piątek, 30 października 2009

Parfumerie Generale L'Eau Guerriere

.
Dostępne dotychczas w kolekcji prywatnej L'Eau Guerriere zasiliły główną linię zapachów Pierre'a Guillaume'a. Woda Wojownika to aktualnie numer 20 klasycznej kolekcji i lada moment ma być dostępna także w Polsce, w perfumerii Galilu.

Przyznaję, radosna to wieść, bo zapach uważam za piękny bez zastrzeżeń. Choć ani określenie "zielony", ani obecność aldehydów w składzie nie wróżyły nam bliższego związku.

Pierwszy akord naprawdę jest zielony. Soczysty, cierpki i słodki jednocześnie, jasny i pełen energii. I ładny!
Żadnego "brutale, moderne, ravageuse" nie dostrzegłam. Otwarcie nie jest ani brutalne, ani szczególnie nowoczesne, ani tym bardziej niszczące. To czysta radość życia.

Obecna w tym cudnie energetycznym otwarciu słodycz jest tak wyraźnie owocowa, że podejrzewałabym dodatek świeżych fig albo winogron.
Za obecność intrygującej, lecz nie utrudniającej odbioru zapachu goryczki odpowiada zapewne kora drzewa chinowego zawierająca między innymi chininę skuteczną w leczeniu malarii. Każdy, kto czytał "W pustyni i w puszczy" wie, że chinina jest gorzka.

Trudno mi jednak skupić się należycie na "rozgryzaniu" tych nutek, bo po ledwie kilku minutach mój nos zaczyna tropić wplatającą się w ten olśniewająco radosny pierwszy akord nitkę kadzidła.
Najpierw jasną i lekką, z czasem ciemniejącą, nabierającą gęstości i lekko popielistej szorstkości łączącej się z goryczą chinowca tak idealnie, że nie potrafię oddzielić ich od siebie i stwierdzić jednoznacznie, czy intrygująca gorzkość to zasługa nuty drzewnej, nuty kadzidlanej, czy może obu.

Etap, na którym kadzidło i ekspansywna zieloność splecione ze sobą współistnieją na skórze przypomina mi niesamowitego French Lover Frederica Malle. Potem zapach przekracza i tę granicę zmierzając w stronę żywicznego kadzidła (nie tylko olibanum, ale labdanum i prawdopodobnie nieco mirry) na drzewno - piżmowej bazie. W tle, jak wspomnienie pierwszych nut przebłyskuje oblepiony pociemniałą żywicą wetiwer.
Naprawdę piękna (czy nie nadużywam tego słowa?) i efektowna ewolucja.

Woda Wojownika nie jest kompozycją jakoś szczególnie bogatą. Jest dość prosta, "oszczędna w nutach". Nie czuje się tu tej szczególnej "gęstości", która uderza na przykład w Coze. Nie jest to jednak jednocześnie kompozycja lekka, czy transparentna.

Pierre Guillaume włożył w L'Eau Guerriere dokładnie to, czego potrzebował dla uzyskania niezwykłego efektu "przejścia" zielonej rośliny w ciepły popiół i nie dodał niczego ponad to, co niezbędne. Żadnych ozdobników, żadnych wypełniaczy, żadnych szumów na wizji.

Guillume'owy Wojownik gra bez akompaniamentu, a jego melodia jest prosta, czysta i porywająca.


Data powstania: 2008
Twórca: Pierre Guillaume

Nuty zapachowe:
Kora drzewa chinowego, "sky" aldehyd (niech mi ktoś powie jak odwodorniony alkohol staje się "niebiański" i jaki ma wzór chemiczny takie cudo), olibanum, drewno aloesowe, piżmo


* Pierwsze zdjęcie to wiadomo co
* Na drugim skrzypek David Garrett

czwartek, 29 października 2009

Amouage Homage Attar

.

Dostałam ostatnio bardzo miłego maila. Jego Autor (którego serdecznie pozdrawiam) grzecznie, z humorem i polotem wypomniał mi, że ignoruję marki typu Amouage, czy Creed. No cóż... Nie ignoruję ich jakoś z premedytacją. Po prostu cała ta luksusowa otoczka nieszczególnie mnie zachęca.
Ale rzeczywiście, mam tu solidne luki w zapachowym spektrum. Obiecuję trochę się odkopać, przynajmniej z Amouage, bo sporo ich niekochanych próbek pałęta się po moich pudłach i puzderkach.
Na początek coś ewidentnie ekskluzywnego:


Homage Attar to perfumy stworzone na dwudziestopięciolecie marki Amouage. Pierwotnie miała to być jedynie krótka seria stworzona dla gości zaproszonych na jubileuszowe spotkanie w sułtanacie Omanu. Zapach zyskał jednak tak wielkie uznanie wśród koneserów, że założyciel Amouage Sayyid Badr bin Hamad bin Hamoud al Busadi (pełniący obecnie obowiązki ministra spraw zagranicznych Omanu) wraz z kierującym firmą młodszym bratem Khalidem postanowili dać szansę poznania tej kompozycji także miłośnikom perfum spoza ścisłego grona wybrańców. Zdecydowano się na wypuszczenie w świat limitowanej serii Homage Attar. W odpowiedniej cenie, oczywiście: na LuckyScent ten rarytas kosztuje 350$ za 12 ml.

Attar (ittar) to tak właściwie nazwa nośnika. Typ olejowego ekstraktu perfum o zawartości 20 do 50% czystych substancji zapachowych. Najczęściej spotykany attar to ekstrakt jaśminu, róż, czy sandałowca. Uważany za jedną z najbardziej naturalnych i cennych form występowania substancji zapachowych. Ze względu na wysoki stopień koncentracji substancji aromatycznych i naprawdę wielką moc, a także brak alkoholu w składzie, częściej spotykany w świecie arabskim, niż w perfumach tworzonych na rynek europejski (czy amerykański).

***

Homage Attar ma w założeniu być ukłonem w stronę klienta, formą uczczenia wyrafinowanego gustu (i ciężkiego trzosu) nabywcy. Czy jest? Nie mnie to oceniać. Ja z pewnością nie jestem targetem.

Pierwszy akord to cytrusy. Jeśli istnieje coś takiego, jak cytrusy ekskluzywne, to przyznaję, bardziej ekskluzywnych nie spotkałam. Połączenie świetlistej, lecz matowej nuty cytrynowej skórki (razem z białą warstwą) z jasnym, czystym jaśminem tworzy otwarcie intensywne, ekspansywne, lecz nie ostre i z pewnością nie stricte, cytrusowo świeżuchowe. Za to bardzo "zauważalne" dla otoczenia. Aplikując perfumy za pomocą umoczonego w olejku patyczka uzyskałam efekt, który utrudnił mi skoncentrowanie się na czymkolwiek. Z pisaniem tej recenzji włącznie.

Na szczęście nie trwa to wiecznie. Po pół godziny do godziny cytrusy schodzą na dalszy plan. Tkwią tam gdzieś potem przyczajone i nieszkodliwe.
W zapachu zaczyna dominować oleista, własciwie olejkowa roża i przebłyskujące przez nią gorzkawe, jasne kadzidło. Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o ostrej, w typowo arabski sposób piżmem przybranej, nucie agaru. Całość świetnie "zamieszana", spójna, jednolita.
Z czasem kompozycja łagodnieje, nie tracąc przepychu. W efekcie po paru godzinach otrzymujemy perfekcyjnie wpasowany w skórę bogaty aromat wchodniego pachnidła bazującego na nutach kwiatowych, drzewnych i fizjologicznej (nie brudnej!) ambrowo - piżmowej bazie przypominającej mi Ouarzazate Comme des Gracons. Oczywiście Ouarzazate nie jest kompozycją tak tradycyjnie perfumeryjną - chodzi mi o samo wrażenie cielesności.

Całość urodziwa, efektowna z umiarem, bogata z klasą, z wysoką "kulturą pachnienia".
Gdybym miała szukać najlepszego określenia, rzekłabym, że to perfumy dla kobiety, którą nazywamy damą. Czyli takiej, o której właśnie to i niewiele więcej można rzec.
O ludziach różnie mówimy. Możemy stwierdzić, że ktoś ma fascynującą osobowość, olśniewający intelekt, niepowtarzalny styl, porywającą pasję; możemy dostrzegać jego niezwykłą elokwencję lub nawet oryginalną urodę. Jeśli zaś mówimy o kobiecie, że jest damą, znaczy to zwykle, że niczym bardziej osobistym nas nie urzekła i tak właśnie jest z Homage Attar: zapach zwraca uwagę głównie tym, że jest, i tym, że jest ładny. Na mnie bardziej indywidualnego wrażenia nie robi. Ale też ewidentnie nie ja jestem tu grupą docelową.

