piątek, 26 czerwca 2009

Olivier Durbano Turquoise

.
Olivier Durbano lubi kadzidła. Możemy je odnaleźć każdym z jego zapachów, przynajmniej w ilości śladowej.
Było już kadzidło nieruchome i obojętne, było kadzidło omnipotentne, było kadzidło urodziwie owocowe i wreszcie kadzidło pełne żywotnej mocy. Nie lada gratka dla zapachowych piromanów.

Ale przecież nie może Durbano opowiadać ciągle tej samej historii.
Tym razem więc olfaktoryczna opowieść zaczyna się zupełnie inaczej... Tym razem stajemy na skraju wielkiej wody.

Turquoise przenosi nas nad brzeg oceanu.
Stoimy na wysokim klifie, ostre kamienie kaleczą stopy, chłodny wiatr przenika przez ubranie, promienie słońca cienkimi strużkami sączą się przez burzowe chmury. Ocean pod nami, monotonnie i pracowicie, wymywa kolejne mikrometry skał tocząc walkę o przestrzeń dla bogatego wodnego życia. Do naszych nozdrzy dochodzi woń przesyconego ozonem powietrza, mocno nasyconej solą i jodem wody i zaścielających skały wodorostów.
Za nami, wczepiony w skaliste podłoże, trwa las ciemnych, żylastych sosen. Pod ich osłoną owocują krzewy jałowca i głogu.

Otwarcie zapachu jest proste. Naprawdę przywołuje wizję morskiego brzegu. Wymienione w nutach serca algi najmocniej wyczuwalne są właśnie na początku tej pachnącej podróży i w zestawianiu z ozonowo - terpentynowym chłodem dają efekt, który przypomina nieco połączenie Salt Air i Ocean Demeter; Turquoise jest jest jednak nieporównywalnie lepiej złożony i pełniejszy.

Po tym zadziwiającym preludium turkusowa fantazja Durbano płynnie i powoli zaczyna zamieniać się w perfumy. Pojawia się piękna nuta żywiczno - kadzidlana. Kadzidło absolutnie niezwykłe. Pełne mocy, a jednak wkomponowane w pozostałe nuty dyskretnie i z wyczuciem. Intensywne, lecz transparentne. Nie zagłusza turkusowych nut powietrznych, morskich i roślinnych, lecz wchodzi w nimi w spokojną, płynną reakcję wydobywając z nich.... moc. Dzięki tej słodko - gorzkiej, żywicznej głębi kompozycja nabiera jednocześnie gęstości i łagodności. Przestrzeń tworzonego przez zapach obrazu ociepla się, wypełnia i pozwala oswoić.

Pojawiające się na tym etapie nuty kwiatowe (naprawdę jest tu aromat kwiatu lotosu!) i słodko miodowe zadziwiająco spójnie łączą się z akcentami morskimi tworząc nową jakość. Surowy morski brzeg stał się wspomnieniem przyczajonym pod ciepłą, bezpieczną słodyczą jak osuszony i ogrzany w dłoni morski kamyk ułożony między kaszmirowymi sweterkami w walizce. Kaszmir jest niebieski, ale ten kamyk tu nie mieszka.

W miarę jak oddalamy się od początku tej historii, oddalamy się też od wizji oceanu. Zawiesiste nuty nieśmiertelnika i miodu stają się coraz bardziej intensywne, zapach pięknieje w sposób klasyczny, perfumeryjny i przyznaję, że przy pierwszych testach poczułam w tym momencie rozczarowanie.

A jednak... Turquoise nie przekracza granicy czyniącej z niego zwyczajne perfumy. Na etapie kiedy aldehydowe nuty morskie stłumione zostają przez ciepłą słodycz (co nie znaczy, że nikną zupełnie) pojawia się kolejny wart uwagi akord tej kompozycji. Baza. Baza szlachetnie drzewna, łącząca ciepłą, słodko dymną woń spokojnie tlącej się żywicy i aksamitny aromat szlachetnego drewna z chłodem ciągle brzmiącej w tle terpentyny i goryczką schnącej kolendry. Szorstka i miękka jak w Bois d'Ombrie Eau d'Italie, łącząca przestrzeń z drzewnością jak z Feminite du Bois Shiseido.

Wyobraźcie sobie zapach: wciąż wyczuwalny ocean, słone fale wpełzające na brzeg tuż za pobliskim wzniesieniem, ślad miodowej słodyczy kwiatowej nuty serca i bliskie, bogate nuty drzewno - dymne. Wszystko to razem tworzy efekt wart poznania.

Gasnący na skórze Turkus w fazie schyłkowej znów wraca do morza. I, z żalem stwierdzam, że nieco się "wypłaszcza", traci wielowymiarowość. Tym razem nie jest to wietrzny klif z lasem za plecami, lecz ciepła plaża wieczorem, kiedy powietrze jest statyczne i ledwie słychać leniwy plusk fal na łagodnym brzegu.

Ten uwięziony w grubym szkle błękitny ocean jest jak olfaktoryczna podróż żaglowcem: będzie pięknym przeżyciem dla kochających nuty morskie i długim koszmarem dla perfumeryjnych szczurów lądowych.
Chociaż zaraz... Zaraz...
Przecież ja nie lubię nut morskich!


Data powstania: 2009

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: terpentyna, igły sosny, owoc róży, żywica elemi, somalijskie kadzidło (wedle niektórych źródeł somalijska żywica olibanum), jałowiec
Nuty serca: alga fucus (morsztyn), lilia, pachnąca trzcina, kwiat lotosu, kolendra
Nuty bazy: nieśmiertelnik, miód, drewno balsamowca mirry, ambra

środa, 24 czerwca 2009

Kwiatowe cytrusy w trzech odsłonach

.
Dziś dalszy ciąg letniej serii (a może raczej zaklinanie lata, bo aura nie rozpieszcza) - trzy zapachy będące połączeniem nut cytrusowych i kwiatowych. Trzy zupełnie różne podejścia do tego tematu i trzy zupełnie różne efekty.



Annayake
Pour Elle

czyli
Zdecydowanie Dla Niej


Oj, kreacja Annayake Dla Niej zdecydowanie nie jest dla mnie.
Zapach w otwarciu jest przeszywająco sztywny i ostry. Niemal szeleści na skórze jak wykrochmalone "na dechę" białe płótno, drapie i drażni jak syntetyczny pancerz kreacji stworzonej dla lalki, nie dla kobiety.

Kiedy poznałam Pour Elle pierwszą moją wizją był pokaz haute couture i wieńcząca go ekscentryczna, przekombinowana suknia ślubna przemieniająca noszącą ją modelkę w artystowsko - turpistyczną instalację.
Zapach jest jasny ostrą jasnością zakwaszonych ukiszonymi cytrusami kwiatów. Plastikowy nutą laminowanych owocowych skór. Słodki słodyczą słodzonej aspartamem i syntetycznie barwionej oranżady. Zimny jak świeżo wykrochmalona pościel i jednocześnie irytująco gorący jak podrażniona nią skóra.

Znajduję tu najbrzydszą chyba bergamotę świata, nutę, którą mogłabym określić jako wyekstrahowaną ze sztucznego miodu sztuczność bez słodyczy, wyraźny, okropny akord wodny, ziemisty, mętny zapach mate i metaforycznego zabalsamowanego żywicą zimnego trupa na dodatek.
W miarę rozwoju zapach traci nieco swojej syntetycznej sztywności na rzecz wrażenia wilgoci, chłodu, czegoś nieświeżego i niezdrowego jak pozostawiony na wiele późnojesiennych dni na balkonie bukiet lilii w metalowej konewce. Kwiaty nie schną, lecz pleśniejąc więdną. Zapach kiśnie, podobnie jak nastrój otoczonej nim autorki tego bloga.

Jeśli miałabym szukać personifikacji tych perfum, byłaby to kobieta wypacykowana do granic możliwości i jednocześnie w niepojęty sposób właśnie tym pacykowaniem oszpecona. Chuda, poirytowana i zgryźliwa panna młoda z koszmaru starego kawalera.


Data powstania: 2000

Nuty zapachowe:
cyprys, figa, nuty kwiatowe, biała herbata



Kilian
Prelude to Love

czyli

Beautiful Prelude to Nothing

Nie oczekiwałam wiele po tej kompozycji. Właściwie, przyznaję, że spodziewałam się czegoś dla mojego nosa nieznośnego. Neroli i kwiat pomarańczy zwykle dają na mnie fatalny efekt.
Przypuszczałam więc, że będzie to bardzo trwałe okropieństwo. Tymczasem nie jest to ani okropieństwo, ani trwałe. I chyba mi żal.

