wtorek, 28 kwietnia 2009

Boudicca Wode

Dziś na tapecie trzecia próbka od Szarej Róży.
A worek ciągle pełen cudów...

.


Ależ mieli koncept! Ależ udana kampania!
Pomysł na perfumy zachowujące się jak atrament sympatyczny, podkreślanie związków zapachu ze sztuką (jak gdyby stworzenie dobrego zapachu nie było wystarczającą sztuką samą w sobie), ukucie pojęcia Art Perfume. Nieźle.
Wybór nazwy oznaczającej nie tylko urzet barwierski (ang. woad) służący tradycyjnie do otrzymywania niebieskiego barwnika, ale też łączącej drzewność z obłędem dzięki kolejnemu (po Let Me Play the Lion LesNez) nawiązaniu do "Snu nocy letniej" Szekspira: "And heere am I, and wod within this wood." Bardzo dobrze.
Nawet nuty zapachowe udało się dobrać tak, by intrygowały i podniecały już przy czytaniu.
W połączeniu z filmem i zdjęciami wijącej się zmysłowo spryskanej niebieskim płynem modelki efekt jest piorunujący.


Marketingowcom firmy Boudicca udało się stworzyć kultowy zapach, którego nawet nie trzeba wąchać, by mu ulec.
Właściwie... To nawet lepiej nie wąchać.

***

Nie mogę nie wspomnieć o jeszcze jednym nawiązaniu. Jak dla mnie najważniejszym, bo oto kolejny raz w kontekście perfum wyeksploatowano postać historyczną, do której mam sentyment. Taka sentymentalna jestem. ;-)

Boudika, Budyka, Boadicea, Boudicca - królowa podbitych przez Rzymian Icenów. Skrzywdzona i upokorzona żona asekuranta, matka publicznie zgwałconych córek, kobieta która potrafiła poderwać do bohaterskiej walki zrezygnowanych, przegranych ludzi.
Dowodzone przez nią rydwany bojowe powożone przez wojowników (i wojowniczki) o ozdobionych niebieskimi wzorami ciałach przyniosły śmierć siedemdziesięciu tysiącom najeźdźców. Rządna zemsty królowa nie okazywała litości, nie paktowała, nie układała się z wrogiem.

Być może był to błąd. Być może z punktu widzenia człowieka znającego potęgę rzymskiej machiny zagłady Boudika deklarując, że zwycięży lub umrze sama skazała się na śmierć, a jednak... Cóż miała do stracenia? Cóż więcej, poza wolnością i honorem mogli stracić Brytowie? Czy dla zachowania życia warto było iść w niewolę i patrzeć, jak Rzymianie burzą ich domy i niewolą ich dzieci?

Oczywiście, tak naprawdę nie ma jedynej, słusznej odpowiedzi na to pytanie. Wiemy, że mąż Boudikki Prasutagus zrobił, co mógł, by zapewnić swojemu ludowi pokojowe wejście w skład Imperium Rzymskiego. Nie udało się.
Zapisanie Cesarstwu w spadku całego kraju nie uchroniło ani jego ludzi, ani jego rodziny.

Na temat śmierci Boudikki relacje są różne. Mówi się, że zginęła w ostatniej bitwie wraz z zabitymi przez Rzymian osiemdziesięcioma tysiącami Brytów (z czego ponad połowę stanowiły kobiety i dzieci), mówi się, że popełniła samobójstwo po przegraniu bitwy, mówi się, że została wzięta do niewoli i nabita na pal, mówi sie też, że zdołała umknąć i nękała najeźdźców dopóki nie umarła na zarazę. Nie ma to obecnie znaczenia (choć dla samej Boudikki pewnie miało).
Boadicea stała się symbolem walki do końca, zemsty i podnoszenia głowy po hańbie.

Teraz przyszło jej znieść kolejne upokorzenie: perfumy pana Schoena.


Twórca zapachu, Geza Schoen twierdzi, że Wode to zapach świeżego opium.
Być może. To by tłumaczyło, jeden z powodów dla których praca w opiumowych manufakturach nie jest zajęciem atrakcyjnym. Bo nuta, którą drogą eliminacji identyfikuję jako zapach świeżego opium, wcale nie jest ładna. Coś jak wygotowane siano z dodatkiem skwaśniałego mleka.

Ale nie jest to nuta przewodnia Wode. Nutą przewodnią jest połączenie mieszanki suchych przypraw i jakby niedojrzałej (wiem, że to niemożliwe, ale cóż poradzę?), gorzkiej żywicy z solidnie zagęszczonymi nutami zwierzęcymi (piżmo i gruba, niebarwiona skóra). Mój nos podpowiada, że całość okraszona jest solidnym dodatkiem tuberozy i krztyną odbierającego tuberozie jasność podstępnie podśmierdującego neroli.
W tle dopiero udaje mi się rozpoznać nuty drzewne i ambrę. Drewno jest tu miękkie, kaszmirowo - sandałowe, głęboka ambra mogłaby być atrakcyjna, gdyby nie zezwierzęciła się w kontakcie z piżmem i skórą.
Całość jest zmieszana, względnie statyczna. Nie rozwija się, nie ociepla, nie stapia ze skórą. Jeśli w ogóle coś się zmienia to pojawiające się po jakimś czasie znużenie dziwną "nieświeżością" zapachu, którą początkowo brałam za potencjał mogący przemieścić wygrzane ciepłem ludzkiego ciała Wode w stronę brutalnie erotycznego zapachu potu. Ale nie. To nie jest pot po upojnym seksie, tylko wystraszona mysz.

Jeśli teraz napiszę, że jestem rozczarowana, to chyba już nikogo nie zaskoczę, prawda?
Zapach, który budził we mnie wielkie nadzieje okazał się być na siłę i bez wyczucia udziwnionym zwyklakiem. Osobom, które są podatne na dobrze obmyśloną reklamę polecam testy. W ramach terapii. :-]


Data powstania: 2008
Twórca: Geza Schoen

Nuty zapachowe:
opium, jałowiec, kardamon, gałka muszkatołowa, szałwia, kolendra, korzeń arcydzięgla, szafran, bób tonka, styraks, ambra, mech drzewny, piżmo, skóra


* Na ilustracjach materiały reklamowe firmy Boudicca, różne wyobrażenia historycznej Boudiki (ze stojącym w Londynie pomnikiem włącznie), zdjęcie manufaktury opium oraz, w ramach podsumowania, Joaquin Phoenix jako Kommodus w filmie Ridleya Scotta "Gladiator".

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Yves Saint Laurent M7

.
Siódmy wspaniały
 

M7 to siódmy męski zapach wypuszczony przez dom mody Yves Saint Laurenta.
Tajemnicza nazwa okazuje się prosta do granic możliwości. Mnie to nie przeszkadza, ale zastanawiam się, czy gdyby nadano mu bardziej intrygujące imię, na przykład Don Juan, to nie byłby odbierany inaczej, a co za tym idzie nie zyskałby większej popularności...?

Zabierałam się do niego z entuzjazmem, z jakim pies zabiera się do marchewki. Nie wiem dlaczego. Teoretycznie zawartość drewna agarowego powinna od razu wywołać u mnie niepohamowaną żądzę testów. Praktycznie jakoś zawsze miałam coś ciekawszego do wąchania.

Niby testowałam kiedyś tam, ale wówczas przeszkadzały mi cytrusy i w ogóle jakoś niemrawo się M7 zachowywały na mojej skórze.
Tym razem postanowiłam skorzystać z tego, że ostatnio moja chemia wydobywa z perfum nuty drzewne i przy okazji małych zakupów w Sephorze zażyczyłam sobie zrobienia próbki. Bardzo miła pani konsultantka nie potrafiła przeboleć, że wybieram taki dziwny zapach i na osłodę przewidywanego rozczarowania dorzuciła mi jeszcze próbki zapachów damskich i kawę. To mogłoby świadczyć o tym, że czasem robię jednak wrażenie osoby względnie normalnej. Ale ja nie o tym miałam...

Siedzę więc sobie i wącham. W jednym zgięciu łokcia mam w pełni zadomowione M7 zaaplikowane o poranku, w zgięciu drugiego łokcia panoszy się ten sam zapach świeżo wylany na skórę.
Pozwolę sobie zaśpiewać na znaną melodię:
"Moje łokcie pachną cudnie
Rano, wieczór i w południe." ;-)

Po pierwsze i najważniejsze: w M7 naprawdę jest oud! Pięknie złagodzona dodatkiem wetiweru i gwajakowca (a może także wenge) nuta ciemnego, gładkiego agaru. Zwarta, z nieco syntetycznym błyskiem i tym niesamowitym klimatem wiekowej szlachetności.
Bywa, że ludzie odbierają ten zapach jako "lekarstwiany" ale to chyba zdarza się wszystkim wcieleniom agaru. Ja śladu żadnych lekarstw nie stwierdzam.