Dla porządku jeszcze jedno: trwałość bardzo dobra. Nawet jak na perfumy. Słabsza niż ekstraktów perfum Fragonarda, ale lepsza niż, podobno, też ekstraktów Nasomatto.


Data powstania: 2008

Nuty zapachowe:
róża Taifi, srebrny oud, srebrne kadzidło frankońskie, jaśmin, ambra, cytrusy, sandałowiec



* Zdjęcie flakonu Natan Branch z: www.nathanbranch.com
** Druga ilustracja: Arthur Drummond: Making Attar

poniedziałek, 26 października 2009

Farmacia SS. Annunziata Ambra Nera

.
Zdecydowałam się na kupno próbki tego zapachu po pierwsze z powodu eukaliptusa w składzie. Zaintrygował mnie. Po drugie z powodu nazwy: perfumy z czernią w tytule mają u mnie handicap. Po trzecie wreszcie, ciekawa byłam, jak uda się rozegrać tytułową czerń, skoro w składzie nie tylko eukaliptus (który mnie akurat kojarzy się z zapachem świeżym z powodu eukaliptusowych miętusów z krzyżykiem), ale i ewidentnie ostry cyprys.

Ambra Nera najpierw rzeczywiście uderza ciężką, ciemną, zawiesistą ambrą, ale zaraz po tym pierwszym akordzie zaczyna pachnieć... zmokniętym kotem. Ciekawa jestem, czy to właśnie jest eukaliptus? Czy może tę ostrą, zwierzęcą nutę podbija w Ambra Nera zestawiony z wydzieliną kaszalota cyprys? Czy za wrażenie, że kot jest przemoczony odpowiada dodatek paczuli? I wreszcie, czy to tak miało być, czy moja skóra płata mi figle?

Na szczęście zmagania ciężkiej, fizjologicznej ambry z biednym zwierzakiem trwają na skórze dość krótko, nie ciesząc, ale też nie męcząc jakoś szczególnie.
Po chwili jest już normalnie. Nadal zawiesista, nadal ciężka, ale już przyzwoicie perfumeryjna ambra zdobywa absolutną hegemonię i cokolwiek będzie się później w zapachu działo - do ostatniej unoszącej się nad skórą molekuły będzie to wyłącznie dodatek do ambrowego przepychu.

Eteryczne olejki z eukaliptusa i cyprysu nie mają pachnieć sobą - służą w tej kompozycji jedynie do podbicia, wyostrzenia zapachu głównego składnika i dedukuję je raczej, niż wyczuwam bezpośrednio. Podobnie jak nadające zapachowi mocy nuty żywiczne.
Wyraźna za to jest wanilia w najbardziej intrygującym ze swych wcieleń: ciemne, zmarszczone kwiatowe strąki pachnące ostro i miękko zarazem. Splecione w nierozerwalną całość nuty zgniecionych kwiatów, wilgotnej skóry i słodkiego nektaru stanowią perfekcyjny dodatek do bursztynowej królowej.
Przyczajona u podstawy tej olfaktorycznej konstrukcji ziemista paczula nadaje zapachowi szczególnej patyny, szlachetnego matu.

Oczywiście w miarę upływu czasu zapach łagodnieje, nawałnica słabnie. To nieuniknione i normalne. Przyznaję, że gasnąca Ambra Nera podoba mi się nawet bardziej, niż Ambra Nera w pełni mocy. Dzięki żywicznej goryczce ładnie splecionej z waniliową, naturalną słodyczą zapach staje się refleksyjny, zadumany. Otula nosiciela jak delikatnie i bezszelestnie opadający na ziemię wulkaniczny popiół: ciepły i tłusty. Jest mariażem prostoty i przepychu; idealnym kompromisem między naturalistycznym single note, a perfumeryjnym bukietem woni.


Dla koneserów ambry w postaci czystej i naturalistycznej Ambra Nera to łakomy kąsek. Nieczęsto trafiają się perfumy, w których nuta ta jest tak "bezpruderyjnie" obnażona od pierwszych chwil.
Dla miłośników ambry łagodnej i ciepłej - ciekawe perfumeryjne przeżycie, które może otworzyć zmysły na nowe doznania.
Dla tych, którzy ambry nie lubią będzie to zapewne droga przez mękę.

Ogólnie jest to kompozycja naprawdę warta testu. Mocarna, zwalająca się człowiekowi na barki z siłą zginającą kolana. Można ugiąć się pod jej ciężarem, czuć się stłamszonym tym bezpardonowym atakiem na zmysł powonienia, ale można też dobrowolnie dać się porwać i ponieść tej potędze. Ja wybrałam drugą opcję - zachwycam się. Ale też szczerze przyznam, że jedna taka sesja zachwytu wystarczy mi na dłuuugo i nie będę tęskniła do kolejnej. ;-)



Nuty zapachowe:
cyprys, eukaliptus, ambra, benzoin, wetiwer, wanilia, paczula

piątek, 23 października 2009

L'Artisan Parfumeur Navegar i L’eau du Navigateur

.
Nietrudno się domyślić, co sprawiło, że te dwa zapachy znalazły się tu razem.



Navegar



Nawigator to przystojniak. Niezbyt niszowy. A może ja mam już tak pokrzywiony gust, że zielone, delikatnie przyprawowe otwarcie tej kompozycji zdaje mi się normalne.
W każdym razie Navegar zaczyna się lekkim, jasnym akordem gniecionej zieleniny pachnącej, dzięki cierpkawej, cytrusowej nutce, jak geranium doprawione kłączem tataraku i delikatnym akordem kwiatowym (lotos?). Pieprz wyczuwalny jest tylko na głębokim wdechu, jako cień ostrości budzący zmysły, intrygujący, ale zupełnie "niebolesny", cywilizowany.
To urodziwe, jasnozielone otwarcie przypomina mi nieco Calamus Comme des Garcons i już przez samo to skojarzenie budzi sympatię. Ale myślę, że i bez tego by się obroniło.

Przemiana nuty głowy w nutę serca następuje dyskretnie, płynnie, niezauważalnie nieomal. po prostu po jakimś czasie zamiast zielonego Calamusa mamy na skórze... Zielone Timbuktu. Słowo daję, podwędzony delikatnym dymkiem pęk zieleniny z otwarcia przypomina mi kompozycję Duchaufoura, tyle, że wychłodzoną, rozjaśnioną, bardziej transparentną. Nie wiem, na ile moje skojarzenie ma sens, ale Giacobetti też namalowała nam ogród, tyle, że tym razem nie jest to ogród tropikalny, lecz śródziemnomorski. Bardziej umiarkowany, wychłodzony wilgotną bryzą, ze ścieżkami wysypanymi pokruszonymi muszelkami i krzyczącymi nad głową mewami.

Tutaj powinnam napisać, że zapach ociepla się i pojawiają się nuty drzewne, że są one miękkie i przyjemne, a także powinnam napisać, że ten etap podoba mi się najbardziej. No i w sumie mogłabym. Szczególnie, że bardzo podoba mi brzmienie słodkiego gwajaku w zestawianiu z chłodnymi dodatkami i jasnym dymem. Naprawdę mi się podoba. Tyle, że zanim ten gwajak nieszczęsny się ujawni i zacznie być taki, jak powinien mija tyyyyle czasu, że z całego Nawigatora niewiele już zostaje. Przez większość "Okresu rozpadu" zapach jest świeży. Drzewna baza pojawia się dopiero w fazie zaniku, czyli po jakichś sześciu - siedmiu godzinach. Przynajmniej na mojej skórze.
I nie znaczy to wcale, że zapach jest nietrwały. Znaczy dokładnie to, co napisałam powyżej: że jest zielony nieomal do ostatnich chwil.

Zadziwiające w tej kompozycji jest też to, ze czuję w niej mnóstwo składników niewymienionych w opisie nut. Poza tatarakiem i nutami kwiatowymi z otwarcia wyraźnie czuję wetiwer - znów jasny i zielony, ale wetiwer bez dwóch zdań.
Wspomniane w opisie kadzidło to nie kadzidło "jakieśtam" nieokreślone, lecz ewidentnie chłodno - słodkie kadzidło frankońskie, które w zestawieniu z zielonością pozostałych nut robi naprawdę niecodzienne wrażenie.
Nuty przyprawowe są tu delikatne, miękkie, gładkie.

Czytając skład, widząc dwa rodzaje pieprzu, absolut rumu, imbir i anyż spodziewałam się skrzypiącego pokładu, potężnych fal i koniecznie marynarzy. No, znając delikatną dłoń Oliwii bardziej niż Waltera Matthau z "Piratów" spodziewałam się przystojnego i wykształconego nawigatora w rodzaju Richarda Chamberlaina z "Szoguna", ale jednak marynarze mieli być.
Tymczasem w Navegarze nie nie ma fal, nie ma statku (nie mówiąc o pirackim okręcie), nie ma śladu najbardziej nawet wypucowanego pokładu... Zamiast "Morskich opowieści" dostałam coś w stylu Leonardo di Caprio z "Titanica".


