wtorek, 24 lutego 2009

Co to są perfumy niszowe?

Tekst ten zamieszczam na życzenie Osób, które prosiły mnie o artykuł wprowadzający w świat perfum niszowych dla niewtajemniczonych. Proszę wybaczyć niezwykłą objętość tekstu, starałam się, by był rzeczowym omówieniem tematu od podstaw. Bardziej osobiście potraktowałam niszę w notce pod tytułem "Czym właściwie jest perfumeryjna nisza".

Za wszelkie opinie będę wdzięczna. Teraz i zawsze... :-)



Sztuka i rzemiosło

W polskiej prasie pojawił się ostatnio nowy temat – perfumy niszowe. Podejście do tego zjawiska z pogranicza sztuki użytkowej, kultury i mody bywa dwojakie. Albo pisze się kpiąco o ludziach wydających 1/6 średniej krajowej pensji na flakon cieczy, która nie ma zapachu, albo z czcią nazywa się perfumeryjną niszę Wielką Sztuką. A prawda, jak zawsze, leży pośrodku.

Komponowanie zapachów, podobnie jak komponowanie muzyki, rzeczywiście bywa sztuką. Znacznie częściej jednak jest po prostu rzemiosłem i dobrze, gdy jest to rzemiosło na przyzwoitym poziomie.

Perfumy zwane niszowymi są w świecie zapachów tym, czym w muzyce są gatunki wykraczające poza nurt zwany ogólnie muzyką pop, której odpowiednikiem w perfumeryjnej perspektywie są marki selektywne czyli dostępne w sieciowych perfumeriach. I nie znaczy to wcale, że wśród utworów popowych czy perfum selektywnych nie zdarzają się arcydzieła. Podobnie jak nie oznacza to niestety, że każdy perfumeryjny utwór określany mianem niszy jest manifestacją geniuszu twórcy. Niszowość daje po prostu więcej możliwości. Pozwala na tworzenie zapachów, których większość klientów wielkich korporacji nie chciałaby nosić. Podobnie jak większość klientów wytwórni płytowych nie słucha metalcore'a, punka czy jazzu.


Nienawidzę perfum

“Nienawidzę perfum. Nazbyt często stają się one eterycznym gorsetem więżącym wszystkich w tej samej, sprzecznej z naturą formie.” - deklaruje główny “nos” I właściciel marki I Hate Perfume Christopher Brosius, tworząc jednocześnie swoisty manifest perfumeryjnego indywidualizmu.
Oferta firm produkujących zapachy niszowe adresowana jest bowiem głównie do ludzi, którzy w asortymencie sieciowych perfumerii nie potrafią odnaleźć zapachu odpowiadającego ich oczekiwaniom – czy to ze względu na niecodzienny gust, czy też ze względu na niechęć do tego, by pachnieć “tak, jak wszyscy”. I, wbrew obiegowym opiniom, zwykle rzeczywiście chodzi o zapach, choć oferta jest tak szeroka, że i miłośnicy czystego luksusu coś w niej dla siebie znajdą.

Co znajdziemy w niszy


Tak więc na półkach niszowych perfumerii takich jak Quality, Galiu czy Lulua obok reklamowanych jako “najdroższe perfumy świata” produktów Clive Christian czy ręcznie zdobionych flakonów Parfums M. Micalef stoją skromne, proste flakony Serge Lutens. Asortyment sklepów internetowych sprzedających niszowe perfumy obejmuje zarówno zapachy kreowane przez firmy jubilerskie (Olivier Durbano), jak i te lansowane przez restauratorów (Serendipity III). A także pakowane w tekturowe tuby I owinięte związanymi włóczką kartkami papieru dzieła człowieka, który twierdzi, że nienawidzi perfum.

Wśród niszowych propozycji zdarzają się kompozycje dla normalnego człowieka dziwaczne, czy nawet szokujące. Najbardziej znanym przykładem są tu wymieniane przez większość autorów w tym kontekście kadzidła świątynne. Seria Incense marki Comme des Garcons stworzonej przez ekscentryczną japońską kreatorkę Rei Kawakubo to niezwykle sugestywne zapachy świątyni katolickiej (Avignon), prawosławnej (Zagorsk), hinduistycznej (Jaisalmer), buddyjskiej (Kyoto) i meczetu (Ouarzazate).