Cytrusy w otwarciu są tym razem ledwo wyczuwalne, a i ta krztyna świeżości szybko znika, najpierw przyrzucona gałązkami gorzkawego rozmarynu, a potem zupełnie zagłuszona cudnymi nutami drzewnymi. Z drugiej strony, wyczuwany jedynie podprogowo ślad matowej goryczki cytrusowych skórek przydaje zapachowi niejednoznaczności. Budzi zmysły.
Pięknie wyważone połączenie drewna i pozbawionego gryzącej ostrości dymku ujawniające się w pełnej krasie mniej - więcej po dwóch kwadransach układania się na skórze przypomina nieco Cashmere for Men Cristiano Fissore wzbogacony dosłownie kroplą miodowej słodyczy zaczerpniętą z Gaiac Micallef. Jednak dzięki dodatkowi oud M7 jest bardziej mroczny - zmierza w stronę Dark Rose Czech & Speake, tyle, że bez dodatku rose. Czyli ideał.

Temat korzenia mandragory w nutach litościwie pominę, bo wiadomo, że korzeń mandragory nie pachnie. Ale robi wrażenie, co? ;-)

M7 to zapach niezwykły jak głos uwodziciela w mroku: głęboki, dźwięczny, wibrujący nie tylko w głowie, ale i gdzieś w okolicy splotu słonecznego. Kiedy cicho mówi Ci, że wcale nie zamierza Cię zwieść i że wcale nie chodzi o ciało, lecz o porozumienie dusz - wiesz, że łże jak najęty, a jednak słuchasz i nie cofasz ręki, którą właśnie musnął ustami.


Data powstania: 2002
Twórca: Alberto Morillas i Jacques Cavallier

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: bergamota, mandarynka, rozmaryn
Nuty serca: wetiwer, drewno agarowe
Nuty bazy: ambra, piżmo, korzeń mandragory

* Na ilustracjach Adam Hanuszkiewicz w tytułowej roli Don Juana w przedstawieniu Teatru Powszechnego w Warszawie

niedziela, 26 kwietnia 2009

LesNez L'Antimatiere

Druga gawęda z zieloną dedykacją.
Sałacik, mam nadzieję, że Cię nie rozczaruję.
.

Dziwny zapach.
Nieperfumeryjny w sposób inny, niż zapachy dosłowne i ciężkie.
Woń chemiczna, zimna, uwierająca, a jednak nie napiszę, że brzydka.
L'Antimateire pachnie jak skóra przetarta wacikiem po pobieraniu krwi. Pamiętacie?

Kojarzy mi się z ekskluzywną kliniką, gdzie wszystko jest czyste, zdezynfekowane, odkażone i pokryte warstwą antystatyków uniemożliwiających osiadanie kurzu i bakterii, a jednak to aseptyczne otoczenie nie jest wrogie. Jedynie obce. Nie poraża w nim woń lizolu, ani wizja zimnozielonych sal wypełnionych metalowymi meblami.

Można wyczuć w tym zapachu rękę Isabele Doyen - chodna przestrzeń w otwarciu przypomina wietrzne Duel, z tym, że tutaj ten wiatr został schwytany i zamknięty w laboratoryjnej kolbie zatkanej nasączonym dezynfekującą substancją wacikiem. Pachnienie L'Antimatiere jest jak potrząsanie tą kolbą. Uwięziony w niej wiatr przenika przez zamykający wylot prowizoryczny czop, porywa ze sobą cząstki izopropanolu, formaldehydu czy czym tam ten wacik nasączono i dyfunduje w powietrzu.
Wokół pachnącej L'Antimateire osoby unosi się zapach, jak gdyby właśnie opuściła laboratorium i wróciła do domu idąc wietrzną ulicą.

Z czasem, kiedy oswoimy medyczne skojarzenia zaczynamy wyczuwać coś oprócz laboratorium.
Naozonowane, chłodne powietrze po burzy, zapach płonącego palnika Bunsena, woń mocno chlorowanej wody, jaką wyczuwamy na zamkniętych pływalniach publicznych.


A porzucając skojarzenia dosłowne i przyziemne, mam pewną spiskową teorię związaną z tymi perfumami.

Otóż na przełomie XIX i XX wieku we Lwowie działał pewien niezwykły wynalazca - inżynier Franciszek Rychnowski.
Rychnowski dokonał wielu ulepszeń systemów grzewczych i energetycznych, wynalazł i opatentował system centralnego ogrzewania mieszkań, zdobył wiele miedzynarodowych nagród i wyróżnień w dziedzinie elektryki, jednak pamięta mu się głównie to, że usiłował podważyć teorię grawitacji Newtona, a także... Ostatecznie obalił teorię próżni kosmicznej skraplając eter - substancję wypełniającą przestrzeń kosmiczną.
Wyobraźcie sobie: poważny naukowiec prowadzący poważne badania, zaawansowana technologia, aparatura o wielkiej mocy (cztery motory gazowe, dziesięć lamp łukowych i kolosalne napięcia) i oto za pomocą tej potężnej elektrostatycznej maszyny influencyjnej nazwanej przez twórcę eteroidem otrzymujemy materialny dowód potwierdzający teorię z góry obalającą między innymi późniejsze badania Einsteina nad naturą światła... Skroplony eter kosmiczny.

A wracając do meritum:
Kiedy powącha się L'Antimatiere wcale nie tak trudno wyobrazić sobie, że oto pani Doyen zdobyła dokumenty patentowe eteroidu, na ich podstawie odtworzyła zapomnianą aparaturę i teraz w ścisłej tajemnicy skrapla kosmiczny eter i zamyka go w buteleczkach dla niepoznaki opatrzonych etykietkami z napisem "Antymateria".
Oczywiście tylko jeśli założymy, że eteroid rzeczywiście skraplał kosmiczny eter. :-)


Data powstania: 2006
Twórca:Isabelle Doyen

Nuty zapachowe:
No właśnie nie znalazłam. :-(
Na 100% jest w L'Antimatiere piżmo, liście mate i Iso E Super. Dalej stawiam na pieprz ( prawdopodobnie biały) i może petitgrain. W bazie wyraźny cedr.

wtorek, 21 kwietnia 2009

Diptyque Eau Lente

.
No i mamy trzecie perfumeryjne nawiązanie do Aleksandra Wielkiego w moim ogródku.
Plącze mi się ten Macedończyk po wyobraźni. Nie tylko perfumeryjnej, ale także muzycznej i literackiej, o czym wspominałam przy okazji recenzji Fire From Heaven I Hate Perfume i, całkiem niedawno, Iskandra Parfum d'Empire.
A, zapomniałam o niesławnej adaptacji filmowej, którą pewien mój bardzo zazwyczaj kulturalny przyjaciel określił mianem interaktywnego filmu dla pedałów*, po którym człowiek wychodzi z kina, boli go tyłek i czuje się wyruchany.

Dziś znów będzie o Aleksandrze i tym razem z pewnością nie użyję kadrów z filmu, jako ilustracji.


Oto kompozycja którą twórcy (choć ja myślę, że to jednak marketingowcy, jak zwykle) zapowiadają w następujący sposób:

W hołdzie czasom Aleksandra Wielkiego powstał ten orientalno korzenny zapach, skupiony wokół oppoponaxu, którego opary niegdyś służyły ceremoniom w świątyniach. Jest to zapach, który delikatnie rozwija się na skórze uwalniając podobne do wanilii nuty tej niezwykłej żywicy.

To rzeczywiście może być zapach przypominający to, co można było poczuć w macedońskich świątyniach cztery wieki przed naszą erą. Mniejsze i o bardziej zwartej, niż ateńskie budowle konstrukcji, często będące miejscem odprawiania dość dzikich rytuałów obejmujących palenie różnych... substancji i wdychanie dymu o narkotycznym działaniu przybytki kultu rzeczywiście mogły podczas obrzędów i uroczystości pachnieć bardzo intensywnie.
Eau Lente od pierwszych nut pachnie bowiem ostro, niemal nieznośnie drażniąc nos, powodując ból i... I jednocześnie to piękny zapach. Niepokojący, nienormalny, ale piękny.

Jest jednak w Cichej Wodzie nuta, która sprawia, że to świątynne odniesienie nie do końca do mnie trafia.
Dla mnie Eau Lente to (idąc tropem skojarzeń okołoaleksandryjskich) stos pogrzebowy Hefajstiona. Nie nastrojowo. To nie jest zapach smutny, pogrzebowo ponury; nie ma w nim rozpaczy, straty, bólu.
No dobra. Ból jest, ale stricte fizyczny - kiedy ostre przyprawy harcują nam w przewodach węchowych i szturmują śluzówkę.

