piątek, 31 lipca 2009

REMANENT czyli moje zbiory po roku

.
Pretekstem do "sklepania" tej notki jest, tak samo, jak w roku poprzednim, zbliżający się urlop.
W ramach tymczasowego pożegnania szczypta perfumeryjnego ekshibicjonizmu. Może jest tu ktoś, kto tak, jak ja lubi oglądać i kontemplować perfumeryjne zbiory.
Miłej zabawy.
Można się stukać po głowie - proszę bardzo. :-)

Nie mam duszy kolekcjonera - nie czuję presji dokupienia piątego Incensa CdG po to, żeby mieć komplet, nie widzę sensu w zbieraniu wszystkich zapachów danej firmy, nie bardzo rusza mnie uroda flakonów (choć przyznaję, że pewne preferencje estetyczne mam - wolę mianowicie proste i raczej kanciaste pojemniki na pachnidła). Mam za to instynkt chomika, który każe mi z lękiem myśleć, że skończy mi się zapach wycofany i niedostępny, a drogi mojemu sercu i nosowi i stąd po trzy flaszki wycofanego L'Eau Trois, starej wersji Black Cashmere, a dwie przedlutensowskich Feminite du Bois.

Swoich perfum nie nazywam kolekcją celowo i z rozmysłem. Nie zbieram ich, nie kolekcjonuję, tylko robię zapasy. Jestem olfaktorycznym smakoszem, który lubi mieć pełną spiżarnię.

W stosunku do stanu poprzedniego ubyło 20 flakonów i większość zbiorów bibliotecznych. Był to rok pod znakiem exodusu Demeterków.
Przybyło... No cóż, coś tam przybyło. Natura nie znosi próżni. ;-)
Przez moje ręce przewinęło się kilka perfumeryjnych meteorytów, które pojawiły się i zniknęły nie załapując ani na remanent ubiegłoroczny, ani na ten. Czy warte są wspomnienia, nie wiem doprawdy...

W planach mam dwa flakony i trzeci w stadium rozważań. Ale bez natrętnych myśli i gwałtownego pożądania. Kiedyś będą.
A na razie jest, jak jest.



- Voluspa Red Amber Incense
- Comme des Garcons Incense Kyoto
- Comme des Garcons Incense Jaisalmer x2
- Comme des Garcons Incense Avignon
- Comme des Garcons Incense Zagorsk x2
- Voluspa Baltic Amber



- Armani Prive Bois d'Encens
- Olivier Durbano Black Tourmaline x2
- Frederic Malle French Lover x2
- Heeley Cardinal



- Donna Karan Black Cashmere balsam
- Donna Karan Black Cashmere x3
- Donna Karan Wenge
- Yves Saint Laurent NU EDP
- By Kilian Straight To Heaven
- Lalique Encre Noire



- Serge Lutens Un Bois Vanille
- Serge Lutens Rousse
- Serge Lutens Daim Blond
- Serge Lutens Chene
- Serge Lutens Serge Noire
- Serge Lutens Chypre Rouge
- Serge Lutens Bois Oriental
- Serge Lutens Un Bois Vanille mini
- Serge Lutens Santal de Mysore
- Serge Lutens Ambre Sultan mini
- Serge Lutens Chergui



- Demeter Holy Smoke
- Eau d'Italie Bois d'Ombrie
- Parfumerie Generali Bois Blond
- Dsquared2 He Wood
- Cacharel Nemo
- Micallef Night Aoud



- Shiseido Feminite du Bois x2
- Shiseido Feminite du Bois balsam
- Ginestet Le Boise
- Parfums d'Empire Ambre Russe
- Gucci Pour Homme



- Micallef Gaiac
- Maitre Parfumeur et Gantier Santal Noble
- Comme des Garcons Harissa
- Comme des Garcons Palisander
- Cristiano Fissore Cashmere for Men x2



- Diptyque l'Eau Trois x3
- Diptyque Tam Dao
- Diptyque Eau Lente



- Etro Mahogany
- L'Artisan Parfumeur Ambre Extreme
- L'Artisan Parfumeur Jour de Fete
- L'Artisan Parfumeur Bois Farine
- L'Artisan Parfumeur Safran Troublant
- Penhaligon's Elixir
- Penhaligon's Opus



- Geoffrey Beene Grey Flannel
- Jo Wood Usiku
- I Hate Perfume Fire From Heaven
- I Hate Perfume Russian Caravan Tea
- I Hate Perfume Burning Leaves
- I Hate Perfume Cedarwood Tea



- Brosseau Atlas Cedar
- L.T. Piver Parfum d'Adventure
- Olivier Durbano Jade
- Comme des Garcons Calamus x2
- Annick Goutal Duel



- Givenchy Organza Indecence x2
- Annick Goutal Vanille Exquise
- Hermes Elixir des Merveilles
- Sage Onyx
- Demeter Prune



Odlewki, Demeterki i arabskie olejki

Między innymi:
- Bvlgari Au The'Rouge
- Bvlgari Notte
- Comme des Garcons Ouarzazate
- Comptoir de Sud Pacifique Vanille Extreme
- Demeter Black Pepper
- Demeter Black Russian
- Demeter Bonfire
- Demeter Dirt
- Demeter Earl Grey Tea
- Demeter Fig Leaf
- Demeter Fireplace
- Demeter Fresh Ginger
- Demeter Incense
- Demeter Linden
- Demeter Mulled Cider
- Demeter New Zealand
- Demeter Rain
- Demeter Tomato
- Etro Messe de Minuit
- Etro Shaal Nur
- Frapin Caravelle Epicee
- Gucci Rush Pour Homme
- Mauboussin Histoire d'Eau
- I Hate Perfume Memory of Kindness
- Index Fig Apricot
- Issey Miyake Le Feu
- Issey Miyake Le Feu Light
- l'Artisan Parfumeur Piment Brulant
- l'Artisan Parfumeur Tea For Two
- l'Artisan Parfumeur Timbuktu
- Mauboussin Histoire d'Eau
- Max mara Kashmina Touch
- Micallef Aoud
- Montale Chocolate Greedy
- Nina Ricci Nina
- Norma Kamali Incense x2
- Orlane Missoni Uomo
- Pollena Aroma Larendogra
- Profvmvm Alba
- Satellite A'la Figue
- Serge Lutens Borneo 1834
- Serge Lutens Douce Amere
- Serge Lutens Un Bois Vanille
- Thierry Mugler A*Men
- Yves Rocher Nature Millenaire
- Voluspa Santiago Huckleberry



Próbki (a przynajmniej ich część)

środa, 22 lipca 2009

Costes versus 10 Corso Como

.
Costes to mój stary znajomy. No dobra, znajomy to zbyt mocno powiedziane. Poznaliśmy się dawno temu. Przelotnie i wcale nie miałam ochoty tego zmieniać, dopóki nie poznałam 10 Corso Como.
Taaa... Wiem, że to wygląda na idiotyczną argumentację, ale się wytłumaczę. Otóż 10 Corso Como, które nadzwyczaj mi się spodobało często porównywane jest właśnie do Costes i bywa nawet nazywane Costes Light.
Pomyślałam sobie, że skoro to cudne labdanum to wersja light, to niewątpliwie moje wrażenie, że Costes to przede wszystkim róża było mylne. Skombinowałam kolejną próbkę i... Niestety okazało się, że z moją pamięcią wszystko w porządku.


W Costes dominuje nuta różana. Ciężka, esencjonalna, oleista, głęboka róża. Piękna. Naprawdę piękna wyjątkowo, choć to nadal róża. Przeciwwagę dla tej niesamowitej woni stanowi zapach świeżo suszonych liści laurowych, pieprzu, jałowca i kardamonu. To zestawienie daje efekt przypominający drgające powietrze unoszące się nad zapachowym kominkiem: nienamacalne, nieuchwytne, a jednak intensywnie wyczuwalne, wręcz gęste.

Tło tworzą aromaty drzewne fenomenalnie uzupełniające i pogłębiające aromatyczną głowę zapachu oraz dwie nuty, które znam doskonale: spokojnie zamyślone labdanum i pogodna, ciepła lawenda wprost z serii Essence Donny Karan.
Jasne kadzidło i miękkie piżmo dodają kompozycji perfumeryjnej, kosmetycznej czystości, która w zestawieniu z niezwykłą jej ruchliwością pozwala uwierzyć, że mimo braku lekkości charakteryzującej pozostałe kompozycje Giacobetti jest to zapach tknięty jej ręką (i umysłem, i nosem, i czymkolwiek tknięte są przez swych twórców perfumy).