Znajdziemy w niszowych flakonach aromaty w zupełnie realny sposób spożywcze, takie jak Harissa z serii Red Comme des Garcons będąca zapachem świeżej papryki, pomidorów i przypraw, Piment Brulant l'Artisan Parfumeur odtwarzające zapach azteckiego napoju miłosnego przyrządzanego na bazie ostrej papryki i kakao, Rahat Loukoum z dostępnej jedynie w Paryżu pałacowej serii marki Serge Lutens pachnące dokładnie tym, co sugeruje nazwa czyli słodkim wschodnim przysmakiem.
Innym fenomenem, który nie miałby racji bytu w szerokiej ofercie są zapachy maksymalnie eksponujące zapach jednego, wybranego składnika, którym może być owoc jak w Mandarine Tout Simplement l'Artisan Parfumeur, dowolny kwiat (jaśmin w A La Nuit Serge Lutens, fiołek w Wild Pansy I Hate Perfume, czy róża w Rose ze wspomnianej już serii Red Comme des Garcons – tu wybór jest ogromny), drewno jednego gatunku (pachnące sandałowcem Tam Dao Diptyque) czy też wielowymiarowo ukazana jedna tylko roślina jak na przykład w Labdanum z serii Essence Donny Karan, które wykorzystuje aromat liści, kory, drewna, żywicy i kwiatów czystka. W tej szerokiej ofercie rację bytu mają nawet perfumy imitujące zapach garażu czy pralni chemicznej (Garage i Dry Clean z serii Synthetic Comme des Garcons), albo odwzorowujące najbardziej nieperfumeryjne zapachy natury takie jak zapach palonych liści klonu (Burning Leaves I Hate Perfume) czy oferta zapachowej biblioteki Demeter obejmująca zapach śniegu, mokrej ziemi, burzy czy lawy wulkanicznej.

Ale nie jest to jedyne oblicze perfumeryjnej niszy. Bo tak, jak na półce sieciowej perfumerii znaleźć możemy zapachy nietuzinkowe i bynajmniej nie „pop”, tak wśród perfum niszowych wiele jest w zupełnie klasyczny sposób normalnych, eleganckich kompozycji nie odbiegających od tego, co wybiera większość osób sięgających po flakon w Sephorze czy Douglasie. Można tu wymienić firmy takie jak Parfums de Rosine czy La Maison de la Vanille zajmujące się tworzeniem wyłącznie wariacji na określony temat, ale też firmy o wieloletniej tradycji I klasycznym wizerunku takie jak Penhaligon's czy Creed, które w swoim asortymencie mają zarówno kompozycje tworzone współcześnie, jak i zapachy oparte na recepturach sprzed wieków.
Z kolei przykładem zapachu selektywnego, który z powodzeniem mógłby stać się niszowcem może być kadzidlano – dymny Gucci Pour Homme czy kontrowersyjny i jednocześnie niezwykle popularny Angel Thierry'ego Muglera. Do niedawna takim sztandarowym przykładem było Black Cashmere Donny Karan przeniesione obecnie do serii ekskluzywnej.
Podkreślić więc warto, że podobnie jak w muzyce często dochodzi do przemieszania gatunków, w wyniku którego w nurcie pop powstają dzieła w rodzaju Bohemian Rhapsody Queen, tak podział na zapachy selektywne i niszowe nie wiąże się tylko z unikatowością czy też dziwacznością zapachu.


Unikatowość jako cecha niszy


Drugą kwestią jest dystrybucja produktów niszowych: niewielkie serie, brak klasycznej reklamy, istnienie projektów i firm autorskich takich jak Parfumerie Generale, Parfums de Nicolai czy I Hate Perfume. Ten sposób funkcjonowania na rynku nie tylko daje twórcy większą swobodę przy kreowaniu zapachu, ale też pozwala nie zważać na badania marketingowe wskazujące wyraźnie, że ludzie nie będą chcieli pachnieć spalenizną.
Oczywiście nie okłamujmy się – perfumy niszowe też muszą się sprzedać. Jest to jednak po pierwsze sprzedaż na mniejszą skalę, po drugie oferta kierowana jest do ekscentryków i obliczona na klienta, który dysponuje pewną perfumeryjną wiedzą pozwalającą mu dokonać wyboru w oparciu o nuty zapachowe, a nie o reklamę i po trzecie wreszcie ewentualny brak popytu, czyli handlowa klapa nie wiąże się z utopieniem tak gigantycznych środków, jakich wymaga promocja zapachu selektywnego. To sprawia, że twórcy skłonni są do najdziwniejszych eksperymentów. I dobrze.

Przewaga tak pojmowanych towarów niszowych nad produktami wielkich korporacji polega właśnie na tym, że nawet klient o najbardziej niecodziennych upodobaniach jest w stanie znaleźć produkt spełniający jego oczekiwania. I to dotyczy nie tylko perfum i kosmetyków, ale każdej właściwie dziedziny życia. Możemy z tej oferty nie korzystać, ale dobrze wiedzieć, że mamy taką możliwość.

