środa, 30 września 2009

Montale Aoud Lime

.
To miała być recenzja dedykowana.
Ale nie będzie.

Pięknie dziękuję mojej Siostrze w Agarze za próbkę, ale z dedykacją się wstrzymam. Z powodów, które poniżej staną się jasne.
Wstrzymywać zaś będę się do momentu, kiedy... będę mogła przestać. I taką mam wielką nadzieję, że nastąpi to wkrótce. Ale na razie sza. :-)


Pierwsze minuty Aoud Lime na skórze dały mi nadzieję. Nadzieję na to, że oto wreszcie jakiś udany zapach Montale trafił się mojemu wybrednemu nochalowi.

Głęboki, drzewno - ambrowy "kościec" zapachu; ciemna, esencjonalna róża; plastelinowy akord oud. A wszystko to splecione mocno jak skórzany bicz. Po chwili do tej zuchwale inwazyjnej wiązki woni dołącza limonka (której w nutach nie ma, a w nazwie i owszem): najpierw pojawia się wąskie pasmo cytrusowego blasku które stopniowo rozprasza się, rozdrabnia na wiele jasnych (olfaktorycznych) strzępków lśniących jak miedziany drut.

Zaintrygowało, a może nawet w pewien sposób zauroczyło mnie połączenie typowego dla Montale, ciężkiego, zawiesistego, tłustego nieomal trzonu zapachu z dodającym mu życia świetlistym damaskinażem cytrusowych pasemek. Przyznaję, że ten sposób pokazania agaru wydaje mi się interesujący i, mimo iż nuty cytrusowe lubię jak kamień w bucie, to gdyby dalsze etapy rozwoju Aoud Lime były tak samo nietuzinkowe jak pierwsze pół godziny, skłonna byłabym napisać, że to dobry zapach.

Niestety, czy to z powodu braków konstrukcyjnych, czy też wyjątkowo niespolegliwej chemii mojej skóry Aoud Lime nie chce rozwijać się z gracją. I tym razem nie uczepię się ciężkiej jak kloc bazy. To znaczy... uczepiłabym się pewnie, bo ja wredna i czepialska jestem, ale nie mogę, bo to, co jestem w stanie wygrzebać spod nabierającej przerażającej mocy syntetycznej, żrącej limonki chociażby tylko na zasadzie kontrastu zdaje się atrakcyjne.

Mam tu ostatnio przegląd artykułów gospodarstwa domowego. Płyn do dezynfekcji toalet już był, środki czyszczące już były, teraz kolej na odświeżacz powietrza. Oto jest. Cytrynowy odświeżacz powietrza w aerozolu na agarowo - ambrowej bazie. Gorycz czuję nawet w przełyku.

Miącha się to wszystko przez godzinę i drugą jakoś niemrawo i bez emocji. Odświeżacz powietrza zostaje odświeżaczem powietrza; róża traci oleistość, łapie chemiczną nutę i zaczyna przypominać wymieszaną z proszkiem do pieczenia konfiturę; szafran pod względem cierpkości przypomina zleżały imbir; ciemny, gładki oud ledwo pod tymi wyziewami stęka; trwa to długo, a mnie już nie chce się pisać tej recenzji...

Podobnie jak nie chciało mi się pisać recenzji Royal Aoud, który śmierdział na mojej skórze niemowlęcymi wymiocinami i który zmywałam w popłochu zamiast z uwagą kontemplować.


A jednak... Kiedy już zupełnie zniechęcona i zajęta własnymi sprawami raczej pro forma i dla spokoju sumienia, niż z potrzeby i nadziei wsadziłam nos w zgięcie łokcia... Zrobiło mi się błogo. I straszno trochę. Bo oto cytrusowy koszmar zamienił się w piękną, głęboką i na wskroś agarową bazę. Ciężką, to prawda. Ale to słodki ciężar tym razem. Nawet obfitość ciężkiej, ciemnej, konfiturowo cierpkiej róży przypominającej do złudzenia schyłek Black Aoud nie psuje wrażenia. Może to przez kontrast z ekstremalnymi doznaniami z poprzedniego "odcinka" tej pachnącej opowieści?

Historia mojej znajomości z dziełami Pierre'a Montale jest historią Kopciuszka, który na balu odkrywa, że wymarzony Książę jest zupełnie nie w jego typie, a trzewiczek gubi na długo przed północą zwiewając przed nadętym i do tego depczącym po palcach koronowanym kaszalotem.

No i pal licho. Zwiałabym i po kłopocie. Tymczasem za sprawką wróżki Escority znów dogonił mnie Jego Montalska Mość i oto, ku mojej konsternacji okazało się, że ma całkiem niezłe nogi. Albo jedną nogę. Albo tyłek ma fajny, albo co...?

I teraz z jednej strony wciąż zachwycam się obfitością agaru, który z podziwu godną mocą pyszni mi się na skórze od wielu godzin. Z drugiej zaś strony na samą myśl o odpychającej i bardzo uciążliwej nucie serca robi mi się nieprzyjemnie.

Znosić, czy nie znosić? Oto jest pytanie!



Twórca: Pierre Montale

Nuty zapachowe:
oud z Pakistanu, róże z Indii, włoskie irysy, ambra, paczula, drewno sandałowe, szafran



* Druga ilustracja: kadr z "Ready for the Floor" promującego LP "Made in the Dark" Chot Chip

**Trzecia ilustracja oczywiście z filmu "Kopciuszek" wytwórni Walta Disneya
,

poniedziałek, 28 września 2009

Szorty czyli krótkie gadki

Nie mylić z gatkami. ;-)



Właściwie niewiele mam do napisania o każdym z tych zapachów z osobna, ale tak ostatnio poszalałam z długością opisów, że tym razem, dla odmiany, będą short stories.



Parfums 06130
Cedre



Zapach jest piękny.
Nie tego się spodziewaliście po takim wstępie, prawda?

Absolutnie śliczny cedr, żywcem wyjęty z opianych przeze mnie jakiś czas temu "cedrów dekady": Bois Blond i He Wood. Czyste, jasne, wiórkowe nuty drzewne wyciągnięte do przodu i delikatnie podkręcone przyprawowymi dodatkami i ocieplone ambrą. Obecne w składzie cytrusy nie ujawniają się na mnie, podobnie jak w He Wood, za to subtelny, ledwo wyczuwalny akord fiołkowy przypomina nieco damską wersję cedrowca Dsquared 2 - She Wood (który to zapach także zaliczam do kompozycji wyjątkowo udanych, szczególnie w nutach serca i bazy).
Ogólnie jednak najbliżej Cedrowi Parfums 06130 właśnie do He Wood - także pod względem niezłej mocy nie idącej jednak w parze z inwazyjnością zapachu i całkiem przyzwoitej trwałości. Różnica najbardziej widoczna jest w nieco w Cedre ciemniejszej bazie.
Tak więc moja ocena jest pozytywna, ale w przypadku łatwiej dostępnego brata jest "pozytywniejsza" ze względu na cenę.


Nuty zapachowe:
cedr, sandałowiec, piżmo, wetiwer, gałka muszkatołowa, kardamon, bergamota, fiołek, mandarynka, ambra




Byredo
Chembur



Z Chemburem postanowiłam uwinąć się w tym poście, trochę na chybcika, bo po pierwsze próbka mała i może wyschnąć (zdarzyło mi się z Cedre Sandaraque PG coś takiego - zanim fiolka do mnie dotarła, nic w niej nie było), a pod drugie... czy ja wiem, czy chce mi się ten zapach kontemplować jakoś szczególnie?

Nie, żeby Chembur był jakąś perfumeryjną pokraką. To dość przyzwoity przyprawowo - kadzidlany zapach z dominującą nutą gorzkawego labdanum. Jednorodny, spójny, konsekwentnie wytrawny.
Nuty cytrusowe są tu bardziej skórzane, niż owocowe i w połączeniu z nieco terpentynowym elemi i intensywną, szorstką gałką muszkatołową dają otwarcie dość nietypowe - pachnące jak gdyby nie było otwarciem, lecz od razu nutą serca.
Labdanum i ślad kadzidła tworzą drugi plan zapachu płynnie i bez jakiejś szczególnej zmiany jakościowej ujawniający się, kiedy nos oswoi się z przyprawowym pyłem. Ambra i piżmo w bazie są równie suche jak reszta składników. Ogólnie Chembur to zapach - deska. Płaski, twardy, z wyczuwalną fakturą, ale dość monotonny.
Trwałość nader przeciętna.