Chętnie napisałabym, że wąchając go poprzednio nosem niewprawnym i barbarzyńskim nie doceniłam kompozycji i że w ogóle głupia byłam, ale... Nie byłam. Costes zrobił na mnie wrażenie od początku, co przy tym stężeniu róży zakrawa na cud. Twierdziłam, że piękny, ale za dużo w nim róży. Teraz w sumie mogłabym podtrzymać tę opinię, tyle, że "za dużo róży" nie przechodzi mi przez gardło (klawiaturę) tak łatwo tym razem. Bo w tym zapachu niczego nie jest za dużo. Jest perfekcyjnie skomponowany, idealnie wyważony, urzekająco piękny i... wciąż nie dla mnie. Bo jak dla mnie, to jest w nim za dużo róży.
Ale jakieś pięć mililitrów w atomizerku, dla dla samej świadomości posiadania tego cuda i dla upajania się kropelką w deszczowe dni chyba mogłabym mieć. :-)


10 Corso Como to dla mnie zupełnie inna bajka. I nie, nie zgadzam się z twierdzeniem, że jest nieomal tożsamy z Costes by Costes.
W pierwszych chwilach 10 Corso Como pachnie przede wszystkim kadzidłem zmieszanym z labdanum. Kadzidłem ziołowym, o wytrawnym, winnym bukiecie oraz labdanum wielopłaszczyznowym, obezwładniającym zarówno mocą, jak i urodą.

Pierwsze, co przyszło mi do głowy kiedy powąchałam tę niesamowitą kompozycję to wrażenie, że tak mogłaby pachnieć Sfrustrowana Norma kiedy jeszcze była młodą, pełną mocy i nadziei na przyszłość kobietą. Kiedy jeszcze wierzyła, że warto żyć, kiedy głowę nosiła wysoko, a w jej oczach płonęła odwaga.
Corso Como jest piękny, ale jednocześnie zupełnie pozbawiony kokieterii. W otwarciu nieomal oschły, ale ja chyba jestem miłośniczką dziwnych typów, bo ta jego wyniosła uroda mnie zachwyca. Tak, jak w przypadku Costesa mój rozum mówi mi, że kompozycja jest dobra, tak przy Corso Como rozum niewiele ma do gadania. Włącza mi się "rapture mode" i koniec myślenia.

Szczególnie, że pod tym intensywnym jak łyk mocno garbnikowego, czerwonego wina otwarciem czai się oud - mój zapachowy Święty Graal (a przynajmniej istotny element mojej Świętej Zastawy). Oud ciemny, głęboki, oleisty i dymny jednocześnie, ostry i gładki, ascetyczny i bogaty - po prostu wspaniały! Olfaktoryczny ślad nut zielonych: cierpkiego geranium i słodkiego wetiweru sprawia, że kompozycja zamiast zwalić się ciężko na skórę albo snuć się po niej leniwie, układa się na niej jak dłonie sprawnego masażysty.
Corso Como nie pieści zmysłów. To zupełnie nie ten typ. To kochanek niedelikatny, gniotący usta, wyduszający uściskiem dech z płuc, przynoszący pęki wspaniale pachnących chaszczy zamiast fiołków, porywający w ramiona miast deklamować wiersze.

Bazę zapachu stanowi dymne drewno przypominające mi drewno kaszmirowe lub wenge. Niestety, baza jest słaba, ulotna, ledwo wyczuwalna. Największą wadą Corso Como jest mizerna trwałość. Mawia się, co prawda, że to, co dobre szybko się kończy, ale na szczęście w realiach świata perfum ta reguła niekoniecznie się sprawdza.


Gdybym miała dokonać bezpośredniego porównania tych dwóch zapachów, to owszem, obiektywnie uznaję, że Costes może być kompozycją lepszą, sprawniej poukładaną i może nawet piękniejszą. Jest też bardziej intensywny i nieporównywalnie trwalszy. Palma pierwszeństwa zapewne należy się duetowi Mekdachi/Giacobetti, a jednak nie zawsze kibicujemy lepszemu zawodnikowi. Czasem serce mówi nam co innego niż rozum i tak już z nami - ludźmi bywa, że często mu ulegamy. A moje serce, czy też nos raczej jednoznacznie i bezapelacyjnie wybiera słabsze, mniej finezyjne i mniej urodziwe Corso Como. Howgh!


Costes by Costes:

Data powstania: 2004

Twórca: Rami Mekdachi/Olivia Giacobetti


Nuty zapachowe:

lawenda, drewno lauru, kolendra, biały pieprz, róża, kadzidło, drewno, jasne piżmo


10 Corso Como:


Data powstania: 1999
Twórca: Carla Sozzani


Nuty zapachowe:

sandałowiec, kadzidło frankońskie, piżmo, róża, geranium, wetiwer i olejek z malajskiego agarowca



* Druga ilustracja to wnętrze Hotelu Costes - w którym mieści się między innymi jeden z najbardziej rozpoznawalnych lokali muzycznych w Paryżu. Perfumy Costes inspirowane są właśnie zapachem tego miejsca.

** Ilustracja trzecia to oczywiście "Astarte Syriaca" Dante Gabriela Rossettiego

poniedziałek, 20 lipca 2009

Miller et Bertaux Spiritus Land

.
W opisie zapachu producent zapewnia, że kompozycja jest całkowicie nowatorska. Oczywiście nie uwierzyłam.
Wcale nie dlatego, że żywię osobistą niechęć do firmy. Po prostu... tyle razy czytałam już podobne teksty, że wolę zachować dystans i nie napalać się od razu jak szczerbaty na suchary.

Tym razem jednak mogłam się napalić i nawet trochę żałuję, że tego nie zrobiłam, bo niedawno na Allegro poszła flaszka w dobrej cenie. Nadmiar rozsądku też ma swoje wady. ;-)

Zapach jest rzeczywiście niestandardowy. Przestrzenny, chłodny jak świt po deszczowej nocy, napchany olejkami eterycznymi aż oczy bolą. Jednocześnie nie jest to aromat w prosty, bezpośredni sposób ostry, ani nieprzyjemnie zimny.

Jeśli za ten niezwykły efekt odpowiada olejek drzewa tekowego, to tekowiec powinien raczej być drzewem iglastym, a nie liściastym (jest liściasty - tak dla porządku zaznaczę). Jego aromat przypomina olejek sosnowy zmieszany z miętą i kamforą oraz dosłodzony krztyną olejku z melisy i śladem zielonej goryczki podobnej do geranium. Oczywiście o ile dobrze uchwyciłam nutę. I o ile w składzie nie występuje drewno tekowe plus mięta plus kamfora na przykład.

Ten niezwykły, ekspansywny aromat uzupełnia musujący, świetnie komponujący się z przenikliwą nutą przewodnią imbir, świeży kardamon podbity tu drewnem tekowym w podobny sposób jak w Nemo Cacharel złożony został z aromatem liści betelu. W nucie serca pojawiają się rozwiane, rozciągnięte w cienkie nitki nuty dymne (żywiczne kadzidło przypominające Zagorsk CdG i ostry, mokry tytoń w ilości śladowej, nieuciążliwej), odrobina ładnego wetiweru i wreszcie we wcześnie ujawniającej się bazie brzmiące jak świeży palisander połączenie sandałowca i dzikiej, nieogrodowej róży. Całość pachnie jak przejrzysta żywica spływająca z pnia młodego tekowca stojącego samotnie na łagodnym, zielonym pagórku w chłodny, wiosenny dzień.
Celowo nie piszę, że Spiritus Land jak wypoczynek pod takim drzewem na takim pagórku, bo w zapachu nie ma pierwiastka ludzkiego. Jest wyłącznie przestrzeń wypełniona przejrzystym powietrzem czystym jak źródlana woda. W końcu to Spiritus Land, a nie Spiritus Man.