Ilustracje do tekstu:
1. Część kampanii marketingowej Comme des Garcons for H&M
2. Annick Goutal Mandragore
3. Clive Christian X for Women
4. Seria Incense Comme des Garcons
5. Donna Karan Labdanum
6. Parfums de Rosine Eau Fraiche Rose d'Ete
7. Sposób ekspozycji towaru w Guerrilla Store Comme des Garcons
8. Wnętrze sklepu marki I Hate Perfume (proszę zwrócić uwagę na leżącego na środku psa :-))

niedziela, 15 lutego 2009

Micallef Aoud - trzy odsłony

Zdaję sobie sprawę z tego, że zapachy z motywem przewodnim drewna agarowego mogą zdawać się dziwaczne. Rozumiem, że można ich nie lubić i, prawdę mówiąc, jako zimnokrwistej europejce łatwiej mi przyjąć do wiadomości rezerwę, z jaką spotykają się agarowce wśród znanych mi osób mających okazję je wąchać, niż powszechne wśród mieszkańców szeroko pojętego orientu upodobanie do tej ciężkiej woni. Oczywiście rozumiem, że to kwestia różnic kulturowych, ale zadziwienie zostaje.

Bo dla europejczyka piękno agaru jest pięknem nieoczywistym. Jest trochę jak obrazy Picassa, które należy zrozumieć, by móc w pełni podziwiać, jak kompozycje Buxtehude, które wymagają smakowania konstrukcji, nie tylko pobieżnego przesłuchania, a może jak niezwykłość silnika Wankla, która olśni tylko kogoś, kto posiadł podstawową wiedzę z dziedziny mechaniki (silnik Wankla widziałam swego czasu w Muzeum Techniki w Pradze i nieświadoma istnienia takiej konstrukcji w pierwszej chwili czułam się, jak gdybym zobaczyła UFO ;-)).

Dziś przedstawiam trzy kompozycje Geoffreya Nejmana pod wspólnym, agarowym mianownikiem:


Aoud

Aoud na zawsze pozostanie dla mnie agarowym archetypem, wzorcem w tej kategorii. Nie tylko dlatego, że poznałam go jako pierwszy (choć to z pewnością nie bez znaczenia), nie tylko dlatego, że to ten zapach pozwolił mi poznać i docenić nutę zwaną oud, ale też dlatego, że nuta drewna agarowego jest w nim wyciągnięta do przodu, pokazana w pełnej krasie, a nie brzmiąca w tle.
Przyznaję, że dość opornie przyjmuję fakt, że zmieniono mu imię i teraz nazywa się Micallef Man skoro to nadal agarowiec i nadal uniseks.

Aoud zaczyna się zapachowo monolitycznym połączeniem róży i agaru. Róża przyjmuje postać zmiażdżonych, pociemniałych płatków wydzielających sok i aromat tak intensywnie, że odczuwamy w nim nie uwodzicielski kwiat, lecz ostry olejek różany saute. Olejek agarowy jest tu podobnie intensywny, tłusty nieomal, gęsty jak guma arabska, doprowadzony do nieznośnej, drażniącej zmysły perfekcji.

I te dwie zlepione szczelnie nuty brzmią na mnie aż do końca trwania zapachu na skórze.
Z czasem łagodzi je głęboka, miękka nuta drzewna, ciepło ambry oraz przedłużające żywot ekspansywnego otwarcia korzenne przyprawy.

Odbiór agaru także zmienia się niepostrzeżenie: ogrzany orientalnym, ambrowo przyprawowym towarzystwem oud staje sę zapachem zawiesiście dymnym, przestaje wcinać się w świat jak nóż w dojrzały owoc awokado, lecz staje się szorstko ekscytujący jak noszona na gołym ciele skórzana odzież.

To zapach pierwotny, sięgający jakiejś archetypicznej, mrocznej głębi; stawiający zmysły w stan pogotowia jak niepokojące deja vu sięgające najgłębszych pokładów Jungowskiej nieświadomości.


Night Aoud

Night Aoud to zastygła wersja Aoud. Jeśli tamten zapach sunie po skórze z majestatem stygnącej lawy, to jego nocna siostra została utwardzona, pozbawiona niebezpiecznej lepkości, jak żywica przemieniona w twardy klejnot.

Powierzchnia zapachu jest obca, gładka, lecz pod nią drzemie podstępny magnetyzm.
Night Aoud jest jak pełen najdziwniejszych inkluzji bursztyn zwodniczo pokryty warstwą laminatu. Nuta agaru obrobiona została w sposób, dzięki któremu zgrzybiałe drewno zaczyna przypominać skórę. I to lakierowaną, bo wrażenie lśniącej gładkości jest w tym zapachu wszechobecne.