Navegar to kompozycja bardzo w stylu Giacobetti - wielka ilość najbardziej różnorodnych składników złożona w sposób, który daje poczucie, że zachowano umiar, że zapach ma przestrzeń, nie jest "zapchany".

Jest śliczny - za śliczny nawet.
Techniczne noty bardzo wysokie (podobnie jak w przypadku kunsztu aktorskiego di Caprio, którego nie lubię, ale szanuję) ale to raczej nie mój typ.



Leau du Navigateur



Klasyczny zapach l'Artisana, wycofany i "przywrócony światu" w roku bieżącym.
Ciekawie wyglądają daty w tej historii. Na Luckyscent widnieje informacja, że to kompozycja z lat siedemdziesiątych, na Perfume Smellin' Things podano datę 1979 (czyli lata siedemdziesiąte mocno schyłkowe), zaś Basenotes informuje, że perfumy wprowadzono w 1982.
Kiedykolwiek jednak nie powstała i nie trafiła do sprzedaży, Woda Nawigatora jest kompozycją ciekawą, niewątpliwie.

Najpierw poznałam Nawigatora - był dostępny w ciągłej sprzedaży, nie miałam problemów z zawarciem znajomości. A ważne dla tej opowieści jest to dlatego, że bazując na kojarzacych się ze sobą nazwach i dodatkowo na tym, że Navegar to nawigator a L'eau du Navigateur to tylko woda przecież - oczekiwałam czegoś jeszcze bardziej przejrzystego i lekkiego. No i, oczywiście, trafiłam jak kulą w płot, a raczej pałką w beczkę.

L'eau du Navigateur jest ciężki od pierwszych chwil. Galbanum. Mocny, półkwiatowy, półżywiczny zapach z szorstką nutą wbija się w nos od razu i bez przygrywki. Do tego dochodzi opoponaks i gryzący dym tlącej się w niedostatku tlenu żywicy. Zapach jest tak intensywny, nieomal zwierzęcy, że mój ogłuszony i spanikowany zmysł węchu tropi w nim nuty zwierzęce. Nie tylko skórę, ale i kastoreum oraz piżmo. Niech mnie dunder świśnie, jeśli ich tam nie ma!

Na szczęście po tym mocnym pierwszym uderzeniu nawałnica doznań słabnie, choć wciąż nie jest to woń delikatna, ani stricte miła.
Żywiczna słodycz wzbogacona nutami przyprawowymi. Przynajmniej takie chyba było założenie, bo na mnie wylazło mydło. Cała fura jakiegoś piżmowo - korzennego mydła, którego nie ratuje ani cynamon, ani opoponaks, ani ogólne wrażenie ciepła. No i jeszcze: w tym mydle siedzi bóbr. Taki nieduży. W porównaniu z bobrem storerowym naprawdę maleńki.

I znów zmiana. Czego, jak czego, ale linearności i braku zwrotów akcji kompozycji Laporte'a zarzucić nie mogę.
Pojawiają się nuty drzewne: szorstko ołówkowy cedr i równie szorstka kora cynamonowca, nieco rzeczywiście alkoholowej kawy, coś, co przypomina mi arak, nieco tytoniowego dymu oraz pięknie gładkie nuty żywiczne.
Całość w ewidentnie męski sposób ostra, lecz nie kolońska. Zapach głęboki, "z chrypką". Ciekawy i trwały (choć mniej trwały od pięknisia powyżej).

A jednak (nie wierzę, że to piszę) dla mnie zbyt męski. A może raczej w zbyt tradycyjnie kosmetyczny sposób męski.
Z zażenowaniem i wstydem przyznaję, że stereotypowo i nieoryginalnie widzę w L’eau du Navigateur jedynie dojrzałego mężczyznę. Tradycjonalistę, konserwatystę, raczej chudego i najlepiej z wygasłą fajką.


***

I na koniec: wyznać muszę, że z tego interesującego duetu męskich typów jednak wybieram pachnącego Leonardo. Przynajmniej jest ładny i nie hoduje bobra.



Navegar:

Data powstania: 1998
Twórca: Olivia Giacobetti

Nuty zapachowe:
czerwony pieprz, imbir, limetka, absolut rumu, czarny pieprz, kadzidło, anyż gwiaździsty, jałowiec, cedr, gwajak


L’eau du Navigateur:

Data powstania: 1982 albo 1979 albo jeszcze inna
Twórca:
Jean Laporte

Nuty zapachowe:
bergamota, galbanum, likier kawowy, cynamon, cedr, kadzidło, opoponaks, skóra


* Trzecia ilustracja: Leonardo di Caprio jako Jack Dawson w filmie "Titanic" Jamesa Camerona
* Ostatnia ilustracja: obraz "Man With Clay Pipe" Nilsa Landmarka Solberga - afrykańskiego malarza, którego więcej obrazów znaleźć można na stronie: http://www.nilslandmarksolberg.com/index.htm

czwartek, 22 października 2009

Nasomatto China White

.
No, wreszcie jakiś zapach Nasomatto do mnie nie mówi.
To znaczy.... Coś tam bąka, ale nieszczególnie jest wymowny.

I bardzo dobrze, bo o ile haszysz w nutach przełknę bez większego oporu, to nadawanie perfumom nazwy, pod którą na ulicach "chodziła" diacetylomorfina (czyli heroina po prostu) to już przesadna ekstrawagancja, jak dla mnie.
Nie będzie to jednak tekst o dragach, nie będzie o legalizacji miękkich ani o podstępnej mocy twardych. Będzie o zapachu, który umiarkowanie mi się podoba.



W otwarciu China White jest kwiatowy, jasny, z ostrą nutą kłącza irysa i czegoś chłodnego, nieprzyjemnego - stawiam na lawendę albo szałwię.
Do tego pobudzającego jak chłodny poranek, ale niezbyt przyjaznego otwarcia rychło dołączają nuty głębsze, cieplejsze. Ziemisty, nieszczególnie ładny wetiwer wsparty solidną wiązką paczulowych łodyg, ostry, zadziorny, mokry cedr, jakieś zielone olfaktoryczne farfocle, oraz najprawdopodobniej mech dębowy. Nie wiem, na ile ulegam sugestii nazwy, ale mam wrażenie, że czuję w China White gniecione liście konopi indyjskich, choć oczywiście wiem, że hery się z konopi nie robi, więc mogą to być pogniecione, zdeptane liście czegolwiek.
Wyłapuję też coś w rodzaju żywicy kauczukowca, czy jakiegoś innego figowca sprężystego, świeże, gorzkie ziołowe przyprawy, oraz parę innych znajomych nut, których nie potrafię uchwycić. I piżmo - ładne, niemydlane, niezezwierzęcone.

W miarę rozwoju zapach staje się bardziej normalnie ładny, z wetiweru opada ziemia, pojawia się cierpkawa, herbaciana róża i przyjazna (przynajmniej w porównaniu do poprzedniego etapu) zieloność. Nuty dymne wysładzają kompozycję i po dwóch - trzech godzinach od aplikacji dominować zaczyna jedno z moich ulubionych perfumeryjnych połączeń: wetiwer plus łagodne kadzidło (nie frankońskie). Ostrości i świeżości temu złożeniu dodaje, teraz już wyraźnie wyczuwalny, mech dębowy. Udało mi się ostatnio zakupić czysty ekstrakt i wreszcie rozpoznaję tę nutę bez wątpliwości. Co ciekawe - myślałam dotychczas, że ostrą, kwaskowatą nutkę szyprów "robią" cytrusy, a tymczasem to mech sam w sobie tak pachnie. I tu on ewidentnie jest - wraz z tym cytrusopodobnym poblaskiem.

Całość jest interesująca, intrygująco brudna i jasna jednocześnie; stanowi niezwykłe połączenie nut zielonych i świetlistych z szyprowym, szorstkim nalotem. Trzeci etap: długo na skórze trwająca baza jest naprawdę ładna. I dzięki niej widzę, że China White może się podobać, może intrygować, może się dobrze nosić, szczególnie, że trwałość ma więcej, niż przyzwoitą.
Dla mnie to jednak zapach "obcy", a dodatkowo, zanim zdominuje go dymny wetiwer, kojarzy mi się z podeptanym bukietem.


Przyznaję, cieszy mnie moja reakcja na China White. Zdecydowanie za dużo perfum mi się ostatnio podoba.
W pewien sposób moje zadowolenie potęguje fakt, że jakoś nieszczególnie marzy mi się pachnienie czymś, co tak się nazywa.