Kompozycja Miller et Bertaux rozwija się linearnie: ociepla nieco i wygładza, eteryczny powiew łagodnieje nie zanikając. Ponieważ nie potrafię tego wrażenia opisać konkretnie, znów posłużę się obrazem: Spiritus Land rozwija się, jak poranek po wspomnianym już wilgotnym świcie. Krople rosy i nocnego deszczu parują w sączącym się przez warstwę jasnych obłoków słońcu, aromat żywicy i świeżych ziół miesza się z wiatrem niespiesznie przynoszącym zza linii horyzontu ślady jasnego, nieco chemicznego dymu przypominającego zapach topiącego się ebonitu.

Zapowiada się piękny dzień. :-)


Nuty zapachowe:
drzewo tekowe, drzewo sandałowe, róża, imbir, tytoń, kadzidło

niedziela, 19 lipca 2009

Damien Bash Lucifer No.4

.
Po zjechaniu Sin miałam zamiar oszczędzać Basha i nad Lucyferami już się nie pastwić. Ale podobno tylko krowa nie zmienia poglądów.


Nawiedziłam ostatnio po raz kolejny (po raz kolejny nie wiem po co) stronę www.damienbash.com i tradycyjnie już rozbawił mnie nadęty image tej firmy.
Ta powaga! Ta sztuka w czerni i czerwieni! Pjur iwul!

Z umieszczonego w dziale "profile" wywiadu z Damienem Bashem:

- What is your greatest fear?

- Myself


- If you were to die and come back as a person or thing, what do you think it would be?

- A black Leopard


I oczywiście najprawdziwszy (podpisany: Lucifer) cytat z Lucyfera w teoretycznej wykładni filozofii firmy. Ciekawa jestem czy książę piekieł udzielił im wywiadu osobiście, czy przez internet? :-)))



Czwarty Lucyfer wedle nut powinien być diabłem w sam raz na lato. Zielona herbata plus cytrusy. Ale tak szczerze, wybrałam go, bo jest najmierniejszym z miernych.
Lucyfer czwartej klasy (co nie znaczy, że No.1 jest automatycznie klasy pierwszej) nie jest zapachem ani na lato, ani na zimę. A dla mnie to on jest na nic zupełnie.

Dominująca nuta to miodowy, upiornie słodki jaśmin obłożony znanymi już z Sin plastikowymi cytrusami. Wrażenie nierealnej woskowości składników kompozycji podkreśla dodatek neroli i popieprzonego mielonym pieprzem kosmetycznego piżma.
A gdyby powyższe dwa zdania nie zniechęciły Cię Czytelniku wystarczająco, dodam, że zbiesiła się w tej kompozycji także herbata dając efekt kojarzący się nie ze świeżym naparem, lecz raczej z fusami na dnie szklanki. Cała ta zapachowa menażeria pachnie tak, jak mogłaby pachnieć tęga kobieta, która używanie wielkiej ilości kremów upiększających i jaśminowych pachnideł uznaje za substytut mycia.

Zapach jest niewątpliwie damski. Ciężko kwiatowy, zmysłowy, w znaczeniu "cielesny" i w pewien szczególny sposób retro. Chyba...
Dla mnie najintensywniej po jaśminie wyczuwalne jest jakieś nielogiczne złożenie zapachu kosmetycznego kremu, toaletowego mydła dobrej jakości i niemytego człowieka. Nie stricte potu - zapach nie jest ostry i inwazyjny, lecz ciężki jak woń tkwiącego w długim bezruchu bladego, bezwłosego ciała przecieranego nasączonymi mleczkiem kosmetycznym wacikami zamiast kąpieli.

I nic nie jestem w stanie poradzić na to, że Lucifer No.4 nie kojarzy mi się z występną i fascynującą mitologiczną postacią, od której wziął imię, lecz z jednym z bardziej groteskowych obrazów, z jakimi zetknęłam się w polskiej literaturze.
W historii alternatywnej Konrada T. Lewandowaskiego "Królowa Joanna d'Arc" występuje wiedźma, która hoduje w doniczce męski członek na własny użytek. Podlewa go, smaruje wazeliną (choć fakt używania tej substancji w XV wieku wydaje mi się historycznie wątpliwy) i ogólnie dba o swego pupila, a "podopieczny" rośnie i yyyy... no nie napiszę, że rozkwita, ale ma się dobrze.
Gdyby owa pani posadziła owego nawazelinowanego fiuta w skrzynce z jaśminem - to zapewne miałby on na imię Lucyfer i nosił numer czwarty.


Bash jest zagadką. Niezbyt frapującą - nie spędza mi snu z powiek, ale jako curiosum z obfitującego w różne osobliwości światka kultury masowej może skłaniać do zastanowienia się na tym, co tak właściwie kupujemy płacąc za perfumy, płyty, obrazy czy ciuchy.

Nie wiem, co temu facetowi dolega. Jego obrazy przypominają rezultaty terapii zajęciowej paranoika, jego zdjęcia w ogóle niewiele przypominają, zaś zapachy wydają mi się wtórne i bez sensu. Dla mnie twór marketingowy pod tytułem Damien Bash to jedno wielkie, nadęte jak balon rozczarowanie.

Koleś albo jest nieszczęsnym, zafiksowanym na pukcie evil image'u świrem bez talentu, albo genialnym i wyrachowanym handlowcem. Też bez artystycznego talentu w sumie, ale w tym przypadku umiejętność sprzedania tego, co robi potwierdza tylko jego marketingowy geniusz.

Stawiam na drugą ewentualność, tym niemniej i tak skłonna jestem mu przyznać super Gnębiciela Gniotów za całokształt twórczości:



Nuty zapachowe: czarny pieprz, zielona herbata, cedr, jaśmin, cytrusy, piżmo


*Wszystkie upiększające posta dzieła, z wyjątkiem zblazowanego Joaquina, pochodzą ze strony Damiena Basha. Rozmazany autoportret i "artystyczne" zdjęcie stopy również.

Armani Privé Vétiver Babylone

.
Pora na kolejny (i na razie ostatni pozostający w sferze moich perfumeryjnych zainteresowań) zapach z prywatnej linii Giorgio Armaniego. Linia jest oczywiście prywatna tylko z nazwy: jeśli coś stoi na podgrzewanych żarówami półkach perfumerii Douglas to jest równie prywatne jak polityczne sympatie naszego demokratycznie wybranego pana prezydenta.

W plebiscycie Fifi Awards (nagroda działającej od 1949 roku Fragrance Foundation of the United States) Vétiver Babylone został wybrany najlepszym niszowym zapachem męskim 2008 roku. Pozostałymi finalistami były Bond No.9 Andy Warhol Silver Factory, Bond No.9 Saks Fifth Avenue for Him, Courvoisier L’Edition Imperiale i Tom Ford for Men. Przyznaję, że w tej grupie wetiwerowo - cytrusowy świeżak Armaniego jest rzeczywiście najmocniejszym zawodnikiem.

Najpierw słów kilka o pomyśle i nazwie. Vétiver Babylone należy do serii Eaux Armani Privé, w której znajdziemy zapachy poświęcone najsławniejszym ogrodom świata. Poza zapachem odwołującym się do legendy o wiszących ogrodach, które w VII - VI w pne zbudował dla swej pięknej żony babiloński król Nabuchodonozor w skład serii wchodzą także Rose Alexandrie, Oranger Alhambra i najnowszy zapach Armani Privé: Cédre Olympe.

Nie spodziewajcie się rewolucji. Nie oczekujcie wyżyn perfumeryjnej awangardy ani szczytów oryginalności. Wypuszczając Bois d'Encens Armani zużył firmowy przydział perfumeryjnych dziwactw na najbliższe ćwierć wieku. Teraz może być co najwyżej ładnie. No i jest, na szczęście.


Vétiver Babylone to połączenie cytrusowego otwarcia ze świeżymi przyprawami w nucie serca i jasną piżmowo - cedrową bazą. Wetiweru, jak na perfumy o takiej nazwie, dorzucono nieco zbyt oszczędnie, wystarcza go jednak by nadać kompozycji charakterystycznej, urokliwej zieloności.

Po ewidentnie cytrusowym, lecz jednocześnie delikatnie owocowym otwarciu z wyraźnie wyczuwalną łagodną nutą mandarynki w tej czystej, świetlistej zapachowej przestrzeni jak nitki babiego lata we wrześniu pojawiają się strzępki wytrawnego kardamonu, gorzkawego rozmarynu i świeżego słodko-pikantnego pieprzu. Szorstką ziołowość tych akordów łagodzi wciąż wyczuwalna słodycz cytrusów (przybranych tak, jak gdyby w składzie pojawił się olejek z gorzkich pomarańcz) i subtelne nuty kwiatowe idealnie splecione z aromatem zielonego, pozbawionego cienistych, ziemnych akcentów wetiweru. I to jest mój ulubiony etap rozwoju Babilońskiego Wetiweru na skórze.