Otwarcie mnie zaskoczyło. Cytrusy w wersji, która szczerze mi się spodobała. Nie żeby jakaś rewolucja, ale przyjemne dla nosa pozbawione ostrości połączenie cytrynowej skórki, bergamoty i bardzo kulturalnie powściągliwej mandarynki. Zapach wytrawny i łagodny jednocześnie; świeży, lecz zupełnie pozbawiony ostrości i kwasu.
Po chwilce do tego jasnego, ładnie zestrojonego cytrusowego trio dołącza również świeży, nieco ostry imbir, który nie zaburza harmonii zapachu, lecz wzbogaca go o dodatkową, bardzo pożądaną nutę nadającą pogodnie owocowemu otwarciu nieco pazurka. Tuż potem, powolutku, dyskretnie, skradając się na paluszkach (na pręcikach ;-)) pojawiają się upojnie ciepłe, orientalnie bogate lecz zupełnie nietypowo brzmiące nuty kwiatowe i ślad zapachu przypominającego mi miękką, wyprawioną skórkę natartą tłustymi, świeżymi olejkami eterycznymi.

I znów - nie napiszę, że tu zapach siada, robi się ciężki. Przez zestawienie z pięknie lekkim otwarciem neroli i kwiat pomarańczy (wciąż nie mogę uwierzyć, że to one) zachowują kwiatową delikatność i kruchość wiotkich płatków dając wrażenie nasyconej treścią przestrzenności aromatu unoszącego się w pomarańczowym gaju w ciepły, letni wieczór.
Połączenie to tworzy woń jednocześnie prostą i bogatą. Nuty wskazywałyby na napastliwego killera, ale to wrażenie mylne.

A kiedy nadchodzi chłodnawy, słodkawy irys... zapach zaczyna blednąć. Nabiera dziwnej transparentności, która sprawia, że jest, "a jakoby niczego nie było".
Niby ciągle wyczuwam i mandarynkę, i kwiat pomarańczy, i nawet gdzieś tam snuje się aromat irysa, ale kiedy się nie skupiam, nie mam wrażenia, ze pachnę.

Prelude To Love to kolejny zapach Kilian, który opiszę jako elegancki. Jeśli cytrusy w ogóle mogą być eleganckie i delikatne, to te właśnie są.


Data powstania: 2008
Twórca: Calice Becker

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: bergamota, pomarańcza, cytryna
Nuty serca: neroli, kwiat pomarańczy, imbir
Nuty bazy: irys florencki



Hors la Monde
Shiloh

czyli
Wiele hałasu o coś

Tu pozwolę sobie na zagajenie.

Shiloh oznacza po Hebrajsku "dar od niego". W rozumieniu podarunku dla ukochanej kobiety.
O samym zapachu głośno było nie z powodu rewolucyjnej receptury, lecz przy okazji procesu, jaki wytoczyła Angelina Jolie firmie Hors La Monde oskarżając jej właścicielkę Symine Salimpour o bezprawne użycie imienia angelinowej latorośli. Czy można opatentować słowo z języka, którym posługuje się pięć do ośmiu milionów ludzi?
Pytanie pozostawiam otwarte, bo nie spór prawny mnie tu będzie zajmował.
Zajmują mnie perfumy.

Sam początek spornego zapachu to syntetyczne, drapiące w gardle jak woń żółtego Domestosa cytrusy. Sugestywne, bolesne niemal wrażenie obcowania ze żrącą substancją. Z czasem nieprzyjemna, świdrująca w przewodach nosowych nuta traci ostrość, jednak nie staje się przez to ładniejsza (brzydsza też nie), bo zastępuje ją dziwna gorycz przypominająca mi najbardziej smak, który wyczuwamy u nasady języka pijąc herbatę, w której zbyt długo moczyła się cytryna za skórą.

Z czasem, zza drażniącego syntetyku wychodzi róża. Głęboki, ciemny, ciężki różany aromat mógłby być interesujący w innym zestawieniu, jednak połączenie go z wciąż obecnymi cytrusami mój nos odbiera jako dysonans. Przynajmniej przez pierwszą godzinę.

W miarę jak zapach ociepla się i pogłębia, do róży dołącza sucha, ładna paczula i słonawe nuty dymne. Mogłoby to dać ciekawy rezultat, gdyby nie wciąż wyczuwalne sztuczne cytrusy dające w połączeniu z mhrrrocznymi dodatkami efekt kadzidełkowych sticksów wprost z india shopu. O ile oczywiście istnieją cytrusowe kadzidełka.

W bazie wyczuwam nuty mydlane. Charakterystyczne piżmowe mydełko, tutaj zaostrzone akordami przypominającymi mi świeży imbir, rozmaryn, ziele angielskie, może szałwię. Całość jest interesująca - tego kompozycji stworzonej przez Michela Roudnitska odmówić nie można. Co więcej - kompozycja sukcesywnie i konsekwentnie zyskuje na atrakcyjności i po kilku godzinach zamienia się w intrygująco mroczny, a przy tym wytrawnie oszczędny szyprowy orient. A że trwałość ma wspaniałą, może i warto powalczyć...
Choć ja oddaję pole. Po pierwsze dlatego, że nie mam zamiaru marnować czasu na użeranie się z niesympatycznym otwarciem, skoro tyle jest zapachów pięknych od początku do końca. Po drugie zaś dlatego, że nawet w pełni rozwinięty i oswojony Shiloh to i tak nie moja bajka.

Fascynują mnie za to liczne pozytywne recenzje tych perfum. Naprawdę trudno mi wyobrazić sobie, że inny nos i inna skóra wystarczą, by nie ujawniała się radioaktywna cytrusowa chmura z otwarcia. Mam silne postanowienie przeprowadzenia eksperymentu na żywym organizmie i zlania tymi perfumami kogoś jeszcze. Tak z ciekawości...

Na razie jednak z czystym sumieniem:




Rok powstania: 2007
Twórca: Michel Roudnitska

Nuty zapachowe:
cytryna, bergamota, zioła, róża damasceńska, cedr, szlachetne gatunki drewna, paczula, sandałowiec, kadzidło, mech dębowy, piżmo, wanilia



A na deser dla cierpliwych...


Oto, z jaką emfazą Symine Salimpour opowiada na oficjalnej stronie Hors la Monde o genezie firmy, której jest założycielką i właścicielką:

"Hors La Monde (czytane z francuska Orlamąd) to niezwykłej urody zamek stojący na wysokim klifie wznoszącym się nad Francuską Riwierą. Nazwa tego magicznego miejsca oznacza (w swobodnym przekładzie) "Nie z Tej Ziemi".

Oglądane z tego miejsca niebo zdaje się bezkresne. Dlaczego właściciele tego magicznego miejsca nadali mu imię "Nie z tej Ziemi"? Prawdopodobnie dlatego, że potęga jego piękna była tak wielka, że nie miało znaczenia, gdzie się znajduje.


Hors La Monde wydało mi się odpowiednią nazwą dla tak intensywnie odczuwanego piękna. Sposobem opisania piękna uniwersalnego.


Hors La Monde to linia barwnej biżuterii i wyjątkowych zapachów, w których uchwycono istotę tego tajemniczego zamku umożliwiając odczuwanie go tym, którzy poszukują piękna.


Inspirowane ideą uniwersalnego piękna zapachy są uosobieniem współistnienia delikatności i siły - cech, które czynią nas niezwykłymi w oczach innych."



Nie mogłam się powstrzymać. Tyle razy powtórzonego "piękna" w kupie jeszcze nie widziałam.
Ale może to wynik przekonania, że ludziom trzeba powiedzieć, że coś jest piękne, bo sami nie zauważą? ;-)
.

sobota, 20 czerwca 2009

L'Artisan Parfumeur Sautes d'Humeur: D'Humeur Massacrante & D'Humeur a Rien

.
Dziś wspomnę krótko o ciekawym pomyśle l'Artisan Parfumeur zrealizowanym w 1998 roku.
Mam oczywiście na myśli kofret Sautes d'Humeur (aka Mood Swings) czyli Huśtawka Nastrojów w pięknym, czerwonym pudełku.

Sam pomysł kojarzenia perfum z nastrojami nie jest nowy - od zawsze chyba dla opisania zapachów używano określeń typu: radosny, pogodny, romantyczny etc. W tym przypadku twórcy poszli o krok dalej proponując nam gotowe, już zinterpretowane zapachowo nastroje (albo zinterpretowane nastrojowo zapachy).
Co ciekawe, przypisano im także konkretne kolory.
- Jak przyjemne jest leniuchowanie na niebiesko?
- Czemu zielenieje się z zazdrości?
- I czy koniecznie muszę cieszyć się na różowo?
Oto pytania, które sobie zadaję. Bo odpowiedzi na zagadkę zapachu szarego i czerwonego już znam.