Damska wersja Aoud jest słodsza od swojego starszego brata, bardziej kwiatowa, ale znów próżno szukać w niej delikatnej miękkości płatków, bo zaklęte w cybernetycznie magicznej kuli zapachu kwiaty najpierw przemienione zostały w technicznie perfekcyjne odbicia samych siebie, a potem dodatkowo uwięzione pod warstwą nieoczyszczonego, brudnego wręcz cukru stopionego na wielkiej, nadpalonej kłodzie przeżartego mikozą drewna.

Fascynujący zapach. Odpychający i pociągający nietypową, niespożywczą słodyczą i niedelikatną kwiatowością.


Vanille Aoud

Trzecia odsłona micallefowskiego agaru, o której chcę dziś wspomnieć to zapach, którego zapowiedzi wystarczyły, by zapłonęły mi oczy i zadrżały ręce: Vanille Aoud.
Wyobraziłam sobie intensywną, pełną nutę oud podaną na wykwintnej, waniliowej poduszce. Bez róży!

Niestety, w Vanille Aoud na pierwszy plan wybija się wanilia doprawiona półwytrawnym, ciemnym karmelem. Zapach agarowego drewna jest w tej kompozycji od początku jedynie dodatkiem do nieco zbyt spożywczej słodyczy. Ciepła, urodziwa wanilia z intrygującym akcentem zmieniającym się po kilku godzinach w ledwo wyczuwalny ślad dymnej zadumy jest dla mnie zanadto oczywista.

Daleka jestem od twierdzenia, że zapach ten jest nieładny, po prostu po poznaniu pozostałych Aoudów Martine Micallef spodziewałam się czegoś bardziej... nienormalnego.
Może to błąd, bo zapach zgodnie z tym, co obiecuje nazwa jest połączeniem wanilii z oud i temu połączeniu wiele zarzucić nie można. Jest gładkie, nie mdli, nie szokuje, nie odpycha. Do tego zapach jest rekordowo trwały.

Czuję się jednak w obowiązku uprzedzić ewentualnych miłośników oud w perfumach, że jest to wanilia aromatyzowana agarowym drewienkiem, a nie czarna kłoda na kontrastowo jasnej bazie.


Nuty zapachowe:

Aoud: róża, olejek agarowy, gałka muszkatołowa, cynamon, drzewo sandałowe, aloes drzewny, sandałowiec, ambra

Night Aoud: ylang-ylang, gałka muszkatołowa, brzoskwinia, aoud, sandałowiec, paczula, cedr, wanilia, ambra, labdanum

Vanille Aoud: bergamotka, ylang-ylang, suszona śliwka, oud, karmel, benzoes, wanilia, piżmo


* Wszystkie powyższe ilustracje to kadry z genialnego filmu krótkometrażowego pt. "Katedra" stworzonego przez Tomka Bagińskiego na podstawie opowiadania Jacka Dukaja pod tym samym tytułem.
Jeśli mogę przy okazji tego posta polecić swoim czytelnikom coś spoza perfumeryjnego podwórka, to obie artystyczne wizje - zarówno poruszający, wielowątkowy tekst, jak i wciskający w fotel obraz zasługują na to, by poświęcić im kilka chwil. I to nie raz i nie dwa, lecz wielokrotnie.

środa, 11 lutego 2009

Oud czyli drewno agarowe

Oud jest składnikiem, o którym niewiele wiadomo. Sama miałam problem z dotarciem do rzetelnych informacji o nim, więc uznałam, że przed zamieszczeniem recenzji zapachów zawierających tę nutę warto parę słów napisać o samym drewnie agarowym.
Poniższy tekst jest tłumaczeniem fragmentu "Kleines Lexikon der Räucherstoffe (Buch vom Räuchern)" wydanego przez Wydawnictwo Schirner.

Drewno agarowe - inne nazwy: oud (od siebie dodam pisownię aoud, oudh i ud, bo i z takimi się zetknęłam), agar, drewno aloesowe, jinko, pochodzi z rodziny wawrzynkowatych. Jeden z najcenniejszych i zarazem najrzadszych surowców perfumeryjnych, pochodzący z drzewa aloesowego, wiecznie zielonej rośliny rosnącej w górach indyjskiego stanu Assam, Kambodży, Indonezji, bardzo rzadko Tajlandii i Wietnamu. Świeże drewno jest miękkie, lekkie, elastyczne i ma niewielką wartość.
Cennym kadzidłem, jak i surowcem dla przemysłu perfumeryjnego drewno staje się dopiero kiedy przez 50 - 80 lat porasta je grzyb. Im dalej posunięta jest mikoza, tym wyższą wartość ma drewno. Najcenniejsze jest jednak drewno obumarłych drzew, których proces rozkładu trwa setki lat. To właśnie najbardziej wartościowe drewno aloesowe - ciemna, pochodząca z wnętrza pnia substancja o intensywnym zapachu, z której wyrabia się cenny olej agarowy. W krajach arabskich był on znanym męskim pachnidłem używanym także do nacierania włosów i bród jeszcze przed epoką wód kolońskich. Obecnie używany przez przemysł perfumeryjny na całym świecie.