Po jakimś czasie składniki kompozycji mieszają się, splatają, dyfundują tworząc jednorodną nieomal mieszaninę nut cytrusowych, kwiatowych, przyprawowych i zielonych. Oszczędna, lekko żywiczna baza pojawia się niepostrzeżenie zmiękczając zapach, lecz nie zmieniając jego barwy ani "temperatury". Jest on aż do końca jasny i świetlisty.

Przyznaję, że i tym razem Alberto Morillas (który bez względu na wpadki typu Bvlgari Omnia czy Bvlgari White Tea ma u mnie nieograniczony kredyt zaufania za YSL M7) dowiódł swej fachowości. Vétiver Babylone to urodziwy, z wyczuciem i umiarem złożony świeżak z maleńkim, spiłowanym przyprawowo - ziołowym pazurkiem. I ten pazurek podoba mi się najbardziej.
Intrygującą nuta sprawiająca, że mimo całej swej akuratności nie jest po prostu kolejnym cytrusowym zapachem dla każdego normalnego pana pod krawatem. Jest cytrusowym zapachem dla pana z błyskiem w oku.


Data powstania: 2008
Twórca: Alberto Morillas


Nuty zapachowe:
bergamota, cytryna, mandarynka, zielony kardamon, kolendra, różowy pieprz, paczula, wetiwer


*Dla zainteresowanych dodam informację, że Morillas "popełnił" także między innymi Le Baiser Du Dragon Cartier, Cologne Thierry Mugler, Flower by Kenzo, Bvlgari BLV (i męskie, i damskie), Givenchy Pi, Truth Calvin Klein i CK One.

sobota, 18 lipca 2009

Miller et Bertaux Bois de Gaiac et Poire

.
Flakonik zwraca uwagę: różni się od pozostałych, laboratoryjnych buteleczek Miller et Bertaux. Etykieta ciemna, a na niej magiczne słowa: "bois" i "gaiac". Moja dłoń powędrowała w stronę kanciastej flaszeczki z pewnością absolutną. Must niuch.

Zapach nazywa się Close your eyes and... And better don't grab that bottle - dodałabym.
I zupełnie serio, lepiej by było, gdybym zamknęła je zanim zobaczyłam etykietkę, bo w ten sposób nie zmarnowałabym nadgarstka na test. I to podczas pierwszej i jedynej, jak dotychczas, mojej wizyty w Galilu, kiedy mogłam się nawąchać i natestować to upojenia.

Ponieważ jednak jestem człowiekiem pełnym nadziei na przyszłość (a magiczna moc słów "bois" i "gaiac" jest wielka) - postanowiłam zaopatrzyć się w próbkę i dać gwajakowcowi z gruchą szansę. No i testuję globalnie. Drugi raz.
Pierwszy raz było z nadzieją, teraz jest z zemsty: umyśliłam sobie zjechać gniota.

A jednak nie mogę!
Nie dlatego, że niespodziewanie i podstępnie podbił moje serce i nos. Nie dlatego wcale, że zmiękłam i postanowiłam okazać mu litość. Nie dlatego wreszcie, że powalił mnie i zmysłów pozbawił odór piekielny. Nie.
Nie mogę zjechać Bois de Gaiac et Poire, bo są zbyt nijakie na egzekucję z polotem. Mogłabym zatłuc gniota pałką, ale któż chciałby to czytać?

Będzie więc krótko:
Bois de Gaiac et Poire to zapach kremowo-pudrowy, statyczny, nieruchomy. W otwarciu dominuje nuta budyniowych cytrusów i ciężki, miodowy heliotrop. Po chwili pojawia się kompotowa, wygotowana, pozbawiona zarówno chrupkości, jak i słodyczy gruszka (którą identyfikuję wyłącznie na podstawie lektury nut i zakładam, że zapach nie zmieniłby się zanadto gdyby było to jabłko, czy chociażby burak cukrowy) doprawiona kompotowymi, rozgotowanymi goździkami i suchym, pachnącym jak recyclingowana tektura, cynamonem.
W tle mamy nuty spożywczo - drzewne sprawiające wrażenie przykurzonej kory cynamonowca połączonej z zapachem kuchennej szafki, w której trzymane są składniki do wypieku ciast. Po paru godzinach rozróżniam niezbyt szczęśliwie połączone zwietrzałe olejki: różany, migdałowy i jaśminowy oraz sukcesywnie zyskującą na wyrazistości nutę przypominającą zapach modeliny. Zapach bogaty, owszem, ale ta obfitość nie robi na mnie wielkiego wrażenia.

Wadą tej kompozycji nie jest aktywna, wyrazista brzydota. Bois de Gaiac et Poire nie są brzydkie, tylko po prostu nudne i bez wyrazu. Niby ciepłe, niby korzenne, niby noszące ślad gwajakowej słodyczy, ale wszystkie te nuty pozbawione zostały charakteru, mocy, siły wyrazu i... sensu.
Nawet Gnębiciela Gniotów na osłodę tej miernej recenzji miernego zapachu nie mogę z czystym sumieniem wrzucić, bo jakże tu mojego ulubionego okrutnika postponować takim towarzystwem? Tu się tylko znudzony Gucio nada...


Nuty zapachowe:
drewno gwajakowe, drewno gruszy, heliotrop, róża, mandarynka, cytryna

Parfumerie Generale Felanilla

.
Siano!
Ba, żeby tylko siano. Absolut siana!
Toż absolut siana to powinno być siano do kwadratu. Sienność zmultiplikowana. Koncentrat lata. Leniwy sierpień w płynie. Przaśna złocistość skroplona i zamknięta w kanciastym flakonie.

Na kształt (i moc) moich wyobrażeń bez wątpienia wpływ miało pięknie oszczędne i jednocześnie obłędnie dosłowne Bois Blond. Fascynacja tamtym zapachem sprawiła, że po lekturze nut mój umysł wyparł ze świadomości zbytkowne dodatki. Nie zważałam na absolut wanilii, zignorowałam obecność irysa, bananowiec wywołał jedynie wizję zapachu bardziej jeszcze słonecznego i złocistego, ambra miała, tak samo jak w tamtym przypadku, tylko ocieplić kompozycję.

Oczywiście po tym wstępie nie muszę pisać, że po raz kolejny jestem zdziwiona. I tym razem głupio, bo Fellanilla jest zasadniczo kompozycją przewidywalną na podstawie lektury nut. O ile człowiekowi siano do łba nie uderzy, jak mnie w tym przypadku.
Ale do rzeczy, bo znów mnie zjadają dygresje.


Nazwę Felanilla rozgryzam jako połączenie "felicity" z "vanilla" i to rozkosznie waniliowe wyjaśnienie pasuje do zapachu znacznie lepiej, niż moje sienne fantazje. Puszysta, ciepła, leniwie ociężała wanilia jest najbardziej zauważalnym składnikiem tej kompozycji. Dominuje od pierwszych minut i trwa aż do końca.

W otwarciu towarzyszy jej przyprawowo szorstki, zbytkownie dosłowny szafran tworzący na gładkiej waniliowej kanwie drażniący zmysły nalot. Jest jak drobne opiłki złota na miękkiej poduszce: skrzy się, mieni, skupia uwagę. Próżno jednak oczekiwać, ze otoczy nas chmurą złotego pyłu, oczaruje, omami zmysły - całe to szafranowe bogactwo jest statyczne, nielotne. I tak jak rozsypany na poduszkach złocisty pył drażni skórę, tak dodatek szafranu dodaje waniliowemu pluszakowi faktury i niejednoznaczności. Zapach jest nieruchawy, ciężki i jednocześnie w szczególny sposób stymulujący.

Kolejnym akordem, który zasługuje na uwagę jest drewno bananowca, które właściwie nie pachnie drewnem. Czuję aromat łączący w sobie cechy suszonych bananów i kłącza irysa. Zdaję sobie sprawę, że za skojarzenie z kłączem akurat irysa, a nie innej rośliny odpowiada zapewne wymieniony w nutach absolut florenckiego irysa, ale używając tego określenia chciałam pokazać, że bananowiec nie pachnie tu stricte drzewnie, lecz raczej jak zmutowane, zgrubiałe i twarde bananowe skóry nieco tylko doperfumowane irysowym olejkiem przekształcającym ten nieskomplikowany aromat w woń bardziej zbytkowną i cięższą, bardziej dopasowaną do ogólnego charakteru kompozycji.

