środa, 27 maja 2009

Le Labo Oud 27

.
Love Hurts

To miała być miłość. Miłość gwałtowna jak "sycylijski piorun" i jednocześnie głęboka jak Rów Mariański.
Dlaczego? Spójrzcie na nuty. Oud w nazwie i żadnej róży w składzie. Byłam napalona jak dachowiec na kocimiętkę!


To, co poczułam po zaaplikowaniu Oud 27 w zgięcie łokcia trudno nawet nazwać rozczarowaniem. To był szok.
Oczywiście brałam pod uwagę ewentualność, że zapach będzie dla mnie za ciężki, zbyt gorzki, zbyt tłusty, zbyt trudny, ale szczerze mówiąc zdawało mi się to nieskończenie mało prawdopodobne.
No i rzeczywiście, zapach nie jest ani zbyt ciężki, ani zbyt tłusty, choć trudny jest... w pewien szczególny sposób.

Oud 27 pachnie uryną. Ostrym moczem płodnego samca.
Ta kwaśna, stopniowo słabnąca nuta doprowadza mnie do rozpaczy.
Pod nią wyczuwam nuty dymne i piękny bukiet aromatów drzewnych. Cóż z tego, skoro posikany?

Wiem, oczywiście z teorii, że agarowe drewno czasem przyjmuje taką postać. Wiem, że są ludzie twierdzący, że na tym polega zwierzęcy magnetyzm tej nuty. Wiem w końcu, że Oud 27 Le Labo nie jest jedynym zakwaszonym w ten sposób zapachem agarowym, bo ledwie trzy dni temu miałam okazję wąchać po stokroć bardziej kwaśny Royal Aoud Montale. A jednak... To miała być miłość!

Cóż rzec mogę? Warstwa podsiuśkowa jest piękna i jednocześnie tak unikalna (nie spotkałam zapachu, w którym oud przybrany byłby w ten sposób), że nawet w tak trudnym sąsiedztwie pokazuje swój potencjał. Siedząc i raz po raz ulegając masochistycznej potrzebie wsadzania nosa w zgięcie łokcia dumałam, czy warto z poświęceniem znosić straszne otwarcie po to, by doczekać anihilacji niechcianej nuty i pełni wymarzonego bukietu mrocznych wonności. Czy fakt, że po jakimś czasie przestaje mi kwaskowy smrodek przeszkadzać wynika z tego, że naprawdę przestaje pachnieć w ten niepożądany sposób, czy raczej jest dowodem na to, że "amor vincit omnia"?

Dodatkowo na tym etapie rozwoju zapachu pojawia się efekt, który nazwałabym efektem lanoliny. Nuty drzewne i zwierzęce dają rezultat w postaci zapachu kojarzącego mi się z (zawierającą tę substancję) pastą do czyszczenia skórzanych mebli tapicerowanych. Oczywiście w porównaniu z pierwszą fazą rozwoju Oud 27 to Pikuś, ale czy ja na pewno chcę to mieć?

Ostatecznie mogę udzielić jednoznacznej odpowiedzi na jedno z postawionych w poprzednim akapicie pytań. Kwaśna nuta naprawdę znika. Po kilku kwadransach nieznośnego napięcia odchodzi w niebyt.
Zostaje piękne, zeschnięte i spękane drewno cedrowe, olejek agarowy, przyciemniony oudowym sąsiedztwem olejek z sandałowca, czyste, "nowe" nuty skórzane przypominające nieco otwarcie Night Aoud Micallef, gęsty dym, ślad dusznego aromatu bordowych róż i wreszcie pełna, esencjonalna ambra i archetypicznie cielesne piżmo.
Zapach staje się ciemny, głęboki i jednocześnie surowy. Prosty prostotą znaną z kompozycji I Hate Perfume.
To nie jest woń orientu, lecz paradoksalnie ascetyczny przepych czystych, niecyzelowanych aromatów drzewnych i dymnych uzupełnionych, a nie ozdobionych dodatkiem przypraw i klasycznych zapachowych "ocieplaczy".

Lubię taką pozorną, starannie przemyślaną prostotę w perfumach. I nie tylko w perfumach. Moje wątpliwości dotyczą tego, czy dam radę znosić to otwarcie...
Szczególnie, że i mocy spodziewałam się większej. Oud 27 nie jest killerem. Snuje się po skórze ciemną smugą, wcale nie tak gęstą i nie tak trwałą, jak oczekiwałam. Nie byłoby to aż takim problemem, gdyby nie fakt, że dokonanie "dopsiku" jest ryzykowne z przyczyn oczywistych.


Dam mu jeszcze szansę. Pewnie nie raz, bo jednak ukochana nuta ma prawo do kredytu zaufania. Będę kombinowała z mniejszym stężeniem - wówczas ostre otwarcie jest mnie wyczuwalne. Spróbuję w upale i w chłodzie, spróbuję zwiększyć ilość słodyczy w diecie (to zmienia chemię skóry niemal natychmiastowo). Będę się starała znaleźć na ten zapach metodę.
Ale wielkiej namiętności chyba już nie mam co oczekiwać. Może będzie z tego choć burzliwy romans?


Data powstania: 2009

Nuty zapachowe:
cedr z Atlasu, kadzidło, paczula, szafran, drewno gwajakowe

poniedziałek, 25 maja 2009

Heeley Cardinal

.
Długo Jego Eminencja czekał na wyrok.
Ale też nie były to dla mnie perfumy łatwe do podsumowania.

Cardinal jest zapachem chłodnym, niesamowicie przestrzennym. Jest w nim... pustka.
Już sama nazwa wskazuje, że twórca nie chciał uniknąć kościelnych skojarzeń, nie będę więc udawała, że ich nie mam.

Pachnąc Cardinalem, wtulając nos w zgięcie łokcia i bardziej jeszcze czując wokół siebie tę niesamowitą aurę wyobrażam sobie jasne żebrowania łukowych sklepień, gładkość żyłkowanego marmuru, chłodny blask złoceń i słodki zapach kutych z ciężkiego żelaza krat.
Świątynia malowana zapachem Heeleya jest piękna i pusta.

W przestronnym wnętrzu wypełnionym miękko rozproszonym światłem nie słychać ludzkich oddechów, ani szelestu kartek modlitewników. Żadne kroki nie odbijają się echem od białych ścian, głos organów nie wprawia w drżenie szyb witraży i serc wiernych. Jest cicho.
Cierpiący w milczeniu Bóg próżno wypatruje kogoś, kto z miłością klęknie u jego stóp. Samotny i zziębnięty od czasu do czasu wstydliwie schodzi z krzyża, by stąpając boso po zimnych kamiennych płytach zapalić kadzidło. Robi to nie dlatego, że jest megalomanem czy bogiem próżnym. Pali kadzidło by ukryć swój wstyd. By przypadkowy gość (który w każdej chwili może przecież nadejść) nie odkrył, że nikt go już nie odwiedza, nikt go już nie kocha.