W Japonii rozróżniane jest sześć różnych rodzajów drewna aloesowego, a najdroższy z nich zwany kyara jest znacznie cenniejszy od złota.
Jinko - japońska nazwa drewna agarowego pochodzi od jego szczególnej cechy i oznacza "tonące drewno", gdyż jest ono cięższe od wody. Im ciemniejsze i cięższe - tym lepsza jego jakość i wyższa wartość.
Trudno jest wyobrazić sobie zarówno historię, jak i współczesność arabskiego i azjatyckiego przemysłu kadzidlanego bez drewna aloesowego. Ma ono tak złożony, intensywny i bogaty aromat, że bywa używane zarówno podczas szczególnie ważnych religijnych uroczystości, jak i podczas wyjątkowych spotkań towarzyskich, pali się je ku czci bogów i dla pogłębienia medytacji. Jest składnikiem kadzideł tworzonych według najstarszych japońskich receptur, arabskie kobiety używają oud do aromatyzowania swoich strojów i ciał by zyskać przychylność swych ukochanych.
Już w starożytności królowie i królowe używali dymu tego cennego drewna do perfumowania szat, włosów i bród, a także to okadzania komnat. Obecnie oud bywa składnikiem kadzidlanych kulek, sztabek i stożków, a także aromatyzowanych saszetek zapachowych w rodzaju kwiatowego potpourri.
Mówi się, że drewno sandałowe to zapach dla początkujących, zaś agarowe to klejnot dla wtajemniczonych.
Olejek agarowy jest uważany za skuteczny środek o działaniu pobudzającym, antyastmatycznym i wzmacniającym oraz za elegancki afrodyzjak. Podobno działa także przeciwbiegunkowo i przeciwreumatycznie, pomaga na artretyzm, a nawet paraliż.

Zapach drewna aloesowego jest wyjątkowy. Jest jednocześnie balsamicznie słodki i przyprawowo ostry i zdaje się ukazywać coraz to nowe nuty zapachowe. Cudowna ta woń oczyszcza duszę, kieruje na nas uwagę bogów i wprowadza w najgłębsze tajemnice bytu.
Komponuje się doskonale z kadzidłem i sandałowcem. Najczęściej jednak agar bywa palony samodzielnie, by można było w pełni docenić jego aromat.

niedziela, 8 lutego 2009

Frederic Malle Musc Ravageur

Po tej recenzji z pewnością posypią się gromy i klątwy na moją głowę. Musc Ravageur otrzymuje same niemal wysokie noty. I to także od osób, których zmysłowi powonienia i recenzenckiej uczciwości absolutnie ufam. Tym razem jednak moja własna uczciwość recenzencka nakazuje mi pójść pod prąd.

To jeden z tych zapachów, których legendę poznałam na długo, zanim udało mi się zdobyć próbkę. Z wypiekami na twarzy czytałam o brudnym seksie, kąsaniu i drapaniu w ekstazie. Miał być "pot, krew i sperma". Ja wiem, że nie mam się czym chwalić, ale naprawdę strasznie się na Nieokrzesanego Frycka napaliłam...
Pisałam już przy okazji recenzji French Lovera, że wypełniając ankietę na stronie Editions de Parfums żywiłam nadzieję, że na podstawie moich buńczucznych zeznań ekspert firmy uzna, że pasuje do mnie właśnie ten owiany aurą grzechu zapach.
Nie uznał.
Wiedział, co robi. :-]


Otwarcie to głównie bardzo brzydkie połączenie cynamonu z bergamotą. Zapach w fizjologiczny sposób słodkawy i nieprzyjemnie brudny. Przypomina mi Secretions Magnifiques Etat Libre d'Orange, które zrobiły mi krzywdę w nos.

Kojarzy mi się jednoznacznie z ludzkimi wydzielinami. Tak, takimi związanymi z seksem - ale już przestygłymi, odseparowanymi od gorącej namiętności dystansem czasu.
I ta czasowa odległość, która przemienia ciepłą wilgoć aktu miłosnego w lepką smugę na prześcieradle albo w porzucony glut zużytej prezerwatywy - ta odległość jest nie do przebycia w drugą stronę.
W Musc Ravageur mamy od razu szary poranek, kiedy budzimy się skacowani w wymiętolonej pościeli i patrząc na równie szarego i wymiętolonego kogoś obok zastanawiamy się, które piwo było zgubne. W ustach czujemy nieprzyjemny smak mówiący nam, że przed snem nie umyliśmy zębów, we włosach skwaśniały zapach papierosowego dymu, a na podłodze odnajdujemy zwłoki kondoma, które witamy z ulgą.
To moja imaginacja - na szczęście nigdy mi się taki poranek nie przydarzył, ale dzięki niezwykłej kompozycji Maurice Roucela wiem, jak to jest.
Chcecie też wiedzieć?

