 - Five O'Clock Au Gingembre i El Attaire to zapachy, moim zdaniem, mniej odkrywcze.

Warto, a może nawet należy wspomnieć o jednym z największych hitów ubiegłego roku - Comme des Garcons Hinoki, a także o bardzo w sumie udanej serii Les Orientalistes Annick Goutal.

Nie byłabym sobą, gdybym nie wymieniła w tym miejscu nowych pomysłów I Hate Perfume: Fire From Heaven i Wild Hunt. Nie wiem, czy tego własnie się spodziewałam, ale przyznać muszę, że oba zapachy trzymają poziom dziwności i dla miłośnika IHP rozczarowaniem nie są.

Warto tez poświęcić chwilkę nowej propozycji Oliviera Durbano. Na podstawie wcześniejszych zapachów tej firmy Rock Crystal i Amethyst, po ubiegłorocznej premierze powalającego Black Tourmaline zdawało się, że stałym elementem kreacji Durbano będą nuty kadzidlane. Jade przełamuje ten schemat w sposób bardzo udany. Nie żebym najbardziej na świecie marzyła o zielonych miętusach, ale przyznaję, że z czystej sympatii dla tej marki cieszę się, że nie stanęli w miejscu. Czekam na kolejne (zapowiadane są jeszcze trzy) zapachy.

Niejako na wyrost (czekam dopiero na próbki, więc mam nadzieję, że rozczarowań nie będzie) raduje mnie powrót kultowych zapachów Donny Karan: Chaosu i Fuel. W podobnej szacie pojawiła się także reedycja Black Cashmere i to także jest powodem mojego zadowolenia. Niby flakon nie tak efektowny, ale jakież znaczenie ma flakon, skoro zawartość taka sama?




Jeśli chodzi o rozczarowania, nie będę oryginalna.
Trylogia Onde Armani to porażka. Zapachy bez pomysłu, bez duszy i bez mocy.



Osobiście zasmuciło mnie to, co wypuścił Calvin Klein we flakonie z napisem Secret Obsession: marne popłuczki po wspaniałym klasyku.
Więcej spodziewałam się po nowych zapachach Gucci, czegoś innego oczekiwałam po 1 Million Paco Rabanne ("pachnieć jak milion dolarów" to jednak zobowiązuje).
Za kompletną pomyłkę uważam wersję Pretty Nina Niny Ricci, ewidentnie nie układa się na mnie także nowy Ogródek Hermesa Un Jardin Apres La Mousson.

Niszowe rozczarowania trudno mi wymienić, bo z jednej strony wszelkie dziwactwa (nawet te dziwnie normalne) są tu dozwolone, a z drugiej w tak bogatej ofercie łatwiej jest omijać miny i wyłuskać smaczne kąski. Tak więc choć nie ruszają mnie zupełnie powroty zaserwowane nam przez Lubin: Nuit de Longchamp i L de Lubin, choć Fleur de Liane l'Artisan Parfumeur uważam osobiście za zapach mocno zwyczajny, choć supportowany niesamowitą historią Aziyade Parfum d'Empire zupełnie mnie nie uwiódł - nie czuję się rozczarowana. Wedle zasady "dla każdego coś miłego" dla mnie znalazło się dosyć miłych odkryć i niespodzianek.




Na koniec spowiedź osobista.
W rok 2008 wchodziłam z kolekcją rozpasaną i przytłaczającą mnie swym ogromem. Tak więc upłynął on pod hasłem wietrzenia i porządków. W dobre ręce oddałam prawie 50 flakonów, ostatecznie żegnając większość starych miłości i zapachów z nutami kwiatowymi (poszły dwie Theoremy, Kingdom, In Black, Black For Her, Anglomania, Talisman, Visit, Narcisso Rodriguez, Angel czy Opium), z żalem wypuszczając z rąk także flakony z większym lub mniejszym trudem zdobytych skarbów, które okazały zalegającymi na półkach wyrzutami sumienia (okropne rozczarowania Musc Ravageur i Incensi, nieco mniejsze Passage d'Enfer, Mandragore, Eau d'Iparie czy Idole, pędzące smutny żywot w głębi toaletki Arabie, Miel de Bois, Vetiver Oriental, Premier Figuier, Revelation, Opoponax, a także trzy flakony Fragonarda). Rok kończę ze zdecydowanie bardziej "oswojonym" i mocniej osobistym zbiorem zapachów. Ale o tym opowiem już innym razem.


A jako bonus donoszę o swoim odkryciu z ostatnich dni.
Otóż w sierpniu ubiegłego roku zostałam przez bloggerkę Goldenrose , autorkę "Obserwuję, myślę, piszę" polecona z okazji Blog Day 2008. Lepiej dowiedzieć się późno, niż przeoczyć. :)

* Na zdjęciu perfumeryjne rozpasanie z początku roku.

13 komentarzy:

  1. Czekałam na ten wpis - dzięki :)

    A co do ostatniego zdjęcia: o żesz ku. To stan obecny?