Pachnienie Cardinalem jest jak wejście do tej niesamowitej świątyni. Słodkie, nieludzko zimne kadzidło, bijący z zapachu blask sprawiający, że oczami wyobraźni niemal widzimy otaczającą nas świetlistą aurę, nieziemski spokój, który jak w żadnym innym zapachu zasługuje na przymiotnik "święty".
W tej zimnej, obcej wizji jest jednak coś, co sprawia, że nie jest ona odpychająca, nie boli. Wyobrażam sobie, że to nadzieja kamiennego boga, który spoglądając z wysokości swego trudnego tronu na zagubionego wędrowca chce wierzyć, że ta mała, ciepła istota zechce go pokochać. Że oto dokona się cud największy.

Cardinal jest chwilą, kiedy Bóg rozpala blade słońce, by w przesączone przez misterne witraże promienie schwytać ludzkie serce. Chwilą, kiedy ma nadzieję...

Zapach jest idealnie złożony. Doskonale zespolone składniki tworzą jednolity, gładki nieomal zapachowy konstrukt, w którym poza kadzidłem i labdanum, niewiele potrafię odnaleźć.
Ma Cardinal wiele cech charakterystycznych dla zapachów Jamesa Heeleya: przestrzenność, świetlistość, pewną lekkość, która nie powinna być utożsamiana z ozonową świeżakowością. I jest przy tym intensywny i przyzwoicie trwały.

Jeszcze słowo o zmienności odczuć. Początkowo, zafrapowana opisami zapachu dałam się zasugerować. Wyczuwałam w Cardinalu coś, co nazwałam cielesnością. Czytałam, że zapach ten nadaje się na tło zapachowe dla zimnych świństw, że jego personifikacja jest wredna, wyrachowana, podstępna. Elve napisała nawet, że to "skurwysyn".
Nie potrafiłam wówczas lubić tego zapachu, nie potrafiłam nim pachnieć i naprawdę sporo czasu potrzebowałam, żeby te sugestywne, porywające wizje zastąpić czymś własnym. Jakiś czas temu odkryłam samotnego Boga, który pozwala mi pachnieć tą zabutelkowaną nadzieją.
Dlaczego to takie ważne? Bo o ile potrafiłabym pokochać gwałtownika i potwora, to zimnych sukinsynów nie znoszę.


Data powstania: 2006
Twórca: James Heeley

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: pieprz brazylijski, czarny pieprz, aldehydy
Nuty serca: labdanum, kadzidło frankońskie
Nuty bazy: wetiwer, szara ambra, paczula

sobota, 23 maja 2009

Comme des Garcons Series 5 Sherbet - Rhubarb

.
Zanim poznałam Rhubarb pomysł wypachnienia się rabarbarem uznałabym pewnie za dość ryzykowny.
Niby zapach jak każdy inny, ale jakoś te kwaśne, włókniste badyle nie kojarzą mi się szczególnie perfumeryjnie. To znaczy... nie kojarzyły. Bo teraz już jak najbardziej. Nie tylko z Rabarbarem CdG, ale także z przepięknym Atlas Cedar Brosseau (do którego recenzji zabieram się już drugi rok) i oczywiście z Burberry Brit Red, w którym podobno rabarbaru nie ma, ale ja nie wierzę...

Rhubarb jest jednak wyjątkowy. W dwóch pozostałych wymienionych przez mnie zapachach rabarbar jest elementem olfaktorycznej układanki, jedną z nut wplecionych w kompozycję. Tutaj stanowi istotę zapachu.

Rhubarb to nie są perfumy z nutą rabarbaru, tylko rabarbar w perfumach.
Zapach świeżych, tryskających sokiem łodyg pociętych na kawałeczki i przysypanych miałkim cukrem. Bez przesady z tym cukrem - jest go w sam raz tyle, by zapach pozbawić strygmatu kwasioła nie czyniąc z niego słodziaka.
Zapach świeży, radosny, pełen słońca, wywołujący w wyobraźni wspomnienie letnich dni, siadających na rękawie biedronek, chodzenia boso po trawie i oczywiście nielegalnych wypraw na rabarbarowe grządki do ogródka babci. I nie ma tu znaczenia, że moja babcia nie miała ogródka, w którym rósł rabarbar.

Przy całej tej kwaskowej świeżości zapach jest ciepły. Ułożony na skórze zaczyna pachnieć jak nadzienie do tarty z rabarbarem. Lekko tylko podpieczone, ciepłe jeszcze, na kruchym cieście przyrządzonym z dodatkiem wanilii.

Aksamitną nutę drzewną i kremową, waniliową bazę wyczuwamy tylko kiedy skupimy się na ich szukaniu. W ogóle zapach poukładany jest w ten sposób, żeby dodatkowe, poboczne nuty nie zakłócały wrażenia rabarbarowej rabarbarowości, lecz by ją podkreślały, dopełniały i upiększały. W ten sposób okraszony rabarbar jest paradoksalnie ładniejszy od siebie samego. To znaczy... Łodygi rabarbaru nie pachną aż tak ładnie, niestety.

Na koniec słów parę o mojej przygodzie z Rabarbarkiem CdG.
Urzekł mnie od pierwszego niucha. Kiedy wizytowałam krakowski (nieistniejący już) Guerrilla Store w planie miałam Avignon i Palisander albo Sequoię. Nabyłam ostatecznie nie tylko Avignon, ale też Zagorsk i Jaisalmer, a z serii Red wybrałam nie drewniaka (choć na Palisander ostatecznie się skusiłam nieco później) lecz jeden z trzech świeżych, żywotnych zapachów Comme des Garcons, które uważam za mistrzostwo w swojej klasie - Harissę.
Pamiętam, że dzień był upalny, żar lał się z nieba strumieniami i dosłownie spływał człowiekowi po ciele. Nic więc dziwnego, że sklep opuściłam niosąc na nadgarstkach świeże aromaty Calamusa i Rhubarbu właśnie. Niestety, o ile Calamus trzymał się na mnie wiele godzin - Rhubarb zniknął po... czy ja wiem? trzydziestu minutach? I powiem szczerze, że cholernik robi mi to do teraz - zwiewa ze mnie.