Być może intuicyjną "obcość zapachu", o której wspominam wyżej tłumaczy nieco myśl, która towarzyszyła Gualtieriemu podczas komponowania tych perfum: "Zapach (podobno) wyraża wartość sentymentalnej podróży. Kryje się za nim chęć odkrycia siły słabości."
Nie jestem szczególnie sentymentalna i wcale, ale to wcale nie kusi mnie odkrywanie siły słabości.


Data powstania: 2008
Twórca: Alessandro Gualtieri

środa, 21 października 2009

Juliette Has a Gun Midnight Oud

.
Mam wrażenie, że po modzie na kadzidła, przyszła moda na agarowce. Niemal każda szanująca się firma perfumeryjna zapowiada lub właśnie wprowadza coś z tą nutą do oferty. No fajnie. Cieszę się niezmiernie. Tyle, że to, co testowałam dotychczas to zapachy raczej średnie...

Po marce Juliette Has a Gun, która dotychczas wypuszczała raczej bezpieczne (żeby nie powiedzieć mierne) zapachy tym bardziej nie spodziewałam się cudu. Szczególnie, że opis Midnight Oud upstrzony górnolotnymi frazami zapowiadał kolejny sentymentalny perfumeryjny obrazek.
Oczywiście lektura nut przygotowała mnie na różę z agarem, ale... Nie w takim stężeniu!


Midnight Oud to od pierwszych chwil agar i róża. I właściwie aż do końca tak pozostaje. Ale jakiż to agar! I jaka róża!

Oud jest tu taki, jaki najbardziej lubię - najczarniejszy z czarnych, najcięższy z ciężkich, przez wieki (i przez grzyby ;-)) przekształcony w substancję, która już dawno nie jest drewnem. Nuta ostra i upojna jednocześnie, zwarta aż do wrażenia połysku na skórze, boleśnie piękna.

Kiedy wącham tak doskonały oud zaczynam rozumieć, dlaczego dym agarowych kadzideł uważano za miły bogom i im poświęcony. Rozumiem, skąd przekonanie, że na człowieka pachnącego dymem z agarowca bogowie patrzą przychylniej, pojmuję dlaczego stare, zgrzybiałe kłody czarnego drewna cenniejsze są niż złoto. Ten zapach jest po prostu nieludzko piękny.

Gęsty i ciężki jak olfaktoryczna czarna dziura, łączący w niepojętą harmonię aksamitną słodycz i inwazyjną ostrość, ascetyczny i przepyszny zarazem. Niejednoznaczny, lecz definitywny jak czerń, która pochłania wszystkie barwy. Słodki i niepokojący jak smak krwi.

Naprawdę trudno mi opisać ten niesamowity składnik i nawet nie wiem, czy powinnam to robić (także z litości dla moich czytelników, których tolerancję na grafomanię i tak już wystawiam na ciężką próbę). Napiszę więc tylko, że w Midnight Oud taki właśnie idealny, nieskażony fizjologiczną nutą agar znalazłam.


Towarzyszy mu róża. Składnik, którego nie lubię, ale czasem szanuję.
Tu moje nielubienie bierze w łeb, bo w tym zestawieniu jest to róża wspaniała. Gęsta, ciemna, aksamitna, ciężka, inwazyjna i elegancka jednocześnie. Nieprzegięta w żadną stronę. Skoncentrowany aromat gniecionych ciemnych płatków bez jakichkolwiek niepożądanych zapachowych odcieni.
Nie psuje go tłusta nuta przeobrażająca niektóre mocno różane zapachy w wariacje na temat bułgarskich olejków różanych. Aksamitnej zapachowej faktury nie kaleczy cierpka skaza kojarząca mi się nieodparcie z różaną konfiturą. Nie ma tu także konfiturowej lepkości psującej bogate, różane kompozycje. Nie odnalazłam wyciśniętego wraz z płatkami dna kwiatowego brudzącego zwykle kwiatowy aromat barwą nieczystej zieleni. Jest róża.
I tak, napiszę to: jest piękna.


Oto dwa podstawowe składniki docierające do zmysłów podczas wąchania Midnight Oud.
Oba brzmią w sposób czysty i pełny, co jest najbardziej przekonującym dowodem na to, że muszą, po prostu muszą być czymś "podkręcone", przybrane.

Spośród obecnych w składzie olfaktorycznych dopalaczy najłatwiej mi zidentyfikować piżmo, którego jest w Północnym Agarze naprawdę sporo. Ujawnia się ono już w nucie serca (którą nutą serca nazywamy raczej umownie, bo kompozycja jest niemal idealnie linearna i żadnych spektakularnych ewolucji na mojej skórze nie pokazuje) i objawia głównie przez wzmocnienie "magnetyzmu" nut agarowych. Dzięki temu dodatkowo zapach robi się w cielesny, erotyczny nieomal sposób ciepły i "przytulny".
Drugim dodatkiem, którego działalność można wyśledzić w tych perfumach jest ambra - bursztynowa poświata otaczająca kompozycję, nadająca jej pogody.
Właśnie ta pogodna ambra w połączeniu z miękkim, łagodnym sandałowcem tworzy bazę zapachu, tło, na którym pysznią się główni bohaterowie tej sztuki.
Czwarty, najmniej oczywisty "polepszacz" to nietypowe nuty cytrusowe, do których zaliczam tu nie tylko suchą bergamotkę i petitgrain, ale i geranium, z którego zapachowego spektrum w tym mocarnym towarzystwie zostaje tylko limonkowo - różany szczyt.
I te właśnie, pozornie zbędne składniki kompozycji sprawiają, że Midnight Oud, mimo sporego ciężaru i wielkiej mocy, nie jest zapachowym golemem jak jego starszy krewniak Black Aoud Montale.


Myślę, że w obliczu tego, co napisałam powyżej, podsumowanie jest zbędne, a jednak... Napiszę to raz jeszcze i wprost. Midnight Oud zachwycił mnie, olśnił każdą, najbardziej nawet sceptyczną komórkę mojego węchomózgowia. ;-)


Nuty podobne do wspomnianego już Black Aoud czy do Dark Rose Czech and Speake, tu poskładane zostały w sposób, który w połączeniu z chemią mojej skóry daje efekt wspaniały. Midnight Oud jest zgrabniejszy od Black Aoud i ciemniejszy od Dark Rose.
Jest też mniej oleisty i gładszy, niż Aoud Micallef, w którym i agar, i róża występują w formie przetworzonej, nie tak czystej, jak tutaj, a dodatek przypraw nadaje kompozycji pewnej (także interesującej) szorstkości. Perfumy Juliette Has a Gun ze względu na swą aksamitność i wysoką zawartość róży zdają mi się bardziej kobiece, niż dzieło Geoffreya Nejmana, dlaczegóż jednak miałoby mi to przeszkadzać? Szczególnie, że na męskiej skórze mogą się zachowywać zupełnie inaczej...

W ramach dobijania pointy dechą (i sadystycznego wywoływania pypcia u mojej Agarowej Siostry Escritory) dodam, że trwałość Midnight Oud jest po prostu fenomenalna. Trzymają się na mnie pełną dobę, a zapach nadal jest intensywny.
Byłam już w Douglasie zapytać, czy perfumy będą w ofercie (nie wiedzą) i poprosić o ewentualne sprowadzenie flakonu na już (też nie wiedzą, czy się uda, ale zadzwonią z informacją).

Jednak jest jakiś pożytek z tej agarowej mody. :-)



Data powstania: 2009
Twórca: Romano Ricci

Nuty zapachowe:

Nuty głowy: szafran, papirus, róża damasceńska, bergamota

Nuty serca: róża marokańska, geranium, drewno agarowe (oud), kastoreum

Nuty bazy: paczula, sandałowiec, ambra, piżmo



* Druga ilustracja: Christian Bale - zdjęcie z kampanii do "American Psycho"
** Czwarta ilustracja: plakat do filmu "Pachnidło: historia mordercy" ("Perfume: the Story of a Murderer") w reżyserii Toma Tykwera

wtorek, 20 października 2009

Comme des Garcons Dover Street Market

.
Perfumeryjnych nowości ciąg dalszy.
Z zupełnych nowalijek były już w tym miesiącu: Fille en Aiguilles, Back to Black, Havana Vanille, Black Afgano, Wazamba, Fourreau Noir i Pure Aoud. A to nie koniec jeszcze, bo pudełko z próbkami aż stęka z niecierpliwości i przepełnienia. :-)


.

Szkoda, że nie widzicie mojej miny.
Siedzę, pachnę i... dziwnie mi z tym.
W nutach mandarynki, jałowiec, kadzidło, sosna, a ja czuję zapach, który równie dobrze mógłby należeć do serii 6: Synthetic.


Cytrusów nie czuję wcale. Zero.
Jałowiec z kadzidłem i żywicą sosny daje efekt w postaci zapachu, który mój mózg umiejscawia gdzieś pomiędzy sztyftem Wick do nosa, terpentyną, a sosnowym kadzidełkiem (istnieją takie, prawda?). Wyczuwalne w tle cedr i labdanum stłumione zostają nutą "prac ręcznych": pastele, plastelina, guma arabska. Całość jest... Zaskakująca.