Stos Hefajstiona to dla mnie ogromna, niewyobrażalna nieomal ilość płonących kosztowności. Nie tylko wielopiętrowa konstrukcja z najlepszego drewna, nie tylko bogate tkaniny, żywice i olejki, jedzenie, złoto, ale i broń, rydwany, konie z rzędami, kość słoniowa... no właśnie. Jedna, szczególna nuta tej kompozycji kojarzy mi się z nadpaloną kością słoniową. Pojęcia nie mam dlaczego - nigdy nie przyszło mi do głowy spalenie żadnego przedmiotu z niej wykonanego, ale to połączenie aromatów jasnych, gładkich, a jednak zdecydowanie zwierzęcych z ciemną, gryzącą szorstkością nut przyprawowych wywołuje w mojej głowie taki właśnie obraz.

Powietrze jest duszne, choć zbliża się wieczór. Stos płonie już od dobrej chwili: górne platformy zdążyły się już zapaść, w żarze walą się stopnie, po których wprowadzano wierzchowce i wnoszono dary. Wielkie dzbany pełne sprowadzanych ze wszystkich stron świata żywic i korzeni pękają z hukiem, ogień topi bryły opoponaksu i styraksu, w powietrze buchają chmury żarzącego się cynamonu a na ziemię z suchym szelestem, jak armia wojowniczych mrówek wysypują się stosy suchych goździkowych pączków.
Karmione tak wieloma niepalnymi substancjami płomienie nie buchają lecz ledwie pełgają nadgryzając z wahaniem ofiarowane im skarby, dym nie chce unosić się do nieba, snuje się w suchym powietrzu zaglądając w oczy żałobnikom.
Szczerzy i nieszczerzy przyjaciele wiernego Hefajstiona podchodzą do stosu i niespiesznie wrzucają w ogień dary dla zmarłego. Kiedy podchodzimy, by oddać płomieniom posążki z kości słoniowej przedstawiające Achillesa i Patroklosa jeden z dzbanów rozpęka się na dwoje i w twarz bucha nam kłąb roztańczonego w gorącym dymie cynamonu. I nieco czarno - gorzkiego kminu niestety.
Takie jest Eau Lente przez pierwszą godzinę, czy dwie swojego intensywnego żywota.

Z czasem zapach wysładza się, robi mniej ostry. Ale "mniej ostry" to wciąż nie znaczy "łagodny". Przyprawowa szorstkość trzyma się na skórze wiele godzin, aż do końca czasu życia tej fascynującej kompozycji Diptyque.
Wrażenie cywilizowania się zapachu potęguje pojawiające się w nucie bazy piżmo, ambra i ślad nuty kojarzącej mi się z Harmatan Noir PG - coś jak przyniesiony przez suchy, gorący wiatr zapach dalekich, dawno już martwych kwiatów i ziół.
Sam schyłek jest bardzo kreatywnym połączeniem nut balsamicznych z przyprawowymi.

I oczywiście nadal podtrzymuję tezę, że to nie jest smutny zapach. :-)


Rok powstania: 1986
Twórca: Desmond Knox-Leet


Nuty zapachowe: opoponaks, cynamon, kmin, goździki, gałka muszkatołowa


* Zaznaczam, że słowo "pedał" nie jest tu użyte jako określenie jednoznaczne z określeniem "homoseksualista" i nie jest ani przeze mnie, ani przez moich znajomych na poważnie używane w takim kontekście.

** Ilustracja pierwsza - posąg Aleksandra Wielkiego z Delos. Rzeźba znajduje się obecnie w Luwrze.
***Ilustracja druga - Jacques - Louis David "The Funeral of Patroclus"

Parfumerie Generale Private Collection Bois Blond i Dsquared2 He Wood

.
Dwa razy Eureka!


Dzieje się coś z moją skórą. Albo z moim nosem...
Nie wiem, od czego to zależy: jem to, co zwykle, piję to, co zwykle (czyli głównie kawę), a jednak coś się zmieniło. Wyłażą na mnie nuty drzewne. Wydobywam je z każdego zapachu, nawet z takich, które kiedyś wydawały mi się zbyt świeże, zbyt przewiewne, zbyt kwiatowe i... No i w ogóle do chrzanu.
Nie wiem, czy wynika to ze zmian chemii mojej skóry, czy może z tego, że mózg przyzwyczajony do koncentrowania się na zapachu drewna zaczął automatycznie filtrować, przetwarzać bodźce płynące ze zmysłu powonienia.
Nie mam pojęcia, co to jest, ale niech trwa!

I na tej drzewnej fali dziś:


Parfumerie Generele
Bois Blond

Bois Blond to zapach - wspomnienie. Lato na wsi.
Nie takie naturalistyczne z kombajnami Bizon i krowimi plackami, ale właśnie oglądane przez mgłę czasu sielskie dzieciństwo.
Zamykam oczy i widzę drewnianą stodołę z jasnych, z grubsza tylko oheblowanych desek, prześwitujące przez szpary słoneczne promienie tworzące w mrocznym wnętrzu złote wstęgi, góry pachnącego siana i suszonej koniczyny, bele słomy pod ścianami, czuję niemal świdrujący w nosie pył, ciepłe wspomnienie słońca na skórze...
Połączenie zapachu świeżego siana podobnego do Fresh Hay Demeter i przykurzonych nut drzewnych w otwarciu to złożenie jednocześnie oszczędne i urocze. Choć oczywiście nie sposób nie podkreślić, że to po prostu trzeba lubić, by docenić.

Potem zaś powoli przychodzi czas, na Bois, bo Blond już przecież było.

Kochani, to jest cedr dekady: piękne, ołówkowe drewno. Jasne, czyste, smukłe nuty; przycięte i wygładzone gdzie trzeba, tam gdzie należy twarde i ostre. Co prawda cedr ten towarzystwo ma jakieś niemrawe, ale moim zdaniem ten jeden składnik wystarczy, żeby usprawiedliwić stworzenie tego zapachu.
Ogólna perspektywa jest taka: w opisanej już stodole, tuż obok składziku z cedrowymi szczapami na opał, na cedrowym pniaku leży kilka podsuszonych liści tytoniu, a całość oświetlają ciepłe, bursztynowej barwy promienie słoneczne (taką sobie alegorię ambry umyśliłam).

Ciekawe, czy zapach ten uaktywnia alergię u osób cierpiących na katar sienny?

Nuty zapachowe:
zboża, trawa, galbanum, cedr, siano, tytoń, ambra, piżmo




Muszę jednak od razu, w tym samym wpisie przyznać, że cedr dekady w Bois Blond nie jest jedynym cedrem dekady w tej dekadzie. ;-)

Cedrowym misterem universum jest dla mnie ostatnio:

Dsquared2
He Wood

Testowałam go na początku 2008 roku, kiedy dotarł do Polski i już wówczas zrobił na mnie dobre wrażenie. Jednak tej wiosny He Wood zdobył moje serce i chyba wskoczył na listę marzeń. Żadnych fiołków, żadnych cytrusów, żadnych rozbełtanych akordów wodnych.
Cedr, cedr i cedr! Arcyrealistyczny, wyciągnięty do przodu od pierwszej nuty, panoszący się w nutach głowy i dodatkowo także zamykający zapach. Cedr jasny, mniej przykurzony niż w Bois Blond. Cedr inkrustowany fiołkowymi liśćmi (nie fiołkami, liśćmi!) i ziemistym cieniem wetiwerowych łodyg. Po prostu piękny!

Nie wiem, jak to możliwe, że przy poprzednich testach czułam w nim powiew kwiatowych cytrusów. Wróciłam do niego przypadkiem, szukając w Sephorze M7. Nie mieli, ale pani konsultantka była absolutnie zdeterminowana, by udzielić mi pomocy. Zapytałam więc wrednie o perfumy z nutą drewna agarowego. No i dostałam... He Wood. Przynajmniej rzeczywiście jest to drewno, a nie Cool Water. :-)
W każdym razie bloterek powąchałam i... Wpadłam jak kornik w worek trocin.

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: zapach kanadyjskiej przyrody, ambra, piżmo
Nuty serca: liście fiołka, akord wodny
Nuty bazy: cedr, wetiwer

Vero Profumo Onda

.

Ciemny salon, drewniane, wiecznie zamknięte okiennice, ciężkie zasłony, skórzane fotele i śniady, bardzo szczupły mężczyzna o czarnych, związanych cienką aksamitką włosach pogrzebany za życia w tej ponurej jak mauzoleum samotni. Spędza lata w otoczeniu tytoniowego dymu palonych z widoczną przyjemnością cygar i buteleczek z lekami mającymi kupić mu czas na kolejne i kolejne cygaro.