Oczywiście to nie wszystko. Pod tym nietypowo spożywczym przepychem czai się znacznie więcej, niż tylko intensywnie zwierzęca ambra i siano. Wyraźnie wyczuwalne są nuty drzewne i balsamiczne. Suchą, szorstką nutę cedrowego drewna ładnie uzupełnia balsam tolu i wyraźnie wyczuwalny opoponaks. Za dymny cień w głębi bazy prawdopodobnie odpowiada dodatek mirry, a i obecność w nutach krztyny jaśminowego olejku i paczuli nie zdziwiłaby mnie zanadto.

I to pełne, krągłe rozwinięcie zapachu stanowi największy atut Felanilli. Otwarcie mnie przygniata, nuty serca zupełnie nie urzekają, ale baza jest piękna. Łagodna i niebanalna jednocześnie. Słodka i niejednoznacznie pikantna. Miękka i charakterna zarazem.

Felanilla to primadonna. Zbyt "puszysta" - zgoda.
Kiedy pojawia się w ciężkich scenicznych strojach z przesadnym makijażem nie robi wrażenia szczególnej piękności. Ale kiedy zgasną światła i jej ciężki, chropawy nieco dramatyczny sopran wypełni przestrzeń, nasza percepcja zmienia się. Jeśli tylko zechcemy poddać się jej urokowi (i jeśli lubimy tak szkolone głosy i tak zbalansowane perfumy oczywiście) gruba Fela(nilla) może zauroczyć. Ta puszysta waniliowa primadonna ma tę szczególną klasę, która sprawia, że mimo sporego ciężaru, nie jest to kolejny zwalający się nam na nos perfumeryjny hipopotam.

Dla olfaktorycznego sybaryty must niuch.


Twórca: Pierre Guillaume

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: absolut wanilii, szafran
Nuty serca: absolut florenckiego irysa, drewno bananowe
Nuty bazy: absolut siana, ambra



* Na trzeciej ilustracji Félia Litvinne jako Izolda

czwartek, 16 lipca 2009

Alba Profvmvm (Profumum Roma)

.
Szukam podniet.
Zapachowych oczywiście. Inne aspekty mojego pełnego atrakcji żywota nie są tematem tego bloga. ;-)

Kiedy zerkam w spis swoich wypocin dostrzegam, że coraz więcej piszę recenzji letnich - takich bez ikry, bez iskry, bez wielkich emocji. Trochę dlatego, że największe swoje fascynacje perfumeryjne wzięłam na warsztat już na początku i teraz zostają mi głównie zapachy nowo poznane, albo takie, na które nie mam pomysłu (wokół Feminite du Bois kręcę się już lata całe i nadal niewiele z tego wynikło). A trochę dlatego, że jednak staram się nie wychodzić na największego narwańca w galaktyce.


Alba Profumum budziła moje wielkie nadzieje. Nadzieje na zapachowe olśnienie, na idealne połączenie kremowej słodyczy i drzewności. Miała być orzechowa jak Patchouli Micallef, kremowa jak Tam Dao Diptyque, subtelnie migdałowa jak Jour de Fete l'Artisan Parfumeur i puszysta jak Ambre Extreme tej samej firmy. I wszystko to jednocześnie.
Taki był plan.

Wiecie kiedy bogowie się śmieją? Kiedy ludzie robią plany.
Tym razem musieli mieć niezły ubaw widząc moją minę.
Albowiem zaprawdę powiadam Wam: ten Świt (alba to z włoskiego nie tylko biała szata liturgiczna, ale i jutrzenka, świt) nie zapowiada pięknego dnia. Zapowiada rozciągnięte na wiele godzin rozczarowanie.

Na wszelki wypadek na wstępie bez ogródek wyznam, że nie wiem, jak pachnie drewno migdałowca. Oczekiwałam czegoś w stylu oleistego sandałowca z nutą migdałów. Tymczasem migdałowe nuty w Albie (odmieniać albo nie odmieniać? - oto jest pytanie) są w otwarciu ostre i zgrzytliwe jak głos zgorzkniałej, antypatycznej starej panny w typie tych, które w ramach przestróg mających nakłaniać do małżeństwa czyni się antybohaterkami powieści dla dziewcząt. Metoda wygląda na skuteczną - czytelniczki tego typu literatury zwykle rwą się do zamążpójścia. Ale ja nie o unikaniu staropanieństwa miałam pisać, tylko o perfumach.

Alba Profumum miała być zapachem o urodzie naturalistycznej, nieperfumeryjnej. Miała być delikatnym i potężnym jednocześnie połączaniem nut drzewnych z nieoczywistą spożywczą miękkością migdałów i orzechów laskowych. Miała być jednocześnie oszczędnie prosta i przepysznie smakowita.
Dość o mojej naiwności. Nie jest.

Alba pachnie... starością, przekwitaniem w dostatku i samotności, nienaturalnym bezruchem wypielęgnowanego ciała, którego nie ożywiają już twarde mięśnie ani gwałtowne namiętności. Pamiętam swoją recenzję Datura Noir SL, którą zatytułowałam "Migdałowy dom starców". Tutaj to nie jest dom starców, tylko duże mieszkanie w starej kamienicy. W tym mieszkaniu mieszka stara panna o szpiczastym nosie, na czubku którego niepewnie tkwią oprawione w złoty drut szkła korekcyjne.

Wnętrze pachnie pięknym sandałowcem (rzeczywiście miękkim jak z Tam Dao) i gorzkimi migdałami. Gdyby to było wszystko, zapach byłby interesujący nadzwyczajnie.
Kłopot w tym, że wyczuwam w nim także nuty nieproszone. Zapachowe cienie, które sprawiają, że Alba mnie przygnębia: stary, wyostrzony przez upływ czasu olejek migdałowy z dodatkiem charakterystycznej, cierpkiej goryczki, której nie lubię w arakowym aromacie do ciast, zapach przypominający przykurzone i odbarwione przez słońce i czas bukiety suszonych kwiatów świetnie wpasowujące się w wizję staropanieńskiego mieszkania, piżmowo - słodką woń komody pełnej starych ubrań, zestaw aromatów wywołujących w moim umyśle obraz wnętrza drewnianej szkatułki, w której przechowywane są pamiątki młodości: resztki olejków różanych i sandałowych w drewnianych fiolkach - piramidkach, perfumowany karnet ze wspominanego z sentymentem balu, zasuszona w jedwabnej chusteczce róża od dawnego adoratora, koronkowa rękawiczka wciąż nosząca ślad perfum sprzed ćwierćwiecza... Takie smutne, martwe piękno.

I to jest Alba. Jest jak piękny ślad przeszłości, woń perfum zaklęta w pamiątkach, bibelotach i wspomnieniach - nie jak perfumy same w sobie: żywe i zmienne.


Nuty zapachowe:
sandałowiec, drewno leszczyny, drewno migdałowca, ambra

niedziela, 12 lipca 2009

Generalnie słodko: Musc Maori i Aomasssai PG

.
Miałam parę dni przerwy, ale przecież także życie pozaperfumeryjne jest zajmujące. :-)
W ramach łatania dziur i przypomnienia o sobie wrzucę dziś posta niedokończonego. W "generalnie słodkim" wpisie miały znaleźć się trzy zapachy, ponieważ jednak wciąż nie udaje mi się dopaść próbki ślicznej waty cukrowej Parfumerie Generale czyli Cuir Venenum, a opowieści o pozostałych dwóch sztandarowych słodziakach Pierre'a Guillaume'a leżą już czas jakiś, będzie tylko o Musc Maori i Aomasssai. A CV dostanie własną gawędę... kiedyś.



Musc Maori Parfumerie Generele
czyli
Nie lada czekolada!