    OdpowiedzUsuń
  2. :- 0


    nie jestem w stanie ogarnąć umysłem tego wszystkiego :) gratuluje takiej wiedzy n/t zapachów a zwłaszcza tak pieknego opowiadania o nich :) manifique!

    OdpowiedzUsuń
  3. tu jest nie tylko zmysłowo z powodu tematu, słowo pisane, fotografie tak niezwykle oddziaływują na odbiorcę, że namacalne odczucie perfum staje sie już zbędne ;) aż można się zachłysnąć z nadmiaru wrażeń...jak ty to robisz? :))

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciekawie ujęłaś to wszystko, zostawiając duże pole manewru dla odbiorcy. Ja tak nie potrafię i m.in. z tego powodu zrezygnowałem z podsumowania w czasie obecnym.
    Dla mnie czasem na podsumowanie będzie data otrzymania pierwszej figowej próbki, czyli jeszcze kilkanaście tygodni mi zostało... Swoją drogą jeszcze rok temu nie wiedziałem jak pachnie figa... To zdumiewające ile rzeczy może się wydarzyć przez roku (perfumowych i życiowych)... Jeśli tylko słusznie wykorzystamy ten czas
    A tak w ogóle to archetyp figowy śle Ci życzenia noworoczne... ;) ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Elve, ja już przyznałam się w tekście, że Cię czytałam. A ponieważ jesteś dla mnie pewnym wzorcem - uznałam, że skoro Ty napisałaś, to i mnie wypada.
    Co do kolekcji, dodałam już podpis: to stan z początku roku. Obecnie flaszek mam mniej, ale myślę, że w ogólnej perspektywie jest lepiej.


    Natalio, dzięki ogromne za życzliwe podsumowanie mojej radosnej twórczości. ;-) Chyba o to właśnie mi chodzi, żeby przekazać swoje wrażenia. Cieszę się, że nie tylko muzykę odbieramy podobnie.


    Twister, Francuski Kochanek śle życzenia wzajemnie.
    To prawda, co piszesz: dobrze wykorzystany rok może bardzo wiele zmienić, nie tylko pod względem zapachowym. Szczególnie rok, w którym odkryjemy wielką miłość. :-) Ja taką rewolucję przeszłam, kiedy odkryłam kadzidła.
    Podsumowanie kolekcji tez mnie korci i chyba się o nie pokuszę wkrótce. Choć daty nie przewidzę na razie.

    OdpowiedzUsuń
  6. No tak, na powiększeniu widać Theoremę, więc to przeszłość - imponująca.
    Myślisz, Sabbath, że jakieś miłości jeszcze na nas czekają? Ja nie tracę nadziei.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  7. Elve, jestem pewna, że jeszcze mnóstwo uniesień przed nami. Nie tylko zapachowych oczywiście.
    I tego Tobie oraz sobie życzę.
    Pozdrawiam ciepło (bo mróz paskudny)!

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo podoba mi sie Twoje podsumowanie roku. Ja jeszcze nie mialam odwagi, aby to napisac, nie wiem czy jej nabiore.
    W stu procentach zgadzam sie co do rozczarowania Ondami Armaniego. Mialam ogromna ochote na ten czerwony flakonik, nawet chcialam klikac w ciemno, a gdy juz poznalam, to nie bylam w stanie uwierzyc, ze ten zapach jest az tak banalny. Natomiast sama ideologia przypisana calej trojce, bardzo skutecznie zachecala. Na temat innych, niestety nie moge sie wypowiedziec:)

    P.S.
    Czy moge dodac Twoj blog w polecanych u siebie?

    OdpowiedzUsuń
  9. Princesko, ja sama po przeczytaniu zajawki trylogii Onde uznałam, że to musi być coś niezwykłego. Marketing zrobili fenomenalny. I może dlatego własnie nasze oczekiwania były tak wielkie, a rozczarowanie tak dotkliwe.

    Co do podsumowania - też nie bardzo miałam odwagę, sama widzisz.

    A w kwestii blogów jeszcze - będę zaszczycona.
    Czy i ja mogę dodać Twój?

    OdpowiedzUsuń
  10. Cos w tych chyba jest. Zrobili z tych zapachow cuda na papierze, a okazaly sie tak banalne jak wiekszosc sezonowek Escady (a nawet tu sa pozytywne wyjatki), jedynie cena znacznie wyzsza.

    Ja bede zaszczycona tym bardziej:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Gold Edition Niny Ricci jest niczym innym jak przepakowaniem identycznie skomponowanych składników z limetą w złote jabłko.w ramach sprostowania to ten sam zapach.

    OdpowiedzUsuń
  12. anonimowy on_kolorowanka

    OdpowiedzUsuń
  13. Anonimowy - nie miałam nigdy okazji wąchać obu Nin jednocześnie, odniosłam jednak wrażenie, że zapach ze złotego jabłka jest nieco bardziej kremowy. I zupełnie serio zeznaję, że nie sama to wrażenie miałam. ;-)
    Opinie w sieci są różne. Dzięki Twojej uwadze postanowiłam w miarę możliwości dokonać testów porównawczych. Dziękuję. :-)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...