Wrażenia nie są negatywne, choć inhalacyjno - dezynfekcyjna nuta ostro daje po nosie. Nie wiem, na ile działa na mnie sugestywna nazwa, ale rzeczywiście jest w Dover Street Market coś z klimatu nowoczesnego sklepu. Lokal jest pusty i czysty, pełno w nim porzuconych w nieładzie kartonów i płatów styropianu. W powietrzu unosi się zapach środków dezynfekujących i płynów antystatycznych. Wyłożona linoleum podłoga lśni czystością, pył z rozerwanych w pośpiechu gąbkowych worków osiada na żarówkach.
Jest weekend. Ludzie poszli do domów porzucając nierozpakowaną dostawę do poniedziałkowego poranka. Ktoś zapomniał zgasić światło i teraz cały ten skarbiec nowiutkich przedmiotów niczyich zalany jest chłodnym światłem.
I to jest pierwsza faza Dover Street Market na mojej skórze.

Z czasem pojawiają się nuty drzewne - tak samo twarde i chłodne jak otwarcie. Suchy, ołówkowy cedr i drewno przypominające mi hinoki z Hinoki tej samej firmy. Nuty "prac ręcznych" zaczynają brzmieć bardziej naturalnie - podobnie do kredek świecowych w Palisandrze. I wreszcie wychodzi labdanum. Nikogo nie zaskoczę wyznaniem, że ta nuta podoba mi się najbardziej, ale owszem - właśnie moment, w którym labdanum zaczyna dominować w kompozycji uważam za najładniejszy (choć nie najciekawszy).

Po syntetycznym, dziwnym otwarciu oczywiste i nudne zestawianie czystka z cedrem i palisandrem (którego obecność intensywnie podejrzewam) jest dla takiej nudziary jak ja wysoce atrakcyjne. W tle tli się żywiczne kadzidło i stroszą się bezsilnie nutki przyprawowe. Ładnie, ale to już było tyle razy...

Reasumując - oto kolejna kooperacja Comme des Garcons, która mnie nie zachwyciła. Przyznaję, Dover Street Market nie wywraca mi wnętrzności jak Stephen Jones, ale za to wywołuje dziwne wrażenie, że to zapach... zbędny. Szczególnie, że dodatkowo podejrzanie przypomina ubiegłoroczną kompozycję Comme des Garcons dla H&M.

Jeśli kto ma ochotę na wąchanie syntetyków, proszę bardzo - Skai, Soda, Garage już wymyślono. Jeśli komuś przyjdzie chrapka na stare, dobre labdanum, raczej nie zechce się użerać z dziwacznym otwarciem tego Sklepu.
W każdym razie ja nie chcę. Szczególnie, że flakon 10 Corso Como pyszni mi się na półeczce od wczoraj.



Data powstania: 2009

Nuty zapachowe:
bergamota, mandarynka, czarny pieprz, kolendra, kadzidło, jagody jałowca, cedr, paczula, sosna, labdanum


* Wszystkie ilustracje przedstawiają Dover Street Market.

poniedziałek, 19 października 2009

Serge Lutens Fille en Aiguilles

.
Moje uczucia wobec Fille en Aiguilles mistrza Serge'a są ambiwalentne. Co więcej - ambiwalentne były jeszcze zanim poznałam zapach osobiście.
Z jednej strony nuty zdawały się obiecywać kolejną rewelację i to radowało mnie jako obietnica nowych, przyjemnych doznań. Z drugiej strony nieco uwierała mnie obawa, że oto dopadnie mnie żądza nabycia kolejnego flakonu tej firmy, choć przecież mam ich dziewięć, a dalsze siedem miałam i w świat wyprawiłam (z czego żałuję tylko jednego).

Po osobistej prezentacji Dziewczyny na Szpilkach dziewczynie papciach zaczęły się oczywiste spekulacje: czy pisany jest nam związek, czy tylko przelotne spotkanie?


Fille en Aiguilles to zapach, który najprościej określić można jako eteryczno - balsamiczny zmierzający w stronę balsamiczno - kadzidlanego.

Rozpoczyna go inwazyjny, ale bynajmniej nie nieprzyjemny "akord iglasty". Sosnowa żywica, gniecione sosnowe igły, zapach przestrzenny, wypełniający nozdrza i płuca ziołową świeżością. Fascynujące i niezwykłe jest dla mnie to, że nie odbieram tego akordu jako ostry, czy zimny. Podoba mi się tak, jak podoba mi się terpentynowa świeżość w Hinoki czy powiew betelu w Nemo.

To jednak tylko otwarcie, spod którego rychło wypełzają nuty przyprawowe: wedle opisu laur, wedle mojego nosa muszkat i na 100% czarny kmin podbity dodatkiem karmelizowanej żywicy, suszonych daktyli, goździków i opoponaksu. Interesujące, bogate, ciepłe i jednocześnie "mocne" centrum zapachu, wokół którego snuje się najpierw delikatny, trudny do zidentyfikowania, potem coraz bardziej charakterystyczny dym kadzidła frankońskiego. I z przyjemnością przyznaję, że na tym etapie Dziewczyna na Szpilkach jest szalenie interesującą towarzyszką. Połączenie dwóch pozornie nie współbrzmiących akordów: przestrzennej jasności sosnowej żywicy i słodko - ostrego kościelnego kadzidła ze zbytkowną, gęstą przyprawowo - żywiczną słodyczą pozostałych składników daje efekt, który obserwuję z przyjemnością.

Ten urodzaj doznań jest naprawdę stymulujący. I pewnie mógłby być męczący jak w podobnie napchanych przyprawami i słodyczą Aziyade, czy (w mniejszym stopniu) Wazambie; jednak na szczęście w tym przypadku jest to tylko etap przejściowy pomiędzy żywicznym powiewem otwarcia, a półwytrawną bazą kompozycji.
Po około dwóch godzinach Fille en Aiguilles uspokaja się nieco, zniża głos, staje się bardziej kadzidlane. Nuty żywiczne wzbogacone zostają dodatkiem mirry. Nie jest to klasyczna, drzewna baza ciepło snująca się po skórze. Żywica drzew iglastych wyczuwalna jest aż do ostatnich akordów, coraz wyraźniejsze kadzidło jest raczej chłodne i statyczne, a nuty ziołowo - przyprawowe sprawiają, że Dziewczyna na Szpilkach uśmiecha się raczej gorzko, niż słodko. Na tym etapie jest to kompozycja raczej łagodna, melancholijna, zadumana. I nadal interesująca. Gdybym miała w słowach kilku wyjaśnić dlaczego, podkreśliłabym niezwykły mariaż słodkiego kościelnego kadzidła z przyprawową wytrawnością.

Fille en Aiguilles to perfumy ewidentnie leśne, nie drzewne. Leśnie w sposób łączący intensywność aromatów roślinnych i strzelistą przestrzeń lasu statycznego, spokojnego jak wnętrze świątyni (albo muzeum). Mają moc i tę szczególną "nośność", która sprawia, że zapach intryguje, urzeka, pociąga.

Nie jest to jednak kompozycja, którą odczuwam każdym nerwem, która przenika, przesącza się wgłąb mojego umysłu i budzi każdy zmysł. Jest w szczególny sposób zewnętrzna. Opływa ciało jak powiew wiatru na nagiej skórze albo jak sunąca po skórze chłodna tkanina - nie pozostająca na niej na tyle długo, by ogrzać się jej ciepłem.

Najbardziej "moja", najbliższa mi emocjonalnie jest baza - etap, na którym perfumy zyskują indywidualny rys, przejmują nieco z chemii skóry nosiciela, stają się bliższe temu, do czego przywykliśmy przez lata obcowania z zapachem własnego ciała. Charakterystyczna zdolność mojej skóry do ogrzewania zapachów, do nadawania i pluszowej miękkości sprawia, że najłatwiej mi oswoić sam schyłek olfaktorycznej melodii, kiedy na pierwszy plan wybija się żywiczne kadzidło przypominające nieco łagodną, rozświetloną przestrzeń, która zachwyca mnie w Cardinalu Heeleya.

A ambiwalencja moich uczuć bierze się stąd, że nie wiem, czy pożądam Iglastej Panny i chcę z nią spędzić resztę życia (resztę jej życia, ja zamierzam pociągnąć dłużej, niż flaszka perfum), czy wystarczy mi kilka randek z tą pięknością.
Jestem zainteresowana, owszem, ale wciąż się waham - najpiękniejszy jej uśmiech to ten sam, którym zauroczyły mnie Cardinal i Avignon, a te mam już przecież w swoich zbiorach.
W każdym razie nie muszę posiąść jej już, teraz, natychmiast (jak to było w przypadku Czarnego Afgana, który, nota bene, już u mnie gości).