Nie jestem miłośniczką jadalnych słodziaków - w ogóle nie jestem szczególnie odporna na nadmiar słodyczy w pachnidłach. Nie mam zaufania do zapachów, w których nazwie występuje człon "musc" z jakimkolwiek dodatkiem i dodatkowo nie lubię kwiatów w perfumach. W świetle tych faktów Musc Maori zapowiadał się na zapach, z którym moje relacje będą wręcz antagonistyczne i motywacji do zabijania się za próbką nie miałam.
A jednak. Trzmiel w świetle praw fizyki nie ma prawa latać, a lata! Musc Maori powinien mnie odrzucić, a nie odrzucił bynajmniej.

Dominującą nutą jest tu czekolada. Czekolada kremowa, delikatna, łagodna, bez ostrych, drapiących w gardle nut uwierających mnie na przykład w Chocolate Greedy.
W otwarciu wzbogacona została przejrzystą, szklistą skórką pomarańczową i doprawiona odrobiną pomarańczowego likeru - w sam raz taką, by zapach przestał być mdły i ciężki nie tracąc jednocześnie swej "czekoladowości".
Mimo powtórzonego tu zestawienia składników Musc Maori bynajmniej nie jest tożsamy z Elixir des Merveillles, w którym czekolada i skórka pomarańczowa także są dominującymi nutami. Musc Maori jest bardziej statyczny, puszysty, ciemniejszy - nie ma w nim żywotności i blasku pomarańczowego gaju. Musc Maori to czekoladowe leniuchowanie.

W miarę układania się na skórze i wygrzewania zapach zmienia się płynnie i spokojnie. "Topi się" jak ułożone na ciele czekoladowe wiórki. Najpierw ich kontury łagodnieją, potem płatki zmieniają się w nieregularne bryłki, by wreszcie spłynąć po skórze leniwymi, gęstymi kroplami. W rozwinięciu zapach sugestywnie przypomina ciepłą, półpłynną mleczną czekoladę rozpływającą się na ciepłej, zadbanej, wygładzonej delikatnie piżmowym balsamem skórze. Kwiat kakaowca (a przynajmniej zakładam, że to on) i piżmo sprawiają, że otaczający nas aromat nie jest dosłownie, do ostatniej nutki spożywczy i otulenie Musc Maori nie czujemy się jak pralina - gigant, lecz jak podczas niezwykle przyjemnego czekoladowego zabiegu kosmetycznego kiedy wzbogacona waniliowym, pomarańczowym i delikatnie kwiatowym olejkiem aromatycznym płynna czekolada pieści nasze ciało.

I tu dochodzimy do sedna. Czekoladowy masaż bywa przyjemny raz na jakiś czas. Odpręża, dopieszcza, daje mnóstwo przyjemności. Ale spędzenie całego dnia w takiej czekoladowej kąpieli akurat moje możliwości zdecydowanie przekracza.
Analogicznie: uznaję, że Musc Maori to czekolada idealna, zachwycam się i nijakich zastrzeżeń nie zgłaszam. Lecz użycie globalne polecam tylko prawdziwym amatorom perfumeryjnych słodkości. Mnie wystarczy od czasu do czasu maleńka kropelka na nadgarstku. Mrrrr...


Data powstania: 2005
Twórca: Pierre Guillaume

Nuty zapachowe:

drewno kumaru i kwiat kakaowca, białe piżmo i ziarna kakao, wanilia, ambra, bób tonka




Aomasssai Parfumerie Generale
czyli
Spalona cukiernia na sawannie


Próbkę Aomasssai mam od bardzo dawna. Wąchałam ze trzy razy i im bardziej wąchałam, tym bardziej byłam przekonana, że musi być zepsuta. Nie jest.
Ostatnio miałam okazję odwiedzić perfumerię Galilu i obwąchać sporą cześć "repertuaru" pana Guillaume'a i ze zdziwieniem niemałym stwierdziłam, że Aomasssai rzeczywiście ma zapach tak ostry, jak z mojej próbki. Ostry nie tylko w sensie mocny, lecz ostry w znaczeniu "gryzący".

W najprostszych słowach ujmując - to połączenie zapachu spalonej tkanki roślinnej (orzechy, pomarańczowe skóry), ciemnego karmelu, lukrecji, schnącego siana i paczuli. Nie brzmi strasznie, ale rezultat jest dla mojego nosa nadzwyczaj nieprzyjemny.
Mój umysł natychmiast wizualizuje przestygłe, zawilgłe pogorzelisko. Czarna, brudna przestrzeń spalonej cukierni, na którą wiatr nawiał podpleśniałego siana i innych śmieci. Ogień zgaszony został strugami krótkiego, gwałtownego deszczu i teraz te intensywne aromaty kłębią się w wilgotnym, parnym powietrzu mieszając się ze sobą i zyskując niesamowitą moc. Po powierzchni kałuż pływa warstwa czarnego popiołu i oka niedopalonego tłuszczu cukierniczego, ze sterczących w niebo pozostałości maszyn zwisają stalaktyty zanieczyszczonego, na wpół skarmelizowanego, na wpół spalonego cukru, a na tym wszystkim schną zwijając się w męczarniach wstążki stęchłego siana.

Znany mi już z Bois Blond zapach suszącej się trawy, który tam tak mnie zachwycił, tutaj, w połączeniu ze spalenizną i słodyczą nie podoba mi się zupełnie. Szczerze mówiąc, pozbyłam się resztki próbki, żeby przypadkiem nie skusiło mnie ponowne wąchanie, bo obawiam się, że obrzydzę sobie tę nutę, która w miarę rozwoju zapachu na ciepłej skórze staje się coraz bardziej wyczuwalna i w pewnym momencie woń, którą określiłabym jako skarmelizowane siano staje się głównym akcentem kompozycji. Mój nos nadal tego "nie kupuje", ale przyznaję, że ten etap jest ciekawy i może się podobać.
I gdybym miała szukać afrykańskich skojarzeń (wedle informacji producenta Aomasssai zainspirowane zostało Afryką i sztuką plemienia Baoulé) to owszem, na tym etapie można doszukać się jakichś skojarzeń, choć dla mnie podążanie prostym tropem: czarna lukrecja + brązowy karmel = czarna Afryka jest trochę pójściem na łatwiznę.

W trzeciej fazie rozwoju zapach zaczyna wyczyniać ciekawe sztuki.
Użyty globalnie i obficie staje się zapachem w pełni spożywczym. Spożywczym w sposób okrutny. Bezlitośnie słodki, lepki karmel zniosą tylko najtwardsi i najwytrwalsi miłośnicy perfumeryjnych słodkości. Ja się do nich nie zaliczam, więc nie obłaskawią mnie nawet wyczuwalne w tle nuty drzewne i przyprawowe.

Za to użyta testowo, w zgięciu łokcia lub na nadgarstku odrobina Aomasssai rozwija się w ciekawe, chwiejne połączenie czekoladowego karmelu z ziemisto - drzewnym zapachem sawanny. Ale to naprawdę musi być ułamek kropelki...


Twórca: Pierre Guillaume

Nuty zapachowe:
karmel, prażone orzechy laskowe, lukrecja, gorzka pomarańcza, przyprawy, drewno wenge, wetiwer, drewno balsamiczne, kadzidło, suche trawy, żywice

środa, 8 lipca 2009

Le Labo Vetiver 46

.
Czemu oni mi to robią?

Przy pierwszych testach Oud 27 pomyślałam:
- Le Labo? Super. Kolejna firma, której zapachy mnie nie ruszają.

Tymczasem nie tylko chyba będę musiała odszczekać krytyczne opinie wobec wspomnianego już Oud 27 (bo na złość mojemu portfelowi przestał stroić fochy i zaczął współpracować), ale też dawno już przestałam marzyć o tym, że pozostanę obojętna wobec aptecznych flaszeczek za 200$ plus przesyłka. Przestałam konkretnie w chwili, gdy powąchałam Patchouli 24.
Poznanie Vetiver 46 aż takim wstrząsem nie było (jednak dziegieć to dla olfaktorycznego piromana kąsek nad kąskami), ale myśl o własnej flaszce wetiwerowego cuda nie jest mi niemiła.

Tak, gotowa jestem wyznać publicznie, że wielbię odpowiednio skomponowany wetiwer. Upajam się tą nutą w Encre Noire, w Bois d'Ombrie podziwiam jej trawiastość, w He Wood urzeka mnie jej jasna świeżość, w French Lover fenomenalnie wydobyta gra wetiwerowej zieloności z kadzidłem, w Timbuktu zachwyca dzika ogrodowość tego czarownego kłącza, nawet w niepospolitym Fumidusie wolę zielone rozwinięcie od zadymiarskiego otwarcia.
Wetiwerowa kompozycja Le Labo podoba mi się od pierwszej do ostatniej nutki. I wcale nie przeszkadza mi to, że tym razem zawartość flakonu zaskoczyła mnie głównie nieprzeciętną urodą.