Niechaj fakt, że jednak go kupiłam będzie potwierdzeniem jego wielkiej urody.
I niech przy okazji fakt, że powyższe kilka słów to jednocześnie moje pożegnanie z flaszką będzie przestrogą dla ulegających urokowi zapachu wbrew rozsądkowi.


Data powstania: 2003
Twórca: Bertrand Duchaufour

Nuty zapachowe:
bergamota, rabarbar, liczi, sok z orchidei, kwiat drzewa pigwowego, krem waniliowy, drewno wenge

środa, 20 maja 2009

Mauboussin Histoire d'Eau

.
Coś się ze mną dzieje. Zaczynają mnie fascynować zapachy ładne.
Takie, których nie chciałabym używać globalnie, którymi nie chciałabym pachnieć "do ludzi", zawierające kwiatki, owocki, łagodnie snujące się po skórze perfumeryjno - zblazowanym pierdkiem.
Normalnie wzrusza mnie ich normalność. Łatwa uroda. Spokojna, bezmyślna czasem twarzyczka, czoło niepobrużdżone zmarszczkami...
Czy to znaczy, że przepadłam i teraz będę ewoluowała w stronę "normalnej kobiety" (na Kroma, przeraża mnie taka perspektywa!), czy może, że mój chyś wykonał już obrót o 360 stopni i wszystko teraz widzę z nowej perspektywy, a normalność jest z mojego punktu widzenia szczytem awangardy? :-)


Dziś o zapachu, który nie do końca odpowiada opisowi zawierającemu słowo "normalność", ale z całą pewnością wart jest mszy.
Kiedyś testując Histoire d'Eau skwitowałam go krótkim "nie moje" i miałam spokój na lata.
Niestety, owe lata właśnie minęły, bo oto całkiem przypadkiem (hihihi, kto w to uwierzy?) wczoraj przed snem wyciągnęłam z szafki atomizerek od Martwej Papugi.

Oczywiście połączenie mandarynki w rzucającym się mocno w nos ylang-ylang to nadal zapach nie mój, ale jakże pięknie skomponowany!
Owocowo - kwiatowe otwarcie od pierwszych sekund "podrasowane" zostało dodatkiem ostrych, szorstkich nut przyprawowych. Kardamon aż szczypie w nos, pieprz zgrzyta w zębach, gałka muszkatołowa pachnie jak zmiażdżona obcasem, a nie jak cywilizowanie utarta, jak w większości perfum. A jednak, mimo tej szorstkiej mocy zapach nadal pozostaje elegancki i kobiecy.
Ale początek to drobiazg, w porównaniu z tym, jak układa się Historia Wody po pół godzinie.

Poszczególne składniki zlewają się w kompozycję spójną, jednorodną. Połączenie nuty cytrusowej i kwiatowej daje efekt przypominający kwiat pomarańczy; wyraźna, ale jednocześnie bardzo cywilizowana, "wyprawiona" woń skóry na piżmowej bazie generuje wrażenie pozornego spokoju; ambra ociepla zapach; a ciągle obecne nuty przyprawowe sprawiają, że nie staje się on gładki, lecz nadają mu pewnego rodzaju zapachowej faktury. Zapach jest szorstki, pozbawiony słodyczy, obcy nieomal, a jednak pięknie układający się na skórze.

Wszystko to razem powoduje, że Histoire d'Eau jest jak dotykanie dzieła artysty. Nie wiem, czy za pomocą tej metafory oddam dokładnie swoje myśli, ale przychodzi mi do głowy, że ta pozornie spokojna kompozycja wpływa na zmysły jak przesunięcie dłonią po drewnianej rzeźbie lub po olejnym obrazie: gdy oprócz widocznego na pierwszy rzut oka efektu końcowego w naszym mózgu pojawia się także świadomość wielu drobnych ruchów dłuta lub pędzla w ręku artysty. Te ślady będące pozornie niedoskonałościami tak naprawdę stanowią o unikatowości dzieła. I podobnie tu - dziwna szorstkość, zmysłowa chrypka tej opowiedzianej zapachem Historii czyni z niej coś więcej, niż dobrze złożony zapach.

I jeszcze ta nazwa... Dziwna, bo w Histoire d'Eau nie odnajduję skojarzeń z wodą. Szukałam w kierunku mokrej szorstkości, rzecznych kamieni, piachu. Ale jednak nie. Nawet piach musiałby być suchy.
Z resztą to nie jest zapach ascetyczny jak piach i kamienie. Jest... Urodzajny.

Jeśli już miałaby symbolizować go falująca powierzchnia to byłby to łan zboża. Obserwowany z oddali zdaje się gładki i miękki tak, jak z oddali Histoire nie zdradza swego nietypowego charakteru. Przy pobieżnym, przelotnym kontakcie wyczuwamy tylko ciepło przyprawioną ambrową kwiatowość. Z bliska, albo w większym natężeniu uderza niecodzienna faktura tej kompozycji - tak jak dojrzałe kłosy kłują palce, a unoszący się przy każdym ruchu pył nieboleśnie drażni śluzówkę.


Dodam jeszcze, że to jeden z nielicznych zapachów, który wizualizuje mi się w kobiecym ciele. To chyba ostateczny, intuicyjny dowód na to, że nie jest "mój".

Data powstania: 2002
Twórca: Christine Nagel

Nuty: mandarynka, ylang-ylang, kardamon, pieprz, gałka muszkatołowa, skóra, piżmo, ambra


* Druga ilustracja: Teodor Axentowicz "Jesień"

czwartek, 14 maja 2009

Patchouli Patch L'Artisan Parfumeur i Patchouly Etro

.
Dziś będzie paczulowo. Specjalnie dla Gothic Aristocrat. Mam nadzieję, że nie kupiłaś Patchouli Patch w ciemno...


Dwie Siostry Paczule
opowieść jak z baśni...


Patchouli Path L'Artisan Parfumeur

Patchouli Patch to zapach, który po raz kolejny utwierdza mnie w przekonaniu, że paczula wyciągnięta do przodu to nie jest moja piosenka.

Początek Paczulowej Ścieżki porastają gęste krzewy. Choć bardziej pasuje tu określenie "krzaki". Osmantus, owszem, ale i inne rośliny ze sporym udziałem krzewów ostrężyn pokrytych przejrzałymi, pokrytymi białym meszkiem pleśni owocami. Teren jest podmokły, ziemia pokryta zbutwiałymi liśćmi i gałęziami.
Kiedy wyruszamy na tę olfaktoryczną wycieczkę dzień jest pochmurny i chłodny, a bure chmurzyska zapowiadają deszcz.
Początek jest ostry i zniechęcający. Ale obiecałam, więc wędruję dalej...