Twórca: Olivia Giacobetti

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: bergamota, cytryna, elemi
Nuty serca: imbir, kadzidło, gałka muszkatołowa
Nuty bazy: labdanum, ambra, piżmo



Brandy
Brandy



Brandy?
To żart jakiś?
Nazwa jest trafiona jak pewien sławny karny Beckhama...
Brandy koło brandy nie stało, nie leżało, ani niczego nie robiło. Twórca zapachu wpadł na pomysł zrobienia Apple Peach Brandy, zapomniał jednak nie tylko wydestylować mocny aklohol z jabłkowo - brzoskwiniowego wina, ale i w ogóle sfermentować moszcz.
Mamy więc w Brandy kwaskowate jabłka (z ogryzkami i koniecznie zmiażdżonymi pestkami) z dodatkiem brzoskwiniowych, puchatych skórek, doprawione mocno zsuszonymi rodzynkami, cukrem i odrobiną goździków, cynamonu, muszkatu czy czego tam jeszcze. Cała ta przyjemna w sumie, aromatyczna mieszanka zostaje przez ludzką skórę przerobiona nie na alkohol, ale na całkiem smakowite nadzienie do tarty albo szarlotki.
Ciepły, nieskomplikowany i niewymagający, jesienny zapach dedykowany raczej paniom, niż panom.
W sumie uroczy.


Nuty zapachowe:
jabłko, brzoskwinia, ziołowe nuty serca, przyprawy




Lea St. Barth
Lea limited "Extreme"



Migdały, wanilia, karmel, wanilia, migdały, brązowy cukier, wanilia kwiatowa, wanilia w ciemnych laskach, białe migdałowe płatki, puchaty krem waniliowy z migdałami, mniam, mniam, mniam (...) olejek sandałowy, wanilia, ciepła baza, migdały i wanilia.
Oto w skrócie historia tego zapachu na skórze.

Może to i dobrze, że zniknął już z oferty, bo o ile Lea klasyczna wydała mi się zbyt budyniowa, to ta wersja mogłaby mnie skusić. A po co? Mam już kilka waniliowych zapachów, kolejny jest nie tylko niepotrzebny, ale nawet niewskazany.

Jednak mimo niechęci do zakupu, przyznać muszę, że Lea Extreme to jeden z bardziej przyjemnych, prostych, puszystych i niemdłych słodziaków, jaki znam. Jest w nim, co prawda, ślad syntetycznej waniliny, która straszy w zapachach Comptoir Sud Pacifique, ale jest to ledwie maleńka "rysa na puszystości". Szczególnie, że Lea zachowuje swoją migdałowość aż do schyłku nie kończąc się wanilinowym koszmarkiem, w który przeradza się na przykład Vanille Amande.


Nuty zapachowe:
migdały, wanilia, piżmo




Il Profumo
Encens Epice



To miał być pewniak. Zapach idealny. Miał zachwycić.
Tymczasem pojąć nie mogę, jakim cudem z takich składników udało się zrobić coś tak... Nie bardzo nawet wiem, jak to określić: radykalnie, dogłębnie, dotkliwie i osłupiająco "plebejskiego".
I nie, nie jest to manifestacja żadnych poglądów politycznych, ani społecznych. Po prostu Encens Epice pachnie (niech będzie, że pachnie) jak koszmar z epoki najgłębszego i najrealniejszego socjalizmu. Mroczny wiek kremów do golenia Wars i wód kolońskich Brutal (choć tu mnie pamięć trochę zawodzi, i nie wiem, czy Brutal nie był jednak mniej brutalny dla nosa) staje mi przed oczami i zdominowanym ostrą, żrącą nieomal wonią nosem jak żyw!

Hipermęskie, hiperkolońskie, hiperinwazyjne otwarcie, nieco tylko mniej hiper... rozwinięcie i zalatująca mydłem i skwaśniałymi petami baza.
Wypomadowany "elegant" z najgorszej dzielnicy.

Kapituluję.


Data powstania: 2004

Nuty zapachowe:
cyprys, modrzew, kadzidło, szyszki sosnowe, nasiona kolendry, liście paczuli, opoponaks, tytoń
.

Comme des Garcons Series 6 Synthetic - Garage

.
Postanowiłam pójść za ciosem i wreszcie zabrać się za uporządkowanie garażu.
Nie własnego. Będę dziś porządkować swoje odczucia względem Garażu Comme des Garcons.
I wcale nie zamierzam udawać, że nie ma to związku z moim poprzednim motoryzacyjnym (i jakże pięknie zilustrowanym!) wpisem.


Po pierwsze garaż, czy może raczej warsztat diagnostyczny, do którego zaprasza nas CdG wcale nie jest retro. To nowoczesne, wybetonowane wnętrze o wyłożonych jasnymi kaflami ścianach; z bogatym parkiem maszynowym, pneumatycznymi podnośnikami i oddzielającą klientów od pracowników płytą z plexiglasu wymytą starannie jakimś płynem do szyb na bazie alkoholu (podejrzana kwiatowa nuta w otwarciu).
Niby wszystko jest jak trzeba: mamy zapach chemicznych substancji czyszczących (ostre), poślizgowych (ciepłe) i ochronnych (ciemne), mamy ślad zapachu rozgrzanego (ale nie przepalonego) oleju, mamy nawet w tle cień czystych (w sensie zgodnych z normami ekologicznymi), "zdrowych" spalin.

Wszystko to jednak jest sterylne i wypucowane, profesjonalne do bólu zębów, pozbawione stymulującej szczypty chaosu, nieładu i, nie będę ściemniać, tej nadającej każdemu warsztatowi życia odrobiny brudu. Ustawienie silnika diagnozuje się tu za pomocą hiperdrogich aparatów, które robią "ping", a nie na ucho. Łożyska smaruje się fikuśną oliwiarką, a nie umazanym smarem paluchem. Narzędzia po użyciu spryskuje się specjalnym płynem czyszczącym, a nie wyciera w spodnie.
Liiii tam. Kicham taki garaż! Może i oddałabym im swój samochód do naprawy, ale pachnieć z całą pewnością tak nie będę.

Najgorsze jest to, że im dłużej siedzimy w tym garażu, tym bardziej zalatuje on składzikiem środków czyszczących. Dezynfekcja totalna.
W nutach serca Garage nie tylko nie przypomina normalnego, przyzwoicie upierdzielonego smarem i upstrzonego plamami oleju napędowego garażu, ale nawet wypicowanej stacji operacyjnej... Ups! Diagnostycznej z pierwszych momentów też już nie.

Teraz jest to wnętrze samochodu.
Wyobrażam sobie jakiś przestronny, ale całkiem niespecjalny model z lat osiemdziesiątych. Plastikowa deska rozdzielcza, plastikowa kierownica, tapicerka z PCV - wszystko starannie, aż do niezdrowego błysku wypolerowane płynem ze środkiem dezynfekującym. Oczywiście nowy właściciel pojęcia nie ma, że to dlatego, że jego skarb spędził trzy lata zamknięty w stodole, a smród kurzych odchodów nie znika tak łatwo...
W każdym razie aktualnie samochód wyczyszczono, i oto, za sprawą perfumeryjnego teleportu, towarzyszymy emerytowanemu małżeństwu X z bardzo przyzwoitego miasteczka udającemu się swym świeżo nabytym samochodem na uroczystości odbywające się w mauzoleum fundatora miejscowej szkoły dla panien. Odświętne ubrania wydzielają charakterystyczną woń naftaliny, system wentylacyjny wtłacza do wnętrza aromat spalin zmieszanych z wonią asfaltu, a sztuczne kwiaty na kolanach pani X pachną upojnie plastikiem i syntetycznym eugenolem.

