niedziela, 22 marca 2009

Cristiano Fissore Cashmere for Men

Czy wierzycie w miłość od pierwszego wejrzenia?
Ja nie.
Wychodzę z założenia, że miłość to zbyt skomplikowane uczucie, by budować je na pierwszym wrażeniu - nawet jeśli do "wejrzenia" dołożymy brzmienie głosu czy sposób poruszania się. Nawet jeśli dołożymy zapach.
Od pierwszego wejrzenia można czuć fascynację, pociąg, pożądanie... Ale miłość?!

A piszę o tym dlatego, że wierzę w zapachową "miłość od pierwszego niucha". Oczywiście taka pachnąca miłość niewiele ma wspólnego ze złożonością i głębią uczuć, jakimi darzymy bliskiego człowieka i określenie to jest swego rodzaju skrótem myślowym. Oznacza tylko tyle, że czasem od pierwszego niucha miękną nam kolana i zapach nas podbija.
Pierwszą taką obezwładniającą pachnącą namiętnością mojego życia był Jaisalmer, a ostatnią (mam nadzieję, że na razie tylko) jest właśnie Cashmere Cristiano Fissore.

I o ile pewna jestem, że to Cashmere, to za "for Men" tak do końca ręczyć nie mogę, bo zapach dotarł do mnie jako odlewka Cashmere for Women. I już po paru minutach wiedziałam, że będzie mój.
Przepiękna, iście kaszmirowa nuta drzewna: wielopłaczczyznowa i idealnie spójna jednocześnie. Przyprawowy cień dający zapachowi pozór leniwego ruchu. I słodko dymny woal wygładzający, zacierający kontury tej nieziemskiej, pachnącej konstrukcji łączącej harmonijnie wrażenie pierwotnej potęgi i wzniosłej szlachetności.
Cashmere to zapach brzmiący jak doskonały instrument - ciepło ludzkiej skóry wydobywa z niego ton głęboki i pełny. Po prostu czyste olfaktoryczne piękno!
Kompozycja gdzieś pomiędzy Gucci Pour Homme, a Straight to Heaven By Kilian. Tylko trwałość o niebo lepsza - to, poza czystymi perfumami Fragonarda, jedyny zapach, który czuję na nadgarstku nawet po kąpieli.

Oczywiście natychmiast gdy dopadłam komputera rzuciłam się sprawdzać, gdzie można go nabyć. Znalazłam, czytam, dochodzę do nut zapachowych, a tu: jaśmin, konwalia, róża, wanilia... Co takiego?!
Skąd więc ta szlachetna, bogata drzewność, skąd głębia i cienistość zapachu? Jakże to się dzieje, że podpakowane wanilią kwiatki brzmią kadzidłem i prastarą białą magią? Toż ja nieomal widzę odzianego na biało druida i odbierającego dary rogatego Boga Lasu...
Ale wianków i ciastek w tej scenie nie ma.

Ostatecznie doszłam do wniosku, że to nie może być Cashmere for Women i dogrzebałam się w sieci Kaszmiru, który pasuje do moich wrażeń. A teraz jestem w trakcie popełniania szaleństwa i zamawiania flaszki na podstawie tego niepopartego dowodami przekonania. Zobaczymy... Jeśli okaże się, że moje zapachowe objawianie to jednak jaśmin z konwalią udam się do Canossy i publicznie przyznam, że mój nos jest do bani.


Nuty zapachowe:
bergamota, laur, żywica elemi, imbir, cedr, drewno kaszmirowe, gwajak, drewno tekowe, wetiwer, paczula, ambra, białe piżmo

piątek, 20 marca 2009

Cacharel Nemo

Po okresie zastoju i traktowania po macoszemu swojego pachnącego hobby postanowiłam wreszcie napisać jakąś porządną recenzję - taką wiecie... z przyzwoitą porcją grafomańskiej udręki i ekstazy. ;-)
A okazja jest ku temu doskonała, bo Nemo jest zapachem jedynym w swoim rodzaju. Za sprawą niespotykanego w żadnych innych znanych mi perfumach otwarcia najpierw zadziwia bardziej, niż urzeka. Zdaje się obcy, budzi dystans. A jednak... Kiedy zrozumiałam, że Nemo nigdy nie będzie taki, jak inne zapachy, kiedy odłożyłam na bok zbudowane na podstawie innych pachnących "znajomości" oczekiwania - olśnił mnie, urzekł i zapadł głęboko w moje zapachowe serce.