Deszcz nie nadchodzi. Z czasem robi się cieplej i bardziej sucho, choć próżno wyglądać słońca. Jest parno.
Przez zapach stęchłej wilgoci przebija się nieco jasnych aromatów kwiatowych, przyjemnego mydlanego piżma i przyprawowo - ziołowej ostrości. Kompozycja nabiera charakterystycznej dla dzieł Duchafoura ruchliwości, poszczególne nuty pojawiają się, przez chwilę migoczą w zielonym morzu paczuli i cicho znikają. Są to jednak błyski na tyle ulotne, że nie zmieniają w sposób znaczący charakteru zapachu.

W nutach głowy i bazy Patchouli Patch stają się nieco bardziej łagodne, niż w otwarciu - odrobina przypraw z wyraźnym anyżkowym akcentem oraz ciepłe piżmo osuszają i ocieplają zapach. Do samego końca spacer Paczulową Ścieżką pozostaje jednak wyprawą wyłącznie dla paczulowego ekstremisty. I to niezbyt wymagającego, bo jak dla mnie to paczulowa miernota.
Nie ma ani urody Patchouli Micallefa, ani prostoty Patchouli Empire I Hate Perfume, ani niesamowitego klimatu Patchouly Profumum Roma.
A ja dodatkowo nie jestem paczulowym ekstremistą. :-)


Podsumowując:



Data powstania: 2002

Twórca: Bertrand Duchaufour / Evelyne Boulanger

Nuty zapachowe:
osmantus, paczula, białe piżmo, anyż, przyprawy



Żeby nie wyjść na malkontenta skontrastuję l'Artisanowe brzydactwo z czymś ładnym.
Piękna siostra. Paczula z tych ciepłych, suchych, słodko dymnych:

Patchouly
Etro

Otwarcie intrygujące, przypominające nieco aromat brudnej whisky. Dziwna ta nuta będąca skutkiem połączenia bergamoty, bylicy i geranium z alkoholem rychło znika w uścisku fenomenalnie pachnącego sandałowca. I muszę, po prostu muszę zaznaczyć, że to sandałowiec głęboki i mocarny w dokładnie ten sam sposób, a jaki głęboki i mocarny jest sandałowiec z Mysore w Santal de Mysore Lutensa.

I dopiero po tym wspaniałym wstępie zwracamy uwagę na paczulę. Jest tu - oczywiście. Paczula ciemna, aksamitna, w postaci zapachu suchych, zdrowych liści. Ma charakterystyczny orzechowy aromat, który wyszedł na mnie także w Patchouli Micallef i jest nieomal równie piękna. Dodatek róży nie zmienia zapachu w kwiatowe dziwadło - po prostu nadaje tej dość ascetycznej woni krągłości, szlachetności, miękkości.

To szczególne, pełne połączenie paczuli z aromatem kwiatowym i głęboką nutą czerwonego cedru to najpiękniejszy chyba etap naszej drugiej paczulowej wycieczki. Szczególnie, że w tle (a może raczej na samym szczycie) kompozycji ciągle wyczuwamy ożywczą kroplę olejku z geranium i bylicy.

W bazie do głosu dochodzi wanilia, bardzo ładna ambra i zupełnie niemydlane piżmo. Najpierw ledwo zauważalnie dodają zapachowi przytulności, potem także słodyczy. A jednak, nie psują klimatu, nie "przywalają" zapachu, nie miażdżą tworzących oś kompozycji paczulowych liści, bo towarzyszy im kamforowa żywiczność cyprysu świetnie korespondująca z pełnymi, orzechowymi nutami głowy. W efekcie otrzymujemy zapach o temperaturze podobnej do Hinoki.

Gdyby mnie zapytano, jakie są słabe strony tej kompozycji, odpowiem - nie ma takich.
Nie jest to zapach z tych rzucających mnie na kolana, a jednak jestem pełna uznania i podziwu dla złożenia nut i ich wybrzmienia w tym układzie.

Kiedy rozważam spokojnie swoje emocje przychodzi mi do głowy myśl, że mój pozytywny stosunek do Patchouly Etro wynikać może po części z tego, że zapach jest relatywnie mało paczulowy, jak na tę nazwę. I że jeszcze bardziej by mi się podobał bez paczuli... A w konsekwencji - dla człowieka, który upodobał sobie tę trudną nutę w perfumach może jej tu być zbyt mało. Ale, jak już napisałam: to nie mój przypadek.


Tak więc, mili Państwo:



Data powstania: 1989

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: bergamotka, pomarańcza, bylica
Nuty serca: geranium, róża, sandałowiec z Mysore
Nuty bazy: paczula z Jawy, cyprys, wanilia, piżmo, ambra

sobota, 9 maja 2009

Eau d'Italie Baume du Doge

.
Balsam Doży zasługuje na więcej, niż jedną recenzję.
I wcale niekoniecznie dlatego, że jest taki piękny, tylko dlatego, że jest taki... Nieprzewidywalny.

Nie obawiajcie się. Będzie jedna. Ale za to nieco... schizofreniczna.


Pierwsze odsłony zapachu były konsekwentnie urodziwe: gęste, bogate połączenie nut balsamicznych, drzewnych i przyprawowych okraszone dodatkiem podwędzanej słodyczy w klimacie suszonej śliwki.
Cieszyła mnie myśl, że swój cyklik włoskich gawęd zakończę piękną opowieścią (zapachy z nutą przewodnią magnolii i róży uznałam za nieinteresujące z założenia) i do pisania recenzji zasiadłam w doskonałym nastroju.
Przygotowana do tropienia poszczególnych nut tej napchanej treścią mieszaniny zbytkownych woni rozlałam kilka (sporo kilka) kropel na skórę i...


A ponieważ nie miałam specjalnej ochoty opisywać zwarcia instalacji elektrycznej w gabinecie dentystycznym i kontemplować aromatu chloranów, podchloranów sodu, jakichś biopulpów i innych tego typu substancji tlących się wraz z drewnianymi szafkami, skórzanym fotelem i tacą owoców z poczekalni... Postanowiłam przeczekać i napisać recenzję, kiedy Baume du Doge znowu zacznie się zachowywać przyzwoicie.

I tak sobie czekam.
Mały teścik. Witam pana dentystę. Ja mam czas...

...