Sautes d'Humeur (Mood Swings) by L'Artisan Parfumeur:

D'Humeur Jalouse (Jealous Mood) - zazdrość ma przypisany kolor zielony. Słodko, gorzki zapach zielonej, trującej rośliny.
D'Humeur Massacrante (Angry Mood) - zapach czerwony. Czerwony jak żar, czerwony jak wściekłość, czerwony jak dzikość. Kofeinowy "kop", przyprawowy cyrk, katharsis.
D'Humeur Reveuse (Lazy Mood) - niebieski. Zapach błękitny jak niedzielne popołudnie, gdy nawet czytanie Timesa wymaga zbyt wielkiego wysiłku, a jedynym zajęciem, któremu chcemy się oddawać jest "nicnierobienie".
D'Humeur a Rien (Spiritual Mood) - szary, kadzidlany zapach. Nostalgiczny jak czyste powietrze wypełniejące kościół w letnie popołudnie.
D'Humeur a Rire (Joyful Mood) - zapach różowy jak rumieniec na dziecięcym policzku. Jasnoróżowe wspomnienie słodkiego dzieciństwa i gumy do żucia Bazooka.


Z racji tego, że dostęp do tych zapachów jest dość trudny, a ja jestem leniwcem i to wcale nie niebieskim, dziś dwa tylko.
Za to oba z nutą kadzidła. A jakże!


D'Humeur Massacrante (Angry Mood)

Najogólniej scharakteryzować go można, jak połączenie nut dymnych z przyprawowymi. Zdziwiłby się jednak ktoś, kto oczekiwałby miękkiego szala jak w Black Cashmere. D'Humeur Massacrante jest ostry, przenikliwy, zimny nieomal. Przynajmniej w otwarciu.

Niesamowite połączenie spokojnej dymności rodem z Burning Leaves zasypanej ostrymi nutami przyprawowymi. Żrąco eteryczne goździki, kmin, jałowiec, świeży pieprz - a wszystko to poszarpane jak odłamki granatu, drażniące jak opiłki metalu na nagiej skórze.

A żeby było jeszcze ciekawiej, pod tym buzującym żywiołem gdzieś w głębi czai się niezwykła, podejrzanie podstępna owocowa słodycz wywołująca w umyśle obraz rozszarpanego tymi wszechobecnymi ostrymi drobinami, krwiście czerwonego owocu. Słodycz ta jest przytłumiona, zdominowana przez bardziej ekspansywne, ewidentnie wytrawne nuty dymno-przyprawowe, jednak tkwi tam gdzieś jak nadzieja na dnie puszki Pandory. A może raczej jak sadystyczny uśmiech po dokonaniu zemsty?

Po paru godzinach D'Humeur Massacrante łagodnieje, robi się słodki słodyczą przypominającą frankońskie kadzidło wychłodzone nutą terpentyny. Uzupełnia je pięknie żywiczne (i sukcesywnie nabierające mocy) labdanum i ślady, dosłownie ślady owocowego miąższu, goździkowych słupków i łagodnego drzewnego dymu.
Całość pachnie tak, że naprawdę można zgodzić się z nazwą - jest jak smak zmęczenia, wypalenia po uderzeniu adrenaliny. Czy katharsis, nie wiem...

Ale tajemnicę czerwieni przypisanej temu zapachowi najlepiej chyba wyjaśnia krew. Krew, która potrafi uderzyć do głowy jak ekspansywne otwarcie zapachu; krew której zapach jest jednocześnie drażniący i słodko intymny jak schyłek tej niezwykłej kompozycji.

W każdym razie Gniew w interpretacji l'Artisan Parfumeur to zapach niewątpliwie wart poznania. Jest jednocześnie ascetycznie ostry i ekspansywnie naładowany treścią. Porywający i odpychający. Przypomina mi nieco otwarcie Eau Lente Diptyque, jednak nie ma w nim wrażenia przepychu. Tylko surowa moc. Przypomina też Hinoki Comme Des Garcons, ale jest bardziej dymny.
Przede wszystkim zaś, bez względu na skojarzenia i analogie - to zapach piękny i bardzo trwały.




D'Humeur a Rien (Spiritual Mood)

Jestem zadziwiona, kiedy czytam opisy tego zapachu w sieci. Suche kadzidło? Albo z moją próbką jest coś nie tak, albo z moim nosem. Owszem, jest w l'Artisanowym Lenistwie kadzidło, jest go nawet sporo, ale od wrażenia suchości jestem daleka. D'Humeur a Rien to kadzidło zawilgocone, podpleśniałe, palone w chłodnym, niewietrzonym wnętrzu wielkiej, kamiennej budowli. Charakterystyczna słodycz żywicy miesza się w nim w niepojęty sposób z piwniczną stęchlizną paczuli.

Drzewna baza jest wilgotna, jak w Ceremony Kamali, tylko bardziej jeszcze. Zapach nie jest ponury, ale jest mroczny, jak gdyby do tego metaforycznego wnętrza nie miało dostępu słoneczne światło. Idealnie oddane wilgotne wnętrze świątyni. Za wilgotne.

Mam wrażenie, że dzięki tej kompozycji wiem już, czym jest sławna (a raczej niesławna) mokra szmata, o której czytam w niektórych opisach Avignon Comme des Garcons. Ja w Avignon czuję jedynie ciepłe, wilgotne oddechy wiernych, tu zaś identyfikuję rzeczywiście coś w rodzaju mokrej szmaty tkwiącej wiele, wiele dni w wiadrze zimnej, brudnej wody. A to wiadro stoi w podziemiach starego kościoła.

A szarość... Szarość tego nastroju to oczywiście barwa mętnej zawartości wiadra.


A teraz proszę, wyobraźcie sobie, że u schyłku zapach jest jeszcze mniej atrakcyjny, niż wczesniej. Rozwija się w stronę nut fizjologicznych i po paru godzinach od aplikacji na skórze pozostaje zapach zimnego potu. Nie "zimnych potów" jakie oblewają człowieka z przerażenia, ale po prostu potu, co wystygł wraz z ciałem, które już zapomniało o wysiłku, ale niestety jeszcze nie przypomniało sobie o kąpieli (i zakładam, że przynajmniej częściowo to "zasługa" sporej ilości piżma w bazie). Możliwe, że "zapomniało" z lenistwa właśnie.
Bardzo mało uduchowiony finał.
.

czwartek, 18 czerwca 2009

KonFIGuracja fig

.
Z okazji zbliżającego się lata wpis nietypowy. Nie jakiś szokująco obrazoburczy, lecz po prostu... letni.

Od razu przyznam się, że zestawienie to nie było moim pomysłem. Nie powstałoby, gdyby nie Aszku, która najpierw zbajerowała mnie i skłoniła do niezobowiązujących, niejasnych i niepewnych obietnic, a potem dostarczyła mi sporej porcji "materiału badawczego" stawiając w sytuacji bez wyjścia. Nie tylko dlatego, że teraz nie sposób się wymówić brakiem próbek, ale też dlatego, że okropnie trudno odmawia się tak miłym ludziom.
Tak więc dzisiejszy wpis dedykowany jest Figowej Panience, która dokonała nieomal niemożliwego. ;-)

Bo tak naprawdę moje uniki nie wynikały jedynie z faktu, że większość figowców dostało już ode mnie wilczy bilet (to znaczy zostało mniej lub bardziej czule pożegnanych), ale też ze świadomości ograniczeń własnego nosa. Wstyd się przyznać, ale figowe perfumy pachną mi zwykle głównie figą. Wyczuwam w nich różne części figowego drzewka, wyczuwam dodatkowe składniki, ale jednak nie jest to takie bogactwo doznań, jak w przypadku kadzideł, o których pisałam jakiś czas temu. Dopuszczam więc możliwość, że moje skromne zestawienie okaże się dla bardziej na figowe nuty wyczulonych Czytelników zupełnie nieprzydatne i groteskowo ułomne. Wybaczcie proszę. Oto subiektywny ranking figowców ocenianych nosem wielbiciela drewniaków.