Oczywiście przed poznaniem Nemo pojęcia nie miałam, jak pachnie betel. Nawet gdybym miała okazję kiedyś spróbować tej szczególnej używki - wiedza o tym, że betel barwi zęby na czarno skutecznie wyleczyłaby mnie z ciekawości. Choć powąchać pewnie powąchałabym...
Jak jednak wspomniałam, okazji nie miałam i otwarcie Nemo było dla mnie zaskakujące. I to wcale nie wiem, czy w sposób do końca przyjemny.

Bo Nemo jest zapachem wolności. Ale nie wolności w kiczowato - sentymentalnej wersji znanej z kiczowato - sentymentalnych filmideł i kiczowato sentymentalnych romansów. Nemo jest zapachem wolności prawdziwej: trudnej, zapierającej dech w piersi. Niekoniecznie z zachwytu.

Jeśli jest galopem na grzbiecie mustanga, to jest w nim ostry zapach końskiego potu, twarde siodło, ból ud i zimny wiatr smagający twarz.
Jeśli jest wypoczynkiem przy rozpalonym pod gołym niebem ogniu, to nie jest wcale snem na miękkim posłaniu z pachnącego mchu i gałęzi, bo każdy, kto nocował w lesie w survivalowych warunkach wie, że świeży mech jest zbyt wilgotny i po godzinie zmienia się w mokry placek, a najbardziej nawet ulistnione gałęzie i tak składają się głównie z patyków. Nemo to spanie na gołej ziemi pod szorstką derką (my używamy folii NRC, ale tak daleko analogii posuwać nie będę), oczekiwanie aż ciało się rozgrzeje, spowodowane długotrwałym wysiłkiem mrowienie w mięśniach ustąpi, oddech wreszcie zwolni...

Pierwsze wrażenie po zaaplikowaniu Nemo na skórę to ostra, męska nuta podbita chłodem. Coś pomiędzy suszonymi ziołami z dodatkiem eugenolu, a zapachem gniecionych na suchej desce świeżych liści herbaty. Zapach intrygujący, ale nie mogę powiedzieć, że ładny. Otwarcie temperaturą przypomina mi kamforowy wstęp do Hinoki Comme des Garcons, a aromat betelu dodaje mu dodatkowo dziwnego, fascynującego zgrzytu.
Podobno na niektórych osobach ta trudna faza ciągnie się i ciągnie nie dając nosicielowi zapachu szans na wypoczynek. Na mnie jednak już po pół godzinie przychodzi czas na rozpalenie ogniska. Aromatyczne, świeże, wilgotne drewno zajmuje się powoli, ale z czasem zapach ciemnego, żywicznego dymu splata się z przejrzystą ostrością powietrza, nuty skórzane i przyprawowe zwiastują rozłożenie obozowiska, dziwna słodycz pojawiająca się wraz z drzewno-dymnym ciepłem pachnie człowiekiem...

Nemo rozgrzewa się w sposób surowo oszczędny - wrażenie obcego chłodu ustępuje powoli, jak gdyby zapach zaczynał krążyć we krwi, a łagodnie podniecające substancje z betelowego pieprzu i jasnego, czystego kardamonu zaczynały działać na organizm. Ostre otwarcie łagodnieje, wygładza się nie nabierając jednak miękkości często pojawiającej się w zapachach drzewnych za sprawą obecności w bazie wanilii czy piżma.
Tym razem nie przenosimy się na miękkie zapachowe posłanie - zostajemy na prerii. Ta faza Nemo jest jak odpoczynek po dniu forsownej wyprawy, kiedy siedząc pod ciemniejącym niebem grzejemy dłonie o kubek herbaty sowicie doprawionej kardamonem i przymykamy oczy czując wokół suchą trawę i kwitnące zioła, a tuż obok ramię towarzysza, któremu ufamy.
Nie ma w dymno - drzewnej bazie Nemo namiętności, pożądania, napięcia erotycznego. Nie wiem, czy jako kobieta mogę to napisać, ale jeśli użyję odpowiednio dużego cudzysłowia, to chyba przejdzie. Otóż jest to zapach wyważony jak "męska" przyjaźń: twarda, bez słodzenia, szczebiotów i wielkich słów. Jest w nim ciepło, jakie czujesz, kiedy masz pewność, że przyczepioną do twojej uprzęży linę asekuracyjną trzyma ktoś, kto jej nie puści. Albo właśnie kiedy za plecami masz kogoś, komu ufasz. Z wzajemnością.