Zupełnie mi się ta wizja nie podoba i zupełnie, ale to zupełnie nie tego oczekiwałam.


Baza jest najprzyjemniejszym z etapów rozwoju Garage. Chemiczna w sposób bardziej żywiczny, smarowny, mniej sterylna, niż poprzednie etapy, nie tak dotkliwa dla nosa, po prostu przyjemna. Pojawia się zapach czyszczonych naftą mebli w dobrze wietrzonym pokoju, ołówków z pachnącymi gumkami i nowego filcu. Obleci, ale to i tak nie jest zapach, do którego chciałabym wracać.

Nie mówiąc już o tym, że nazwę uważam za zwodniczą. Jako dzieciuch z nadmiarem wolnego czasu niejedno popołudnie spędziłam w garażach przeróżnych i daję Wam słowo: w żadnym tak nie pachniało.


Ogólnie Garage ma się do garażu mniej więcej tak, jak poniższy projekt Comme des Garcons do sukienki:



Data powstania: 2004

Nuty zapachowe:
aldehyd fenyloaceton, nafta, nuty skórzane, zapach sztucznych kwiatów, roztwór acetonowy korzenia wetiweru, chiński cedr

niedziela, 27 września 2009

Santa Maria Novella Nostalgia



Ależ mi ten zapach sprawił radochę!

Kiedy tylko przeczytałam, że ma to rzekomo być zapach dawnych wyścigów samochodowych, pierwszym, co przyszło mi do głowy było to, ze wreszcie mam okazję wkleić na blogu swojego motoryzacyjnego Czarnego Turmalina, czyli samochód, o którym marzę, by kiedyś stał się moim signature car (zaraz obok Porsche 911 z lat sześćdziesiątych): Mercedesa Silver Arrow (oryginalnie Silberpfeil - Srebrny Pocisk) w wersji nadwozia produkowanej od roku 1937 z trzema frontalnymi wlotami powietrza zamiast jednego.



Moc, sylewtka nadwozia, legenda... Pamiętam, z jakim nabożeństwem dotykałam srebrnej, nagiej karoserii podczas mojej pierwszej wizyty w muzeum techniki w Pradze! Oczywiście karoseria to nie jest najbardziej "podniecający" element tej konstrukcji, ale to właśnie jej Srebrny Pocisk zawdzięcza nazwę.

Silver Arrow zawsze jest silver tak, jak Ford T mógł być w dowolnym kolorze, byle był to kolor czarny.
 

W tym przypadku to nie względy ekonomiczne decydowały. Silberpfeil w ogóle nigdy nie był samochodem ekonomicznym.

Pochodzi ze stajni samochodów wyścigowych, które jednakoż przed epoką Srebrnej Strzały Mercedes malował zwykle na czerwono. W roku 1934 Międzynarodowe Stowarzyszenie Sportów Motorowych zadecydowało, że maksymalna waga samochodu dopuszczonego do startu w wyścigach nie może przekroczyć 750 kg. Tyle, że W25, będący bezpośrednim przodkiem Silver Arrow ważył wtedy 751 kg. Manager Alfred Neubauer i kierowca Manfred von Brauchitsch wpadli wówczas na genialny koncept: zeskrobać farbę!


W ten sposób narodziła się legenda. Błysk nagiego aluminium okrywającego potężny i hipernowoczesny dwunastocylindrowy silnik w układzie V (7,5 litra pojemności, 175 KM) robi wrażenie piorunujące.

Pomijając oczywiście fakt, że to nagie aluminium zostało, dzięki pomysłowości dwudziestopięcioletniego Philipa O. Wrighta ukształtowane w sposób, który nie śnił się bardziej doświadczonym i renomowanym stylistom. Zamiast kanciatego, urągającego zasadom aerodynamiki pudła (które były wówczas powszechnie produkowane) mamy tu bryłę przypominającą... A jakże - pocisk właśnie. Stąd nazwa.

Wiem, że nie o Mercedesie powinnam pisać, ale jakże tu się oprzeć? Bardzo proszę o wybaczenie i już, szybciuteńko przechodzę do rzeczy.



Wrrrrrummm!




Niestety, pod maską olfaktorycznego bolidu SMN nie pręży stalowych muskułów 175 narowistych koni mechanicznych. Ciągnie go stadko nie najlepiej karmionych wałachów, które owszem, na początku nieco dają czadu, ale zdecydowanie zbyt szybko opadają z sił.
 
Ale po kolei. Skoro już pół wpisu jest nie na temat, to przynajmniej reszta niech ma ręce i nogi (wlot powietrza i wydech).

W otwarciu najpierw po nosie daje terpentyna. Terpentyna pięknie podkręcona dodatkiem genialnie oddanego zapachu dziegciu i różnistych smarów. Na tym etapie Nostalgia przypomina nieco Garage Comme des Garcons, jest jednak jeszcze mniej perfumeryjna i brudniejsza. I bardziej gorrrrąca. Świetnie!

Po niespełna minucie zapach już zaczyna się zmieniać, słabnąć. Najpierw pojawia się nieźle rokująca metaliczna słodycz, potem nuty technicznego kurzu, żywic (powiedzmy, że przemysłowych) i woń, którą jednoznacznie identyfikuję jako warsztat samochodowy: metal, chemia, beton, syntetyki. Mrrrr...



Ale to jeszcze nie wszystkie atrakcje, bo po jakiejś pół godzinie Nostalgia zaczyna pachnieć jak stygnący silnik. Wyobraźcie sobie zadbany, dobrze nasmarowany silnik (spalinowy oczywiście) po długiej, względnie szybkiej przejażdżce. Odczekajmy kwadrans, może półtorej i podnieśmy maskę.

Kurz i brud wypaliła wysoka temperatura, zapach benzyny ulotnił się, został nagrzany metal, gładkie od oleju tłoki śpiące w cylindrach, ślad ciepłych spalin i orzechowy aromat WD40. Do tego pieszczącego zmysły każdego maniaka motoryzacji zestawiania dochodzi zapach syntetycznej, skóropodobnej tapicerki nagrzanej przez nasze własne ciało.

Dla mnie zapach absolutnie cudowny, rzeczywiście budzący nostalgię, bo nowoczesne samochody z silnikami opakowanymi w plastik już tak nie pachną.
 

Najpiękniejszą metaforą Nostalgii SMN jest hasło promocyjne, którym w roku 1934 reklamowano wyglądający jak przybysz z przyszłości bolid W25 Silver Arrow:
Suddenly it's 1940!
I kiedy wąchamy Nostalgię, "nagle jest rok 1940!". A przynajmniej 1960.



Niestety, po pierwszym wykopie Nostalgia szybko przysiada i pachnie sobie raczej kameralnie, przyskórnie. Do tego podejrzanie perfumeryjnie. Żal ściska moje rozmiłowane w retro maszynach serducho, kiedy zapach zmienia mi się na skórze w zwyczajny powidok po perfumach.

Inną kwestią jest pytanie, ilu ludzi na świecie naprawdę chce pachnieć rozgrzanym silnikiem. I w jakich okolicznościach. Z tym dylematem uporać musi się każdy zauroczony Nostalgią potencjalny nosiciel we własnym zakresie. Ja decyzję podjęłam.
Miłych testów!


Data powstania: 2002

Nuty zapachowe:
Nuta głowy: caoutchouch (to jakieś syntetyczne tworzywo, ale moja mizerna znajomość francuskiego nie pozwala mi dociec, jakie), styraks, bergamotka
Nuta serca: paczula, cedr
Nuta bazy: tabaka, wanilia, ambra, dziegieć


* Tytułowe zdjęcie recenzji: międzynarodowy rajd pod wieżą Eifla, 3 czerwca 1934 roku, w którym prowadzone przez Manfreda von Brauchitsch i Luigiego Fagioli Mercedesy W25 Silver Arrow objęły prowadzenie natychmiast po starcie i nie oddały go mety.