W Vetiver 46, poza nutą tytułową, odnajdujemy jedwabiście łagodne labdanum, jasny dym tlącego się spokojnie kadzidła i drewna, dyskretny promyk bergamoty, ziemistą, szczególną słodycz kłącza irysa, nuty żywiczne przypominające Jaisalmer CdG i wreszcie "na dnie" zapachu głęboki spokój szlachetnego drewna (gwajak, czerwony cedr, palisander i chyba mahoń jak na mój nos) zmiękczonego dodatkiem ambry i krztyną, dosłownie krztyną wanilii.
Aromaty przyprawowe nie są dla mnie wyczuwalne w formie czystej, tworzą raczej coś w rodzaju zapachowej poświaty dodającej zapachowi ekspansywności i przestrzeni.

Gdybym miała scharakteryzować tę kompozycję w kilku słowach powiedziałabym, że w pierwszej fazie rozkwitu Vetiver 46 to Gucci Pour Homme z maksymalnie podbitą nutą leśnego poszycia. Takiego idealnego: z gęstą trawą bez łysych placków, opadłymi złotymi liśćmi, które nie są ani zeschnięte, ani nadgniłe i koniecznie z przyczajonymi w trawie krzaczkami rumianych, dojrzałych poziomek. Grzybów nie stwierdzam.
Zapach jest jednocześnie drzewny, dymny, leśny i tak niesamowicie pogodny, że wbrew rozsądkowi podpowiadającemu, że przecież wystarczy jeden Gucci PH na półce - chce się go mieć.

Mark Buxton próbował się już z Wielkim Gustawem tworząc 2 Man dla Comme des Gracons i wówczas wyszła mu nieomal idealna kopia. Tym razem zdecydował się dodać coś od siebie i był to dobry koncept. Podarował swojej kompozycji żywotną soczystość, której w Guccim nie było, nie tracąc dymności i dziwnej półmroczności tamtego pięknego zapachu.

W nutach serca wetiwer podbity zostaje kwiatowymi goździkami oraz pieprzem i w tym momencie zapach zyskuje nieco indywidualnych rysów. Ale nie na długo, bo po jakimś czasie zaczyna przypominać dla odmiany Encre Noire - to samo połączenie jasnego dymu w wetiwerową świeżością, podobna przestrzeń tworzona tam przez cyprys, tu uzyskana za pomocą dodatku goździków, podobna słodycz szlachetnej, drzewnej bazy, którą w Encre Noire stanowi drewno kaszmirowe, tu gwajakowe, a w moim odczucie możliwe jest, że w obu kompozycjach znajdują się obydwa gatunki.
Wetiwerowa kompozycja Le Labo nie ciemnieje jak Encre Noire. Trwa niezmienna przez wiele, wiele godzin. I to trwałość, a nie odkrywczość mnie nęci.


Na koniec słówko o tym, co mnie zafrapowało. Już drugi raz w ciągu tygodnia spotykam się z perfumami, w których świeży, jasny wetiwer kompozytor usadowił w nutach serca i bazy, już po znacznie ciemniejszym, bardziej dymnym otwarciu. Pierwsze to oczywiście Fumidus Profumum Roma, gdzie kontrast ten był jeszcze większy.

Naprawdę ciekawy zabieg. Przesunięcie świeżych akcentów na koniec kompozycji, odwrócenie klasycznej piramidy konstrukcyjnej, którą zwykle wyobrażałam sobie jako jasną u szczytu i sukcesywnie ciemniejącą ku podstawie i pozwolenie, by olfaktoryczny "pigment" czyli nuty ciemne i ciężkie spłynęły w jej czubek. Ciekawe. Sama nie wiem, czy mi się podoba, ale pomysł interesujący.


Data powstania: 2006
Twórca: Mark Buxton

Nuty zapachowe:
bergamota, czarny pieprz, goździki, cedr, wetiwer, labdanum, olibanum, drewno gwajakowe, ambra, wanilia

poniedziałek, 6 lipca 2009

Hilde Soliani Bell' Antonio

.
Od dłuższego czasu poszukuję niesłodkiej kawy w perfumach. I to właśnie kawa, a nie tytoń jest powodem, dla którego postanowiłam umówić się na małą schadzkę z Pięknym Antonio.

Liczyłam na gorrrącą kawę w wersji wytrawnej z dyskretnym tytoniowo - fine de sielcle'owym dymkiem w tle. Liczyłam na towarzystwo zepsutego, cynicznego uwodziciela o fascynującej osobowości. Oczekiwałam dreszczu występnej przyjemności, gdzie kawa miała być przyjemnością, a tytoń występny.

A potem przeczytałam, że Hilde Soliani zadedykowała ten zapach swojemu ojcu. No sorry - nie na spotkanie z tatkiem pani Hildy się pindrzyłam, szczególnie jeśli to typ, którego własne dziecko nazywa pięknym Antonio.
Tak więc zanim dostawa próbek z LuckyScent finalnie do mnie dotarła Piękny Antonio zdążył w mojej wyobraźni przeobrazić się w żółtego od tytoniowych wyziewów Pana Antoniego w uciskającym zwiotczały brzuch gorsecie skrytym pod sztywnym surdutem w prążki. Kiedy dotarł zaproponowałam mu wygodne miejsce w pudełku z próbkami i... nic więcej.
Oczywiście do czasu, do czasu, jak sami Państwo widzą.

Bell' Antonio zaczyna się rzeczywiście akcentem kawowym. Nie jest to jednak gorący, gorzki napar, którego oczekiwałam, lecz zapach kawy palonej. A może raczej już upalonej. Upalonej mocno, do granic przydatności do spożycia; kawy czarnej i rzeczywiście gorzkiej, ale nie tą gorzkością, której pragnęłam. To zapach dla wielbicieli czarnych kawowych szatanów, nie zaś dla takich jak ja mięczaków, którzy pijają z mleczkiem.

Może gdyby moc miał ów kawowy diablik większą, to darowałabym mu tę ognistą naturę; kłopot w tym jednak, że choć jest to zapach intensywnie upalonych ziaren, to intensywny sam w sobie nie jest wystarczająco. Po pierwszej chwili radości spostrzegłam, że w ciągu dosłownie kilkunastu minut kawowy aromat zostaje przytłoczony nutami tytoniu. Znów nie takiego, jak miał być (a marzyła mi się Habanita w męskiej wersji). I choć w tym przypadku nie do końca sprecyzować potrafię swoje oczekiwania, to wiem z pewnością, że nie miał to być zapach przesiąkniętego tytoniowym dymem nałogowego palacza razem z "nałogowym" mieszkaniem w suterenie. A druga nuta to jest właśnie połączenie papierosowego tytoniu rodem z Lucky Strike'ów z nutą palonego drewna i drzewnego węgla oraz dodatkiem umiarkowanie piwnicznej, słodkawej paczuli.

Pachnieć Bell' Antonio to znaczy podjąć wyzwanie: zdecydować się ekscentryczny na image palacza, który niczym nie pachnie. Rozumiecie?
Zapach tych szczególnych perfum nie jest nieładny ani odpychający sam w sobie. Przez ten intrygujący minimalizm formy można go nawet określić jako zapach w szczególny sposób interesujący. Kojarzy mi się jednak tak dosłownie z odorem przesiąkniętych papierochami ciuchów i włosów, że jego uroda jest dla mnie zbyt... niszowa. Bo mój mózg krzyczy, że nawet ładnie pachnące papierosy tak właściwie śmierdzą. Szczególnie, gdy zamiast w postaci (powiedzmy) aromatycznego dymku wąchamy je na skórze i na ubraniu.

W ramach ostatniego gwoździa do trumny Antosia Ślicznoty dodam, że wbrew mocnym nutom, słabeusz z niego: siły mu brak i szybko kończy. Coś mi się wydaje, że za uporczywe rozczarowywanie władzy (czyli mnie) najbliższe miesiące spędzi w pudle. Z próbkami. :-)


Nuty zapachowe:
tytoń i kawa

* Na obu zdjęciach Vincent Gallo, specjalnie dla pewnego Monsterka.

niedziela, 5 lipca 2009

Fumidus Profvmvm (Profumum Roma)

.
Dymiarze! Dymiarze!