Kiedy wzrok przywyknie do mroku (a zapach rozgości się na skórze), kiedy zbliżymy się do wielkiego, bordowego fotela zauważamy ze zdziwieniem, że twarz mężczyzny nie jest twarzą starca, lecz wysuszoną, zaimpregnowaną niemal tytoniowym dymem twarzą człowieka bez wieku, a dziwaczne flaszki nie zawierają gorzkich leków, lecz nasycone barwą, smakiem i aromatem ziołowe nalewki i szlachetne trunki.
Czarne, błyszczące oczy gospodarza wpatrują się w przybysza nieruchomo, wąskie usta wykrzywia grymas nie będący uśmiechem.

Gdy nieostrożne kroki zadzwonią flakonami i kieliszkami, a powiew od drzwi zmąci spokojnie dotychczas w nieruchomym powietrzu płynące smugi srebrnego dymu wiemy już, że nie jesteśmy tu mile widziani. Że żaden książę nie czeka tu na ratunek, że nie ma smoka pilnującego wieży, nie ma czarownicy ani ponurych uroków. Zaczynamy rozumieć, że to nie więzienie, lecz azyl. My home is my castle. 
A że castle jedzie tytoniowym dymem na kilometr to już wybór gospodarza. Nie mam tu czego szukać.


Chyba, że... w milczeniu zasiądę w sąsiednim fotelu, wezmę w palce zwinięte ze skórzastych liści cygaro i dyskretnie dotrzymam towarzystwa ekscentrycznemu panu domu.
A takie siedzenie ma swoje zalety. Śmiałka, który przetrwa pierwszą godzinę w tym niezwykłym towarzystwie czeka nagroda. Nie wiem, czy to zmysły przyzwyczajają się do zapachu, uczą z nim obchodzić i odnajdywać właściwe nuty, czy też rzeczywiście ludzkie ciepło tak go uszlachetnia, ale po jakimś czasie biblioteka, choć niewątpliwie ciągle tak samo zadymiona i tak samo ciemna, zaczyna wydawać się miejscem przytulnym i bezpiecznym.
Gęste opary tytoniowego dymu stają się najpiękniej chyba w perfumach oddanym zapachem palonej fajki, ostra, lekarstwiana nuta zmienia się w połączenie aromatu (nie smaku) dobrego koniaku z dyskretnym, dobiegającym z odległości kilku metrów zapachem wody kolońskiej. To nadal to samo miejsce, a jednak perspektywa się zmieniła.

Bestia okazała się nie do końca bestią i choć nic piękniejszego ponad to, co widać z niej nie będzie, choć przemiany w złote królewiątko próżno oczekiwać, to jednak pan na zamku Onde okazuje się nader interesującym gospodarzem. O ile zadowala nas siedzenie w milczeniu i wąchanie fajkowgo tytoniu.


Wybaczcie, że ta recenzja taka dziwaczna. Chciałam za jej pomocą pokazać, że w Onde zmienia się nastrój zapachu, nie zaś wyczuwalne składniki.

Teoretycznie wszystkie etapy rozwoju są podobne. Nie ma zmian rodzaju nut, nic nie znika, nic się nie pojawia, nie ciemnieje i nie rozjaśnia się. A jednak jakoś tak się dzieje, że przytłaczająco ostry, początkowo odpychający zapach z czasem staje się przyjemny, bezpieczny, w swoisty sposób atrakcyjny. Choć to nadal głównie tytoń, skóra, jasny dym i suche przyprawy.


Twórca: Vero Kern

Nuty zapachowe:
wetiwer, imbir, gałka muszkatołowa, kolendra, skóra i niech mnie pokręci, jeśli nie ma w składzie tytoniu


* Na ilustracjach Al Pacino jako Tony Montana w fenomenalnym obrazie Briana De Palmy i Olivera Stone'a "Scarface".
Polecam bardziej nawet, niż zapach.

niedziela, 19 kwietnia 2009

Comme des Garcons Stephen Jones

.
Dziś pierwsza z serii recenzji, które powstały dzięki Szarej Róży zwanej Sałatą, która twierdząc, że lubi kiedy się złośliwię obdarowała mnie woreczkiem próbek mających stać się inspiracją dla wielu wrednych tekstów.
Kiedy Sałatka opowiadała mi, że testy Stephena Jonesa przypłaciła torsjami znałam zapach ledwie z pobieżnego niuchania fiolki i naprawdę byłam zdziwiona, cóż Ją tak poruszyło. Wybacz Sałacik - obiecuję więcej niczemu się nie dziwić.



Czego spodziewalibyście się po perfumach z meteorytem w nutach?

Można było przewidzieć, że nie będzie to kolejne drzewne kadzidło jeśli wzięło się pod uwagę, że nazwiska zapachowi użyczył człowiek, który projektuje kapelusze między innymi dla dla brytyjskiej rodziny królewskiej i domu mody Galliano. O Westwood się nie wypowiadam, bo mam sentyment do tej Pani.

Stephen Jones twierdzi, że to kapelusz czyni z mody sztukę, z odzienia kompozycję. Że to właśnie nakrycie głowy jest wisienką na torcie, kropką nad "i", która zamienia ubranie w kreację. Uważa, że kapelusz skupia uwagę na noszącej go osobie i... Jego kapelusze rzeczywiście uwagę zwracają. Niekoniecznie zachwycają, ale przeoczyć je trudno. Podobnie jest z zapachem, któremu użyczył swego imienia.


Spodziewałam się smrodu, ale oryginalnego. Szczególnie, że to przecież Comme des Garcons.
A dostałam... oryginalny smród, ale i tak zupełnie inny, niż oczekiwałam.

Zamiast ciężkich, ciemnych, gryzących wyziewów siarkowodoru i wypalanej rudy mam na skórze przejrzyste, świetliste sztuczne kwiaty zalane mokrym jeszcze laminatem. Syntetyczne i ostre aż do granicy bólu nosa. Coś między fiołkowym mydłem, a lizolem. Wrażenie dezynfekcji pogłębia dodatkowo nuta ozonowa kojarząca mi się z zapachem sali szpitalnej po sesji wybijania drobnoustrojów za pomocą lamp dezynfekcyjnych emitujących promienie UV.

Z czasem wszystkie te dziwaczne wonie splatają się w jednolity obraz: szpital, oddział zakaźny, lśniąca podłoga, metalowe łóżka, metalowe szafki, a na szafce bukiet fiołków w celofanie. Straszna mieszanka!

Niby nie do końca brzydka, ale dla nabłonka węchowego i żołądka mordercza.
Po dłuższym wąchaniu Stephena Jonesa (nie pana Stephena Jonesa - jego samego obwąchiwać nie miałam okazji) czuję pieczenie w przewodach nosowych, wzrok mi dziwnie ucieka, w żołądku pojawia się ucisk przypominający strach. Bardzo dziwne i nieprzyjemne odczucie.


Data powstania: 2008
Twórca: Antoine Maisondieu (współpraca: Adrian Joffe, Staphen Jones)

Nuty zapachowe:
liść fiołka, meteoryt, goździk, róża, jaśmin, czarny kmin, heliotrop, magma, drzewo gwajakowe, ambra i wetiwer.

sobota, 18 kwietnia 2009

Satellite Padparadscha

.
Na Piotrusia z popielnika...

Otwarcie jest takie: ;-)

Na Piotrusia z popielnika iskiereczka mruga.
I rzecze:

- Nie pieprz Pietrze Padpy pieprzem, bo przepieprzysz Padpę pieprzem.
Piotruś na to:
- A popieprzę popiół pieprzem, by wrażenia były lepsze...*

I początkowe nuty Padparadschy zwanej na forach perfumeryjnych Padpą to po prostu popieprzony popiół, w który dodatkowo wrzucono garść jagód jałowca.

Przyznaję, że to akord efektowny, intrygujący, choć ja sama nie do końca jestem pewna, czy ładny. Ładny jest w tym zestawieniu jałowiec: zmarszczone, lecz jeszcze wilgotne wewnątrz ciemne jagody z wyraźnym powiewem ostrych, eterycznych olejków unoszących zapach jak wtłaczane w płuca powietrze unosi pierś zemdlonego człowieka.

Niestety, to jałowcowe sztuczne oddychanie daje rezultat nie do końca taki, jak się spodziewałam. Padparadscha nie ożywa, nie nabiera wigoru i kolorów, jak gdyby oddech, który odzyskała był oddechem z zaświatów, jak gdyby jej życie było życiem tylko duchowym. Bez rytmu wyznaczanego pulsowaniem krwi, bez skurczu otwartych na światło źrenic.
Medytuje.
Jest jak Timbuktu bez ogrodu, jak Kyoto bez ludzkiego ciepła.