Po wielu testach stwierdzam, co następuje:
Dentysta wychodzi czasem bardziej, czasem ledwie śladowo, ale od kiedy go wyłapałam,  jestem uwarunkowana i nie potrafię pozbyć się natręta.



Baume du Doge ma konstrukcję bardzo podobną do Bois d'Ombrie. Otwarcie ostre, szorstkie jak papier ścierny nieomal, gorzkawe i jednocześnie bogate. Byłoby piękne, gdyby nie to, że połączenie dziwnych cytrusów z goździkowym eugenolem, kardamonem, cynamonem i ostrym kminem daje efekt, o którym pisałam powyżej. Nawet to jednak nie "skreśla" zapachu.

Jest w nim dokładnie ten sam niejednoznaczny, intrygujący nastrój, co we wspominanych już Umbryjskich Badylach.
I nastrój ten pogłębia się z czasem. Zapach pięknieje. Ostry, chemiczny powiew znika. Ciepła, słodka, lekko dymna baza, która najpierw czai się pod powierzchnią kompozycji niepostrzeżenie wypełnia zapach. I nie jest to sytuacja, w której inne nuty bledną, cofają się, lecz właśnie proces, w którym to baza robi krok do przodu stając się kompletnym, pełnym akordem zapachowym mocnym jak słodkie, czerwone wino.


Baume du Doge to obraz malowany mocnymi, nasyconymi kolorami. W rzeźbionych złotych ramach pyszni się szkarłat, purpura, nasycony, śliwkowy fiolet, intensywny brąz gorzkiej, czekolady i ciepła czerwień mahoniowego drewna. Z rzadka tę feerię ciepłych barw ogrzewa dodatkowo transparentna plama przypominająca słoneczny blask odbity od lśniącego złota.

Kompozycja cywilizowana, bogata, zbytkowna nawet, jednak nie zepsuta brakiem umiaru. Proporcje między owocową, podwędzana słodyczą, a aksamitnie drzewną bazą zostały zawieszone tuż przed granicą przesytu. Jedna kropla słodyczy więcej i byłby słodziak. Jedna kropla złota i byłby kicz. W Baume du Doge nie ma jednak tej kropli.


Olfaktoryczny kielich wrażeń jest pełen. Zebrane w nim żywice i przyprawy ze wszystkich stron świata zdają się rozsadzać kompozycję od środka. Ale nie robią tego.

Czy zapach może mieć wypukły menisk? Czy może wypełniać przestrzeń jak czerwone wino nalane zbyt obficie do złotego pucharu? Czy jego powierzchnia może drgać od wewnętrznych napięć?
Sprawdźcie sami.
Jeśli tylko przetrwacie spotkanie z dentystą.


Data powstania: 2008
Twórca: Bertrand Duchaufour

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: słodka pomarańcza i bergamotka z Kalabrii, cynamon z Cejlonu, kolendra i kardamon z Indii, kmin z południowej Francji, czarny pieprz seczuański
Nuty serca: mirra i kadzidłowiec z Somalii, goździk z Zanzibaru, cedr z Atlasu, szafran
Nuty bazy: wetiwer i wanilia z Wysp Burbońskich, benzoes z Syjamu

wtorek, 5 maja 2009

Eau d'Italie Bois d'Ombrie

.
I stand on the dark wet edge
Cold foam cleanses my toes
I smell driftwood smoke.*

Zacytowałam ten wiersz nie ze względu na smutne konotacje i nie ze względu na chłodną pianę, choć i słoną nutę odnajduję w Bois d'Ombrie.
To, co sprawiło, że mój umysł przywołał wiersz Leto to ostatni wers. I smell driftwood smoke.

Tak wyobrażam sobie zapach dymu tlących się (driftwood nie pali się normalnym płomieniem, tylko tli wytwarzając dużo dymu) wyrzuconych przez morze i wyschniętych w słońcu drew, zebranych i ułożonych w stos.
Przy wersji oryginalnej zostałam nie po to, by komukolwiek imponować, ale dlatego, że nie znajduję w języku polskim odpowiednika i w tłumaczeniu nie sposób go uwzględnić.

***

Otwarcie Bois d'Ombrie jest nietypowe, szalenie oryginalne i... piękne po prostu!

Jest "dry" w każdym znaczeniu.
Jest wytrawne, pozbawione słodyczy, szlachetnie proste.
Jest w nim ta dziwna szorstkość, na którą nasz mózg przekłada moc sunącego po języku szlachetnego alkoholu.
I wreszcie jest suche, suche, suche. Zeschnięte, przesuszone, spękane, stare drewno.

Bois d'Ombrie pachnie jak noc przy nadmorskim ognisku. Ogień niechętnie wgryza się w ciemne, nasiąknięte solą bale, dym unosi się do nieba niemal namacalnie gęstym słupem, butelka whisky krąży z rąk do rąk. Jej smak pali gardło idealnie komponując się z gryzącym w oczy dymem i słonym zapachem morza.
Otuleni ciepłym kocem nie czujemy zimna, tylko jakieś szczególne połączenie wędzonej dymności i przyczajonej tuż za granicą zmysłów przestrzeni.
Zwykle tak zawiesisty dym kojarzy się z aromatem "kominkowym", z zamkniętym pomieszczeniem. Tu gdzieś w podświadomości rodzi się wrażenie, że lada moment poczujemy powiew wiatru, który rozdzieli gęsty obłok dymu jak szczekający pies kierdel owiec. Wiatr nie nadchodzi, nie burzy kompozycji. Ale wiemy, że gdzieś tam jest i to sprawia, że Bois d'Ombrie nie są ani tak statyczne, ani tak spokojne, jak mogłoby się wydawać.

Zapach jest trwały i intensywny. Z czasem cichnie zmierzając w stronę słodko dymnej, jednolitej mieszaniny aromatu szlachetnego drzewa, fajkowego tytoniu (nie palonego, tylko samych cienko ciętych liści), opoponaksu i mirry.
Tak, jak gdybyśmy rozgrzani pod kocem, odurzeni dymem i alkoholem coraz częściej i na dłużej przymykali oczy.

I jeszcze jedna niezwykła cecha tych perfum, na którą chcę zwrócić uwagę: zapach whisky.
Nie lubię whisky, nie pijam i prawdę mówiąc, jeszcze bardziej zdecydowanie nie wącham. Tymczasem tutaj jej wyraźny, intensywny aromat mi się podoba.
Miałam kiedyś kumpla Irlandczyka, który przywoził ze sobą ichniejszą whiskey smakującą wędzarniczym jałowcowym dymem tak intensywnym, że aż wywołującym wrażenie słodyczy. Był to wyrób jakiejś małej, lokalnej wytwórni w prostej, kanciastej flaszce. Nigdy nie odkryłam niczego podobnego, a zapytać już nie mogę, niestety. Ale aromat tego trunku i wspomnienie Kena znalazłam właśnie tutaj.