** Pierwsza ilustracja: pierwsze pojawienie się Srebrnej Strzały na pierwszym w Europie odcinku autosrtrady: Berlin 1934, za kierownicą Hans Stuck

*** Szósta ilustracja: egzemplarz Silver Arrow W25 z 1934 roku wystawiony w Mercedes-Benz Museum w Stuttgartcie.

**** Chciałabym jeszcze zaznaczyć, że moim zdaniem, obiektywnie całkiem atrakcyjne i widoczne na zdjęciu poniżej, Silberpfeile Audi są niekanoniczne i, mimo całej sympatii dla tej marki, uważam że tym razem splagiacili dzieło sztuki. Ale za to wypuścili kilka innych pomniejszych dzieł, o czym być może kiedyś...


.

Nasomatto Duro

.
To jedne z tych perfum, przy których mój umysł zacina się w trybie kontentowania się urodą zapachu i naprawdę trudno mi go przestawić na tworzenie czegokolwiek innego. Broni się cholernik, opiera, łapie każdej molekuły zapachu, ryje kopytami podłoże i oświadcza, że nie będzie myślał, nie będzie rozbierał, nie będzie psuł sobie zabawy analizą nut i akordów.

Oczywiście nie bacząc na fochy zaprzęgam oporną bestię do roboty, choć leń ze mnie i nie lubię tego robić.
Myślę jednak, że Duro naprawdę zasługuje na to, by o nim napisać, a obawiam się, że gdybym ograniczyła się do oświadczenia, że super, że drewno, że dymnie i że fajnie to mogłoby nie zrobić najlepszego wrażenia na moich Czytelnikach, których bardzo sobie cenię. :-)

Oto więc kilka ułomnych zdań będących rezultatem pańszczyzny odwalonej niechętnie przez mój oporny i leniwy umysł.


Duro to, wedle informacji podanych przez Nasomatto bardzo mało wylewnie: skóra, drewna i przyprawy.
Zaczynam podejrzewać, że ukrywanie nut to taka gra, w którą firma bawi się z użytkownikami. Jedyne, co ujawnili wprost to skóra, która w tej akurat kompozycji wyczuwalna jest w stopniu umiarkowanym i mocno złagodzona efektownym towarzystwem. Najwięcej jest nut drzewnych i dymnych; rzeczywiście wzbogaconych przyprawami, ale nie tymi najbardziej oczywistymi.

Otwarcie, pierwsza faza zapachu jest dość ciężka, mocno dymna, ciemna. To tu właśnie najwyraźniej pojawia się nuta starej, pociemniałej skóry złożona starannie z nutą równie starego i równie ciemnego drewna. To, co najbardziej intryguje mnie w tym pierwszym akordzie to wyraźna obecność drewna agarowego czyli po prostu oud. Oczywiście agar mieści się, jak najbardziej, w pojęciu "drewna", ale przecież mogli napisać... Nie kisiłabym próbki przez pół roku w pudełku.

Gdy opadnie dym pierwszej zapachowej salwy, nos zaczyna wyczuwać pozostałe składniki kompozycji. A jest ich, podobnie jak w przypadku rzekomo jednoskładnikowego Silver Musk, całkiem sporo.

W kategorii "przyprawy" prym wiedzie laur. Bardzo piękny, wytrawny lecz jednocześnie łagodny pyszni się na tle szafranu, białego pieprzu i chyba gałki muszkatołowej.

W kategorii "drewna", poza wspomnianym już agarem, który na tym etapie gaśnie i przechodzi do drugiej linii, mamy czerwony cedr, drewna o aromatach ciepłych, czyli sandałowiec, gwajak i może drewno kaszmirowe (a może jeszcze jakieś inne) oraz podwędzane i podpalane drewna dowolne (czyli mówiąc prosto: nuty dymne).

Zostaje nam jeszcze kategoria "inne", czyli to, o czym wykaz nut milczy i tu wymienić mogę wetiwer, ambrę, nuty żywiczne, być może papirus, być może kawę oraz jakiś absolut rumu (albo coś z tego kręgu aromatów). Rozbierając zapach na czynniki pierwsze i szukając nut, które uzasadniałyby łagodnie mroczną bazę dorzucam do składu (całego w sumie wziętego z kapelusza) olejek paczulowy i jasne piżmo.


Podoba mi się pomysł na odwrócenie zwyczajowo najświeższej, najjaśniejszej w kompozycji nuty głowy i zrobienie z niej negatywu tego, czym zwykle bywa. Ten sam koncept wykorzystał, między innymi, twórca Fumidusa Profumum Roma - o ile jednak tam kontrast między obłąkańczym otwarciem, a pozostałymi etapami jest przykładem perfumeryjnego "pójścia po bandzie", tu mamy do czynienia z zagraniem technicznym.

Podoba mi się ogólne wrażenie, jakie robi na mnie ten zapach Gualtieriego. Duro znaczy "twardy, ciężki, surowy", mnie jednak przypomina raczej bynajmniej nie ciężkie i nie twarde Cashmere For Men Cristiano Fissore - jest jednocześnie pierwotny, nieco mroczny i elegancki, niekrzykliwy. Ma w sobie moc, którą umownie można nazwać magiczną (i nie będzie to wcale jakaś szczególnie biała magia), lecz moc ta ani nie ogłusza noszącej zapach osoby, ani nie osacza jej towarzystwa. Za wrażenia artystyczne nota bardzo wysoka.

Podoba mi się w Duro także to, że rozwija się nieklasycznie. Niby zupełnie statyczny - faluje jak powierzchnia muskanego ciepłym wiatrem łanu zboża unosząc się i opadając, grając odcieniami tej samej barwy, ziarnistością tej samej faktury. Ciągle i niezmiennie te same składniki: najpierw dymne, potem jaśniejące i łagodniejące, w kolejnym etapie znów ciemnieją tylko po to, by po dwóch kwadransach ponownie się rozjaśnić... Łagodna gra świateł, którą zauważa się w Duro tylko kiedy obserwuje się go uważnie, daje zapachowi życie, odbiera mu sztywność, sprawia, że chce się do niego wracać.

Tak więc wrócę z pewnością, ale czy kupię? 150$ za 30 ml to nie jest kwota, którą wydaje się z pieśnią na ustach w jesienny poranek.

No dobra.
Bez pieśni i w samo południe też się nie wydaje. :-]


Data powstania: 2007
Twórca: Alessandro Gualtieri

Nuty zapachowe:
skóra, drewna, przyprawy

sobota, 26 września 2009

Nasomatto Silver Musk

.
Wszystko przez pewną Pandę...

Swoim pozornie niewinnym pytaniem o Czarnego Afgana w komentarzu pod kiblową Voluspą Ola narobiła mi strasznego apetytu. A ponieważ nawiązanie znajomości z tym egzotycznym przystojniakiem mam dopiero w planach, na razie przejrzałam pudełko z próbkami i wygrzebałam z niego te zapachy Nasomatto, które już mam i znam.
Na pierwszy ogień poszedł Silver Musk - zapach, który podobnie jak Musc Maori Parfumerie Generale i Dark Rose Czech&Speake, jest dla mnie dowodem na to, że zaniechanie testów tylko dlatego, że dany zapach ma w tytule składnik, którego nie lubię, może być błędem.

Silver Musk ma w składzie... Piżmo. No kto by się spodziewał!
Znacznie bardziej interesujące jest to, że Silver Musk, wedle danych producenta, nie ma w składzie niczego poza piżmem. A to już ciekawostka.
I, oczywiście, zupełnie w te deklaracje nie wierzę.


Jestem absolutnie przeświadczona o obecności w kompozycji nut kwiatowych - prawdopodobnie jasne, białe kwiaty: irys wraz z kłączem na 100%, lotos, prawdopodobnie róża, być może biała orchidea. Wyczuwam wyraźną jasną ambrę, jasne, wiórkowe nuty drzewne (młody cedr?), delikatną wstążkę kadzidełkowego dymu rodem z NU YSL czy Timbuktu l'Artisan Parfumeur.
Wszystko to, oczywiście jest tylko złożonym, lecz nie przytłaczającym tłem dla pięknego, czystego, świetlistego nieomal piżma. Przyznaję, że to chyba najpiękniejsze piżmo, jakie mój nos widział. Bez śladu mydlanej nuty, którą zamęcza mnie większość piżmowych zapachów, bez mulistej grzązkości, która doskwiera pozostałym znanym mi "piżmakom".
Silver Musk jest zapachem jasnym, czystym, pełnym rozświetlonej ciepłym światłem przestrzeni.