A jednak nie jest niepełna, ułomna. Jest dobrowolnie, celowo przesunięta w inne spektrum doznań.
Suche, przysypane popiołem przyprawy i równie suche drzewne szczapy - oto, co oferuje nam zapach nazwany imieniem jednego z najrzadszych i najbardziej efektownych szafirów. Składniki te są idealnie złożone i rzeczywiście tworzą nieomal krystalicznie precyzyjną konstrukcję. Jednak jest to kryształ matowy nietknięty szlifierką, skrzętnie skrywający piękno we wnętrzu kamienia. Całość brzmi na ludzkiej skórze statycznie, wzniośle i jednostajnie.

Balans nut i umiar sprawiają, że mimo pewnej surowości, jest to zapach w swoiście ascetyczny sposób elegancki.
Można też powiedzieć, że jest nienatrętny, nieinwazyjny, ale to chyba zasługa (albo wina) tego, że po pierwszym, ostrym akordzie Padparadscha cichnie i oto zamiast kipiącej barwą i energią pieśni, którą obiecuje nam nazwa perfum i kolor płynu we flakonie mamy niskie, stłumione ॐ (om).

Sucho, gorzko i nieco słodko jednocześnie opowiada nam Padparadscha o przemijaniu. I przemija. Za szybko. Po dwóch godzinach zostaje po niej wystudzone, ciche wspomnienie zapachu na skórze...


Gdybym miała diagnozować sukces Padparadschy wśród wielbicieli kadzideł w naszym kraju powiedziałabym, że dzięki firmie Satellite mamy dostęp do chłodnego, elegancko oszczędnego kadzidła w stylu Statkusa czy Straight to Heaven za naprawdę niewielkie pieniądze. Porównując cenę pięćdziesięciu mililitrów Padparadschy (wychodzi 40$) do 180$ za tę samą pojemność perfum litewskiego kreatora, czy 225$ za zapach By Kilian mamy odpowiedź na pytanie, dlaczego ludzie wybierają Satellite.
Choć konstrukcję ma prostą i nieco zbyt szybko traci moc.


Twórca: Sandrine Dulon

Nuty zapachowe:
pieprz, jałowiec, cedr, drzewo sandałowe, piżmo, ambra

* Modyfikowana mieszanka kołysanki z tekstem Janiny Porazińskiej i wiersza "Nie pieprz Pietrze" Jana Brzechwy oczywiście mojego, spontanicznego autorstwa. Nie pretenduje do miana poezji ani w ogóle do niczego. To tylko żart.

czwartek, 16 kwietnia 2009

Heeley Cedre Blanc

Cykl obuwniczy trwa. ;-) Po sandałach kolej na drewniaki różne.

Cedre Blanc początkowo wcale nie jest Cedre i zupełnie nie jest Blanc.
W nutach znajdujemy liście fiołka i to jest właśnie pierwszy akord. Gniecione liście: świeże i zielone jak w Calamusie Comme des Garcons, tylko tu podszyte nie słodką, lecz wytrawną przyprawowością. Green Twigs - to nazwa, która lepiej oddawałaby ducha zapachu na tym etapie. I niechże już te Twigs będą cedrowe, ale z przekonaniem stwierdzam, że to bardzo, bardzo młody cedr.

Liczyłam na to, że po tym otwarciu zapach ściemnieje, pogłębi się, wysuszy i zmieni w przyzwoitego drewniaka. A on nie.
Pojawia się świeży, soczysty kardamon z nutą kosmetycznie - urodziwą, na gałązkach naszego rzekomego cedru pojawiają się fiołkowe pączki i... czy ja wiem? Szyszeczki jakieś? Takie maleńkie, zielone jeszcze, z ogrodowym iglakiem w tle. Nawet kmin, którego obecność tak mnie niepokoiła, zamiast w postaci robalopodobnych śmieci objawił się tu jako cała, kompletna roślina.
Z czasem w bazie pojawia się coś, co już mogę zakwalifikować jako cedr, choć nadal nie jest to cedr potężny i nobliwy. Gałązki na tyle grube, że ich struktura przypomina już drzewo, na tyle drobne, że jeszcze giętkie. Mokre drewno, które nie chce się łamać, pękające na zgięciach, rozdwajające się na pachnące, soczyste szczapki pokryte odchodzącą miękkimi, przypominającymi skórę płatami korą.

Zupełnie nie tego spodziewa się człowiek po perfumach z cedrem w nazwie.
A jednak to nie samą "kolorystyką" zapachu jestem rozczarowana. Cedre Blanc to zapach w przemyślany i chyba celowy sposób jasny, świeży, pełen światła. Ta świetlistość zdaje mi się w ogóle charakterystyczną cechą zapachów firmowanych nazwiskiem Jamesa Heeleya - spotkałam ją już w Cardinal, Esprit du Tigre, Figuier czy Menthe Fraiche.

To, co rozczarowuje, to ulotność tej kompozycji. Chętnie napisałabym więcej o rozwoju Cedre Blanc, ale niestety, nie bardzo mam jak. Po godzinie, dwóch Zielony Biały Cedr znika ze skóry zostaje po nim ledwie miłe wspomnienie.


Nuty zapachowe:
kmin, kardamon, liść fiołka, libański cedr, białe piżmo

wtorek, 14 kwietnia 2009

Maître Parfumeur et Gantier Santal Noble

.
Santal Noble to zapach w szczególny sposób dziwny. Zaraz wyjaśnię, jakiż to sposób.
Otóż jest to sandałowiec elegancki, perfumeryjny, nadspodziewanie normalny. I dlatego, choć rzekomo firma niszowa i skład też jak najbardziej niszowy, Santal Noble jest zapachem, który bardziej chyba zaskoczy człowieka "siedzącego" w perfumeryjnej niszy, niż człowieka obcującego na co dzień z perfumami selektywnymi. Ja sama, po poznaniu sandałowców Lutensa, Diptyque czy Profumum spodziewałam się czegoś... czegoś innego po prostu!
Tymczasem zamiast kolejnej wariacji na temat sandałowca dostałam... perfumy. No to dopiero niespodzianka!

Tak więc szczerze przyznaję, że Sandałowiec Maître Parfumeur et Gantier nie jest w moim stylu. Jest rzeczywiście zbyt "nobliwy". A jednak... Mam, używam, pachnę i jest mi w nim bardzo miło.

Zacznę od powodu, dla którego zapragnęłam testów i dla którego w końcu nabyłam flaszkę. Kawa. To kawa mnie skusiła, bo gdybym miała polegać jedynie na stężeniu sandałowca w tym zapachu, to przyznaję - odpuściłabym. Od dawna szukałam w perfumach kawy niewietrzonej lawendą i chłodnymi ziołami. Tu rzeczywiście lawendowego chłodu nie ma, ale i tak nie jest to gorący napar, którego oczekiwałam. Kawa w Santal Noble to zmielone w archaicznym, ręcznym młynku ziarna, przechowywane w tej nieszczelnej, drewnianej szufladce pod ślimacznicą. Przechowywane dość długo, dodam, bo zapach jest lekko zwietrzały, przytłumiony dodatkowo obecnością boleśnie niemal drażniących nos pikantnych olejków i ciemnego, gryzącego kadzidlanego dymu, ale jednak... wielki sentyment mam do takiej postaci kawy.
Kiedy byłam dzieckiem pijało się głównie kawę zaparzaną wprost w filiżankach lub w dzbanuszku, bez filtra, bez całej, potrzebnej dziś do przyrządzenia dobrej kawy aparatury. Wówczas znałam kawę głównie jako zapach z puszki - uwielbiałam towarzyszyć mamie przy jej parzeniu, rozgrzebywać łyżeczką aromatyczny proszek, przyglądać się, jak zalany wrzątkiem tworzy kożuszek na powierzchni płynu.
I to wspomnienie tu znalazłam.

Pierwsza, kawowo - szorstka faza zapachu jest zupełnie statyczna, gęsta jak zasłona dymna. A może raczej jak ciężka, pluszowa kotara w salonie w stylu retro.
Za tą nieruchomą kotarą jest zadymiony półmrok. Dziwny, stary pokój wypełniony antykami, bibelotami, pamiątkami z dalekich podróży, kurzem i... gęstymi nieomal cieniami. Wymienione w nutach "pikantne olejki" łagodnieją płowiejąc jak tapicerka na bajecznie niegdyś barwnych meblach. Stają się zapachem ciężkiej wiekowej komody pełnej zapomnianych od lat pachnideł, zasuszonych kwiatów, listów opatrzonych przełamanymi lakowymi pieczęciami, wygładzonych przez czas i ludzkie dłonie puzderek z sandałowego drewna, nie noszonych od lat jedwabnych szali i koronkowych rękawiczek. Zapach luksusu z przeszłości, w którym możemy się zanurzyć jak we wspomnieniach o prababci - hrabinie.
Nuty korzenne, suche ślady kwiatów, palisander, stępiona dodatkiem wanilii ambra, paczula i krztyna stęchłej słodyczy - wszystko to połączone z nostalgicznym otwarciem staje się wehikułem czasu czyniącym z nosicielki Santal Noble postać nie z tego świata.