Data powstania: 2006
Twórca: Bertrand Duchaufour

Nuty zapachowe:

whisky, koniak, koreański tatarak, dzika marchew, żywica copahu, opopnaks, paczula, mirra, kłącze irysa, wetiwer, egzotyczne drewno, tytoń, skóra



* Frank Herbert "Bóg - Imperator Diuny"
** pierwsza ilustracja: fot. Scotty Graham

poniedziałek, 4 maja 2009

Eau d'Italie Sienne l'Hiver

.

Czekając na zimę


Zimowe perfumy kojarzą mi się albo z wilgotnym chłodem wzbogaconym szalenie atrakcyjną nutą przemarzniętych kartofelków jak w przypadku Snow Demeter, albo z przypominającym roomspray aromatem korzennych pierników jak w Winter Delice Guerlain. Zapach Eau d'Italie nie należy do żadnego z wymienionych typów.

W Sienne l'Hiver nie ma zimy do jakiej przyzwyczaiły nas napchane białymi pejzażykami media. Nie ma tropów na śniegu, choinek, bałwanków, sanek, brzuchatych Mikołajów, czerwonych dziecięcych policzków i całej tej ludycznej atmosfery.
Tak właściwie, w ogóle nie ma zimy...

Jest późna jesień. Dni stają się krótsze, niebo mniej błękitne, wiatr ze sprzymierzeńca z walce ze słońcem zmienia się w uciążliwego i napastliwego natręta. Większość drzew straciła już liście, trawy ściemniały, ziemia szykuje się do snu, ostatnie kwiaty w osłoniętych grubymi murami donicach przywiędły z zimna.

Zapach Sienne l'Hiver to dzień, w którym przygotowujemy się do zimy.
Szamocząc się z nawiewającym włosy na twarz i kąsającym w uszy wiatrem z wysiłkiem staramy się wtoczyć do sieni ciężkie donice pełne geranium i skurczonych z zimna fiołków, łamiąc przy tym liście i rozgniatając omdlewające płatki o kamienne powierzchnie. Potem zgrabiałymi dłońmi starannie zawijamy w papier oczyszczone z ziemi cebule irysa i układamy je w jasnych, drewnianych skrzyneczkach. Nieużywany od maja kominek dymi bardziej, niż zwykle gdy palimy w nim świeże szczapy by sprawdzić, czy ciąg jest dobry. Trzaskają niedomknięte drzwi, chłód wyciąga łapy w głąb domu wykradając z niego ciepło i zapach przygotowywanych na kolację smakołyków.
I to jest otwarcie. Pełne jesiennej, przywiędłej zieloności, ze słodką nutą kłącza irysa, która w tym kontekście pachnie jak przemarznięty ogród. Dymne i chłodne jednocześnie.

Kiedy już wtaszczymy do środka wszystkie skarby lata, kiedy zmieciemy z tarasu zwiędłe liście, a kominek przestanie prychać dymem, zamykamy drzwi uszczelniając je dodatkowo zwiniętym w rulon pledem. Zmęczeni, z rozpalonymi od wysiłku i wiatru policzkami siadamy na starej, masywnej kanapie i grzejąc dłonie o kubek parującego grogu milczymy patrząc w ogień. Wnętrze jest ascetyczne, kamienne ściany ledwo pobielone, meble stare, nawet ogrzewający dłonie i usta kubek zrobiony jest z fajansu, a nie z porcelany. Ale to piękna prostota, której czas dodał szlachetności i niezwykłego uroku.

W takim otoczeniu można przesiedzieć wieczór i noc w towarzystwie małomównego gospodarza słuchając jak wiatr trzaska okiennicami i podzwania szybami. Można wraz z nim przeglądać zapasy ziołowych nalewek w zalakowanych, umieszczonych w wiklinowych koszyczkach flaszkach i szykować się na nadchodzącą zimę. Można oglądać pamiątki sprzed lat, słuchać Telemanna i parzyć sobie palce wkładając do ust gorące kasztany. Oczekiwanie na zimę w Sienie nie jest forsownym zajęciem.


Data powstania: 2006
Twórca: Bertrand Duchaufour

Nuty zapachowe:
liść fiołka, geranium, czarne oliwki, białe trufle, dym, cedr, gwajak, prażone kasztany, jesienne liście, wiklina, kłącze irysa florenckiego, mimoza, hiszpańskie labdanum, piżmo

niedziela, 3 maja 2009

Eau d'Italie Eau d'Italie

.
Dziś pozwolę sobie zainaugurować cykl (a może cyklik raczej) opowiastek o kompozycjach, w których Bertrand Duchaufour usiłował zakląć urodę jednego z najbardziej niezwykłych krajów świata.

Eau d'Italie - Woda Italii.
Kolekcja luksusowych zapachów i produktów pielęgnacyjnych zainspirowanych Włochami. Odnajdziemy w nich ciepło rozgrzanych słońcem terakotowych dachówek maleńkiego Positano w Kampanii, zapach tajemniczych ogrodów antycznego Paestum, pełną wyrafinowania atmosferę renesansowej Sienny, potężną moc lasów Umbrii. Tak przynajmniej zapewniają nabywców Marina Sersale - właścicielka ekskluzywnego pięciogwiazdkowego hotelu Le Sirenuse w Positano i Sebastián Alvarez Murena - urodzony w Argentynie dziennikarz i przedsiębiorca.
W 2002 roku postanowili oni uczcić jubileusz pięćdziesięciolecia hotelu w sposób niezwykły i oto w 2004 roku narodził się pierwszy zapachach firmy Eau d'Italie.


Eau d'Italie


Eau d'Italie to zapach względnie lekki, dość świeży, koloński nawet, jasny. A jednak... Jest to lekkość i jasność zupełnie innego typu, niż ta, którą spotykamy w większości zapachów opisywanych w ten sposób.
Wyobraźcie sobie majowy poranek. Wyobraźcie sobie, że w przejrzystym, przesyconym wonią kwitnących w maleńkich, przydomowych ogródkach kwiatów i parującej rosy powietrzu spacerujecie po wąskich uliczkach Amalfi wspinając się wciąż wyżej, i wyżej. Słońce zaczyna kłaść na ramionach swoje ciężkie promienie, ale bryza rozwiewająca wilgotne po porannej kąpieli włosy daje poczucie chłodu. W powietrzu czujemy zapach morza. Obok nas idzie poznany wczoraj mężczyzna, jego biała koszula jest rozpięta i ukazuje kawałek opalonego ciała. Kiedy zarzuca nam na ramiona łopocący na wietrze szal noszący zapachowy ślad wieczorowych perfum i kolacji w ogrzewanej kominkiem tawernie, czujemy zapach jego wody kolońskiej i delikatny aromat ręcznie robionych cygaretek.