Dopuszczam możliwość, że wrażenie niesamowitej przestrzenności Silver Musk zawdzięczamy dodatkowi kwiatu czystka lub eugenolu. Zakładam obecność w nutach (realnych, nie oficjalnych, bo w oficjalnych mamy tylko piżmo przecież) klasycznego kadzidła - tego samego, które "rozdyma" zapachy zwane kościelnymi, takie jak Avignon CdG, czy Cardinal Heeleya. Rozważam, czy aby nie wzbogacono go tu dodatkiem rumianku.
Przede wszystkim zaś pozwalam się urzec urodzie taj pozornie tylko prostej kompozycji.


Jeśli miałabym zgłaszać jakiekolwiek zastrzeżenia, to mam jedno: Silver Musk to (podobnie jak pozostałe propozycje Nasomatto) ekstrakt perfum i po takim stężeniu spodziewałam się jednak większej mocy i lepszej trwałości. Srebrne Piżmo zachowuje się jak normalna woda toaletowa i ani krztynę lepiej: moc ma przyzwoitą, ale nie powalającą i trwa na skórze 5 - 6 godzin.

Pisząc o Silver Musk nie sposób nie wspomnieć o dorobionej przez Nasomatto do tego zapachu "ideologii".
Wiadomo, że zapach zapakowany w zgrabne, chwytliwe hasło reklamowe lepiej się sprzedaje - stąd niesamowite, poetyckie, czasem dziwaczne nazwy zupełnie nienadzwyczajnych kompozycji. Tu mamy kompozycję nadzwyczaj udaną, a jednak... A jednak nie zauważyłam, by Silver Musk sprawiał, że jego nosiciel automatycznie zyskuje "magnetyzm superbohatera", jak to sugeruje producent. ;-)



Edit 27 września 2009:

Dostałam via gg pytanie, czy mój zachwyt oznacza, że teraz kupię zapach piżmowy.
Otóż odpowiadam: nie kupię.

Pozytywna recenzja jest skutkiem mojego uznania dla bardzo dobrze skomponowanego zapachu, dla jego urody obiektywnej, nie subiektywnej. Jednak to, że urodę ową dostrzegam nie zmienia faktu, że to kompozycja spoza mojego spektrum zapachowego i nie, nie chciałabym nią pachnieć. Ale gdyby ktoś zechciał sobie popachnieć w mojej obecności - zapraszam. :-)


Twórca:
Alessandro Gualtieri

Nuty zapachowe:
piżmo (i już)

piątek, 25 września 2009

Parfumerie Generale L'Eau Rare Matale

.
Herbata Matale w wersji Pierre'a Guillaumea po raz kolejny dowodzi, że picia czarnej herbaty unikam nie ze względu na zapach. Zapach bowiem lubię bardzo. To smak mnie przeraża - nie wiem, czy to substancje humusowe, czy inny cierpki składnik czarnej herbaty paraliżuje mi język podobnie jak garbniki w czerwonym winie.

W L'Eau Rare Matale zapach mocnego herbacianego naparu jest tak sugestywny, że wywołuje potrzebę przesunięcia językiem po podniebieniu w poszukiwania tego nieprzyjemnego efektu. Nie ma go, na szczęście.


Jest za to aromat zaparzonej krystalicznie czystą wodą czarnej herbaty Earl Grey wzbogaconej dodatkiem płatków kwiatów.
Kamionkowy, prosty dzbanuszek tego szlachetnego naparu ustawił dla nas kompozytor zapachu na ciężkiej tacy z litego, czerwonego cedru ozdobionej wypalanymi rozżarzonym drutem orientalnymi wzorami. A żeby było jeszcze piękniej - wypijamy go na brzozowej werandzie otwartej na tropikalny ogród, w którym rośnie zdziczała, aztecka wieszcza szałwia.

Genialny pomysł. Połączone w spójny, czysty akord symbole nieśmiertelności (a przynajmniej bardzo-długowieczności): herbata, szałwia, cedr.

Całość jest przestrzenna, surowa nieomal, w pewien szczególny, sprzyjający spokojowi umysłu sposób uporządkowana. Taki trochę zapach zen.

Rozwija się cichnąc, jak gdyby w tym wykreowanym zapachem universum zapadał zmierzch. Kolory tracą intensywność, ostre krawędzie zacierają się, pogłębiają się cienie, zdolny Piotr pokrywa tak zgrabnie namalowaną przez siebie akwarelę grafitowymi śladami miękkiego ołówka.
Herbaciany napar stygnie, nocne kwiaty w zapuszczonym ogrodzie zaczynają pachnieć jak szalone, nawilżone wieczorną rosą drewno wydziela eteryczne olejki, a wszystko to w spokojnym, bezwietrznym półmroku.
Wystarczy zamknąć oczy...


Twórca: Pierre Guillaume
Data powstania: 2005

Nuty zapachowe:
szałwia, białe kwiaty, bergamotka, czarna herbata Matale, wirgiński cedr, chiński cedr, wetiwer, brzoza, palone drzewo, pieprz, piżmo


* Druga ilustracja: święta jaskinia Matale

Voluspowe ekstrema

.
To ostatni mój rzut zapachów Voluspy - większą ilością próbek na razie nie dysponuję.
Myślę, że to dobry moment, żeby podziękować Cbr zwanej powszechnie Pandą lub rzadziej Olą za tytaniczną robotę, którą wykonała po to, żeby bywalcy i bywalczynie forum "Perfumy" (w tym i ja) mogli cieszyć się poznawaniem i posiadaniem tych zapachów. Dziekuję! :*



A teraz do rzeczy.
Dziś nie będzie tak mdło, jak ostatnio albowiem na tapecie mam kompozycje, do których stosunek mam jednoznaczny.


Na pierwszy ogień, bezsprzeczny faworyt w kategorii paskudności:


Voluspa Basic Black
Vervaine Olive Leaf


Po pierwsze wsadzenie tego czegoś do wora pod tytułem Basic Black to po prostu kpina. Ta wątpliwej urody woń powinna znajdować się w kolekcji Pungent Yellow. Żeby nie zakląć szpetnie po francusku jak Książę Pan z "Rumcajsa": Caustic Odour...

Cbr-ka w swojej pierwszej impresji na temat tej powalająco atrakcyjnej kompozycji napisała, że to zapach cytrusowego Domestosa i przyznaję, że lepszego porównania, niż odświeżacz do toalet nie jestem w stanie wymyślić. Gdybym miała się czepić i marudzić, mogłabym dumać jedynie nad marką. Bo Domestos to naprawdę dobry środek dezynfekujący i z racji tego straszliwie jedzie chlorem. Tu nie mamy chloru, za to wszystkie pozostałe toksyczne nuty jak najbardziej. Syntetyczne cytrusy, detergentowa gorycz, chemiczne opary przypominające nieco nawodniony ług sodowy. Brzmi cudownie, prawda?

Co ciekawe - ciecz zwana dla niepoznaki połączeniem werbeny i listków oliwnych przejęła od swego pierwowzoru także właściwości żrące: kiedy podczas wąchania rozprowadzonych w zgięciu łokcia kropli dotknęłam ustami wilgotnej jeszcze powierzchni skóry, najpierw poczułam pieczenie i (po odruchowej próbie zlizania paskudztwa) cierpnięcie języka, zaś po chwili zauważyłam, że mam napuchniętą górną wargę.

Bardziej szczegółowej analizy nie będzie - pędzę się myć.



Czy polecam?
Żartujecie?
Domestos wychodzi taniej.


***

I wreszcie, last but not least zapach, który zaskoczył mnie bardzo. Znam już jedno dzieło pod tytułem Tobacco Vanille i na podstawie tamtej znajomości oczekiwałam wszystkiego najgorszego. Tymczasem...