Zapach jest morderczo trwały i należy do tych perfum, które zniechęcają do mycia - im dłużej "żyje" na skórze - tym piękniejszy się wydaje. Po dwudziestu godzinach nadal pachnie i nadal pięknieje. Dłużej jeszcze nie nosiłam.

Ciekawa jestem, czy nietypowy kształt butelki symbolizować ma chromosom Y? Jeśli tak to... W końcu mam dowód na to, że jakiś posiadam. ;-)


Data powstania: 1999

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: hinoki, liście betelu
Nuty serca: kadzidło
Nuty bazy: cedr, kardamon

Ilustracje (poza pierwszą, która jest reklamą) pochodzą ze strony www.old-picture.com zawierającej fascynującą kolekcję historycznych fotografii wykonanych w latach 1850-1940. Polecam szczerze!

czwartek, 19 marca 2009

Michael Storer Monk

.
Kilka lat temu Michael Storer, jedna z ekscentrycznych postaci świata mody, po trzydziestu latach spędzonych w trybach machiny przemysłu odzieżowego postanowił zająć się tworzeniem perfum.
Jego dziełem jest sześć niezwykłych uniseksów uznawanych przez krytyków za jedne z oryginalniejszych kompozycji na perfumeryjnym rynku: Stephanie, Kadota, Yvette, Djin, Monk, Genvieve.

Dziś dwa z nich opisane krótko i niezbyt poważnie.

 

Monk - pociągający brzydal

Nie wiem, jak inaczej określić ten zapach. Monk jest od pierwszej chwili mocny, wręcz uciążliwy.

Ciężkie, gęste, spocone w niemiłosiernym ścisku nuty zwierzęce (cybet i ambra), dymne (tytoń i kadzidło) i stara skóra podparte ogromną ilością mydlanego piżma i dziwnie ostrą w tej konfiguracji bergamotą atakują zmysł węchu jak brudny pies przechodnia.
Niby śmierdzi, niby natręt, ale trudno nie pogłaskać. No i Monka trudno nie wąchać. Bo ta nieładna woń jednak intryguje. Cytując Osła ze Shreka: "Ma się ten zwierzęcy magnetyzm".

Z tym że urok Monka jest raczej urokiem wypucowanego ogra niż wyczesanego osła...
I w miarę rozwoju zapachu ten ogr nam się coraz bardziej cywilizuje - myje nogi, używa mydła, nawet pomady, wciska się w znaleziony w starej szafie sztywny surdut (niewietrzony), zakłada nawet kapelusz ze strusim piórem. Ale coś w tym zapachu nie gra. Coś oprócz tego, że to jednak ciągle ogr.


Monk zdaje się zapachem grubo ciosanym, kanciastym, niedoszlifowanym. Jak gdyby składników dorzucono zbyt hojnie, zmieszano zbyt niefrasobliwie. Ciągle coś w tej kompozycji odstaje - jest zbyt napchana i rozłazi się na szwach.

A jednocześnie ta mieszanina morderczych woni tworzy swego rodzaju nową jakość. Jest jak celowy dysonans, jak arabska muzyka dla Europejczyka - niezrozumiała ale jednak interesująca.
To arabskie porównanie ma z resztą podwójny sens, bo ułożony na skórze Monk tworzy wrażenie przepychu i przesytu w iście orientalnym stylu. Nuty kadzidlane, drzewne, słodko korzenne i skórzane doładowane dodatkowo ostrym zapachem cybetu i zapachem arabskich olejków do nacierania ciała (nie wiem, czy mam zwidy, ale czuję tu zarówno charakterystyczną kwiatową nutę ylang-ylang, jak i ciemne drewno agarowe rodem wprost z nabywanych w najdalszych zakątkach suków pachnideł "na mililitry") dają w efekcie coś, co poczuć można w naturze chyba tylko w oddzielonym od świata grubymi okiennicami i łapiącymi kurz kotarami, tonącym w wiecznym półmroku buduarze jakiejś bliskowschodniej damy. Dość wiekowej damy niestety...