Data powstania: 2009
Twórca: Christopher Scheldrake

Nuty zapachowe:
sosnowe igły, wetiwer, słodka żywica, laur, balsam jodły, kadzidło frankońskie, kandyzowane owoce, przyprawy

piątek, 16 października 2009

Nasomatto Absinth

.
Ledwie parę dni temu, przy okazji testowania Absinthe Verte By Kilian pisałam, że nieszczególnie lubię absynt w perfumach. I to prawda. Ale ten jest najlepszy z tych, które wąchałam. A nawet jeśli nie najlepszy obiektywnie, to z pewnością najbardziej w moim stylu.
Nie jest to bowiem pełen ostrej, ziołowej goryczy cios w nos, lecz kompozycja typowa dla Nasomatto: bogata, aksamitna i w szczególny sposób pełna - w znaczeniu kompletna.
W ogóle Nasomatto zaczyna mi się jawić jako kandydat do lubienia globalnie i sentymentalnie. O ich kompozycjach pisze mi się dobrze, bo "mówią do mnie" podobnie, jak zapachy Serge Lutens, Eau d'Italie czy Oliviera Durbano.

***

W Absinth najładniej do mnie mówi wetiwer. Mrrr, jak ja lubię tę nutę.
Lubię ją w wersji świeżo zielonej jak w Encre Noire, lubię w wersji podpalonej i podwędzanej jak w Fumidusie, lubię wersję łagodnie dymną z Bois d'Ombrie i lubię wersję ziemistą, jak tu.


Wetiwer w Absinth jest pełen życia i świeżości, ale ewidentnie przytulony do ziemi. Do ziemi mokrej, wysmaganej letnią ulewą, oczyszczonej z kurzu i mdłych nalotów. Towarzyszy mu oczywiście nuta ziołowa, tym razem jednak nie jest to dziabiący po nosie absyntowy jeżozwierz, lecz subtelnie kwiatowa zieloność; przestrzenna i pełna ciepłego światła. Charakterystyczna goryczka nie stanowi w tej kompozycji głównego akcentu; przełamuje jedynie jasną łagodność pozostałych składników, nadaje kwiatowej urodzie niejednoznaczności. Nie odbierając jej łagodnego uroku ani nie zaburzając konstrukcji.

Otwarcie Absinth to niejednoznaczne połączenie słodyczy z cierpką świeżością. Jak mocny, chłodny napar z zielonej herbaty osłodzony trzcinowym cukrem. Nie podzwaniają w nim kostki lodu, para nie skrapla się na powierzchni naczynia - umiarkowaną "temperaturę" tych perfum zawdzięczamy dodatkowi kwiatowej wanilii i nawiewanym zza zapachowego horyzontu nutkom dymnym.


I te dymne akordy sukcesywnie przynoszą ze sobą nieco ciepła: drewno, bardzo ładna ambra, przyjazny aromat nowej skóry i ładnie komponujący się z ziemistym wetiwerem łagodny, lecz wyraźny mech. Z czasem dymno - skórzana wanilia staje się intensywniej wyczuwalna i w połączeniu z coraz bardziej wyraźną, suchą paczulą zaczyna mi nieco przypominać zapach skórzastych liści tytoniu. W zestawieniu z wciąż obecnym i wyraźnym wetiwerem i dodanymi z wyczuciem przyprawowymi ziołami (czuję melisę i rozmaryn) daje to naprawdę przyjemny rezultat.
Zapach bardziej niż gorzki zdaje się... słony.

Ostatnia, najtrwalsza faza to połączenie okraszonego dodatkiem przypraw wetiweru, nut drzewnych i zwierzęcych (ambra oraz piżmo), wanilii oraz jasnego, czystego dymu. Przyznaję, że w porównaniu z ciekawym, niestandardowym otwarciem, baza zapachu trochę rozczarowuje. Nie brakiem urody bynajmniej! Raczej pewną... normalnością. Podobnie rozwija się wspomniane już Encre Noire Lalique czy Vetiver 46 Le Labo.
To samo, mniej więcej, przytrafia się Duro, o którym pisałam nieco wcześniej.


W opisie producenta znajdujemy informację, że Absinth to zapach dzikości mający pobudzać do nierozsądnych działań. Ja tam nie wiem.
Faktem jest, że w tej kreacji Nasomatto jakoś tak chce się żyć. A życie to niebezpieczna zabawa, więc... ;-)))



Data powstania: 2007
Twórca: Alessandro Gualtieri

Nuty zapachowe:
absynt, zioła, wetiwer

czwartek, 15 października 2009

Bye, By Kilian: Cruel Intentions, A Taste of Heaven, Liaisons Dengereusses, Back to Black

.

Pierwszym zapachem Kilian, z którym się zetknęłam był Straight To Heaven. Nie będę tu łgała, że to przypadek - po prostu gdy firma pojawiła się na Luckyscent na podstawie lektury nut uznałam, że może być dla mnie interesujący i zamówiłam próbkę.
STH rzeczywiście okazał się wart nie tylko próbki, choć kombinacje z futerałami (bo flakonem tego nie nazwę - flakon, to coś, w czym mieszczą się perfumy, a nie wypicowany pojemnik na pojemnik na perfumy) kosztującymi drugie tyle, co zawartość wzbudzają we mnie zdecydowaną niechęć.

Poznając kolejne zapachy Kilian uświadomiłam sobie, że świetnie zbalansowane kompozycje pracujących dla By Kilian Sidonie Lancesseur i Calice Becker przeznaczone są właśnie do umieszczania w futerałach, do snobowania się - są stworzone dla manifestowania elegancji. Celem nie jest ocieranie się o ekstremum, przecieranie nowych perfumeryjnych szlaków. Mają być wyczuwalne i w wyczuwalny sposób ekskluzywne. I takie właśnie są.
To dobrze.
Ale "dobrze" nie wystarcza.


Dziś po kilka zdań o czterech najbardziej, po Straight to Heaven i Pure Aoud, interesujących dla mnie kompozycjach firmowanych nazwiskiem ekscentrycznych koniakarzy (wyraz "koniakarz" jest neologizmem stworzonym przeze mnie spontanicznie, jako kalka od winiarza).


Nr 1.
Zdecydowany nr 1

Cruel Intentions
czyli

Tempt Me



Mnie rzeczywiście mógłby skusić.
Jest w nim oud. Róża z umiarem i ładna. I dodatkowo nie ma nut siuśkowych, choć czytając o kastoreum w składzie i zestawiając je w wyobraźni z agarem obawiałam się rezultatu w postaci posikanego bobra.

Ale po kolei:
Najlepsze jest otwarcie. Nuta oud jest tu intensywna, ciemna, mocno drzewna, tłusta jak pasta do butów. Ożywia ją nieco dodatek bergamoty, jednak podkreślić muszę, że to bergamota nietypowa: sucha, jak gdyby wyabstrahowana z ciemnej, sypkiej herbaty. Łagodności, klasy otwarciu dodają gładkie nuty drzewne i wyraźny, pięknie żywiczny styraks.
Z czasem zaczyna pojawiać się doskonale komponująca się z pysznym otwarciem woń gniecionych, miażdżonych płatków ciemnej róży. I nawet ta nuta mi nie przeszkadza. Otwarcie jest wspaniałe. Bezsprzecznie. (Co ja dziś takimi krótkimi zdaniami piszę?)

Niestety, po jakiejś pół godzinie coś się zaczyna w zapachu łamać. A może zaczyna nieco wcześniej, ale nakręcona urzekającym otwarciem przez czas jakiś jeszcze płynę na fali tego pierwszego zachwytu?
Najpierw cichnie agar. To niedobrze. Szczególnie, że jednocześnie pojawia się mydło.
Najpierw nieśmiało i dyskretnie, potem... Potem też dyskretnie, ale sam w sobie przyjemny zapach dobrej jakości kosmetycznego mydła w miejsce pastowanej powłoki agaru musi rozczarowywać. Nuty kwiatowe stają się wyraźniejsze - nie ukazują się wprost, jednak ewidentnie pod ciągle wyraźną, ale już nie niepodzielnie dominującą warstwą nut drzewnych czai się kwiatowa elegancja.

I znów - wszystkie te składniki, warstwy i nutki zespolone są w zapach jednorodny, spójny i zrównoważony. Pojawiający się na chwilę wetiwer nie wpływa na temperaturę kompozycji - stanowi jedynie arabeskę na ciepłej sandałowo - gwajakowej bazie.