W testach nadgarstkowych zapach zatrzymuje się na tym etapie i człowiek utyka w czasie. Szary poranek ciągnie się niemiłosiernie, kac nie mija, wody nie ma, wymiętolony ktoś mlaszcze przez sen, a słońce nijak nie chce podnieść się wyżej nad horyzont.

Kiedy używam MR globalnie potwór nabiera życia, ludzka skóra dodaje mu nieco ciepła i miękkości. Wychodzi bardzo wyraźne mydlane piżmo, syntetyczne nieco nuty dymne, gładki gwajak, coś jak stare sukno albo stara skóra... Bardzo sprawnie złożony, jednolity zapach.
Trudno mi powiedzieć, co sprawia, że nie czuję tego niebezpieczeństwa, dzikiej namiętności, gwałtownej żądzy, o której piszą (i mówią) miłośnicy Frycka Szkodnika. Może to piżmo, które na mojej skórze pachnie mydłem, a nie seksem? Może tym razem to cedr ujawnił swoje siuśkowe oblicze? A może cytrusy w połączeniu z cynamonem spłatały mi figla pachnąc tak nieświeżo?

W każdym razie drugie oblicze MR, które objawia się po jakiejś godzinie ogrzewania tego truchła własnym ciałem nie jest wcale bardziej pociągające: wywołuje skojarzenie ze starym zbereźnikiem, który zaprasza do swojego ciemnego, niewietrzonego salonu młode panienki. Po to, by obejrzały kolekcję motyli, oczywiście...

Data powstania: 2000
Twórca: Maurice Roucel

Nuty zapachowe:
Nuta głowy: Lawenda, bergamota
Nuta serca: goździki, cynamon
Nuta bazy: drewno gwajakowe, cedr, drewno sandałowe, wanilia, bób tonka, piżmo

piątek, 6 lutego 2009

Olivier Durbano Jade


Przy okazji recenzowania ostatniego (na razie) zapachu z oferty firmy Olivier Durbano postanowiłam podzielić się z Wami informacją, która zapewne ucieszy Warszawianki i Warszawiaków.
Otóż w dniach 20 lub 21 lutego w perfumerii Quality odbyć się ma spotkanie prasowe z Olivierem Durbano, którego seria Bijoux de Pierres Poemes została niedawno włączona do oferty tej sieci.

Informację z pierwszej ręki uzyskała Homyk, której raz jeszcze dziękuję za podzielenie się ze mną. Nie tylko tą konkretną informacją, ale i wszelką inną wiedzą. Nie wspominając już o zapachach, które dzięki Niej poznałam.


A teraz do rzeczy, bo oto przedstawiam Wam pierwszy zapach z nutą mięty, który naprawdę do mnie trafił.
Jade są piękne!

Kiedy wyczytałam zapowiedź pojawienia się jadeitowej kompozycji Durbano mocniej niż legendami związanymi z tym kamieniem zasugerowałam się kolorem. A kolor skojarzył mi się z syntetycznym świeżuchem, niskokalorycznym i dosłodzonym aspartamem...
Tymczasem Jade to zapach w niesamowity sposób łączący świetlistą lekkość i gęstą moc.
Łagodny jak uśmiech bogów i potężny jak jego moc sprawcza.
I tak, jak Black Tourmaline jest nocą, tak Jade jest dniem.

Pierwsze nuty są słodkie i jasne - pobrzmiewają aromatyzowaną zieloną herbatą sowicie osłodzoną trzcinowym cukrem. Zestawienie świeżego naparu z dodatkiem nienatrętnej, podsuszonej na słońcu mięty z kwiatową słodyczą to niezwykle udany przykład zestawienia niszowej, mokrej herbacianości z otwarcie ukazaną urodą zapachu.
Po tym powitalnym, rozgrzewającym serce uśmiechu Jade zaczyna się pogłębiać. Jasny, herbaciany napar zostaje wypity - zostają mokre, gorzkawe listki połączone z aromatem świeżych, żywych roślin. Pełna życiowej energii mieszanka dzikiej zieloności (nie tylko strzeliście ostrej trzciny, ale i jędrnie chrupkiego kłącza irysa) z delikatną, uwodzicielską urodą kwiatów układa się na tym cierpkim herbacianym tle jak delikatny rysunek chińskiego smoka na surowym jedwabiu.

I o ile pierwsze nuty są niezwykłe, idealnie zharmonizowane i bez zarzutu, to po upływie pół godziny Jade okazuje się czymś więcej, niż bardzo ładnym zapachem. Połączenie mchu z dziwnym, lekko ziemistym aromatem mate przydaje wyczuwalnej w górnych nutach zieloności liści i łodyg mocy płynącej wprost z korzeni. Paczula i wetiwer dodają zapachowi naturalizmu. Ambra i nuty dymne tworzą aurę pierwotnej magii.