  • A la Figue! Satellite - jeden z ciekawszych zapachów w tym zestawieniu. Mocno skontrastowana z drzewną surowością (w składzie sok z figowca) ciepła, kwiatowa nuta. W tle pobrzmiewa ziemista, raczej niespotykana w figowych zapachach paczula. Całość naprawdę oryginalna. Mimo perfumeryjnej kwiatowości nie straciła niszowego charakteru. Noszona globalnie przypomina nieco Wet Garden Demeter; tyle, że to ogród figowy.
  • Apricot Fig Index - morela wyczuwalna jest tylko początkowo, w półdystansie. Kiedy zapach zostanie ogrzany przez skórę staje się miękką, dojrzale soczystą figą z dodatkiem cudownej, mleczno - kremowej nuty, która wyczuwalna jest w początkowym etapie rozwoju Premier Figuier Extreme l'Artisana. Tyle, że tutaj ta nuta trwa do końca.
  • Aqua Allegoria Figue Iris Guerlain - zaczyna się dość irysowo i na bloterze tak właśnie zostaje. Na skórze wysładza się i wyłazi z niej ładna, dość perfumeryjna figa. Bardzo fajny, bezpieczny, letni zapach.
  • Arabie Serge Lutens - te perfumy zasługują na uwzględnienie ich w tym zestawieniu niewątpliwie. Są w nich figi: wyraźnie wyczuwalna nuta dojrzałych owoców suszonych na słońcu. Jednocześnie jest to zapach tak mocno odstający od figowego stereotypu, że zdaje się tu obcym przybyszem. Figa przyprawowa, orientalna, bez śladu zielonej świeżości.
  • Drugą Lutensowską figą, która zaskakuje w tym kontekście jest Bois edt Fruits. Owoce są tu bardziej świeże, otoczenie mniej esencjonalnie orientalne, ale to nadal kompozycja Scheldrake'a. Nie ma w sobie cierpkiej zieloności typowych figowych zapachów.
  • Fico di Amalfi Aqua di Parma - zapach bardziej z kategorii cytrusowych, niż figowych. Otwarcie przypomina cytrusowy płyn do mycia szyb, rozwinięcie owiniętą folią sałatkę owocową. U schyłku zostaje na skórze coś w stylu cytrynowo - grejpfrutowo - pomarańczowo - figowej landrynki. Z tych smacznych, mocno owocowych.
  • Fig L'Occitane - lubię taką dosłowność w perfumach. Zapach zielony zielonością chabeziowatą - gniecione, miażdżone gałązki i listki. Owoców w kompozycji brak, a jeśli są, to niedojrzałe, twarde ich zalążki. Kompozycja mocno w stylu L'Occitane - sprawia wrażenie po prostu wyciśniętej z naturalnych składników. Bez polepszaczy.
  • Fig Leaf Demeter - naprawdę pachnie jak liście figowca. Świeży, pogodny zapach figowej zieleniny z dodatkiem czegoś, co kojarzy mi się z zapachem chłodnej, lekko osłodzonej zielonej herbaty. Przypomina mi nieco zapach wąsów winorośli. Oszczędny i prosty. Trwałość pozostawia wiele do życzenia.
  • Fig Tea Parfums de Nicolai - zapach składający się z samego owocu figi, bez liści i innych chabezi wzbogaconego zapachem umiarkowanie słodkiej, chłodnej zielonej herbaty i lekko przyprawowym zadziorkiem. Zapach jasny, dość świeży, ale nie zielony.
  • Figa Yves Rocher (jak ona się właściwie nazywa?) - przyzwoity figowy zapach w dobrej cenie. Trudno mi napisać o nim coś szczególnego: w sam raz słodki, w sam raz świeży, w sam raz naturalistyczny i w sam raz urodziwy. Poprawny w tym pozytywnym znaczeniu. Ale za to nietrwały w negatywnym.
  • Figue Amere Miller Harris - wyraźny fiołek z wyraźną figą. Któż przypuszczał, że te pozornie obce sobie wonie razem będą się tak pięknie dopełniały? A to ciekawe złożenie to nie koniec niespodzianek, bo pod nim drzemie ciepła ambra i żywiczny cedr. Figue Amere to zapach nie dla figowych ortodoksów. Nie dla miłośników niszy naturalistycznej i zgrzebnej. Figue Amere to perfumy dla miłośników zapachów pięknych.
  • Figuier Fleur Fragonard - pachnące rewolucje nie sa specjalnością Fragonard. Ich perfumy sa zwykle klasycznie eleganckie, jak dla mnie nieco zbyt... retro. Żeby nie napisać, że zachowawcze. Figuier Fleur to zapach frezji, magnolii i nie wiem czego jeszcze. Bzu? Konwalii? Kwiaciarni? W głębi ukryta jakaś kwaśnawa nutka, ale coś mi się wydaje, że to bardziej cytrusy, niż figi. Ogólnie jest to aromat ciepły, klasycznie kwiatowo urodziwy i zdecydowanie nie dla mnie. Najbardziej na "nie" z wszystkich wymienionych w tym zestawieniu.
  • Figuier Heeley - w otwarciu aż chrupie. Figi plus liście fig bez dodatku cukru i polepszaczy. Rozwija się w kierunku zapachu ciepłego, ale pozbawionego kremowej gęstości Ekstremalnego Figowca czy Fig Apricot. Najbliżej mu chyba do Philosykos.
  • Fleur de Figuier Molinard - obok Fico di Amalfi najmniej figowy z figowców zielonych. Właściwie znalazł się tutaj głównie ze względu na nazwę. Ładna, perfumeryjna kwiatowość ze śladem kokosowego mleczka. Nie kokosa, a płynu o delikatnym, lekko mdłym smaku, który tutaj ładnie przełamany został zielonością listków figowca. Zdecydowanie damski.
  • Ichnusa Profumum - arcyciekawe połączenie ciężkich, nasyconych aromatów drzewnych, wytrawnego zapachu podsuszonych, niedojrzałych fig i pozornie zupełnie niepasującego do kontekstu zapachu gniecionej zieleniny, którą opis na stronie producenta identyfikuje nam jako skoszoną trawę. Zapach wielopłaszczyznowy, charakterystyczny (i charakterny), wymagający oswojenia. Figa z tych trudniejszych, odarta z niewinności, ale przez to właśnie fascynująca.
  • Io Capri Carthusia - przyjemna, nieco cytrusowa figa z nutą herbaty Earl Grey. Niby nie ma się do czego przyczepić, ale jak dla mnie brak jej charakteru, jak na figę perfumeryjną zbyt oszczędna, jak na figę naturalną zbyt ostrożna. Można używać bez wstrętów, ale żeby od razu kupować?
  • Jardin de Kerylos Parfumerie Generale - figowiec świeżo owocowy. W otwarciu kwaśnawy, z nutą kojarzącą się z zielonymi jabłkami bardziej, niż z figami. W rozwinięciu pojawia się świeży zapach fig i cudownie jasny zapach młodych drzew. Nie wiem, jak pachną sykomory, ale daję słowo, że jeśli to ta właśnie nuta, to zamierzam ją tropić, bo piękna jest niesamowicie. Zapach pozornie banalny, złudnie oczywisty. Prosty prostotą doskonałą. Zdecydowanie zasługuje na to, by go poznać.
  • Philosykos Diptyque - figa dla miłośników zapachów dosłownych. Czyli dla mnie. To zapach zmiażdżonych gałązek figowca. Niejednostajnie, niemonotonnie splecione ze sobą naturalistycznie dosłowne aromaty rwanych, gniecionych w palcach liści, podgrzanego na skórze soku, jasnego drewna młodych gałązek i szorstkiej, brudnawej kory. Z czasem wygrzewa się i traci inwazyjnie zielony charakter na rzecz delikatnej, nieoczywistej i odległej słodyczy owoców, do końca jednak charakteryzuje się urodą przewrotną i niezwyczajną.
  • Premier Figuier L'artisan Parfumeur - rzeczywiście młode drzewko figowe. Lekko wytarmoszone listki, zawiązki owoców, baza z jasnego drewna. Bardzo przyjemny zapach. Poprawny, bez znaków szczególnych, bez czegoś, co sprawiłoby, że chce się nosić właśnie tę konkretną figę. Przynajmniej mnie.
  • Premier Figuier Etreme L'artisan Parfumeur - otwarcie rewelacyjne. Kremowe, puszyste, ciepłe. Niestety, nie rozwija się na mnie Ekstremalny Figowiec szczególnie urodziwie. Traci kremowość nie zyskując nic w zamian.
  • Revelation I Hate Perfume - wedle klasyfikacji na stronie firmy to zapach z serii archetypów. I zgadzam się, że bardzo figowy, ale w sposób szczególny. Tak, jak pisałam w recenzji: przeprowadza nas od świeżego, figowego świtu, przez słodko leniwe południe do dojrzałego zmierzchu. Jednak żeby go docenić trzeba lubić szczególną, oszczędną prostotę zapachów Christophera Brossiusa.
Na dodatek:
  • Six Scents No.3 - zapach zupełnie nie figowy, jednak ze względu na liście figowca w składzie postanowiłam go tu dorzucić. Jasna, chłodna, "uduchowiona" drzewność z zieloną górą. Przypomina zwieńczone wieńcem z liści figowca połączenie Hinoki z Encre Noire. Kompozycja udana, jednak jej trwałość pozostawia wiele do życzenia.
  • Narziß Dorissima - parny, ziołowy, kwiatowy, kremowy i drzewny jednocześnie. A do tego rzeczywiście wyczuwalne są w nim jasne nuty figowych liści. I to właśnie figowych, nie jakichkolwiek. Kompozycja pełna, bogata, skomplikowana, a przy tym bez grzechu nieumiarkowania. I znów: nie jest to typowy figowiec, ale ślad figi jest w nim na tyle wyraźny, ze zasługuje na wzmiankę w tym miejscu. Zapach nie mój, ale budzi moje uznanie.
Z fig, których nie miałam okazji poznać ciekawe dajają mi się dwie: Cielo Napa Valley i Kadota Michaela Storera (choć tu obawiam się dyżurnego storerowego ogra). Jeśli uda mi się je poznać, doklepię parę zdań.