Ale to nie koniec, bo oto po nieco, jak na mój gust, zbyt bogatym sercu zapachu następuje kolejna pełna gracji wolta.
Spod wydelikaconej, transparentnej na tym etapie warstwy piżma (nadal mydlanego, ale wyczuwalnego już ledwie śladowo i tylko przy zbliżeniu nosa do skóry) ponownie wypływa głęboki aromat agarowago drewna. Tym razem pięknie zmiękczony bardzo wyraźnym, przypominającym Le Boise Ginestet sandałowcem. I ten łagodny, przytulny i długotrwały zmierzch kilianowego Kusiciela na skórze jest piękny niezaprzeczalnie.

Przyznaję, że gdyby nie obecne w nucie serca akcenty mydlane, także ta kompozycja Sidonie Lancesseur miałaby szansę znaleźć się na mojej liście pachnących zachcianek. A tak? Sama nie wiem. Wstrzymam się z decyzją do czasu, aż moja skóra przestanie wymydlać piżmo.



A Taste of Heaven
czyli

Absinthe Verte


Kolejny raz potwierdza się teza, że absynt w perfumach mnie nie uwodzi. W sumie normalnie absynt też nieszczególnie mi smakuje, ale sama ceremonia spożywania ubarwiona spektakularnym karmelizowaniem nasączonego trunkiem cukru ma swój urok. Tu nic się nie pali, nie ma frajdy.

Otwarcie Absinthe Verte jest, dla mnie, okropne. Cierpkie, ziołowe, zimne i wypchane olejkami eterycznymi jak, nie przymierzając, Melisana Closterfrau. Brrr...
Kiedy oswoimy się z powiewem dotkliwego chłodu, zaczynamy rozróżniać zapach olejku geraniowego (nie rośliny, lecz olejku właśnie), lawendy i bergamoty. Pod nimi czai się absyntowa goryczka i dużo, dużo ziół. A raczej znów ziołowych olejków, bo natężenie tej aptecznej przyprawowości jest tak wielkie, że człowiek próbuje zamknąć oczy podświadomie obawiając się podrażnienia spojówek.

Po tym pierwszym wykopie zapach łagodnieje. Relatywnie, oczywiście, bo nawet na najbardziej łagodnym etapie jest to ciągle ziołowa nawałnica doznań.
Z pewnym wahaniem diagnozuję pojawianie się w kompozycji słodyczy - nuta wanilii połączonej z mchem dębowym przypomina mi nieco Onyx by Sage, jednak daleka jestem od stawiania tych zapachów w jednym rzędzie, czy w jakimkolwiek sąsiedztwie. Onyx to słodziak z pazurem, zaś Smak Nieba wedle By Kilian jest łagodny jak pudełko szpilek rozsypanych na wykrochmalonym prześcieradle.

Gdybym miała szukać analogii dla w pełni rozwiniętego Taste of Heaven byłaby to woń nasączonych Altacetem bandaży wzbogacona ziołowymi miksturami. Takimi służącymi do dezynfekcji (zewnętrznie), takimi uśmierzającymi ból (wewnętrznie), oraz takimi służącymi jedynie do znęcania się nad pacjentem (i wewnętrznie, i zewnętrznie).

Schyłkowe Absinthe Verte to na mnie woń już nie odpychająca, ale nadal surowa i, co tu kryć, dla osoby reagującej niechętnie na chłód w zapachach, trudna. Kojarzy mi się najpierw szpitalnie, a u całkowitego kresu, na etapie śladowej wyczuwalności nieco z miętową nutą otwierającą Jade Durbano. Ten schyłek nie jest jednak w stanie zmienić mojego stosunku do całej kompozycji.

Uznaję oryginalność Absinthe Verte. Szanuję jego moc i nasycenie. Nie będę się dziwić, jeśli komuś się spodoba (ja się w ogóle mało dziwię), bo dla zwolenników ostrych, ziołowych perfum w stylu Piper Nigrum Villoresiego to może być nie lada gratka. Jednak dla mnie osobiście to najbardziej nieprzyjemny zapach w kolekcji By Kilian. Jedyny naprawdę odpychający.



Liaisons Dengereusses
czyli
Typical Me


Związki nut spożywczych z mchem rzeczywiście bywają niebezpieczne. Wystarczy wspomnieć zmysłowe, cielesne nieomal połączenie brzoskwini z mchem w kultowej Mitsouko Guerlain, suszone owoce i porzeczki na ciężkim szyprze w fascynująco szorstkim Talisman Balenciaga, owocowo - piżmowo - mszyste Mure et Musc l'Artisan Parfumeur, czy triadę: drewno, śliwka i mech w uwodzącym i kobiety, i mężczyzn Capsule Woody Lagerfelda.
Tym razem mamy do czynienia ze związkiem niezwykłym, niecodziennym, ale nie naprawdę niebezpiecznym. Bez perwersji.

Zapach jest interesujący, niewątpliwie. A także, jak zwykle, sprawnie, z wyczuciem złożony. Lista składników zapowiada zapach ciężki, ostentacyjnie bogaty, słodki, z nutą zepsucia. Tymczasem Liaisons Dengereusses to kompozycja relatywnie lekka, z wyraźną różą i ożywczo rozświetlającym tę zawiesistą nutę geranium. Proporcje róży do geranium zmieniają się od przewagi cytrusowej zieloności geraniowego olejku w stronę świeżej lecz intensywnej woni różanych płatków, jednak mój nos wyczuwa te dwie nuty przez cały czas trwania tych perfum na ciele. Duet ten w początkowej fazie wzbogaca ładny, zielony wetiwer, który jednak dość szybko traci werwę i więdnie.

Istotnym elementem kompozycji są nuty owocowe. Nie tylko dojrzała, ociekająca gęstym sokiem, lekko tylko muśnięta wędzarniczym dymem śliwka, ale i inne, równie dojrzałe smakołyki, wśród których najwyraźniej (poza śliwką) wyczuwalna jest brzoskwinia. I to akurat nieszczególnie dobrze. Klasy i miękkości tym słodkościom dodaje orzechowy, niedosładzany, nieprzetwarzany kokos.
Ta część ostatecznie zadecydowała o tym, że Typical Me odbieram raczej jako Typical She, a nie Typical He. Typical Me w sensie naprawdę mnie osobiście odrzuciłam od razu i nieodwołalnie.

I oczywiście tak, jak to zwykle bywa; po pewnym czasie wychodzi drzewna baza, tym razem z dodatkiem delikatnego, taktownego szyperku: młody, suchy, ale niezeschnięty mech i ładne, niemydlane piżmo. Na tym tle pobrzmiewa wciąż pociemniałe nieco połączenie róży z podsuszonymi owocami oraz ślad, dosłownie ślad przebłyskującej gdzieś na skraju świadomości cierpkawej nuty geranium (przypominającego mi z oddali bergamotę i nie pytajcie jak to możliwe, proszę).

Niebezpieczne Związki to bardzo dobre perfumy: jednocześnie interesujące i niedziwaczne. Umiarkowanie nowatorskie i umiarkowanie zachowawcze. Zwracające uwagę, lecz nie budzące zdziwienia. Bardzo By Kilian.



Back to Black
czyli

Aphrodisiac


Nawet nie spojrzałam na nuty - zaczarował mnie "Black" w nazwie.
Kiedy dotarła próbka, natychmiast zaaplikowałam sobie kilka potężnych psików tu i ówdzie (szczególnie ówdzie, bo jednak własnej szyi nie powącham, a nadgarstek, czy zgięcie łokcia owszem).

Snując się najpierw po domu, potem po centrum handlowym z dziwną emocjonalną obojętnością obserwowałam walkę między moim własnym, operującym na zaczerpniętych z sieci danych rozumem, a moim, równie własnym, nosem. Rozum mówił, że Back to Black wypuszczony w bezpośrednim sąsiedztwie Pure Aoud i okraszony imieniem czarnym i sexy to musi, po prostu musi być coś cudnego (swoją drogą nie wiem, czemu się tak upierał ten mój rozum), nos zaś uparcie nie chciał tej wyjątkowości zauważyć i powtarzał swoje: że zapach przyjemny, ciekawy, dobrze poskładany, ale klękania nie będzie i basta.
Potem powiedział jeszcze ten mój nos wredny, że Back to Black pachnie nieomal identycznie jak Baltic Amber Voluspy. I nadal przy tej obrazoburczej (825zł/50ml kontra niespełna 100zł/105ml) teorii obstaje ten mój nos...
Cóż ja mogę? Blog jest o wąchaniu, nie o myśleniu. A tu (na dodatek) ewidentnie się przemyślałam.

Back to Black to ładny, przyjazny dla nosa przyprawowy słodziak z delikatną nutą dymną i dodatkiem opartej na miodzie spożywczej słodyczy. Bardzo ładny. I, w kontekście tańszego, a wcale nie mniej intensywnego i nie mniej trwałego brata, bardzo przepłacony.
Różnice między Back to Black a Baltic Amber zaczynają rysować się wyraźniej dopiero u schyłku nuty serca, kiedy to kilianowy afrodyzjak okazuje się nieco bardziej szorstki - naturalistycznie miodowy. I wcale nie wiem, czy to dobrze.