 
To naprawdę bardzo udana kompozycja. Połączenie podprawionych lekką, ziołową goryczką nut cytrusowych z kwiatowymi na lekkiej słodko - kadzidlanej bazie jest rzeczywiście sielsko ekskluzywne. Nie przeładowane, pozbawione taniego efekciarstwa. Po prostu świat jest przyjaznym miejscem, ludzie są piękni, problemy nie istnieją.... Jesteśmy tylko my i Italia.
Dzień z Eau d'Italie nie skończy się raczej skakaniem z klifu do morza, tarantellą na stole ani namiętną nocą w objęciach naszego złotoskórego towarzysza. Po prostu po idealnym dniu spędzonym na spacerach i zabiegach w ekskluzywnym SPA, zjemy kolejną romantyczną kolację w stylowej restauracji, a potem wrócimy do naszego ekskluzywnego pokoju w hotelu Le Sirenuse i zaśniemy w świeżej, pachnącej magnolią pościeli.

 
Zapach jest trwały. "Trzyma moc" przez wiele godzin i przyznaję, że nawet jego statyczność, linearność jest zaletą. Ta szczególna kompozycja nie rozwija się według schematu głowa - serce - baza. W otwarciu nie atakuje cytrusami, a u schyłku nie ciemnieje. Jest w wyrafinowany sposób prosta i w oszczędny sposób ekskluzywna. W najlepszym stylu.
Choć nie dla mnie.


Data powstania: 2004
Twórca: Bertrand Duchaufour

Nuty zapachowe:
cytrusy, bergamota, czarna porzeczka, magnolia, cedr, kadzidło

sobota, 2 maja 2009

Six Scents No.3 & No.4

.
Zapachów sześć, recenzje dwie.
Będę się usprawiedliwiać. Nie chciało mi się zamawiać reszty. Nie mam motywacji do inwestowania w zakup próbek zapachów z nutami morskimi, cytrusowymi, aldehydowymi. Po co? Przecież niucham tu sobie i skrobię dla przyjemności. Ten blog jest dla mnie takim perfumeryjnym otwieraniem okna podczas śpiewania pod prysznicem. Niczym więcej.
Gdyby mi Symrise, Metaproject i Seven New York przysłali za darmo próbki pełnej kolekcji, pewnie chętnie powąchałabym wszystkie i może nawet pokusiłabym się o jakieś sensowne zestawienie, jak w przypadku Czech & Speake. Ale ponieważ nie przysłali, będą tylko dwa zapachy.

No.3 The Spirit of Wood


Zapach rzeczywiście pasujący do nazwy.
Połączenie nut zielonych oraz przestrzennego, uwalniającego żywiczne olejki eteryczne drewna cyprysu i hinoki daje nam ożywczą jak pierwsze promienie słońca "górę" zapachu. Tło, baza w postaci chłodnego cedru pachnącego jak mokry patyk wyjęty z lodówki zestawionego z zaskakująco ciepłą ambrą "uziemia" kompozycję, osadza ją w gruncie (a może w zielonym leśnym poszyciu).
Obie te warstwy nakładając się na siebie rzeczywiście dają wrażenie czegoś w stylu uduchowionego drewna. Ów drzewny duch jest jasny, opalizuje chłodnym blaskiem i faluje płynnie, kiedy jak wstążki w warkocz wplatają się w niego smugi jasnego dymu. A może to nie dym, tylko jakaś olfaktoryczna ektoplazma? ;-)

W pierwszej godzinie życia Spirit of Wood jest zaskakująco podobny do Encre Noire. Cyprys zestawiony w tamtym zapachu z wetiwerem, tu w podobny sposób ożywiony został dodatkiem liści figi.
Potem podobieństwo staje się nieco mniejsze. Trzeci Zapach rozwija się w kierunku kadzidła, nabiera głębi i zaczyna przypominać zmiękczone Hinoki. Przyznaję, że chyba nawet podoba mi się bardziej. Choć trwałość i moc ma mniejszą.

Twórca: Philippe Paparella

Nuty zapachowe:
zielona trawa, liście figowca, cyprys, żywica elemi, kardamon, cedr, wetiwer, hinoki, biała ambra


No.4 Diagonal


Kontrast, dwuznaczność, dwojakość? Walka między światłem, a ciemnością?
I co jeszcze, pani Coppermann?

Chłodnik z koperkiem.
W ramach kontrastu i dwuznaczności jest to ciepły chłodnik z koperkiem.

Podaję przepis:
pasteryzowane mleko, pół na pół ze śmietankową nutą z Le Feu połączyć z gotowanymi warzywami (najlepiej z buraczkami i pietruszką), doprawić pękiem zielonego koperku, odrobiną surowego fenkułu pokrojonego w piórka, sporą ilością pieprzu z papierowej paczuszki (w odróżnieniu od świeżo mielonego), dodać nieco gałki muszkatołowej i dorzucić dosłownie kuleczkę ziela angielskiego. Nie chłodzić, zostawić w temperaturze pokojowej, odczekać, aż się przegryzie.
Podawać w drewnianej miseczce, jeść sandałową łyżką.
Popijać schłodzoną herbatą Lapsang Souchong.

Coś mam wrażenie, że twórcy Sześciu Zapachów nieco zbyt obficie czerpią ze skarbca dotychczasowych dokonań perfumeryjnych kreatorów. W Diagonalu znajduję nie tylko bardzo wyraźny ślad Le Feu, ale też Etry i Tea For Two.
A może jeśli pozna się pewną liczbę zapachów szukanie analogii jest nieuniknione?

Twórcy: Gareth Pugh, Emilie Coppermann

Nuty zapachowe:
koper, czarny pieprz, gałka muszkatołowa, czarna herbata, palisander, zachodnioindyjski olejek sandałowy, biała ambra, piżmo

piątek, 1 maja 2009

Max Mara Kashmina Touch

.
Obiecałam unikać zbyt rozbudowanych dygresji, więc tym razem zagajenie będzie krótkie.
Odlewkę Kaschminy dostałam zupełnie niespodziewanie od pewnej wyjątkowej Osoby.
Ta Osoba lubi żonkile. To w pewnym stopniu ułatwiło mi wybór akwarel użytych do zilustrowania tekstu.
Daffodilko, dziękuję.