Voluspa Basic Black
Tobacco Vanille


Tobacco Vanille w wersji Voluspy to prześliczny, waniliowo-karmelowy słodziak z nutą dymną bardziej przypominającą łagodne, ambrowe kadzidło, niż oczekiwane przeze mnie papierochowe wyziewy.
Osoby, które oczekują tytoniu tytoniowego i dekadenckiego od razu uprzedzam, że go tu nie znajdą. Za to wielbicielom słodziaków mogę Tabaczną Wanilię polecić w ciemno.

Poza kremową, puchatą i ciepłą wanilią, ambrowym dymkiem i delikatnym, ledwo złotym karmelem w zapachu znaleźć można piękny, cudnie oleisty sandałowiec i nutę, która po lekturze opisów skłonna jestem sklasyfikować jako świeże siano. Do tego krztyna mlecznego, ciepłego, obficie dosłodzonego kakao, ślad słonawego, typowo wędzarniczego dymu, który uwielbiam oraz intrygująco mokry palisander w bazie.
Całość, mimo nut ewidentnie jadalnych, bardziej niż często straszący w waniliowych kompozycjach budyń czy karmelki, przypomina przemieszane ze sobą Baltic Amber i Red Amber Incense dopieszczone dodatkiem Vanille Exquise Annick Goutal.
Słodka, puchata ślicznota, którą mimo protestów zdrowego rozsądku kwilącego cicho, że przecież nie wylezę do ludzi przebrana za pluszaka, i tak pewnie przygarnę przy nadarzającej się okazji.


Trochę szkoda, że Tobacco Vanille jest aż tak ładny, bo zamierzałam ten wpis zatytułować: Zemsta Völvy. :-)))



Nuty zapachowe:

Vervaine Olive Leaf:
werbena cytrynowa, liście oliwne, petitgrain

Tobacco Vanille:
wanilia madagaskarska, tytoń, siano, drzewo sandałowe



I na zakończenie proponuję coś, co podpatrzyłam na zagranicznych blogach.
Jednej z osób komentujących recki Voluspy (oczywiście takiej, która zadeklaruje chęć wzięcia udziału w tej zabawie) sprezentuję drobiazg w postaci próbek wszystkich siedmiu recenzowanych przeze mnie zapachów tej firmy. Umówmy się, że za dziesięć dni przeprowadzę "losowanie".
Zapraszam.

Figi Voluspy

.
Ten post stanowi, przy okazji, niewielki aneks do mojej KonFIGuracji Fig, przy tworzeniu której jeszcze figowych zapachów Voluspy nie znałam.



Voluspa Basic Black Collection
Cardamon Fig


Czy tu w ogóle jest figa?
Jeśli już damy się zaprogramować nazwie i uznamy, że jest, to trzeba przyznać, że nawet w dwóch osłonach jednocześnie: z jednej strony zielona, typowa dla perfum z nutą figowych zarośli, lub w najlepszym razie niedojrzałego owocu, znana już z Jardin de Kerylos Parfumerie Generale, z drugiej, figa syntetyzowana, przypominająca bardziej, niż owoc, figową herbatkę lub figowe landrynki - jedno i drugie aromatyzowane "naturalnym" figowym aromatem wątpliwego pochodzenia.
Oba zapachy bardziej skupione na wymowie (zielony na zieloności, cukierkowy na cukierkowości), niż na źródle (czyli fidze).

Pierwsza z tych nut jest w potocznym rozumieniu brzydka, surowa, "niepolerowana" i mnie akurat się podoba. Druga nuta, pozornie ładniejsza, zgrzyta mi w zębach jak nielubiane przeze mnie perfumeryjne pop hity (w sumiepop hity nie tylko perfumeryjne zazwyczaj zgrzytają mi w zębach, nosie, uszach i oczach, ale nie to jest tematem moich dzisiejszych rozważań). Połączenie absurdalne, dające w efekcie zapach dla miłośników perfumeryjnego naturalizmu zbyt cukierkowy, dla zwolenników pachnących słodyczy zbyt cierpki.


Oczywiście, to nie wszystkie nuty, które wyczuwam. Zgodnie z nazwą mamy tu także kardamon. Kardamon, któremu sąsiedztwo figowych "gugułów"* odbiera korzenną szlachetność, dodaje zaś ożywczej cierpkości. Dodatkowo gugułową cierpkość tej kompozycji podkreśla obecność bergamoty złożonej z goryczką petitgrain. Efekt mógłby być naprawdę interesujący, gdyby nie sąsiedztwo landrynowatej porzeczki wspartej landrynowatą maliną i landrynowatą... landryną.

Gdybym miała szukać "poza skalą", czyli wśród nut niewymienionych w opisach, stawiałabym na obecność goździków, ziela angielskiego, może rozmarynu, może melisy, a na pewno u schyłku zapachu wanilii i jakiejś delikatnej, chłodnej, jasnej drzewnej bazy. I tyle.
Naprawdę szkoda, że landrynowate połączenie porzeczki z wanilią psuje zapach - a im dłużej mikstura trwa na skórze, tym psuje się bardziej.

Na pocieszenie rzec mogę, że najprawdopodobniej w świecach zapachowych ten mankament nie występuje - recenzje na LuckyScencie (skąd podebrałam nuty do opisu) są bardzo pozytywne i żaden z recenzentów nie uskarża się na syntetyczne akcenty.



Voluspa Japonica Collection
Capri Fig Frangipani


Na wstępie, tak dla porządku i jasności, wyjaśnię, że egzotycznie brzmiące "frangipani" to po prostu olejek z plumerii. W tym przypadku białej.


Sam zaś zapach jest... tak prosty i w oczywisty sposób perfumeryjno - toaletowy, że w powodzi dziwolągów, które wąchałam aż ciekawy.
Czysta i oczywista ogrodowa plumeria połączona z zapachem jasnej, ogrodowej (w przeciwieństwie do kwiaciarnianej albo olejkowej) róży, przestrzennego jaśminu i jeszcze jakiegoś kwiatu, który trochę przypomina mi bez (o bardziej szczegółowe zeznania się nie pokuszę, bo kwiaty nie są moją specjalnością, potrafię pomylić najbardziej oczywiste ich zapachy).

Figi nie stwierdzam.
Nie stwierdzam też żadnych faz zapachu, etapów rozwoju, warstw i akordów. Ot czyste, bezpretensjonalne kwiatki znane mi, jako żywo, z jakiejś przaśnej, kioskowej "wody" wąchanej w dziecięctwie w epoce realnego socjalizmu.
Paradoksalnie - podobają mi się. Podobają mi się tak samo, jak irracjonalnie podobają mi się Trabanty zwane mydelniczkami czy socrealistyczne pomniki robotników o wielkich dłoniach. I rzecz jasna, tak samo chciałabym je mieć. :-/


Całość, jak już wspomniałam, robi wrażenie mocno toaletowe, mydełkowe nieomal i mieści się w granicach zapachu nie burzącego systemu, dozwolonego dla eleganckiej kierowniczki GS-u albo nawet dla idącej na tańce pod rękę ze schludnym i muskularnym przodownikiem pracy socjalistycznej działaczki w sukience w kwiaty. Dla podkreślenia faktu, że człowiek pracy jest czysty, dba o higienę i potrafi cieszyć się życiem - oczywiście.

Może trochę przesadzam. Może niesłusznie kwalifikuję ten zapach tak jednoznacznie. Ale nic na to skojarzenie nie poradzę - jest tak jednoznaczne, że nijak nie wymyślę niczego innego.
Dodać mogę jeszcze tylko, że trwałość tych socjalistycznie radosnych kwiatków jest nawet gorsza, niż trwałość realnego socjalizmu. W sumie - wolałabym odwrotnie. ;-)



Nuty zapachowe:
Cardamon Fig:
kardamon, paczula, figa, bergamota, czerwona porzeczka

Capri Fig Frangipani:

słodkie płatki róży, cierpka figa, białe frangipani



* Gugułami na Śląsku nazywamy niedojrzałe, zielone jeszcze, twarde i jadalne tylko dla największych twardzieli i desperatów owoce.
** Ostatnia ilustracja: "Targ w Charkowie" - obraz z kolekcji galerii w Doniecku

piątek, 18 września 2009

Donna Karan Chaos - stara wersja

.
Gdy w styczniu recenzowałam reedytowany Chaos nie znałam starej wersji. Nowa zaś wzbudziła we mnie odczucia raczej ambiwalentne (o czym szerzej tutaj). Dziś, zgodnie z zapowiedzią, wracam do tematu w ciepły dzień i będzie o Chaosie po raz wtóry.
Tym razem o TYM CHAOSIE - osławionym, nieodżałowanym, owianym legendą Chaosie Starym, wycofanym i przez to cennym.