Data powstania: 2005
Twórca: Michael Storer

Nuty zapachowe:
piżmo, cybet, tytoń, kadzidło frankońskie, skóra ambra sandałowiec, bób tonka, galbanum, bergamota

Michael Storer Djin

.
Recenzja kąpielowa
z przypadkowym podtekstem ;-)


Początkowo storerowski Djin to względnie składny, dość ostry orient z dziwnie kwiatową nutą. Nietypową, bo nie jest to klasycznie orientalny zestaw jaśminu, ylang-ylang i różanego olejku, lecz coś, co określić mogę jedynie jako "jakieś kwiatki".
Po chwili zapach staje się toaletowy - jak pachnący mydłem stary salon kąpielowy. Z nutą wilgoci przywodzącą na myśl stygnącą parę osiadającą na porcelanowych sprzętach i wyłożonych ciężką boazerią ścianach.


Trudno mi jednoznacznie ustosunkować się do tego zapachu. Jest dziwny. Z jednej strony sugestywnie wilgotny wilgocią ciepłą i łazienną, z drugiej w pseudonowoczesny sposób doprawiony słodyczą świeżej, owocowej gumy do żucia. A może to owocowe mydełka są?
A przy tym wszystkim, jak to u Storera, nie jest to jednoznaczny paskudek, który definitywnie traktuje człowieka z kopa i nie daje nadziei. Oczywiście, romantycznej miłości z tego nie będzie, ale może przelotny, niezobowiązujący romansik?

Wąchany z bliska Djin zdaje się syntetyczną atrapą udającą perfumy. Z półdystansu jednak ta atrapa okazuje się na tyle dobra, że dajemy się zwieść i zamiast nieudolnego oszustwa widzimy słodkiego dzieciaka pluskającego w różowej pianie o zapachu truskawkowo - cynamonowej gumy do żucia. Sęk w tym, że ten dzieciak nie pluska się w sterylnej łazience, tylko w opisanym już wyżej ciemnym, wilgotnym salonie kąpielowym. I to w towarzystwie całej bobrzej rodziny.


I oczywiście wiem, co "robi" tę ciekawą, choć niezbyt urodziwą wizję. Za nuty kąpielowo -mydlane odpowiada piżmo. Drewno, z dodatkiem palisandru i jakiegoś drewna iglastego daje atmosferę pomieszczenia wyłożonego starą boazerią. Nuta mokrego zwierzęcia to kastoreum z dodatkiem paczuli i jakichś cytrusów - stawiam na bergamotę (Storer zdaje się lubi ten typ bergamotki).

Czy tak powinien pachnieć dżin? Ja przyznam, że to nie jest dokładnie ta iluzja, której oczekiwałam sugerując się nazwą.


Data powstania: 2005
Twórca: Michael Storer

Nuty zapachowe:
kastoreum - strój bobrowy, piżmo, różne gatunki drewna

środa, 11 marca 2009

Czech & Speake Aromatics Collection część 1

.
Czech & Speake of London
to firma specjalizująca się w projektowaniu i sprzedaży luksusowego wyposażenia łazienek i kuchni. Filozofia firmy zakłada, że ich sprzęty i akcesoria staną się nie tylko częścią, ale i symbolem pewnego stylu życia, który określiłabym mianem nowoczesnej, angielskiej elegancji.
Zapachy Czech & Speake mają być owego stylu uzupełnieniem.
Sam pomysł stworzenia kolekcji zapachów nie wziął się znikąd. Początkowo koncepcja obejmowała głównie uzupełnienie wystroju łazienki za pomocą odpowiednio ekskluzywnych zestawów kąpielowych. Skoro jednak zaczęto pracować nad kompozycjami zapachowymi... Cóż może być bardziej stylowego i eleganckiego, niż perfumy?

Dziś mały przegląd zapachów tej firmy w porządku chronologicznym, czyli od najstarszej do najnowszej kompozycji.