Akwarela zapachem malowana

Kashmina Touch
zaczyna się zapachem spożywczego kremu cytrynowego. Nie takiego do tortów - zbyt lekki jest na tort, raczej takiego do domowych ptysiów albo francuskiej tarty.
Muszę zaznaczyć, że nie jest to zapach cytryny - pojęcie kremowości jest tu kluczowe. Nie ma ostrości, nie ma charakterystycznej dla tego zapachu świeżości, nie ma kropel soku - to zapach miękki i matowy. Bardzo niecodzienna wersja cytrusów.

Sukcesywnie łagodniejąca cytrynowo - kremowa nuta zostaje powoli ocieplona, przykryta pierzynką rozproszonych aromatów kwiatowych robiących wrażenie, jak gdyby kwiaty, które użyczyły Kashminie swej woni były wykonane z aksamitu albo z miękkiej irchy (celowo nawiązuję do Daim Blond). Poza kwiatową miękkością jest w Kashminie obecna równie łagodna i cicha drzewność. Wyszczególniony w nutach cedr zatracił zupełnie swoją "drewienkową" szorstkość i świeżą jasność. Przypomina mi bardziej miękki sandałowiec, niż sam siebie.

Z czasem cytrynowy krem staje się tylko elementem tworzącym ciepłą barwę pastelowo żółtego tła, na którym rozmytą akwarelą zaznaczono kontury drzew i kwiatów.
Kashmina Touch jest taką zapachową akwarelą - oszczędną kolorystycznie, bez ostrych kontrastów, bez zaznaczonych konturów.

Nie jest to zapach walący mnie obuchem w ośrodek zachwytu, ale on chyba nie ma taki być. Jest... Przyjazny.
Ma w sobie łagodność Daim Blond, ale jego odbiór jest przesunięty. Zamiast wiewu, śladu zapachowego, mamy statyczny, choć niedookreślony obraz, który nie przykuwa uwagi, nie sprawia, że zastygamy w zachwycie wgapieni w olfaktoryczną konstrukcję. Kashmina po prostu uprzyjemnia dzień.


Data powstania: 2008
Twórca: Olivier Cresp

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: sycylijska cytryna, amaretto
Nuty serca: gorzka pomarańcza, kwiaty
Nuty bazy: drzewo cedrowe, piżmo, kaszmir


Ilustracja 1: "Spring Daffodils" Marilyn Timms

Creative Scentualization Perfect Veil

.
Sarah Horowitz-Thran, założycielka i nos amerykańskiego "domu perfumeryjnego" Sarah Horowitz Parfums twierdzi, że odnalezienie idealnego zapachu może pozwolić człowiekowi nie tylko odnaleźć swoje miejsce w życiu, ale także uświadomić mu kim jest i co kocha.
Jej perfumy, a także kremy i świece są więc idealne. A w każdym razie wszystkie noszą zbiorczą nazwę Perfect Perfumes, Perfect Cremes, Perfect Candles. Dla kogo perfect?

Interesującym aspektem działalności firmy jest oferowanie klientom możliwości stworzenia własnych zapachów. Niestety, paleta nut jest mocno ograniczona. Osiem zapachów nuty głowy: bergamota, czerwona pomarańcza, galbanum, grejpfrut, cytryna/limona (jak gdyby to było to samo), liczi, nuta morska i owoców tropikalnych. Trzynaście zapachów nuty serca: goździk, figa, frezja, gardenia, zielona herbata, wiciokrzew, jaśmin, bez, lilia, przyprawa dyniowa (mieszanka zawierająca między innymi cynamon, imbir i gałkę muszkatołową), róża, tuberoza, fiołek. Oraz tuzin zapachów dla stworzenia bazy zapachu: ambra, czekolada, białe piżmo, kadzidło, mec dębowy, paczula, igły sosnowe, drzewo sandałowe, szare piżmo, bób tonka, wanilia, wetiwer.

Nie za bardzo można z tym poszaleć - szczególnie w nucie głowy. Efekt będzie pewnie w klimacie zamieszczonej powyżej ilustracji pobranej właśnie ze strony Creative Scentualization.
Ale sam pomysł ciekawy i wart kilku zdań.

A teraz do rzeczy:

Perfect Veil

Byłam uprzedzona do tego zapachu. Przyznaję od razu i bez bicia.
A to dlatego, że pochodzi on z sałatkowego worka uciech. Myślę, że to wyjaśnienie wystarczy. :-)

Pierwszy test, pierwszy moment - to ma być woal?! Toż to żywcem komunistyczna drogeria jest.
Po chwili w tej drogerii zaczynają sprzedawać nabiał. A może to jakieś kremy i balsamy jednak? W każdym razie nic zachwycającego w otwarciu z Perfect Veil nie wyszło.
Wrzuciłam na luz i uznałam, że kąpieli nie wymaga, ale chyba też niewart jest wzmianki.

I oto po chwilach kilku... czuję coś niepokojąco znajomego. Coś, co kojarzy mi się miło, a może nawet bardzo miło. Zapach kremowy kremowością łączącą elementy kosmetyczne i spożywcze, lekko mszysty, podszyty dziwną nutą przypominająca zapach waniliowego tytoniu fajkowego. Wiem! Onyx by Sage!
Perfect Veil to "wyjęte" z Onyxu środkowe pasmo zapachu. Bez kokosowej, puszystej góry i bez mrocznego, niejednoznacznego drugiego dna.
I przyznam szczerze, że sama nie potrafię zdecydować, jak oceniam ten zapach. Jest etap, kiedy mi się podoba, ale obawiam się, że to dzięki skojarzeniu z bardziej wielowymiarowym rodzeństwem. Kiedy próbuję usunąć ze swojej podświadomości mrocznie kokosowe dodatki, które mój umysł zapożycza dla Perfect Veil od Onyxu odnoszę wrażenie, że Idealny Woal jest... płaski. Że nie okrywa niczego, nie ma za nim lśniących oczu, głębi, tajemnicy. Że to po prostu kawałek gęsto i misternie utkanego muślinu, za którym ukryty jest manekin.
I nic więcej.


Twórca: Sarah Horowitz-Thran

Nuty zapachowe:

Nuty głowy: cytryna, bergamota
Nuty bazy: piżmo, wanilia, drewno sandałowe
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...