niedziela, 19 lipca 2009

Armani Privé Vétiver Babylone

.
Pora na kolejny (i na razie ostatni pozostający w sferze moich perfumeryjnych zainteresowań) zapach z prywatnej linii Giorgio Armaniego. Linia jest oczywiście prywatna tylko z nazwy: jeśli coś stoi na podgrzewanych żarówami półkach perfumerii Douglas to jest równie prywatne jak polityczne sympatie naszego demokratycznie wybranego pana prezydenta.

W plebiscycie Fifi Awards (nagroda działającej od 1949 roku Fragrance Foundation of the United States) Vétiver Babylone został wybrany najlepszym niszowym zapachem męskim 2008 roku. Pozostałymi finalistami były Bond No.9 Andy Warhol Silver Factory, Bond No.9 Saks Fifth Avenue for Him, Courvoisier L’Edition Imperiale i Tom Ford for Men. Przyznaję, że w tej grupie wetiwerowo - cytrusowy świeżak Armaniego jest rzeczywiście najmocniejszym zawodnikiem.

Najpierw słów kilka o pomyśle i nazwie. Vétiver Babylone należy do serii Eaux Armani Privé, w której znajdziemy zapachy poświęcone najsławniejszym ogrodom świata. Poza zapachem odwołującym się do legendy o wiszących ogrodach, które w VII - VI w pne zbudował dla swej pięknej żony babiloński król Nabuchodonozor w skład serii wchodzą także Rose Alexandrie, Oranger Alhambra i najnowszy zapach Armani Privé: Cédre Olympe.

Nie spodziewajcie się rewolucji. Nie oczekujcie wyżyn perfumeryjnej awangardy ani szczytów oryginalności. Wypuszczając Bois d'Encens Armani zużył firmowy przydział perfumeryjnych dziwactw na najbliższe ćwierć wieku. Teraz może być co najwyżej ładnie. No i jest, na szczęście.


Vétiver Babylone to połączenie cytrusowego otwarcia ze świeżymi przyprawami w nucie serca i jasną piżmowo - cedrową bazą. Wetiweru, jak na perfumy o takiej nazwie, dorzucono nieco zbyt oszczędnie, wystarcza go jednak by nadać kompozycji charakterystycznej, urokliwej zieloności.

Po ewidentnie cytrusowym, lecz jednocześnie delikatnie owocowym otwarciu z wyraźnie wyczuwalną łagodną nutą mandarynki w tej czystej, świetlistej zapachowej przestrzeni jak nitki babiego lata we wrześniu pojawiają się strzępki wytrawnego kardamonu, gorzkawego rozmarynu i świeżego słodko-pikantnego pieprzu. Szorstką ziołowość tych akordów łagodzi wciąż wyczuwalna słodycz cytrusów (przybranych tak, jak gdyby w składzie pojawił się olejek z gorzkich pomarańcz) i subtelne nuty kwiatowe idealnie splecione z aromatem zielonego, pozbawionego cienistych, ziemnych akcentów wetiweru. I to jest mój ulubiony etap rozwoju Babilońskiego Wetiweru na skórze.

Po jakimś czasie składniki kompozycji mieszają się, splatają, dyfundują tworząc jednorodną nieomal mieszaninę nut cytrusowych, kwiatowych, przyprawowych i zielonych. Oszczędna, lekko żywiczna baza pojawia się niepostrzeżenie zmiękczając zapach, lecz nie zmieniając jego barwy ani "temperatury". Jest on aż do końca jasny i świetlisty.

Przyznaję, że i tym razem Alberto Morillas (który bez względu na wpadki typu Bvlgari Omnia czy Bvlgari White Tea ma u mnie nieograniczony kredyt zaufania za YSL M7) dowiódł swej fachowości. Vétiver Babylone to urodziwy, z wyczuciem i umiarem złożony świeżak z maleńkim, spiłowanym przyprawowo - ziołowym pazurkiem. I ten pazurek podoba mi się najbardziej.
Intrygującą nuta sprawiająca, że mimo całej swej akuratności nie jest po prostu kolejnym cytrusowym zapachem dla każdego normalnego pana pod krawatem. Jest cytrusowym zapachem dla pana z błyskiem w oku.


Data powstania: 2008
Twórca: Alberto Morillas


Nuty zapachowe:
bergamota, cytryna, mandarynka, zielony kardamon, kolendra, różowy pieprz, paczula, wetiwer


*Dla zainteresowanych dodam informację, że Morillas "popełnił" także między innymi Le Baiser Du Dragon Cartier, Cologne Thierry Mugler, Flower by Kenzo, Bvlgari BLV (i męskie, i damskie), Givenchy Pi, Truth Calvin Klein i CK One.

4 komentarze:

  1. No nie. :-)))
    W sumie, moim zdaniem, nie istnieją zapachy tylko dla panów lub tylko dla pań. Jak mówił osioł w Shreku: Wolność rządzi! ;-)
    Tak tylko poleciałam stereotypem na zasadzie skojarzenia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaiste Vetiver Armaniego jest bardzo świetlisty, żeby nie powiedzieć strzelisty i unoszący się pod niebiosa niczym kadzidło, a do tego lekko "posolony". Oto babiloński łucznik (może sam Gilgamesz) ze szczytu zigguratu wypuszcza strzałę w stronę Słońca. Kiedy strzała sięga celu okazuje się , że Słońce jest gigantyczną "popieprzoną" cytryną, z której tryska na spragnioną wody pustynną glebę orzeźwiający deszcz. Czuję jak z pustyni wyrasta ziele wiecznej młodości roztaczające wokół siebie magiczną aurę.
    Przestrzenność tego zapachu kojarzy mi się z dziełami Jamesa Heeley'a, nie zdziwiłbym się gdyby to On jakimś cudem maczał palce w wetiwerze Armaniego.

    Ale, ale... Pani Sobótko, a gdzie recenzje Myrrhe Imperiale i Encens Satin? Karygodne zaniechanie! Proszę natychmiast uzupełnić! : )
    Zwłaszcza interesuje mnie porównanie MI oraz ES do BdE.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha! Prawda, zapachy warto byłoby opisać, nawet zaopatrzyłam się w materiał do testów, jednak czasu wciąż brakuje.
      "Pani Sobótko"... Nie mogę przestać się uśmiechać po przeczytaniu tego zwrotu. :)

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...