No.88


Mocna rzecz.
Kompozycja łącząca jednoczesnie tradycyjną, shalimarowo - opiumową zawiesistość bogatego orientu z dziwną, niepokojącą mrocznością Habanity, czy Aoudów Montale.
Pierwsze nuty to gęsta, Earl Greyowa bergamota połączona z aromatem róży, z którego w pierwszych minutach wyraźnie wyczuwalna nuta geranium wydobywa charakterystyczną ostrość mocno skoncentrowanego olejku, jaki niegdyś nasze mamy przywoziły z Bułgarii w skrywających małą fiolkę drewnianych pojemniczkach.
Z czasem zapach dopełnia dodatkowy akord kwiatowy oraz dużo, dużo sandałowca w najbardziej ekskluzywnej, obrobionej wersji.
Połączenie ciemnego, zawiesistego aromatu róży z bogatą drzewną bazą oraz śladem cywilizowanego dymku daje efekt, który określiłabym mianem ciężkiego przepychu. Dla wielbicieli bogatych, orientalnych kompozycji must niuch.
Co ciekawe: w tym zapachu trudno mi wyobrazić sobie... nie tylko siebie, ale kogokolwiek. Z jednej strony jest to zapach zbyt różany i "kapiący złotem", by pasował do mojego wyobrażenia eleganckiego mężczyzny; z drugiej jest w nim jakaś ostra nuta podkręcona obecnością typowo męskiej bergamoty - i ta nuta sprawia, że jako kobieta czuję się w nim jak gdybym nałożyła kapelusz taty.

Data powstania: 1981
Twórca: John Stephen

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: bergamota, geranium
Nuty serca: róża Otto, olejek eteryczny z kwiatów akacji, plumeria biała
Nuty bazy: wetiwer, drewno sandałowe




Neroli


Pierwsze nuty obiecują zapach zielony, pełen życia, dający energetycznego kopa. Nie wiem, skąd ten akord gniecionej zieleniny, ale przyznaję, że żal mój wzbuydza fakt, że trwa on... czy ja wiem? Jakieś 30 sekund?
Potem do głosu dochodzi piękna, soczysta pomarańcza i brzydkie, przysadziste ylang-ylang, które psuje nie tylko tę kompozycję Czech & Speake. I jest to etap dla mnie schizofreniczny, bo pomarańcza jest tak sugestywna i smakowicie pomarańczowa, że aż chce się wypełnić płuca jej zapachem, lecz jednocześnie odczuwam opór, kiedy wraz z nią wdziera mi się do nosa podstępny jak kożuch w kubku mleka ylangowy brzydal.
Z czasem oba te zapachy zlewają się ze sobą i pomarańcza przestaje olśniewać, bo brzydal pasożytuje na jej urodzie. Ogólnie jednak moc pomarańczowej ślicznoty wystarcza, by zapach stał się nieuciążliwy i nienatrętny. Czy jednak wystarczy to, by chcieć nim pachnieć? Mnie nie, ale jeśli ktoś lubi ylang-ylang to dylematu też raczej nie ma, więc powodzenia. :-)

Data powstania: 1981
Twórca: John Stephen

Nuty zapachowe:
Nuta głowy: neroli, pomarańcza
Nuta serca: absolut kwiatów pomarańczy
Nuta bazy: ylang-ylang




Frankincense & Myrrh


Nie tego oczekiwałam.
No sorry, ale jesli ktoś nazywa swoją kompozycję "Kadzidło Frankońskie i Mirra" to ja nie oczekuję, że we flaszce znajdę tyle przeciągu.
A zaaplikowanie sobie Frankincense & Myrrch jest jak otwarcie wielkiego okna wychodzącego na ziołowy ogród, w którym nad wszystkimi innymi roślinami dominuje szałwia. Bo to ona "robi" otwarcie zapachu.
Nie lubię szałwii - to ona jest powodem, dla którego nie uzywam ziół prowansalskich. Nie lubię dodatku cytrusów w kadzidlanych kompozycjach, a tu cytrynowa skórka jest wyraźnie wyczuwalna. Mimo przeciągu. Którego też nie lubię w perfumach.
A jednak... Kiedy minie pierwsze zaskoczenie okazuje się, że zapach mi się podoba. Podoba mi się wytrawna wietrzność pierwszych chwil z nim spędzonych, podoba mi się ciepły jak promienie słońca kładące się na twarzy delikatny, słodkawy zapach mirry. Podoba mi się kontrast pomiędzy wypełniającym płuca otwarciem, a spokojną nutą serca. Podoba mi się połaczenie przyprawowo - żywicznego cienia z jasnym, wiotkim, ujmująco prostym zapachem rumianku, który czuję w tym zapachu wyraźniej, niż w jakimkolwiek innym. I podoba mi się wreszcie to, że kiedy zapach już rozgrzeje się i przygaśnie, drzewnej bazie towarzyszy wystudzone dodatkiem lawendy, jasne kadzidło smukłą wstęgą oplatające tę niezwykłą wiązankę aromatów.
Tak więc potwierdzam, że nie tego oczekiwałam, ale słowo daję, że nie sposób żałować, że Frankincense & Myrrh nie jest kolejnym Incensem. Jest to zapach wyważony precyzyjnie i wystudzony jak zapachy z serii Les Orientalistes Annick Goutal, jednak jednocześnie jest w nim coś, czego tamtym brak. I nie nazwę tego "tknięciem" geniuszu, ale rzeczywiście jest to coś więcej, niż dobre rzemiosło.