Jeśli miałabym się do czegoś w tym zapachu przyczepić, to jest to nuta ostatnia, schyłkowa. Wiem, co mi w niej przeszkadza, wiem, który składnik nie układa się na mojej skórze. Kastoreum. Mokry bóbr znów tu jest. Ale na szczęście jest to boberek maciupeńki i... naprawdę bardzo dobrze wypucowany.

Przy całym moim sentymencie do tego zapachu trudno mi napisać, że polecam wszystkim, że piekny, że warto... A to dlatego, że to zapach piękny w sposób, który równie dobrze można określić "piękny inaczej". To zapach starych, zapomnianych pamiątek, przeszłości odkrywanej na nowo z sentymentem i wzruszeniem.
Tak ja go widzę. I pewnie dlatego nie przeszkadzają mi w nim nuty kurzliwego drewna, melancholijnej paczuli czy olejków zapachowych zupełnie nie z tej epoki. Ale wierzę, że nie u każdego wywołają nostalgiczny uśmiech - mogą zmęczyć.
Mimo to zachęcam do testu - warto choć raz odbyć tę podróż w czasie.


Data powstania: 1988
Twórca: Jean-Francois Laporte

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: ziarno kawy, pikantne olejki, kadzidło
Nuty serca: drzewo sandałowe, paczula, wanilia, wetiwer
Nuty bazy: ambra, mech dębowy, wanilia, kastoreum

* trzecia ilustracja: Gustav Klimt "Portret damy w kapeluszu"

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Santalum Profvmvm (Profumum Roma)

Sandałowiec różne miewa oblicza.
Bywa oleiście leniwy, bywa słodkawy, bywa nieomal goździkowo intensywny. Czasem w zapachach tworzy tylko bazę, wypełniacz przestrzeni, a czasem zdarza się zapach, w którym sandałowiec zostaje wyciągnięty do przodu, postawiony na piedestale, jak drzewne dzieło sztuki.
I Santalum Profumum to jest właśnie taka rzeźba w sandałowym drewnie.

Sandałowiec, który znajdujemy w Santalum został niedawno ścięty, delikatnie okorowany i ułożony w cieniu, żeby nie spękał na słońcu. Jego zapach jest jednocześnie ekspansywny w ten szczególny sposób, w jaki ekspansywny jest aromat świeżego drewna i dojrzały, z charakterystyczną nutą nadającą mu ciężkości grubego aksamitu.
Co ciekawe - otwarcie wcale nie jest najmocniejszą, najbardziej efekciarską fazą rozwoju zapachu. Inaczej, niż w większości kompozycji, tu jest spokojne, czysto drzewne, jaśniejsze nieco, niż nadchodząca po nim cynamonowa ostrość.
Oto w następnej chwili, kiedy już rozpoznamy naturę sandałowego drzewa - nie drzewa i zadziwimy się jego niezwykłą urodą, przychodzi pora, na odrobinę pikanterii. Cynamon w Santalum jest ostry, szorstki i wrażenie to pogłębia kontrast ze spokojnym otwarciem.

A kiedy oswoimy już cynamonowego intruza, kiedy ustanie wrażenie drapania w gardle, zaczynamy pod warstwą przypraw i drewna wyczuwać szlachetną żywicę. Mirra. Znów świeża, ale nie mokra, z wyraźną terpenową nutą, balsamiczna i bogata. I dopiero ten dodatek tworzy magię - zapach nabiera życia jak gdyby zaczynał poruszać się, przeciągać. Płynny, spokojnie zmysłowy taniec Santalum na skórze może zdawać się monotonny, może zapewne znudzić miłośników mocnych wrażeń, ja jednak mogę spędzać w jego towarzystwie długie godziny bez znużenia. To piękna, prosta i jednocześnie pełna kompozycja zapachowa rodem z hinduskiej mitologii. Jeśli rzeczywiście sandałowce rosły niegdyś wyłącznie w rajskich ogrodach, to cieszmy się, że mamy już za sobą przewrót, który dał nam dostęp do tego skarbu.

Na koniec nie mogę nie porównać Santalum z innym sandałowym arcydziełem - Tam Dao.
Oba proste, oba bez szczególnie skomplikowanej piramidy nut, oba linearne, niezmienne, statyczne. A jednak tak, jak Tam Dao jest zapachem łagodnym, mięciutkim, leniwym, tak Santalum jest ciemniejszy, bardziej zmysłowy, niejednoznaczny.
To tak, jak gdyby porównać powolność grubiutkiej pandy z oszczędnymi ruchami jawajskiej tancerki. Nie to samo. :-)


Nuty zapachowe:
Sandałowiec, cynamon, mirra

niedziela, 12 kwietnia 2009

Escentric Molecules Escentric 01

.
Dziwnie mi się układa przygoda z tym zapachem.
Pierwsze testy były rozczarowaniem - czułam cytrusowego zwyklaka bez polotu, bez pazura, bez charakteru i bez sensu. I to ze trzy razy. Choć przyznaję, że we wszystkich przypadkach warunki testu nie były nawet zbliżone do idealnych.
Upchnęłam próbkę do pudełka i... prawdę mówiąc nie wiem, dlaczego sięgnęłam po nią ponownie. Może dlatego, że w tym miesiącu usiłuję się przynajmniej częściowo "rozliczyć" z zapachami zalegającymi w moim pudełku do bieżących testów od miesięcy? A może po to, żeby uspokoić sumienie przed ostateczną eksmisją nieciekawego gościa?

W każdym razie przychodzi mi odszczekiwać:
- Hau hau!

Tym razem Ekscentryk pokazał mi zupełnie inną twarz. Zapach jest w otwarciu ziołowy i dziwnie mleczny jednocześnie, pod tym względem przypomina mi nieco Etrę Etro. Są w nim delikatne, połupane na drobne szczapy nuty drzewne, zamszowo miękki zapach czyszczonej skóry, przyprawy bardziej gorzkawe, niż pikantne i niesamowicie ciekawie ujęta limonka: niespożywczy, niesłodki, niesoczysty zapach cytrusowej skórki startej na drobnej tarce, zmienionej w nieprzypominający jakiegokolwiek owocu proszek rozcierany w palcach, łączący się płynie i nierozerwalnie z zapachem ciała.
Ta mieszanka cytrusowej jasności, z akordem otartych ziół i lekkim, drewienkowym podbiciem przypomina mi nieco nastrój zapachów Etro: coś między Shaal Nur a wspomnianą już wyżej Etrą. I przyznam szczerze (choć nadal niechętnie), że jest to połączenie bardzo udane.

Spędziłam więc godzinę płaszcząc nos w zgięciu własnego łokcia i zastanawiając się, czy przy następnym teście ten ekscentryczny zapach znów się na mnie wypnie. Rozważałam z niepokojem w duszy, czy przyjdzie mi potulnie znosić jego fochy i pokornie oczekiwać dnia, kiedy znów zechce mi okazać swą łaskawość?

Na szczęście nie będę musiała. Zostałam zdemotywowana, bo oto po godzinie na mojej skórze pojawiło się coś zupnego, w klimacie pomiędzy Mechant Loup a Dzongkhą. Pietruszka, selerek, lubczyk - cała bateria ziół do wiosennej, leciutko nieświeżej jarzynówki.
Tak więc nie twierdzę już, że zapach jest nieoryginalnym, cytrusikowym pachnidełkiem. W obliczu ostatniego testu muszę napisać, że ewidentnie nie jest. Ale na szczęście nie okazał się też powalająco piękny i nie muszę wcale szczególnie żałować tego, że układa się na mojej skórze tak grymaśnie.

Jednak dwóch ekscentryków na jednym fotelu to za dużo.
Ja zostaję, Mister Escentric idzie do paki i czeka, aż dopadnie mnie demencja, albo chęć zweryfikowania dzisiejszych wrażeń. Jeśli napisze prośbę o przedterminowe zwolnienie - rozważę ją. Tyle, że jakoś nie przypuszczam, żeby pisał... ;-)


Twórca: Geza Schoen

Nuty zapachowe:
Iso E Super, różowy pieprz, skóra limony, kłącze irysa


* pierwsza ilustracja to zdjęcie reklamowe Escentric Molecules - zapach Escentric 01 po lewej
* trzecia ilustracja: Kazura Akimoto "Green Serpent"

sobota, 11 kwietnia 2009

Załatwię je Państwu hurtowo

.
Dziś pozwolę sobie na coś, na co jeszcze nigdy się nie odważyłam. Kilka zapachów od sasa do lasa. Takich, które chodzą za mną, czepiają się ubrania i błagają:
- Zrecenzuuuj nas!
A ja po prostu nie mam nic odkrywczego do napisania, bo te zapachy to dla mnie jeden obraz, jedno wrażenie, pojedyncza, spójna nuta.