środa, 17 czerwca 2009

Micallef Aoud Gourmet

.
Ta recenzja powinna nosić żartobliwy tytuł:
jeśli chcesz, żeby coś zostało zrobione dobrze - zrób to sam

A czemu?
Ano wysłałam swojego Miłego do Quality po trzy próbki. Z listą.
Wrócił z torbą makulatury: katalogi sztuk dwie (nie wiem po co), spora firmowa torebka (też nie wiem po co) i trzy próbki zagubione w tej torbie na dnie; choć zamiast funta nieekologicznego kredowego papieru wolałabym dodatkową próbkę.
Ale najbardziej wkurzające jest to, że próbka Aoud Gourmet nijak nie chciała pachnieć tym, czym, wedle spisu nut, powinna.
Zaklinało się moje Kłopotliwe Szczęście, że dostało to, co było na liście wystawiając tym na próbę moją wiarę we własne talenty negocjacyjne i zaufanie do pań w Quality, bo zawartość fiolki pachniała podejrzanie podobnie do wersji klasycznej.

Bardzo chciałam napisać coś o tym zapachu z dedykacją dla mojej Siostry w Agarze, ale znając Vanille Aoud nie mogłam uwierzyć w to, że Aoud Gourmet będzie tak bardzo aoud i tak mało gourmet. No i miałam rację.
Kiedy wreszcie dotarły do mnie próbki, co do których mam pewność, że są tym, czym być powinny dokonałam analizy porównawczej i wiem już, że wersja Gourmet rewolucji nie zrobi.

Zapach jest dla kogoś, kto miał okazję poznać pozostałe Aoudy Micallef, doskonale przewidywalny. Ja przewidywałam, że będzie ładny i rzeczywiście taki jest.

W otwarciu nuta drewna agarowego jest względnie intensywna. Jego niezwykły aromat został tu przybrany nutami smakowicie słodkimi. Przybrany, nie przywalony.
Przez pierwsze pół godziny na skórze Aoud Gourmet podoba mi się niemal bez zastrzeżeń. Słodycz nut spożywczych jest pięknie naturalna. Łączy aromat wytrawnego marcepanu osłodzonego jasnym, ciepłym miodem i wspaniale bogatej bazy składającej się ze splecionych, czy może zmieszanych jak białe i czarne piórka w poduszce nut olejku sandałowego, suchej, orzechowej paczuli i czystej, bursztynowej ambry. Jest moment, gdy w tle pojawia się czerwony sandałowiec, ale to tylko chwila - wrażenie to znika kiedy zapach zaczyna się wysładzać.

A wysładza się mocno. Po godzinie, czy dwóch mamy na skórze coś, co klimatem przypomina początkowe, w miarę udane akordy Vanille Aoud, tylko zamiast karmelowej wanilii mamy tu ciepły, domowy piernik. Żywotność nut agarowych jest w tej wersji lepsza, niż w przypadku waniliowej siostry, tło jest mniej oczywiste, ogólne wrażenie korzystniejsze. Jeśli miałabym jednak oceniać wedle kryterium, jakim jest moja tolerancja na słodkości, to w nucie serca (czyli w środku pasma) zapach ma moment, kiedy jest nieco zbyt słodki.
W finale następuje znów wytłumienie słodyczy i po kilku godzinach (kilka to jest jakieś pięć) na skórze zostaje nam miękki, agarowy cień z ledwo wyczuwalnym śladem korzennego piernika. Tak więc finał tej kompozycji, choć cichy, piękny jest i trwa dłuuuugo.

Gdybym miała umieścić Aoud Gourmet na swojej prywatnej skali agarowych miłości byłby oczywiście sporo poniżej wersji klasycznej Aoud, jak wszystko z wyjątkiem Black Tourmaline, jednak zdecydowanie powyżej Vanille Aoud. Nie wiem, czy chciałabym za niego płacić, bo cena nie cieszy, ale gdyby wpadł mi w ręce, mogłabym używać bez wstrętu. Czyli... Jest to bardzo dobry zapach! :-)

Dla osób, którym nie do końca odpowiada ostrość aromatu drewna agarowego, dla wielbicielek agaru w wersji łagodnej, dla miłośniczek słodyczy nieoczywistej, ta puszysta, bezpieczna, a jednak intrygująca i niezwykła kompozycja może być strzałem w dziesiątkę. To piękne połączenie ciemnego, klimatycznego orientu z kobiecą słodyczą. Choć przyznam, że i mężczyznę jestem sobie w stanie w tym zapachu wyobrazić.
Dla oudowych ekstremistów będzie raczej zbyt delikatny. Ale kto wie? Testować, w każdym razie, zdecydowanie warto.


Rok powstania: 2009
Twórca: Geoffrey Nejman

Nuty zapachowe:
oud, cukier, marcepan, miód, wonne korzenie, paczula, cedr, nagarmota (cypriol), ambra, sandałowiec, kaszmeran, piżmo

wtorek, 16 czerwca 2009

Honoré des Pres Nu Green

.
Dziś drugi, po Chaman's Party, z zamówionych przeze mnie zapachów Honoré des Pres: Nu Green, czyli Naga Zieloność.
Mają żyłkę do nazw.


Gdzie jest Numo?

Naga Zieloność to kolejny (po Jade Durbano) dowód na to, że można z mięty zrobić coś fajnego (poza gumą do żucia).
Przyznaję, że właśnie określenie "coś fajnego" najlepiej oddaje moje odczucia względem tej kompozycji. Nie będę tu pisała o pięknie, ani o zachwycie...
To po prostu najpierw lekki, chłodny, zielony oczywiście drink na bazie dżinu, z dodatkiem limonki i mięty. Podkreślić muszę, że nie jest to żadna syntetycznie spreparowana, radioaktywna mikstura, lecz naprawdę sympatyczny aperitif, bardziej chłodzący, niż burzący krew.

Po chwili, kiedy ulotni się radośnie alkoholowa nutka, nasz drink zmienia się w wysoką szklankę pełną dość mocnej, chłodnej herbaty. Znów z dodatkiem listka mięty i cytrynowej skórki (bez kwaśnego miąższu i soku). W tle pojawia się bardzo lubiana przeze mnie nuta gniecionych młodych liści. Dość wytrawne złożenie aromatu gorzkiego herbacianego naparu z czarnej i zielonej herbaty oraz świeżych ziół łagodzi nuta, której najbliżej chyba do brzoskwiń w lekko słodzonym syropie. Ale bez syropu - tylko owoc. I jest to naprawdę ledwie ślad zapachowy w tle.

Być może z czasem zapach wysłodziłby się bardziej, ale niestety, nie dane mi było zaobserwować tego procesu. Nu Green znika ze skóry w tempie ekspresowym. Wprost nieprawdopodobnym!

Jest jak prestidigitatorska sztuczka: oto szklanka zielonego napoju. Pufff! I nagle jest pusta. Nawet kropla na dnie nie zostaje, nawet szklane ścianki są suche.
I tak samo w przypadku Nu Green: mamy na skórze dość intensywny zapach, chwila nieuwagi... I gdzie się podział?


Data powstania: 2008
Twórca: Olivia Giacobetti

Nuty zapachowe:
liście mięty, trawa, indyjskie roślinne piżmo, ziele estragonu, cedr

środa, 10 czerwca 2009

Norma Kamali Ceremony

.
Wyobraźcie sobie kościół. Nie strzelistą, potężną katedrę i nie wyśnioną, odrealnioną eko-kapliczkę od fundamentów po gonty ze zdrowego drewna.
Taki zwyczajny: murowany, otynkowany, z kamienną, nie marmurową posadzką. Żadna tam nowoczesna architektura, żaden zabytek.
Zwykły kościół, jakich tysiące w klimacie umiarkowanym.

Drewno ławek wypaczyła wilgoć, w najdalszych częściach naw grzybne nacieki na tynku, za bocznymi ołtarzami wmiecione śmieci i zagubione przez wiernych ubiegłej zimy rękawiczki, szaliki, stary skarbczyk ze zlepionymi wilgotnym kurzem stronicami.
W tym właśnie kościele jest zakrystia. W zakrystii przetarty nieco cienki dywan ze sznurka, pod wyłożonymi ciemną boazerią ścianami nieużywane od lat fotele pokryte sfatygowaną, bezbarwną tapicerką. I wielki, wielki drewniany kredens odziedziczony po jakimś pańskim dworze.
Kiedy otworzymy ciężkie drzwiczki kredensu, na półce znajdziemy złożoną w kostkę albę. Jest biała i chłodna, ale ewidentnie używana. Wchłonęła nie tylko aromat palonego labdanum, opoponaksu i mirry, ale i zapach potu zapamiętale wywijającego trybularzem młodego akolity, zapach wilgotnych od deszczu okryć wierzchnich wiernych wkładających do wiklinowego koszyczka drobne na ofiarę, a także niezdrowo słodki aromat nieświeżych kwiatów w wazonach. Obok, niedbale wciśnięta leży poplamiona czerwonym winem ściereczka użyta do wytarcia mszalnego kielicha.