Data powstania: 1984
Twórca: Shirley Brody

Nuty zapachowe:
Nuta głowy: cytryna, pomarańcza, bazylia, szałwia
Nuta serca: mirra, rumianek, liść ziela angielskiego
Nuta bazy: kadzidło frankońskie, lawenda, cedr, sandałowiec




Mimosa


Mój kumpel powiedziałby chyba, że wali mimozą.
A mnie nic innego do głowy nie przychodzi, bo zapach rzeczywiście wali. Po łbie.
Jest równie subtelny jak Tubereuse Criminelle l'Artisan Parfumeur, tylko tym razem celny cios w nos funduje nam nie tuberoza, a mimoza. Kto by się spodziewał takiego zachowania po wstydliwej pannie?
Woń jest duszna, gorzka, totalna. Ostro spocona w sposób podobny do tego, w jaki pocą się jaśminowe killery.
Nawet jeśli łagodnieje z czasem, to przyznaję, że dwie krople w zgięciu łokcia to dla mnie zbyt wiele, by doczekać lepszego humoru panny Mimosy. Atak kichania i uczucie szczypania w nosie zmusiło mnie do zmycia z siebie tej wątpliwej olfaktorycznej ozdoby. I nie - nie mam alergii.
Może się spodobać wielbicielkom Amarige i ylang-ylang w perfumach.

Data powstania: 1986

Nut zapachowych nie znalazłam, ale dam głowę, że jest tam jaśmin. I jakaś ostra przyprawa. Jednak stanowczo odmawiam pilniejszego zgłębiania składu.

Czech & Speake Aromatics Collection część 2

.
Rose


Wydawało mi się, że w Czech & Speake lubią róże. W końcu pakują je gdzie popadnie. Tu spodziewałam się lekkiej, różowej różyczki - w opozycji do No.88 i Dark Rose. I nie wiem, czy nie taki miał być efekt w sumie. Jednak coś nie wyszło. Róża po raz kolejny została przemielona i wyciśnięta. Różany olejek - delikatniejszy niż w pozostałych dwóch wymienionych przeze mnie kompozycjach, nadal jest bułgarskim olejkiem, a nie kwiatem i nawet wzbogacenie go pojawiającym się czasem dziwnym, cytrusopodobnym akcentem geranium nie dodaje mu lekkości. To pewnie przez dodatek ylang-ylang i mimozy zapach przestaje być różany, a staje się różopodobny jak syntetyczny aromat.

Data powstania: 1988Twórca: John Stephen

Nuty zapachowe:
róża, geranium, ylang-ylang, mimoza, paczula




Oxford & Cambridge


Zapach w swoisty, obcy mi sposób ładny. Coś pomiędzy karmelkami na gardło, a maścią kamforową.
Nieinwazyjna, a jednak intensywnie miętowa słodycz z wyraźną, przyjemną nutą lekarstwianą. Nie jest to jednak lek apteczny: fabrycznie sterylny kolorowy koralik pozbawiony smaku. Oxford & Cambridge to przygotowana z wielką pieczołowitością z naturalnych, ucieranych w kamiennym moździerzu składników mieszanka ziół i miodu dodana do letniej, lipowej herbaty i wypijana w białej, szeleszczącej pościeli.