Tak więc załatwię je Państwu hurtowo (że tak sobie pozwolę niedokładnie zacytować). :-)



Molecule 01 Escentric Molecules
czyli
Król jest nagi!

Na początek rozczarowanie dekady. Rozumiem, że perfumy mogą mi się nie podobać, mogą pachnieć odpychająco (w moim mniemaniu), mogą powodować ból głowy, nawet mdłości. Rozumiem, choć nie lubię, że bywają nietrwałe i po godzinie znikają jak nieuczciwi dłużnicy.... Wszystko to zniosę, ale żeby tak w ogóle nie pachnieć?!

Wąchanie Molecule 01 najbliższe jest niuchaniu czerpanego papieru. I to zarówno pod względem charakteru, urody, jak i mocy zapachu. Wąchaliście czerpany papier? Ledwo pachnie.
Wrażenie trochę podobne do In the Library I Hate Perfume, tylko, że Molekuły pozbawione są wilgoci, słodyczy, nut skórzanych i... no i niewiele zostało.

Twórca: Geza Schoen
Nuty zapachowe: Iso E Super


Patchouly Profvmvm Roma
czyli
W murowanej piwnicy

Tu sadziłam się na recenzję większą, bo zapach intensywny i trwały. Cóż ja jednak pocznę, że poza sugestywną wizją wielkiego, kamiennego lochu zastawionego drewnianymi półkami pełnymi przykurzonych szklanych pojemników (moja postać znalazła się w takim miejscu w jednym z RPGów) nic mi do głowy nie przychodzi? Loch jest obszerny, ale dość niski, wilgotny - pachnie stęchlizną, ale po ścianach nie spływają krople wody. Kurz nie unosi się w powietrzu, jest go niewiele, a jego zlepione wilgocią drobiny ściśle przylegają do sprzętów. Jest ciepło i cicho. I to jest Patchouly.

Nuty zapachowe:
paczula, ambra, drewno sandałowe, kadzidło



Mandarine Tout Simplement L'Artisan Parfumeur
czyli
Mandaryniki i pomarańcze
Pomarańcze i mandarynki
*

Oczywiście wszyscy kojarzymy zapach obieranych ze skórki mandarynek. Nie samego owocu, lecz lekko wytrawnej aromatycznej skórki rozrywanej palcami. Moment, kiedy owoc nie został jeszcze całkowicie wyłuskany ze swojego "ubranka", nie został jeszcze rozdarty na cząstki, nie puścił kwaskowo - słodkiego soku. To ten zapach. Muszelkowate pomarańczowe łuski i mięsiste, krągłe ciałka mandarynek o ściśniętych wstydliwie cząstkach.
Może i jest tu w tle jakiś ślad jasnego cedru, może i wytrawną goryczkę "robi" częściowo świeży imbir. Dla mnie jednak to zapach prosty, jak samo obieranie mandarynek. I trwały, niestety tak, jak obrana mandarynka. Chwila przyjemności i koniec zabawy. Pora obrać następną albo "poprawić" zapach. Tylko jak tu nosić ze sobą tę wielką butlę?

Nuty zapachowe: zielona mandarynka, imbir, żółta mandarynka, frangipani, czerwona mandarynka, biały cedr

* „Pomarańcze i mandarynki” Julian Tuwim



Lavender z serii Essence Donny Karan
czyli
I was walking in the park...*

No i mam kolejny przewrót mojego perfumeryjnego światopoglądu, bo oto okazuje się, że lawenda może być ładna.
Lawenda Donny Karan jest pogodna, jasna, przyjemna jak spacer po lawendowym polu w słoneczny dzień z dojrzałą pomarańczą w kieszeni. Bo poza kwiatową, miękką lawendą wyczuwam w tym zapachu coś, co przypomina mi słodkie, pozbawione ostrości cytrusy. Nie ma w tym zapachu wiatru, nie ma chłodu, ale nie znaczy to wcale, że dzień jest duszny i upalny. Jest idealny na spacer.

*Początek tekstu utworu "Lavender" grupy Marillion



Jasmine z serii Essence Donny Karan
czyli
Zapach kwiatkiem malowany

Jaśmin, jaśmin... Cóż to za filozofia?
Zapach bardzo łatwy do opowiedzenia. Przynajmniej komuś, kto wąchał kiedyś świeży jaśmin i kto wąchał także olejek jaśminowy - najlepiej taki z afrykańskiego suku. Otóż bierzemy pęczek jasnych, świeżych kwiatków i moczymy go w jaśminowym ekstrakcie jak pędzel w farbie. I to jest to. Połączenie świeżego zapachu żywych kwiatów z mocą i gęstością olejku. Zadziwiające, że udało się w jednym zapachu nie tylko zawrzeć, ale i pogodzić oba te różne wrażenia.

Naprawdę, spodziewałam się, że choć jeden z zapachów tej serii mi się nie spodoba (to znaczy początkowo byłam pewna, że jeden tylko mi się spodoba, ale to stare dzieje), a tymczasem przyznać muszę, że wszystkie cztery są udane. Każdy ma własny charakter i każdy jest inny, ale wszystkie są dokładnie tym, czym być powinny. A może nawet czymś więcej?




Parfum d'Empire Iskander

.
Mój sentyment do Aleksandra zwanego Wielkim jest stary jak... Jak album "Somewhere in Time" Iron Maiden. Kiedy płyta pojawiła się na polskim rynku byłam jeszcze w muzycznych powijakach (jak mawia mój kumpel: z dywanu na wrotkach skakałam) i znałam ledwie kilkanaście kapel metalowych. W tym Ironów oczywiście - już wówczas byli klasyką gatunku. Za pomocą tekstu "Alexander the Great" zaliczyłam swego czasu ustną odpowiedź z Aleksandra Macedońskiego i w sumie do dziś jest to jeden z moich ulubionych utworów (mieści się w górnych kilku setkach jakoś, ale ja mam pojemne serce).

Niestety, zapach nie plasuje się na wysokiej pozycji w moim perfumeryjnym rankingu.

Początek jest iście paskudny. Syntetyczne, żrące nieomal cytrusy balansujące między komunistyczną oranżadą w proszku, a cytrynowym płynem do mycia szyb.
Da się przetrzymać, ale w sumie nie widzę powodu, żeby się tak poświęcać.

Po pół godzinie gryzące, ostre nuty znikają, na skórze zostaje jasna mieszanka przypraw z młodym drewienkiem, podbita delikatnie "ociosanym" zapachem gotowanych cytrusowych skórek. W tle wyczuwam ciemnawy, szorstki mech. Na mojej skórze jednak zostaje on do końca w stanie przyczajenia i nie wystarcza by nadać zapachowi charakteru. Szkoda.

Wizja, którą zaserwowali nam twórcy zapachu to nie jest Aleksander Wielki - wojownik, wódz, człowiek gnany wciąż dalej przez własne demony każące mu zdobywać, podbijać, bez końca potwierdzać swoją siłę, dowodzić swej wartości.
We flaszce Parfum d'Empire czai się młokos - płowowłose, niemęsko urodziwe i niezbyt postawne pacholę o złotej skórze i porywczym charakterze. Dzieciak rozdarty między uległością wobec matki, a niemożliwą do zaspokojenia potrzebą udowodnienia, że jest godzien być synem swego ojca. I sam zapach taki właśnie jest: jasny, świeży i w niekontrolowany sposób ostry, jednocześnie inwazyjny i transparentny.

Stary zrzęda Arystoteles powiedziałby pewnie, że zapach ten to tylko możność. Bez aktu twórczego.
Potencjał ma wielki. Moc spora, trwałość nader przyzwoita, pomysł i "patronat" bardzo chwytliwy. Nawet składniki można byłoby ułożyć w mozaikę ruchliwych błysków, w migotliwą alegorię zapalającej serca energii młodości.
Niestety, zapach sprawia wrażenie, jak gdyby nie był przemyślany do końca. Początek jest zbyt ostry, brakuje mu drugiego planu: płótna, na którym zapachowym pędzlem naciapano jedną na drugiej jadowice żółte plamy.
Baza za to jest zbyt statyczna. Bezbarwna i niezachęcająca, jak herbata zaparzona po raz drugi z tej samej torebki. Wrażenie to pogłębia kontrast z nazbyt ekspansywnym otwarciem.

Tak się nie robi... ten zapach nie ma sensu, nie ma konkretnego targetu. No bo jak tu polubić jednocześnie krzykliwe otwarcie i bazę wymruczaną jak nudny wykład z dydaktyki? Mogłabym Iskandra założyć na mecz rugby, po którym natychmiast podrepczę na podwieczorek do cioci - starej panny (takiej przysłowiowej, nie realnej). Ale tak szczerze - ile macie tak zaplanowanych dni w życiu?