Wyobraziliście sobie?
A teraz jeszcze jedno - to dziwaczne, nieperfumeryjne połączenie okazuje się w jakiś przewrotny sposób piękne i... na miejscu w perfumach.
Ta przytęchła, nostalgiczna słodycz jest jak wspomnienie dzieciństwa, którego nie odnalazłam ani w Avignon, ani w Zagorsku, ani w Cardinalu, ani w L'Eau Trois. W końcu tak szczerze: kto z nas chadzał jako dziecko do takiej prawdziwie ikonicznej świątyni?

Ceremony, podobnie jak Incense Normy Kamali pachnie głównie labdanum. Labdanum słodkim jak krew, gorzkim jak czas, strzelistym jak dziecięce marzenia.

Wypełniają zapach wyraźnie wyczuwalne żywice: mirra, opoponaks i chyba balsam Tolu. Gdybym miała się hazardować postawiłabym jeszcze na benzoes. Przypominającej posmak krwi słodyczy nadają Ceremony dziwnie nienaturalne nuty kwiatowe i wyraźny dodatek wilgotnej, piwnicznej paczuli pięknie brzmiącej w tym sentymentalnym obrazie. Nuty drzewne do złudzenia przypominają zapach kościelnych ławek - nie idealnie drzewnego klęcznika z L'Eau Trois, lecz zwykłych, prostych, wilgotnych pulpitów, które wchłonęły zapach spoczywających na nich spoconych dłoni, skórkowych rękawiczek i wilgotnych parasoli. Poza cedrem, który jest oczywisty, choć niecodziennie oprawiony wyczuwam dodatek jakiegoś słodkiego drewna. Nie będzie to wenge, może drzewo kaszmirowe? Zastanawiam się też, czy za kwiatową słodycz nie odpowiada palisander.

Ogólnie jednak wszelkie wymienione powyżej nuty są jedynie spekulacją. Nie udało mi się znaleźć żadnych informacji o tym, z czego "zbudowano" ten niedoceniany zapach.
Dla mnie jest piękny. Pięknem niełatwym, nieoczywistym, niezwykłym. Jest jak słodko - gorzkie wspomnienie dzieciństwa, jak utracone marzenia, które nie bolą, lecz budzą nostalgię.
.

Jo Wood Usiku

.
Parę dni temu pisałam o organicznych perfumach Honoré des Pres.
Dziś, dla pokazania, że organiczne pachnidła to nie wymysł Christiana Davida i Olivii Giacobetti słów parę o istniejącej od 2005 roku firmie Jo Wood.

Tak tak... Dobrze kojarzycie.
Jo Wood to modelka, która przez 30 lat była żoną gitarzysty The Rolling Stones Ronniego Wooda. Ta sama, która na tournee woziła ze sobą parowar.
Jej zamiłowanie do zdrowego, naturalnego sposobu odżywiania stało się anegdotyczne. Nie powinien więc zaskakiwać fakt, że także i kosmetyki preferowała/preferuje naturalne.
Wedle oficjalnej historii firmy powodem jej założenia były właśnie problemy ze znalezieniem w pełni naturalnych, organicznych i ekologicznych kosmetyków. Jak zwykle. Nigdy przecież nie chodzi o kasę. ;-)

Do kosmetyków Jo przekonuje mnie nie tylko ładna linia marketingowa (o której za moment), ale też fakt, że w kosmetykach Jo Wood, nie ma absolutnie żadnych składników pochodzenia zwierzęcego, rośliny pochodzą z ekologicznych upraw, a na opakowaniu zamiast standardowego bla bla bla znajduje się szczegółowy i kompletny skład (także w przypadku perfum wymienione są wszystkie ingrediencje). Olejki zapachowe ekstrahowane są z poddawanych rygorystycznej kontroli składników bez użycia rozpuszczalników. Nawet wchodzący w ich skład alkohol destylowany jest z ziarna pochodzącego z organicznych ekoupraw.

Oferta Jo Wood obejmuje cztery linie zapachowe. Wszystkie inspirowane Afryką.
Na stronie firmy widnieje notka, że przodkowie Jo należeli do plemienia Zulusów. Kurczę... Nie wierzę. Widzicie zdjęcia?!
W każdym razie matka Jo pochodzi z Afryki, a nazwy jej zapachów z języków Suahili i Xhosa: Amka, Usiku, Tula i Langa.
Twarzą firmy jest obecnie Leah - córka Jo i Ronniego.

W sieci dostępne są aktualnie dwa zapachy (ślad pozostałych odkryłam wyłącznie w materiałach reklamowych - są nie do kupienia):

Amka, co oznacza "przebudzenie" w Suahili, to romantyczne połączenie irańskiej róży i egipskiego jaśminu z jasnymi nutami neroli i bergamoty. Zielona mandarynka i słodki kwiat pomarańczy (nie pytajcie, jak kwiat może być słodki - tak napisano na stronie, ja tylko tłumaczę) tworzą świeżą, podniecającą nutę opartą na miękkim, przyprawowym drewnie cedrowym. Zapach energetyzujący i spontaniczny
(tak napisali).


Usiku w języku Suahili oznacza noc. To zapach ciepły i zmysłowy, odpowiedni zarówno dla mężczyzn, jak i dla kobiet. W nutach głowy znajdziemy rozmaryn, igły sosnowe, ślad kardamonu i ostrego imbiru. W nutach serca kolendrę i goździki, a w bazie marokański cedr, paczulę i wetiwer. Usiku zawiera naturalną wanilinę uzyskaną w procesie fer- mentacji dozwolonym certy- fikatami ECOCERT. Wanilina dodaje zapachowi miękkości i
pudrowej słodyczy.


Jak myślicie, który z tych zapachów wybrałam testów?




No dobra, wiem, że niespodzianki nie ma.

Usiku
Noc


Otwarcie ma pełne czystych, jasnych olejków eterycznych. Goździki, kardamon, imbir, igły sosnowe (które mnie przypominają cyprys), rozmaryn, szałwia - wszystko to pachnie ostro, surowo. Rzeczywiście nieco jak przechadzka po ziołowym ogrodzie w przejmująco, ale nie nieprzyjemnie chłodny wieczór.
Zapach kojarzy mi się trochę z zapachem Melisany Klosterfrau, którą moja mama nacierała skronie przy bólach głowy i trochę z zapachem kropli z jeżówki pospolitej nazywających się Echinacea Ratiopharm. Nie są to skojarzenia niemiłe ani nieładne.

Usiku różni się od tych preparatów tym, co znajdujemy pod ekspansywną, przestrzenną nutą głowy, którą ja nazwałabym tu raczej nutą wierzchnią, bo nie znika ona jak klasyczna "głowa" zapachu, lecz staje się transparentna jak coraz bardziej przetarty pled.

Nie tylko cedr, ale i kwiatowo miękki rozmaryn, pięknie żywiczny balsam Peru i wyczuwalna goryczka opoponaksu sprawiają, że zapach nie jest zimny, nie wbija się w drogi oddechowe jak sztyft Vicka, tylko tworzy kompozycję zapachową. Surową, kanciastą, ale jednak w swoisty sposób urokliwą.
Kiedy oswoimy harcujące w nozdrzach eteryczne chochliki zaczynamy wyczuwać drzemiące w głębi drewno gwajakowe i coś, co z pomocą opakowania zidentyfikowałam jako Aurantium Dulcis Fruit Water czyli... nutę słodkiej pomarańczy. To wrażenie słodyczy pogłębia obecność wanilii i orzechowej paczuli, których "działalność" najpierw wydedukowałam (co nie było żadną sztuką - są w opisie zapachu na stronie), a potem w końcu wyczułam, kiedy już wszystkie inne nuty przygasły.

Ogólnie jednak nie jest Usiku zapachem słodkim. Jest wytrawne. Słodycz składników została w nim przetrawiona jak słodycz winogron w winie. I ten chłodno - cierpki efekt nawet mi się podoba. Nie wiem, czy dlatego, że jest chłodno - cierpki, czy raczej pomimo tego.


.

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Tom Ford Private Blend cz.1

.
Tom Ford jest świetnym marketingowcem.
To nic, że gra na najniższych instynktach. To nic, że jego najnowsza kampania jest odpychająco dosłowna i wulgarna. To nic...
Najważniejsze, że działa.