Data powstania: 1994
Twórca: John Stephen

Nuty zapachowe:
Nuta głowy: bergamota, mięta, rozmaryn
Nuta serca: angielska lawenda, francuska lawenda
Nuta bazy: mech dębowy, drewno sandałowe




Citrus Paradisi


Citrus Paradisi to nazwa, pod którą w dwutysięcznym roku odrodził się wycofany zapach Grapefruit. Rozumiem, dlaczego go wycofano. Zadziwia mnie to, że go wznowiono. I kompletnie nie rozumiem, cóż on może mieć wspólnego z rajem...
W jednej z recenzji na Basenotes wyczytałam, że Citrus Paradisi pachnie końskim nawozem (to znaczy recenzent nie użył słowa "nawóz", tylko innego, ale ja nie wiem, czy powinnam) i ja, jako umiarkowany ekspert od końskiego nawozu nie mogę się z moim Szacownym Poprzednikiem zgodzić... do końca. Nawóz owszem, ale nie koński. Za mało amoniaku. Ten zapach to po prostu ukryta w szafce z przyprawami ludzka kupa obłożona skórami grejpfruta. Koński nawóz to doprawdy pół biedy...

Data powstania: 2000
Twórca: John Stephen

Nuty zapachowe:
Nuta głowy: grejpfrut, rozmaryn
Nuta serca: szałwia, kolendra
Nuta bazy: mech dębowy, cybet, ambra




Cuba


No cóż... O zapachach pana Stephena z pewnością nie można powiedzieć, że są nijakie. Cuba też nijaka nie jest, ale po nazwie i składzie spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Połączenie olejku różanego z szałwią i tytoniem dało w rezultacie fizjologiczną nutę każącą mi podejrzewać w Cubie dodatek piżma. I co najgorsze - przypominającą mi zdecydowanie zbyt wyraźnie najbardziej odpychającą, kupianą nutę z Citrus Paradisi, nad którymi załamywałam ręce nieco wyżej.
Nie czuję niestety atmosfery "drinkowej" - z obiecujących radosną zabawę nut głowy wyczuwalna jest praktycznie wyłącznie mięta podbita ciemnym, brudnym rumem. Potem zapach staje się dość jednolitą mieszanką róży, przypraw i dziwnie wilgotnego zapachu grubych, skórzastych, częściowo tylko nadpalonych liści tytoniu.
I o ile otwarcie zupełnie mi się nie podoba, to rozwinięcie jest bardziej akceptowalne: ciepłe, w zwierzęcy sposób pierwotne. Ciekawe, choć nazwa może mylić. No chyba, że to jest to zwierzę, które wychodzi z człowieka po dużej ilości drinków z rumem...

Data powstania: 2002
Twórca: John Stephen

Nuty zapachowe:
Nuta głowy: limetka, bergamota, mięta, rum
Nuta serca: róża, szałwia, liść laurowy, bób tonka
Nuta bazy: tytoń, kadzidło frankońskie, cedr, wetiwer




Dark Rose


Prawdę mówiąc, nie spodziewałam się, że spodoba mi się cokolwiek z różą w nazwie. A jednak. Dark Rose to fascynująca, pełna mhrrrocznego uroku kompozycja. Dominujące nuty szafranu i drewna agarowego czynią ją czymś znacznie bardziej niezwykłym, niż wskazuje nazwa. Zapach jest pikantny i jednocześnie aksamitny. Ma w sobie żywotność wiercącego w nosie szafranowego pyłu i tajemniczy bezruch oudowego mroku. Genialnie wyważony akord ambrowy dodaje Dark Rose barwy nie czyniąc jej ciężkim, zwalistym Golemem, co przytrafia się nagminnie zapachom Montale.
Znane od wieków i wielokrotnie wykorzystywane w perfumach połączenie róży i agaru zyskało w Dark Rose nowy wymiar - mimo wielkiej mocy i orientalnego charakteru kompozycja jest intrygująco zadziorna i zaskakująco noszalna.
Nie będzie więc psioczenia na różę tym razem. I to nie dlatego że nazwa jak byk wskazuje na to, że róża tam być musi, bo taki drobiazg wcale mi w uskarżaniu się na obecność róży nie przeszkadza. Nie będzie psioczenia przede wszystkim dlatego, że realizacja tego, zdawałoby się, oklepanego pomysłu jest tak perfekcyjna, że nawet taki pozorny perfumeryjny banał jak Dark Rose udało się uczynić naprawdę wartym uwagi.

I to właśnie Dark Rose, a nie Frankincense & Myrrh jest moim Black Horse tej kolekcji. :-)

Data powstania: 2003

Nuty zapachowe:
szafran, róża, oud, biała ambra, drewno sandałowe
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...