Nie załapałam się na kult (choć jako niereformowalna idealistka z życia nauk nie wyciągam i Fuel nadal nęci) z dwóch podstawowych powodów:
- po pierwsze w chwili wycofywania starego Chaosu perfumami się jeszcze nie pasjonowałam i nie miałam pojęcia, że oto takie cudo przechodzi mi koło nosa
- po drugie, najpierw poznałam Chaos reedytowany, a ten, jak już wiadomo, na kolana mnie nie rzucił
Zadawałam więc sobie pytanie oczywiste: czy stary pachniał tak samo, jak znany mi nowy? Albo raczej, czy w formule coś namieszano, tak, jak to zrobiono w przypadku innych wielkich come backów: Black Cashmere czy Feminite du Bois (o którym kiedyś w końcu napiszę)?

I oto mam próbkę tego niedostępnego cuda. Próbkę nieleżakowaną, przepsikiwaną specjalnie dla mnie z właściwie przechowywanego flakonu, świeżą... Idealną do testów.
Pierwsza aplikacja - solowa. Z pietyzmem naniosłam trzy krople na czystą, więcej niż godzinę wcześniej umytą i spłukaną pod bieżacą wodą skórę w zgięciu łokcia. Zgięłam rękę tak, by dwie warstwy skóry przywarły do siebie ogrzewając zapach przez moment, co pozwala mu się rozwinąć tak samo, jak w ciepłych obszarach ciała. Trzydzieści sekund oczekiwania, aż spirytus się ulotni (nie trzeba się spieszyć, nos traci wrażliwość jeśli potraktujemy go oparami alkoholu) i... Pierwszy wdech.


To niewątpliwie ten sam zapach. Podobnie przyprawowy, podobnie drzewny, podobnie wytrawny i podobnie statyczny. A jednak...
Stary Chaos nie prześlizguje się wzdłuż kręgosłupa jak wrzucona za koszulę kostka lodu. W przeciwieństwie do swego zreformuowanego młodszego brata jest... żywy. Różnica między tymi dwoma zapachami jest taka, jak różnica między nieruchomym, oddychającym spokojnie człowiekiem pogrążonym w głębokim śnie, a tym samym człowiekiem w fazie stężenia pośmiertnego. Oczywiście żywa wersja to pierwowzór. Nowa to kamienny sarkofag.

Żeby nie było nieporozumień: także stary Chaos nie jest spełnieniem moich zapachowych marzeń i nie będę bynajmniej zabijała się za trudno dostępnym i rozpaczliwie kosztownym flakonem. Jednak dostrzegam różnicę i łatwiej mi po poznaniu pierwowzoru zrozumieć, dlaczego miłośnicy (a przede wszystkim miłośniczki) tej kompozycji tak tęsknie wyglądali jej powrotu.
Niestety, coś się pogubiło w proporcjach przy odtwarzaniu receptury. Więcej rumianku, szałwii i lawendy, skoncentrowany eugenol zamiast olejku goździkowego? A może przeciwnie: oszczędniej użyta ambra czy sandałowiec? Może zaginęła jakaś ciepła, mięsista owocowa nuta, którą w starym Chaosie można wyczuć pod szorstkim, przyprawowym kocykiem?

W każdym razie także porównanie bezpośrednie - symultanicznie zaaplikowane w dwa "przeguby łokciowe" dwa Chaosy - wypada jednak na korzyść starej wersji i przypadek ten zdaje się potwierdzać powszechną na perfumeryjnych forach opinię, że spektakularne i głośne powroty klasyków często nie są w istocie powrotami, tylko dojeniem legendy.
Niby wiadomo, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, ale jednak jakoś żal...


Nuty zapachowe:
teoretycznie jak w nowej wersji


* Ilustracje z reklamy Chaosu na stronie Donny Karan

Voluspa Basic Black: Red Amber Incense

.
Red Amber Incense to mój ulubiony zapach Voluspy.
Nie podejmuję się obrony tezy, że to najlepszy z ich pomysłów, ale przyznaję, że nie Baltic Amber, lecz to właśnie, kadzidlane, dymne wcielenie ambry uznaję za najciekawsze i najbardziej "moje".

Rzeczywiście sprawdza się w obu zgodnych z przeznaczeniem rolach: jako spray do pomieszczeń nadaje wnętrzom intrygujący, kadzidlano - elegancki klimat, nie przytłaczając ani słodyczą, ani ostrymi, cytrusowymi lub żywicznymi nutami.
Jako perfumy aplikowane na skórę sprawuje się nie gorzej, niż przyprawowo - drzewne kompozycje typu Ambre Fetiche czy Miyako.


Red Amber Incense, to, zgodnie z nazwą, zapach ciepłej, ambry połączonej z aksamitnie leniwymi, pozbawionymi szorstkości nutami dymnymi. Jednak w otwarciu zwraca uwagę przede wszystkim palisander. Od pierwszych akordów olśniewa i zachwyca wyraźny aromat szlachetnego, wygładzonego, pokrytego bursztynową politurą drewna różanego. Szczerze mówiąc, wątpię, by w realnym świecie istniało coś takiego jak bursztynowa politura, ale jeśli popuścimy wodze fantazji, to możemy uznać, że teoretycznie możliwe jest konserwowanie powierzchni drewna za pomocą warstwy roztopionego bursztynu, czyż nie? I to właśnie fantazyjne (i fantastyczne) połączenie wzbogacone dymną ambrą tworzy pierwszy, urzekający akord kompozycji.


Kiedy zamkniemy oczy i skupimy się na zapachu zaczynamy wyczuwać kolejne elementy tej perfekcyjnej olfaktorycznej układanki.
Szafran, kurkuma, kardamon, lukrecja, cynamon, gałka muszkatołowa, szczypta kminu i białego pieprzu, czasem mam wrażenie, że wyczuwam ślad anyżu lub fenkułu. Poza składnikami przyprawowymi na 100% mamy w składzie mirrę i styraks oraz prawdopodobnie także mirt. Ciekawym elementem zapachu jest nutka przypominająca mi nieco delikatnie podwędzoną herbatę rodem z Tea For Two złagodzoną jednak tym razem nie dodatkiem cukru, lecz kroplą mleka.

Spokojny, linearny zmierzch zapachu jest powrotem do nut drzewnych. Tym razem wysuszony, spokojniejszy niż w otwarciu palisander zostawia przestrzeń dla równie suchego, czystego zapachu sandałowca i czerwonego cedru. Charakterystyczna, satynowa nuta pozwala mi przypuszczać, że pod pojęciem "nuty drzewne" ukrywa się także dodatek mahoniu, ale przyznaję, że w obliczu bogactwa gatunków drewna, których mój nos nigdy nie poznał "osobiście" może to równie dobrze być drzewo kaszmirowe albo meranti, albo bubinga, albo jatoba, albo sto innych, o których istnieniu nie mam nawet pojęcia. W każdym razie baza jest niewątpliwie drzewna i bogata.


Red Amber Incense to zapach złożony i treściwy; wedle informacji w sieci do jego stworzenia użyto ponad siedemdziesięciu składników.
Jest w nim jednak także jakiś ład, który w połączeniu z iście orientalnym bogactwem zapachowych doznań kojarzy mi się z wnętrzem japońskiego pałacu albo buddyjskiej świątyni.

Szlachetne, naturalne materiały, nasycone barwy z przewagą brązu, matowego złota i winnej czerwieni podkreślone łagodnym światłem, które do tradycyjnego japońskiego wnętrza nigdy nie wpada jako wiązka ostrych, nagich promieni, lecz przesącza się przez wyłożone matowym papierem ryżowym okna i barwne parawany lub leniwie wypływa z lekkich, geometrycznych lampionów. Spokojny półmrok, wypełniony nieruchomym powietrzem przeplecionym jak warkocz wstążką smugami kadzidlanego dymu, którego nie rozwiewa żaden niebaczny ruch ani tchnienie.
Aż dziw, że RAI należy do kolekcji Basic Black, a nie Japonica.