Ten właśnie okrzyk rozległ się w mojej głowie kiedy poznałam Fumidus Profumum Roma.


Pamiętacie film pod tytułem "Wodny świat"? Pamiętacie klapę finansową Kevina Costnera, który utopił (sic!) w tym pomyśle grube miliony? I wreszcie, czy pamiętacie hałaśliwych i paskudnych dymiarzy oraz świetnego Dennisa Hoppera w roli ich przywódcy Deacona?

Fumidus zdobył moje serducho podobnie, jak Hopper w roli Deacona. Deacon najpierw pojawia się w kłębach dymu i z rykiem silników i wcale go nie lubimy; Fumidus w otwarciu jest ostry, w brudny sposób dymny, z nutami palonego syntetyku, smoły, impregnowanego drewna i sam diabeł wie czego jeszcze. Kłębi się zawiesistym, czarnym dymem; zamiast wzbijać się w powietrze, unosi się tuż nad skórą z ociężałą gracją mechanicznego trzmiela.
Prawdziwy perfumeryjny fallout!

I o ile otwarcie wyrywa z butów i powoduje olfaktoryczny zawał, to to, co dzieje się z naszym "Dymiarzem" po jakichś trzydziestu minutach jest jeszcze dziwniejsze. Dymiarz przechodzi przemianę i oto okazuje się, że to całkiem równy gość. Nie wyewoluuje nam w Małego Księcia i miłośnika róż na szczęście, ale w roli poszukiwacza zaginionego lądu i wizjonera radzi sobie całkiem nieźle.

Spod warstwy spalenizny zaczynają prześwitywać najpierw nuty szlachetnie podwędzonej whiskey, które tak urzekły mnie w Bois d'Ombrie Parfums d'Italie, a potem fenomenalnie, odkrywczo żywotny w tym kontekście wetiwer: zielony zielonością ekstatyczną wprost. Wiem, wiem... Brzmi kretyńsko, ale na tle apokaliptycznie mrocznego otwarcia ta energetyczna, czysta nuta robi wrażenie piorunujące. Jest jak pierwszy listek na gruzach spalonego miasta.
I ta nieśmiało najpierw przez dymne otwarcie przebijająca się zieloność staje się z czasem coraz wyraźniejsza; przeczucie, że oto zbliżamy się do wymarzonego, zielonego lądu przeradza się w pewność, oczekiwanie w radosne święto.

W pełni dojrzały na skórze Fumidus jest zupełnie inny niż w początkowej fazie: toksyczne wyziewy zastępuje dym płonących spokojnie świeżych brzozowych polan i palonej trawy, nuty zielone (nie tylko wetiwer, ale i ładna, ziemista paczula) nadają zapachowi niespodziewanej urody i kompozycja niespodziewanie zmierza w stronę Encre Noire Lalique. Dymiarz z ponurego despoty przemienia się w pogodnego kompana do flaszki. Do flaszki whiskey, oczywiście.

I tu moja opowieść rozmija się z koncepcją Petera Radera i Davida Twohy'ego: w tej wersji historii Deacon odnajduje suchy ląd, zakłada na nim hiperekologiczną gorzelnię, w której produkuje najlepszą whiskey świata i wszyscy żyją długo i szczęśliwie konsumując "wodę życia" przy ogniskach na zielonej trawce.

"Długo i szczęśliwie" to w przypadku Fumidusa sześć do ośmiu godzin. Tyle bowiem trwają na skórze te niezwykłe perfumy. Przemiany, jakie dokonują się w tym czasie - przejście od diabelskich wyziewów otwarcia, przez olśniewającą urodę wetiwerowego serca zapachu do wędzarniczo drzewnej bazy - czynią z Fumidusa jedną z najciekawszych znanych mi kompozycji zapachowych.
Daleka jestem od twierdzenia, że ta perfumeryjna opowieść zachwyci każdego, nie będę namawiała do zakupów ani w ciemno, ani w jasno, ale przy twierdzeniu, że poznać warto mogę się upierać bez wyrzutów sumienia. Poznać warto!


Nuty zapachowe:
esencja destylowanej szkockiej whiskey, korzeń wetiweru, kora brzozy
Na stronie producenta wymieniono dodatkowo dym cygar i palone dębowe polana.


* Zdjęcia z filmu Kevina Reynoldsa, a na dwóch z nich oczywiście Dennis Hopper.

czwartek, 2 lipca 2009

Armani Privé Ambre Soie

.
Przy okazji recenzji Cedre Olympe wspomniałam o tym, że najpiękniejszymi zapachami linii Privé są dla mnie Bois d'Encens i Ambre Soie. Ponieważ z Bois d'Encens uporałam się już dawno, przyszła chyba kolej na drugi klejnot tej kolekcji: Ambre Soie czyli Ambrę Jedwabną, która w pełni na swe piękne imię zasługuje.

Zapach zachwyca już od pierwszego wdechu.
Wślizguje się do płuc aromatem delikatnie dymnym i intensywnie przyprawowym jednocześnie. Intensywne, ale bynajmniej nie ostre złożenie kardamonu i cynamonu z zapachu przypominającym mi smak (i zapach) arabskich wodnych fajek, jest gładkie i wytrawne jednocześnie.

Wyobraź sobie, że leżysz w przyciemnionym, orientalnym wnętrzu, na jedwabnych poduszkach, pykając leniwie tytoniowo - korzenne kostki w wodnej fajce i raz po raz zanurzając palec w maleńkiej miseczce z ciepłą, płynną czekoladą najlepszej jakości. Kiedy słodycz zlizywanej leniwie bezpośrednio ze skóry czekolady łączy się z dymnym aromatem tlącej się fajki - to właśnie jest akord, którym Ambre Soie wita naszą skórę i zmysły. Najintensywniejsza, najbardziej wyrazista faza kompozycji.

Dalsze jej akordy, choć bardziej stonowane, nie są wcale mniej urodziwe. Są natomiast dla mnie trudne do "rozebrania", bo zapach, w który przemienia się orientalny zbytek z otwarcia to dla mnie zapach... Egiptu. Nie pustyni, nie podróży Nilem, nie morza, nie hoteli nawet, lecz zapach, który wyczuwa się we wnętrzach lokalnych, "tambylczych". Zapach okadzonej specyficznymi kadzidełkami i przesiąkniętej zapachem fajkowego tytoniu małej egipskiej kafejki, rodzinnej perfumeryjki z kanapami wyściełanymi pluszem, ciasnego sklepiku z przyprawami czy pamiątkami. Właśnie tak tam pachnie.

Najważniejszym nowym składnikiem zapachu, który na tym etapie identyfikuję są goździki. Na tyle wyraźne, że naprawdę zdziwiłam się nie widząc ich w spisie nut zapachowych na Wizażu (dopiero dziś przy tłumaczeniu dotarło do mnie, że tajemnicze "Clou de Girofle" to nic innego jak goździki właśnie). Pojawiają się efektownym podmuchem i dość szybko cichną zostawiając po sobie splecioną z ciepłymi aromatami pozostałych ingrediencji nitkę chłodu.

Następną charakterystyczną nutą tej kompozycji, poza przyprawami, kadzidłem i ambrą oczywiście, jest paczula. Paczula, która zamyka drewniane okiennice, zaciąga chroniące przed słońcem kotary, obudowuje tę olfaktoryczną wizję trzymającym wilgoć murem. To ona właśnie sprawia, że tworzone w wyobraźni wnętrze jest ciemne, ciasne i zamknięte. Muszę jednak zaznaczyć, że nie jest to paczula brudna, nie ma w niej pleśni, stęchlizny; w zdezynfekowanym aromatycznym dymem powietrzu nie mnożą się drobnoustroje i nie unoszą zarodniki grzybów. Po prostu gospodarze unikają upału za dnia i chłodu nocą.

I Ambre Soie te życzenia spełnia. Ambrowo - przyprawowy jedwab trwa statycznie na skórze sukcesywnie łagodniejąc i w końcu zasypiając snem leniwym i sytym.


Data powstania: 2004
Twórca: Christine Nagel

Nuty zapachowe:
imbir, cynamon, goździki, cedr, ambra, paczula
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...