Wchodzę w magiczny krąg.
Jest pogodny, letni dzień, monumentalne kamienie rzucają przyjazne błękitnawe cienie na zieloną, bujną trawę porastającą wnętrze świętego miejsca. Powierzchnia spoczywającego wprost na ziemi kamienia ofiarnego jest szorstka. Magiczne wzory uległy zatarciu, w szczelinach spękanego skalnego bloku wyrasta jasna trawa i drobne kwiatki. Wokół unosi się dym z palonych ziół osnuwając to niezwykłe, magiczne miejsce zasłoną oddzielającą je od całej, pozbawionej w tym momencie znaczenia reszty świata.
Kładę się na rozgrzanej słonecznymi promieniami trawie z rozłożonymi rękami i dłońmi płasko przylegającymi do ziemi. Przez cienkie płótno koszuli czuję pulsującą w głębi potęgę Dobrej Bogini. Policzkiem dotykam miękkiego mchu czując jak ugina się pod ciężarem mojej głowy. Wdycham gęsty, biały dym czując jak rośnie we mnie moc.

Jade to magiczny eliksir przenoszący nas w rzeczywistość tkwiącą dotychczas głęboko na dnie okiełznanej współczesną cywilizacją duszy.


Data powstania: 2008

Nuty zapachowe:
Nuta głowy: zielona herbata, anyż, mięta, kardamon
Nuta serca: irys, jaśmin, chińska trzcina
Nuta bazy: ambra, paczula, wetiwer, mech, piżmo, nieśmiertelnik, mate

środa, 4 lutego 2009

Olivier Durbano Rock Crystal

Peanów nie będzie.
Rock Crystal został już wystarczająco "opiany". Wystarczy mu.

Bezpośrednio po aplikacji Rock Crystal łudząco przypomina Cardiamid Coffein - gorzkie krople ze strychniną w składzie. Oczywiście nie mają za zadanie truć, lecz ponosić ciśnienie, a strychnina nie jest ich głównym składnikiem ale smak i zapach mają iście morderczy. A Rock Crystal pachnie dokładnie tak samo i, co ciekawe, rozwija się analogicznie: ostra, ziołowa gorycz najpierw zostaje ochłodzona powiewem wytrawnego mentolu, a potem cichnie.

Zza tej paskudnej aptecznej nuty dopiero wyłoni się kadzidło. Najpierw tajemniczo wplecione w sugestywnie niesmaczną gorzkość - zaskakujące, budzące zdziwienie, nie na miejscu, a potem nagle okazuje się, że oto zasłabłam w świątyni i budzę się z paskudnym posmakiem lekarstwa w ustach ułożona na twardej ławce w przestronnej zakrystii. Świadomość odzyskuję powoli, do wciąż zamroczonego umysłu z oporem dociera, gdzie jestem i jak się tu znalazłam. Porażony powracającym wraz z falą wydechu zapachem lekarstwa zmysł węchu z trudem wyłapuje woń niezwykłego otoczenia.

Za ławką, na której leżę ustawione są nieoczyszczone jeszcze, ale już wystygłe trybularze wypełnione aromatycznym popiołem i niedopalonymi grudkami żywicy; na mosiężnych hakach wbitych w pokrywającą ściany pociemniałą boazerię wiszą bogate kapy i ornaty; obok poskładane starannie spoczywają barwne stuły ze smętnie powyginanymi frędzlami w kolorze brudnego złota. A wszystko to uświadamiam sobie tylko jako tło dla przypominającego o sobie z różną intensywnością Cardiamidu.
Jest chłodno, chcę do domu...

Osamotniona i niepewna przechodzę przez pusty już kościół i nie oglądając się za siebie popycham ciężkie, martwe drzwi. A na zewnątrz wcale nie czeka na mnie droga do domu, tylko jakiś zupełnie nieznany świat. Statyczny półmrok, rozproszone w pełnym aromatycznego pyłu powietrzu szare światło, unoszące się wokół jak babie lato przyprawowe ziarenka i kłaczki. Osiadające na rzęsach i ustach pachnące drobiny suchych ziół i czarne płatki popiołu. A wszystko to nieruchome, jak gdyby zawieszone w tej wielkiej, nienaturalnej przestrzeni.