Data powstania: 2006

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: cedr, cytryna, mandarynka, grejpfrut
Nuty serca: estragon, kolendra, kwiat pomarańczy
Nuty bazy: ambra, piżmo, mech dębowy


* Druga i trzecia ilustracja to kadry z wyreżyserowanego przez Olivera Stone'a gniota pod tytułem "Alexander", który też potencjał miał wielki

czwartek, 9 kwietnia 2009

LesNez Let Me Play the Lion

... czyli Kocurek Papugi :-)
.

Przyznaję, czytałam kilka recenzji Let Me Play the Lion.

Zwykle staram się tego nie robić przed namalowaniem własnego obrazu, a o tych perfumach pisali już chyba wszyscy, entuzjastycznie lub mimochodem cytując fragment "Snu nocy letniej" i nawiązując do szekspirowskich skojarzeń. Jako ostatnia w kolejce już sobie ten zabieg odpuszczę. Redundantność informacji bywa wskazana, powinna wszakże mieć jakieś granice.
Napiszę jednak słów parę, specjalnie dla pewnej Błękitnej Norweskiej, z podziękowaniami za próbkę, a częściowo także dlatego, że jednak odbieram ten zapach nieco inaczej, niż poprzedni recenzenci.

Nie pachnie na mnie ogniem, nie pachnie na mnie morzem, nie pachnie dymem.

Początek zapachu kojarzy mi się z... rozgrzanym powietrzem. Powietrzem unoszącym się w górę, falującym, zmieniającym optykę, ruchliwym, a jednak aż gęstym od gorąca. A powietrze to nie unosi się znad otwartego ognia, lecz znad lśniącej, rozgrzanej płyty kuchennej (jak w japońskim barze), na którą ktoś sypnął kilka kryształków cukru. Aromat na pograniczu topnienia i podpalania sacharozy jest znacznie subtelniejszy, niż przy procesie karmelizacji czy robieniu waty cukrowej. Po prostu ślad słodyczy w drgającym, czystym upale.

Po chwili zapach zmienia się, różnicuje, przekształca w swoisty patchwork: statyczną harmonię różnych faktur i wrażeń. Do rozgrzanych pierwszych nut dołącza jasny, świeży cedr, chłodna lawenda, nuta oczyszczonego eugenolu, wysłodzonego zimnem kłącza irysa i pachnący nienormalnie wprost ładnie w tym zestawieniu... kurz. Kurz nie przemysłowy, nie wielkomiejski, lecz taki, jaki czujemy przy wyciąganiu drewna z kosza podczas rozpalania w kominku po długiej nieobecności w domu. Lekko drzewny, z nutą pyłu pozostałego po cięciu klocków piłą, pachnący starym dymem, bo przecież kosz nie raz stał przy kominku, kiedy płonął w nim ogień. Ten dymny akcent przypomina mi chłodny spokój Fire From Heaven I Hate Perfume. I trochę zapach starej szafki na przyprawy, w której zawsze coś się wysypie - przyprawy w kompozycji Isabelle Doyen nie są ostre i świdrujące w nosie, lecz pyliste, zwietrzałe. Co nie znaczy, że brzydkie.

Oj, nie będzie tu żadnych lwich ryków. Jest szept. Lew śpi snem głębokim i nie śni wcale o krwi i polowaniu.

Let Me Play the Lion to zapach spokojny, niemal cichy. Kojarzy mi się z delikatniejszą (lecz nie mniej trwałą) wersją Hinoki Comme des Garcons, a bardziej nawet z przestrzennym Frankincense & Myrrh Czech & Speake. Trudno mi jednak nazwać ten zapach zimnym, czy też kadzidlanym. Prędzej "pokadzidełkowym" - jest jak białawe śmieciki po wypaleniu kadzidlanej pałeczki. Jak wspomnienie po dymie. I to nawet nie po takim prawdziwym dymie z nad ognia, tylko po jasnej jak modlitwa smużce pnącej się do nieba...


Data powstania: 2006
Twórca: Isabelle Doyen

Montale Chocolate Greedy

.
Chocolate Greedy Montale to oczywiście kloc. Tu nic się w stosunku do innych zapachów tej firmy nie zmienia: zapach jest ciężki, toporny, bez finezji. Mocny i zgrabny jak nosorożec. Tym razem jednak nie jest to tak do końca wadą.

Bo jeśli ktoś naprawdę ma zachłanną, łapczywą chęć na czekoladę to żadne subtelności mu nie w głowie. A Chocolate Greedy wali czekoladowymi nutami jak obuchem siekiery.

Kiedy dotarła do mnie odlewka, już przez kopertę czułam czekoladę - pomimo, że nic się nie rozlało i flakonik był szczelny. Po rozpakowaniu buteleczki byłam tak nawąchana, że miałam dość. Użycie nie wchodziło w grę.
Do testów podchodziłam jak pies do jeża - i słusznie: każde użycie (użycie to jeden maleńki psiczek) tych perfum wiąże się z uśmierceniem wszystkich innych aromatów w promieniu kilku metrów. Moc ma to cholerstwo pioruńską.

Wąchany z bliska, z nosem przy skórze zapach poza czekoladą zawiera proszek do pieczenia, jakąś nutę drożdżową, goryczkę grejpfrutowych błonek, kuchenne olejki zapachowe i charakterystyczny zapach nierozpuszczonego Vibovitu. Kto jednak używa perfum po to, żeby siedzieć z nosem wciśniętym w nadgarstek?

Kiedy wąchamy Chocolate Greedy z większego (najlepiej dużo większego) dystansu, składniki łączą się ze sobą i syntetyczne nuty nieco bledną. Choć Vibovit zostaje. Czekoladowe Montale pachną deserowymi pralinkami z lekko alkoholowym, ciemnym nadzieniem, dość dawno zmieloną kawą o lekko zwietrzałym aromacie, masłem kakaowym (muszę wyodrębnić tę tłustą nutę, bo jest wyraźnie wyczuwalna) i, niestety syntetyczną, wanilią. A wszystko to razem jest rozgrzane, miękkie, topniejące, rozwarstwiające się pod wpływem ciepła skóry... Dla mnie mdłe do porzygania.
Nie wiem, jak to możliwe. Naprawdę lubię czekoladę. Trzystugramowej tabliczce Lindta z kardamonem i cynamonem daję radę na jedno posiedzenie, ale tu wysiadam. Po pół godzinie w towarzystwie czekoladowego potwora z Montale mdli mnie, jest mi fizycznie niedobrze, żołądek wiąże mi się na supeł, lokuje tuż poniżej przełyku i odmawia współpracy. Gdybym szukała zapachu ułatwiającego odchudzanie - tu efekt przymusowego postu byłby murowany.

Po długim, trwającym ze cztery godziny okresie rozpadu połowicznego na ludzkiej skórze z czekoladowego killera zostaje niemal sam Vibovit. Czekoladowy - ale ja nie wiem, czy to dobry koncept smakowy.
I ten zapach pozostaje z nami na kolejne kilka godzin. Tak więc trwałości tych perfum nic zarzucić nie można.

Chocolate Greedy to typowy przykład "przedobrzenia". A najgorsze jest to, że nie da się ich użyć z umiarem. Jedno, maleńkie, oszczędne psiknięcie na nadgarstek - ilość, która w przypadku innych perfum byłaby żałośnie skąpa - już powoduje wrażenie tkwienia w gęstym, grząskim ulepie. Nie potrafię oddychać tym zapachem - czuję, jak gdyby wpychał mi się do nosa, oblepiał drogi oddechowe, wypełniał płuca, spływał do gardła...
Kiedy spróbujemy testów na świeżym powietrzu, wrażenie braku tlenu nie jest tak intensywne, da się przetrwać. Tyle, że nie wyobrażam sobie noszenia zapachu, w którym boję się wejść do jakiegokolwiek zamkniętego pomieszczenia.

Dodam jeszcze z pewnym wahaniem, że bluza, w którą byłam odziana w dniu, w którym raz jedyny użyłam Chocolate Greedy globalnie po dwóch - trzech dniach pachniała naprawdę przyjemnie. Zastanawiam się, nad uzyskaniem tego efektu bez przechodzenia przez pierwsze dwa dni...


Data powstania:
Twórca: Pierre Montale

Nuty zapachowe:
ziarna mokki, gorzka pomarańcza, tłuszcz kakaowy, wanilia z Madagaskaru

* Tak poza tematem, ciekawe, jak laska z drugiej fotki wlazła do tej wanny? To musiała być karkołomna operacja. :-)
Jasne, wiem, że to fotomontaż, ale ktoś, kto pomyślał o ubrudzonym czekoladą palcu mógł pomyśleć i o nogach.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...