Jego skandalizujące kampanie reklamowe wychodzą naprzeciw ludzkim marzeniom i potrzebom oferując z jednej strony ekskluzywność, szansę na kupienie sobie za pieniądze poczucia wyjątkowości (limitowana dystrybucja i wabik w postaci słowa "private" przy najnowszej kolekcji), z drugiej zaś erotyczne skojarzenia podkręcone wizerunkiem playboya "u źródła" zapachu - Ford kreuje się na zwierzę seksualne, co sprawia, że z jednej strony panowie pachnąc jego zapachami mają poczucie upodabniania się do niego, z drugiej zaś (nawet częściej chyba) panie nakręcone erotycznym wizerunkiem kreatora przenoszą swoje emocje na zapachy.
To niesamowite, ale Tom Ford jako jedyny chyba perfumiarz (choć perfumiarz to chyba nie do końca dobre słowo) dorobił się na forach perfumeryjnych rozentuzjazmowanych fanek jak gwiazda kina.




Kipiące erotyzmem reklamy Forda obiecują nam, że używając jego perfum i nosząc jego ciuchy poczujemy się nie tylko lepsi, niż reszta świata, ale i nieodparcie seksowni.


Sama przyznaję, że przed poznaniem pierwszego zapachu Toma Forda (dla porządku dodam, że było to także przed wywołującą u mnie jednoznacznie negatywne odczucia pornograficzną kampanią) dałam się złapać w sidła fachowej psychomanipulacji. Odlewkę Black Orchid brałam w ciemno i spodziewałam się... Co najmniej cudu. Oczywiście cudu nie było, ale nie zmieniło to wiele, bo po zapachach z serii Private Blend znów spodziewałam się wszystkiego najlepszego.


Wylansowana w 2007 roku seria Private Blend zawiera 12 zapachów, wszystkie klasyfikowane jako uniseksy. Opisy, jak się pewnie domyślicie, nie moje (tylko tłumaczone):

Amber Absolute - zgodnie z reklamą to miodowej barwy połączenie najczystszej formy ambry, uporczywego akordu afrykańskiego kadzidła, labdanum, cennego drewna i wanilii. (Widzicie? Podpowiedziano nam nawet jak mamy sobie wyobrażać ten zapach.)

Black Violet - Chrupkie cytrusy otoczone nowoczesnym, mięsistym akordem owocowym, połączone czarnym fiołkiem. Akcenty drzewne i mech dębowy dodają zapachowi przyjaznego ciepła.

Bois Rouge - ten drzewno - orientalny zapach otwiera elegancka mieszanka cytrusów i przypraw. Luksusowe serce ukazuje cedr, paczulę, jaśmin i konwalię. Sandałowiec, wetiwer, ambra i skóra ogrzane dodatkiem wanilii i bobu tonka dodają zapachowy głębi i faktury

Japon Noir - nowoczesny zapach wzbogacony aromatami z przeszłości otwiera zachęcający bukiet przypraw i ogrzewa paczula i akord Porto Noir (ciemnego porto). Kwitnący nocą jaśmin, skóra, ambra i wetiwer dodają mu głębi i gładkości.

Moss Breches - ciemny i pełny, mistyczny szypr łączący świeże drewno i ciepłe nuty przyprawowe z delikatna esencją absolutu z pszczelego wosku. Intensyfikuje go dodatek marokańskiej szałwii, węgierskiego estragonu, korsykańskiego rozmarynu i labdanum, paczuli i benzoinu.

Neroli Portofino - nowoczesna międzykontynentalna wersja ikonicznego tematu: łączy świetliste cytrusowe olejki i nuty kwiatowe z niskim brzmieniem ambry budząc zmysły i pozostawiając wrażenie jednocześnie ożywcze i konkretne. (tego opisu zupełnie nie pojmuję)

Noir de Noir - ciemny, szyprowy orient. Ten zapach otwiera ziemna bogato tkana opończa szafranu, czarna róża i czarne trufle, z tchnieniem kwiatowości. Pod nimi wanilia, paczula, drewno agarowe i mech drzewny łagodzą intensywność otwarcia czyniąc zapach zmysłowym przeżyciem.

Oud Wood - egzotyczne drewno różane i kardamon, zmieszane z bujnym chińskim pieprzem otaczają noszącego zapach ciepłem. Ostatecznie wnętrze zapachu ujawnia dymny aromat drewna agarowego, sandałowca i wetiweru. W finale ujawniają się kremowe nuty wanilii, bobu tonka i ambry.

Purple Patchouli - ten inspirowany latami sześćdziesiątymi kwiatowo drzewny zapach otwiera delikatny akord orchidei i wilgotne, soczyste nuty cytrusowe. Serce to mieszanina czarnej skóry, akordu paczulowego i egzotycznych przypraw wzmocniona intensywną głębią ambry, paczuli, balsamu Peru i wetiweru.

Tobacco Vanille - nowoczesne spojrzenie na męski klub rodem ze starego świata. Delikatny orient otwierają bogate esencje liści tytoniu i aromatyczne nuty przyprawowe. Serce rozwija się kremowym aromatem bobu tonka, kwiatu tytoniu, wanilii o kakao, a kończy suchym, owocowym akordem wzbogaconym słodką żywicą.

Tuscan Leather - szyprowa mieszanina nut dodaje temu klasycznemu, skórzanemu zapachowi surowej, lecz oszczędnej zmysłowości. Szafran, malina i tymianek współgrają z olibanum i kwitnącym nocą jaśminem. Skóra, czarny zamsz i mahoń dodają intrygującej pełni.

Velvet Gardenia - ekscytujący kwiatowy zapach świeżo rwanych czarnych gardenii i soczystych pomarańcz pogłębia dodatek jaśminu, róży i konwalii. Połączenie tuberozy i ciemnej śliwki, miodu z pszczelim woskiem dopełnia gładki akord kadzidła i labdanum.


.

Tom Ford Private Blend cz.2

.

Pierwszą Prywatną Miksturą Forda, którą poznałam była Tobacco Vanille. I z żalem wyznaję, że niewiele znanych mi substancji zachowuje się na mnie tak paskudnie, jak ta. Zapach starej popielniczki zalanej miodem nie jest dokładnie tym, czego oczekiwałam. Fordowska Wanilia to na mojej skórze zapach brudny, ostry, łączący w sobie cierpką słodycz syropu na kaszel i drażniącą nutę starego, lekko zawilgoconego tytoniu. Z czasem łagodnieje, ale nie staje się przez to ładniejszy, jedynie mniej odpychający - po prostu zmierza w stronę waniliowego, bezpłciowego ulepka.
Wprost nie mogłam uwierzyć, że tak to może pachnieć. Niestety, mam świadków.

Byłam też świadkiem, że może, że na kimś innym potrafi rozwinąć się inaczej. Tyle, że to inaczej, to była rekordowo trwała, lekko podwędzana wanilia. Jeśli tak ma pachnieć męski klub, będzie to klub plantatorów wanilii...


Data powstania: 2007

Nuty zapachowe:
tytoń, wanilia, kakao, bób tonka



Czego mnie ta przygoda nauczyła? Ano niczego!
Bo kiedy dorwałam w swoje ręce Oud Wood z tej samej serii najpierw upajałam się samym faktem posiadania fiolki, potem z góry "wiedząc", że mnie zachwyci zaczęłam przeczesywać internet w poszukiwaniu flaszki, a potem... Potem wreszcie zrobiłam test.
Proszę mnie zrozumieć - Tom Ford patronował parze Morillas i Cavallier przy tworzeniu M7 dla domu mody Yves Saint Laurent. Spodziewałam się bardziej niszowej, ekstremalnej, charakternej i... powalająco agarowej wersji pięknego pierwowzoru.
Oczywiście, nie muszę już pisać, że marketingowiec Ford znów okazał się lepszy od "perfumiarza" Forda...
Oud Wood to wykastrowana, przesłodzona, lepka wersja M7.

Sam początek budzi nadzieje. Zapach jest, co prawda, już od pierwszych chwil zbyt słodki, jak na moje upodobania, ale to wciąż nie dyskwalifikuje go obiektywnie. Połączenie korzennych aromatów przyprawowych, kakaowej paczuli i dymno - żywicznych aromatów drzewnych w otwarciu daje naprawdę ciekawy efekt. Nie napiszę, że piękny, bo zbyt wydaje mi się to zestawienie lepkie, ale jest w nim coś, co pozwala mieć nadzieję, na ładny rozwój zapachu.

W nucie głowy mamy utrzymujący się wciąż na powierzchni kardamon, ładnie podwędzony nutą agarową wetiwer (sporo wetiweru), specyficznie połączony z sandałowym olejkiem stary palisander i dodający zapachowi pazurka zielony pieprz. Niestety, nie wiem, co sprawia, że pojawia się także zapach stopionej z dodatkiem pszczelego wosku kostki rosołowej psującej całą kompozycję. Z czasem kostka rosołowa nabiera mocy (a może raczej reszta zawodników słabnie), wosk dosłodzony zostaje zapachem sztucznego miodu, wanilia i bób tonka tworzą grząską bazę, w której zapadają się wszystkie charakterne składniki zapachu. Całość pachnie dość niezdrowo - trochę jak magazyn apteczny, w którym zbyt wiele buteleczek z syropem cieknie.