Nasycona zapachową treścią jak zachód słońca barwą kompozycja to zadziwiająco spójne połączenie przepychu i szlachetnej prostoty. I w tym właśnie tkwi jej niezwykły urok, któremu uległam wcale nie (tylko) dlatego, że Voluspa "miała u mnie pozytywne notowania jeszcze zanim poznałam pierwszy ich zapach".


Nuty zapachowe:
czerwony bursztyn, palisander, drzewo sandałowe, trzydzieści przypraw, zioła, nuty drzewne

czwartek, 17 września 2009

Voluspa Japonica: Baltic Amber i Santiago Huckleberry

.

Słów mych słuchajcie, potomkowie święci,
Wyżsi i niżsi Heimdalla synowie,
Każesz mi mówić, Ojcze Wszechpotężny
O dawnych dziejach, jak sięgnąć pamięcią.

Pomnę olbrzymów przed wieki poczętych
Co piastunami byli moimi
I pomnę dziewięć światów i dziewięć
Świętego drzewa korzeni w głąb ziemi.

W zaczątkach świata za czasów Ymira
Ni piasku, ni morza, ni chłodnych bałwanów,
Nie było Ziemi i nie było niebios,
Ni traw nie było - lecz czeluść otchłani.

Aż Bura synowie wydźwignęli Ziemię
I Midgard sławny pobudowali,
Słońce południa ogrzało głazy
A bujnym kwieciem okryły się pola.

Towarzyszyło Słońce Miesiącowi,
Prawicę swoją kładło na skraj nieba,
Słońce nie znało mieszkania swego,
A Miesiąc mocy swej nie znał,
Gwiazdy - gdzie stać, nie wiedziały.

Bogowie wszyscy sejm wielki zwołali,
I Nieśmiertelni tak nad sprawą radzili;
Miesiącowi na nowiu i Nocy imię dali,
Poranek nazwali i Południe takoż,
I Podwieczerz i Wieczór, by móc liczyć lata.*


Że nie na temat piszę?
Ależ... Osoby, które kojarzą powyższy tekst wiedzą już, że jak najbardziej na temat.

Völuspá - Wieszczba Völvy. Pierwsza pieśń Eddy Poetyckiej. Opowieść, w której staje się świat.
Czyż miłośnik rodzimowierczych mitologii i legend może przejść obojętnie obok tej nazwy?
Tak więc przyznaję: Voluspa miała u mnie pozytywne notowania jeszcze zanim poznałam pierwszy ich zapach.


Voluspa
Baltic Amber


A żeby było jeszcze piękniej i jeszcze bardziej klimatycznie, pierwszy zapach Voluspy, jaki wpadł mi w łapki to doskonale pasujące do wytworzonej przez mój umysł wizji Baltic Amber z kolekcji Japonica.
Urokowi ciepłej, miodowo - ambrowej woni uległam od razu: bez oporu i z ochotą.

Zapewne większość z Was wie, że bursztyn można roztopić, doprowadzić do tego, że przechodzi w stan ciekły. Robi się to już od czasów starożytnych z różnych powodów, z których umieszczanie w złocistym kamieniu "starożytnych" inkluzji jest moim ulubionym. :-)


Otóż Baltic Amber pachnie, jak doprawiony i ocieplony dodatkiem topionego bursztynu miód mniszkowy ściekający lśniącymi kroplami na pokrytą warstwą okruchów słodkiego, drożdżowego ciasta deskę. Taką kuchenną, wygładzoną i oswojoną.
Zapach jednocześnie prosty i pyszny. Niesamowita, gęsta i ciepła słodycz nie jest mdła i ciężka, lecz... syta i bezpieczna. Wyczuwalna od pierwszych minut wanilia jest tu naturalna, nieczyszczona i ciemna - wciąż przypomina strąki orchidei bardziej, niż wyzuty z kwiatowości biały proszek. Frapująca szorstka nuta, będąca prawdopodobnie skutkiem obecności w kompozycji krztyny szafranu i kardamonu przypomina wrażenie, jakie zostaje w gardle po przełknięciu łyżeczki miodu. Ten przyprawowy haczyk w połączeniu ze szlachetną, cedrowo-sandałową bazą sprawia, że zapach zyskuje drugi wymiar przesuwający go z obszaru "puszysty słodziak" w obszar "interesujący słodziak". Choć to nadal słodziak, oczywiście.

Dla mnie osobiście najlepszym zastosowaniem dla Baltic Amber jest rozpylenie jej nad świeżą pościelą przed snem. Wtulenie policzka w delikatnie, bezpiecznie pachnącą Bałtycką Ambrą poduszkę to prawdziwa przyjemność. To pierwszy zapach, który zdetronizował dotychczasowego mojego ulubieńca w tej kategorii: Elixir des Merveilles.

Dla porządku napiszę jeszcze, że dalsze testy wykazały, że Baltic Amber jest jednym z najtrwalszych zapachów Voluspy - zapach utrzymuje się na pościeli nawet dwa, trzy dni po aplikacji, podczas gdy użytego w ten sam sposób Red Amber Incense nie czuję już o poranku.



Voluspa
Santiago Huckleberry


Po poznaniu Baltic Amber przyszedł czas na Santiago Huckleberry z tej samej kolekcji. Znajomość z tym uroczym zapachem zawdzięczam Agnysce, która obdarowała mnie zgrabną odleweczką i przyznaję, że trafiłam na niego w najlepszym chyba możliwym momencie, a mianowicie u szczytu swej fascynacji bibliotecznymi zbiorami Demeter.
Santiago Huckleberry o tyle wpisuje się w kontekst, że jest zapachem na pograniczu "kompozycji" i "odwzorowania natury", w której to kategorii celuje Demeter Fragrance Library.


Prosty do granic możliwości, rzeźki, pogodny owocowy zapach ma naprawdę wiele uroku. Już sama nazwa wskazuje, że powinien to być zapach borówek amerykańskich (czyli jagód z Santiago) i w sumie tak właśnie jest. Jasny, nieco kwaskowaty zapach świeżych, dopiero co dojrzałych owoców został ledwie "przybrany" dodatkiem wanilii i niewielką ilością miałkiego cukru. Cierpkie nutki podbite zostały dodatkiem innego owocu, który wyraźnie tu wyczuwam, a mianowicie... rabarbaru.
I szczerze przyznaję, że to właśnie Rhubarb Comme des Garcons przypomina mi ta kompozycja najbardziej. Podobnie soczysty, podobnie pogodny, z podobnym umiarkowaniem dosłodzony pierwszy plan zapachu ułożony na podobnie dyskretnej waniliowej bazie. Istnieje minimalna różnica w sposobie rozwijania się zapachu - Santiago Huckleberry nie ogrzewa się u swego schyłku zachowując do końca pewną surowość. Nie jest to jednak wada bynajmniej - w kategorii zapachów letnich i bezpretensjonalnych taka prosta, linearna kompozycja jest dokładnie tym, czym być powinna.
Gdybym miała szukać obrazka dla zilustrowania swoich wrażeń, to nie odnajduję tu żadnego lasu, żadnych krzaczków miedzy drzewami ani na polanie. To po prostu porcelanowa miseczka z oprószonymi cieniutką warstewką cukru zgniecionymi owocami. Nic więcej.

Niestety, trwałość Jagódek Voluspy na mojej skórze jest podobnie marna jak w przypadku Rabarbaru CdG. Na korzyść tych pierwszych przemawia cena i pojemność: 20$ za 105 ml. Można się zlewać bez umiaru. :-)


Nuty zapachowe:

Baltic Amber

bursztyn, ambra, drewno sandałowe, cedr, wanilia


Santiago Huckleberry

jagody, laski wanilii, cukier trzcinowy



* Początek Wieszczby Völvy w tłumaczeniu Apolonii Załuskiej-Strömbe
rg
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...