Tak więc idę nie wiedząc dokąd, brodząc w opadłych listkach, szurając niemrawo, wzbijając zupełnie niesatysfakcjonująco mikre i nieruchawe kłębuszki pachnącego pyłu.
Wędruję niosąc ze sobą zarówno wspomnienie lekarstwianej brzydoty, jak i świątynnego dostojeństwa. Aromatyczny obłok otula mnie i jednocześnie otępia moje zmysły. Nie wiem, czy mi zimno, czy ciepło, czy jest poranek, czy wieczór, czy w ogóle istnieją pory dnia. I jakoś mnie to nie zaprząta ani nie niepokoi. Nic mnie nie cieszy, nic nie zasmuca. Po prostu stawiam krok, za krokiem...


Nuty zapachowe:
Nuta głowy: pomarańcza (niektóre źródła podają kwiat pomarańczy), pieprz, kolendra, kardamon, kmin
Nuta serca: olibanum, benzoes, mirra, czystek
Nuta bazy: drewno sandałowe, cedr, wetiwer, nieśmiertelnik, mech dębowy, piżmo

wtorek, 3 lutego 2009

Olivier Durbano Amethyst


Amethyst nie cieszy się dobrą opinią. Zwykle rozczarowuje. Myślę, że głównie przez kontrast ze swymi kadzidlanymi braćmi: Rock Crystal i Black Tourmaline. No cóż... to rzeczywiście zapach z innej bajki. Nie wiem, czy zaryzykuję twierdzenie, że równie piękny, ale z pewnością odważę się powiedzieć, że urody mu nie brakuje. Może nie powala na kolana, nie zapiera tchu w piersi, ale przecież to nie jedyna metoda robienia wrażenia na ludziach. Czyż nie?
Opowiem więc dziś o tym, jak go widzi taki zapachowy dziwak jak ja.

Wyobraźcie sobie dużą kiść krągłych winogron. Nie białych, nadmiernie słodkich, nie małych, ciemnych, lecz tych najbardziej bogatych, pysznych, barokowych wręcz czerwono-fioletowych owoców pokrytych aksamitnym nalotem. Te winogrona układamy na moment na świeżo zmielonym pieprzu, a potem zawieszamy na cienkiej, okorowanej gałązce i wsuwamy w smugę jasnego, chłodnego jak muślin dymu snującego się nad najbardziej rozpustnym paleniskiem świata: bo dym ów nie jest dymem z płonących polan czy szczap drewna, lecz dymem żarzących się powoli kosztowności. Na misternie kutym ruszcie tlą się szkatułki z palisandru, sandałowca i drewna jaśminu wypełnione cenną żywicą, ambrą i suchymi płatkami kwiatów. W żarze, wydając dźwięk jak dalekie dzwonki, pękają flakoniki i puzderka pełne wonności. Skwiercząc marszczą się delikatne owoce i listki malin. A my wąchamy ciemniejące w tym dymie winogrona...

Z czasem winne grono kurczy się, omdlewa, ześlizguje z gałązki, by spocząć w żarze tłumiąc go niemal zupełnie. Znika pieprz, zapach staje się delikatny, słodki, dymny nieco, z delikatnie puszystą ambrową podściółką. Na tym etapie nie ma już kiści winogron, nie ma tlących się kształtów - są perfumy. W perfumeryjny sposób urodziwy zapach z gładko splecionymi nutami irysa i wanilii na tle ambry i cudownie aromatycznego palisandru.

Rozumiem dlaczego Amethyst nie stał się nigdy zapachem tak kultowym jak Rock Crystal. Nie ma w nim ognia, który onieśmiela i pali. Jest lżejszy, świetlisty, mówiąc wprost - bardzej normalny. Zarówno umiarkowana temperatura jak i pełna umiaru słodycz powodują, że jest Amethyst najmniej chyba efekciarskim z durbanowych czworaczków i człowiekowi, który oczekuje kolejnego tytana może się wydawać nijaki. Ja sama po pierwszych testach odłożyłam próbkę zawiedziona i potrzebowałam sporo czasu, by wybaczyć Amethystowi, że nie jest swoim bratem Turmalinem.
Teraz myślę, że warto było poświęcić mu trochę czasu i uwagi. Ale nosić nie będę. Za ładny.


We flakonie podzwaniają trzy oszlifowane na okrągło ametysty z dziurkami umożliwiającymi nawleczenie ich na nitkę lub żyłkę - ukłon w kierunku głównej sfery działalności firmy. I zarazem miły gadget, który sprawia, że skończenie flakonu przestaje być tylko smutnym finałem przyjemniej "znajomości".
Wypada napisać, że w pozostałych perfumach sygnowanych imieniem Oliviera Durbano również odnajdziemy kamienie wedle nazwy. Korci mnie potraktowanie młotkiem zwłok mojego Turmalina...


Nuty zapachowe:
Nuta głowy: bergamota, pieprz, winogrona, maliny
Nuta serca: kadzidło, palisander, jaśmin, irys
Nuta bazy: ambra roślinna, sandałowiec, piżmo, wanilia
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...