Ostatecznie po godzinie - dwóch zapach niepostrzeżenie znów staje się względnie ładny. Ku mojemu rozczarowaniu, jest już wówczas tak słaby, że owo nieco zbyt grzeczne połączenie wanilii i złagodzonych ambrą nut drzewnych z trwającym wciąż śladem wędzonego wetiweru wyczuwam jedynie wtulając nos w skórę. Szkoda, bo ten etap ostatecznie dałoby się nosić. Choć na nazwę Oud Wood ta kompozycja na żadnym etapie nie zasługuje.


Data powstania: 2007
Twórca: Richard Herpin

Nuty zapachowe:
chiński pieprz, drewno agarowe, drewno sandałowe, wetiwer, bób tonka, ambra, wanilia




W sumie mogę Fordowi pogratulować. Zrobił mnie w bambuko trzy razy i co najlepsze: wiem już, że jeśli dostanę w łapki Noir de Noir czy Amber Absolute to znów będę miała nadzieję.
Bo nadzieja umiera ostatnia.



* Przepraszam za podzielenie wpisu - Blogger nie chciał przyjąć w całości tak długiej notki.

sobota, 6 czerwca 2009

Honoré des Pres Chaman's Party

.
Honoré des Pres to przede wszystkim pomysł.
Powstały w 2008 roku francuski dom perfumeryjny oferuje zapachy w 100% naturalne, ekologiczne i organiczne.
Oferta obejmuje pięć zapachów nazwanych czystymi ekstraktami natury: Chaman’s Party, Bonté’s Bloom, Nu Green, Sexy Angelic i Honoré’s Trip. Wszystkie, z wyjątkiem ostatniego stworzone przez Olivię Giacobetti, której pachnącymi dziełami są nie tylko zapachy l'Artisan Parfumeur (m.in. Safran Troublant, Premier Figuier, Jour de Fete, Passage d’Enfer, Dzing! czy Mandarine Tout Simplement), ale i Costes, Idole oraz Elixir Penhaligon's.

Sam Honore des Pres to postać wymyślona przez twórcę marki Christiana Davida, który wytężał wcześniej swój umysł między innymi dla Diora i Sisley. Imię owego fikcyjnego ekscentrycznego arystokraty jest (jak się pewnie część z Was już domyśliła) połączeniem nazw dwóch ekskluzywnych dzielnic Paryża: Faubourg Saint-Honoré i Saint-Germain-des-Prés.

Nie pytajcie mnie, dlaczego naturalnie pozyskiwane składniki mają być bardziej przyjazne środowisku, niż ich syntetycznie stworzone odpowiedniki. Nie pytajcie, dlaczego syntetyczne piżmo jest gorsze od piżma "roślinnego" (WTF?), skoro dla uzyskania żadnego z powyższych nie trzeba zabijać ani męczyć zwierząt, a zapach syntetycznych molekuł bywa zwykle bliższy oryginałowi, niż zapach roślinnych odpowiedników.

Naturalne jest trendy, dobrze brzmi i nawet jeśli po przemyśleniu sprawy jest nie do końca tak różowo, jak chcą marketingowcy - to jednak ludzie wciąż chcą za to, co "naturalne i organiczne" płacić. A skoro jest popyt - oczywiste jest, ze znajdzie się ktoś, kto zechce go zaspokoić.

Ja sama przyznaję, że to nie eko-marketing, tylko nazwisko Giacobetti oraz drzewno - przyprawowy skład skłoniły mnie do zamówienia próbki Chaman's Party.



Zew natury



Chaman's Party opisywane są w materiałach reklamowych jako zapach wprost z szamańskiej chaty w środku dziewiczej, amazońskiej dżungli (choć ja amazońskiej dżungli nie czuję i tym tropem nie podążę).
Nuty zapachowe podane oszczędnie, a na stronie informacja o sekretnym składniku, którym jest, moim zdaniem, geranium.

Początek Szamańskiej Imprezy pachnie bowiem dokładnie tak, jak pachniałoby połączenie "maści z kotkiem", która nie wiem, jak się nazywała, ale sprzedawana była w niewielkich, czerwonych pojemniczkach z wizerunkiem sympatycznego dachowca na wieczku i zgniecionych liści geranium podwędzonych w jasnym dymie. Zapach jednocześnie rozgrzewająco ostry i eterycznie chłodny.

Ostry aromat w miarę szybko "więdnie", nabiera miękkości, jak gdyby listki traciły w dymie jędrność i chrupkość, a maść ogrzewała się na ciele. Olejki eteryczne zaczynają przypominać to, czym są, czyli jasny, gryzący eugenol z goździków i goryczkowy zapach listków bazylii. Trudno mi określić, czy ślad ciepła to już drewno, czy jeszcze suszone kwiaty, ale jest na tym etapie rozwoju zapachu coś, co sprawia, że Chaman's Party przestaje być chłodne, nie przestając być przenikliwe. Bardzo ciekawy zabieg.

W miarę upływu czasu coraz bardziej dominujące staje się frapujące połączenie zapachu wędzonego, dymnego wetiweru wychłodzonego dodatkiem goździków. Piszę, że to połączenie frapujące, bo zestawienie słodko dymnej nuty z ostrym jak hartowane szkło eterycznym olejkiem daje efekt w perfumach niespotykany: wrażenie chłodnego wiatru na zgrzanym, pokrytym kroplami świeżego potu ciele.

Wyobrażenie sobie śniadych, półnagich ciał wijących się w rytm dudniących bębnów i kołatek we wspomaganym psychoaktywnymi substancjami transie nie jest w tym momencie wcale takie trudne.
Dzień jest chłodny, promienie zawieszonego tuż nad widnokręgiem słońca ledwie przesączają się przez ciężkie chmury, bose stopy wybijają rytm na udeptanej ziemi, pióra szeleszczą, paciorki grzechoczą, jękliwy zaśpiew traci ciągłość rwany gwałtownie przyspieszonym oddechem. A jednak pieśń i rytm tworzą swoistą harmonię: starszą, niż skodyfikowane zasady muzyczne, głębszą, niż wyczuwalna uchem melodia. Chaman's Party to zew natury.

Zapach jest prosty, oszczędny, w swoisty sposób surowy. Nie ma w nim ozdobników, olfaktorycznych treli, zapachowej koloratury. Jest linearna, chrapliwa pieśń od początku do końca odśpiewana na jednym dymno - ostrym tonie.
Ale to właśnie daje tej kompozycji moc i indywidualny charakter. Sprawia, że zapach wpisuje się w marketingowy koncept, jakim jest tworzenie "ekstraktów natury".

I cokolwiek by nie sądzić o organicznych perfumach jako takich, Giacobetti udało się dokonać czegoś niezwykłego. Po raz kolejny.


Data powstania: 2008
Twórca: Olivia Giacobetti

Nuty zapachowe:
wetiwer z Haiti, święta bazylia z Egiptu, drzewo życia z Wenezueli (tak naprawdę to po prostu gwajakowiec), suszone kwiaty goździkowca z Madagaskaru



* Zdjęcia po raz kolejny zaczerpnięte ze strony www.old-picture.com

piątek, 5 czerwca 2009

Kampania NOAH przeciw testowaniu kosmetyków na zwierzętach

.
Zwykle staram się nie zamieszczać tu informacji dostępnych wszędzie i postów niezwiązanych z perfumami. Tym razem jednak postanowiłam uczynić pewne odstępstwo od tej zasady. Dlaczego?

Dlatego, że to ważne.
A pretekst jest doskonały.


Niemiecka organizacja NOAH "Menschen für Tiere" działająca na świecie pod szyldem "People for Animals" w grudniu ubiegłego roku rozpoczęła kampanię społeczną mającą uświadomić konsumentom fakt, że na zwierzętach testuje się nie tylko leki ratujące życie, ale i kosmetyki. Ma ona skłonić do dokonywania odpowiedzialnych wyborów.

Tegoroczna odsłona tej kampanii przygotowana przez hamburską agencję reklamową Jung von Matt/Elbe posługuje się obrazami związanymi z tematyką tego bloga. Dlatego pozwalam sobie na zamieszczenie tu informacji o tej kampanii i niesamowitych plakatów ją promujących.
Pomysłodawcami projektu są Wolf Heumann i Dirk Haeusermann, dyrektorem artystycznym Kay Potthoff, autorem zdjęć Ulrich Hoppe.


Krótko i przystępnie przedstawiony problem eksperymentów na zwierzętach w kosmetyce TU.
Lista firm, które wciąż testują swoje produkty na zwierzętach TU.
Lista firm przyjaznych, nie testujących na zwierzętach TU.


Proszę o wyrozumiałość.
Nie namawiam do niczego, poza chwilą refleksji.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...