Baza jest w obu przypadkach jest mocno ambrowa, lekko mszysta i bardzo urodziwa. Wanilia w obu przypadkach przypomina kwiatowe, wilgotne jeszcze strąki i jest nieoczywista i nienudna. Nuty drzewne to głównie sandałowiec i znów w obu przypadkach trzyma się on w tle. W przypadku By Kilian schyłek zapachu jest ledwo wyczuwalnie jaśniejszy i mniej puchaty, ale znów nie jestem przekonana, że to zmiana na korzyść.

Cóż więcej napisać? Powtórzę opinię z recenzji Bałtyckiej Ambry Voluspy: to interesujący słodziak. Bardzo miły i naprawdę wart uwagi. A zauroczonym polecam zakup Baltic Amber. Szczególnie, że trwałość tańszej wersji tego urokliwego pluszaka jest o dobre parę godzin lepsza.



I to na razie koniec moich randek z producentami koniaku Kilian Hennessy.
Bye, By Kilian. Salut!


Cruel Intentions

Data powstania: 2007
Twórca: Sidonie Lancesseur

Nuty zapachowe:
Nuta głowy: bergamotka, neroli
Nuta serca: róża, fiołek
Nuta bazy: oud, cypriol gwajak, wetiwer, drewno sandałowe, kastoreum, styraks, wanilia


A Taste of Heaven

Data powstania: 2007
Twórca: Calice Becker

Nuty zapachowe:
Nuta głowy: bergamotka
Nuta serca: absynt, lawenda, geranium, róża, kwiat pomarańczy
Nuta bazy: wanilia, tonka, sosjura olejkodajna, paczula, mech dębowy


Liaisons Dengereusses

Data powstania: 2007
Twórca: Calice Becker

Nuty zapachowe:
Nuta głowy: kokos, suszona śliwka, brzoskwinia, czarna porzeczka, damasceńska śliwka
Nuta serca: róża damasceńska, geranium
Nuta bazy: wanilia, drzewo sandałowe, mech dębowy, wetiwer, białe piżmo


Back to Black

Data powstania: 2009
Twórca: Calice Becker

Nuty zapachowe:
Nuta głowy: bergamota, rumianek
Nuta serca: kardamon, kolendra, szafran, miód, cedr, wanilia, migdały
Nuta bazy: ambra, wetiwer, labdanum, paczula, mech dębowy


piątek, 9 października 2009

L'Artisan Parfumeur Havana Vanille

.
Krótko będzie i bez polotu, bo nie bardzo wiem, o czym pisać. Nowa propozycja Duchaufoura pozostawia mnie doskonale obojętną.
Wzmianka powstała "dla porządku" i dlatego, że Melkmeisje pytała. To odpowiadam, jak potrafię.



Gdybym napisała, że spodziewałam się drapieżnego Kubańczyka z cygarem w zębach i spluwą za pazuchą - skłamałabym.
Spodziewałam się przyjemnego słodziaka i właściwie go dostałam. Milusie Kubaniątko.

Pyzate, umazane słodkim, waniliowym kremem, z moczonymi w rumie słodkimi rodzynkami w spoconej garści i ciemnymi laskami wanilii w kieszeni. Nieco zbyt dobrze odkarmione, nieco zbyt wypucowane mydłem i zdecydowanie zbyt grzeczne, ale w sumie miłe. I nie psuje tego wrażenia nawet fakt, że tatuś pali.

Czy mnie się ten zapach podoba?
Nie wiem.
Na pytanie, czy jest ładny odpowiedziałabym bez wahania: tak, jest ładny.
Ale czy mnie się podobają zapachy aż tak ładne?


Bo wanilia w Havana Vanille jest oczywista, wywalona na wierzch, odarta ze szlachetnej niejednoznaczności jaką zyskuje przykładowo w Un Bois Vanille Lutensa czy Vanille Exquise Goutal. Kiedy zapach się rozwinie traci nawet swoją wilgotną laskowość i staje się ledwie waniliowym aromatem.
Bo zamiast ciemego, uderzającego do głowy rumu i aromatycznego tytoniowego dymu towarzyszą tej nieruchawej wanilii głównie rodzynki i pozbawione zaczepnej ostrości goździki.
Bo nuty balsamiczne w połączeniu z wanilią i tytoniem dają efekt zapachowej świeczki.
Bo nawet nuty cytrusowe, które miały ożywić zapach w otwarciu zmieniły się w tym układzie w kandyzowane skórki.
A ostateczny rezultat, bardziej, niż cokolwiek innego, przypomina waniliowy aromat do samochodu (zwany potocznie choinką zapachową, choć akurat waniliowe kształtu choinki nie miewają).

Nawet wyczuwalne w środkowej fazie rozwoju nuty kwiatowe nie ratują kompozycji. Uszczelniają ją jedynie zamykając naszego malca w eleganckim, zbytkownym salonie wypełnionym delikatnym armatem tytoniu, korzennych perfum i ogromnej ilości waniliowych przysmaków rozstawionych gdzie popadnie.


Niby dla dzieciaka El Dorado, ja jednak podziękuję. Jestem zwolenniczką teorii mówiącej, ze dzieci potrzebują wolności i przestrzeni. Użytkownicy perfum też.
Tu jej nie znajduję i, nie wiem jak Wy, ale ja jednak wyjdę tylnymi drzwiami.


Data powstania: 2009
Twórca: Bertrand Duchaufour

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: rum, mandarynka, pomarańcza, goździki
Nuty serca: suszone owoce, narcyz, róża, liście tytoiu
Nuty bazy: wanilia, bób tonka, benzoes, balsam tolu, wetiwer, piżmo

środa, 7 października 2009

Oud po arabsku

.
Kolejne spotkanie z drewnem agarowym.
Tym razem po arabsku.




Trzy różne wersje oud (aoud) orientalnego:

Pierwsza to amerykańska wariacja na temat świata arabskiego; przykład tego, jak wychowany w kulturze zachodniej kreator postrzega arabskie perfumy.

Drugi zapach trafił do moich rąk w wyniku fascynacji kulturą arabską Polki - Sylwii Panow, która z miłości do arabskich pachnideł założyła firmę Gwiazdy Pustyni sprowadzającą do Polski olejki zapachowe produkowane przez Rassai Perfumes. Gwiazdy Pustyni oferującą pełne przepychu orientalne wonie w pełnych przepychu orientalnych flakonach.

Trzeci zapach to, dla odmiany, smakołyk upichcony przez prawdziwych Arabów dla potrzeb europejskiego nosa.


Miłej podróży. :-)



Oude Arabique
 Dawn Spencer Hurwitz



Bardzo Arabique.
Spodziewałam się kompozycji słodkiej i w orientalny sposób bogatej, ale to, co wydostało się z fiolki z napisem Oude Arabique przerosło moje oczekiwania.
Kompozycja jest ciężka, słodka, w typowy dla arabskich pachnideł fizjologicznie - dosłowny sposób zmysłowa.

Poza intensywnie grzybnym, nieomal pozbawionym drzewnej wytrawności aromatem agaru w nos rzuca się piżmo, które w tym niezwykłym sąsiedztwie brzmi wyjątkowo "odzwierzęco". Bogato reprezentowane są nuty drzewne - i "bogato" jest tu słowem kluczowym, bo sandałowiec jest tu oleiście złocisty, zaś cedr utracił całą swą ołówkową suchość zyskując w zamian ciężki wdzięk sugerujący dodatek paczuli.
Jest w Oude Arabique nuta kojarząca mi się z wiecznie zacienionymi wnętrzami kamiennych budowli, które zamiast wietrzyć, okadza się aromatycznymi żywicami. Wyraźnie wyczuwam miód, karmelizowany mastyks i, szczególnie w otwarciu, stłumione nuty kwiatów - i znów typowo arabskie, czyli spocony jaśmin i ciemna, konfiturowa róża. Nuta serca przypomina mi coś, co mogłoby powstać przy moczeniu wielkich, niedosuszonych rodzynek w drzewnych olejkach i miodzie.

Trzecia faza zapachu jest bardziej wytrawna, sucha, popielista, drzewno-kadzidlana, z wyraźną nutą labdanum - przypomina nieco Incense Normy Kamali, tylko nie jest aż tak bolesna dla nosa. Ostatni gaśnie sandałowiec - u samego schyłku Oude Arabique pachnie niemal tak miękko, jak Tam Dao. Zdecydowania najlepsza, najbardziej "moja" faza kompozycji.


Przez pierwsze dwie - trzy godziny Oude Arabique jest tak sugestywnie i dosłownie arabski, że wprost trudno uwierzyć. Czuję się jak w wąskim, zaśmieconym zaułku, w ciemnej, dusznej salce wypełnionej rzędami szklanych butli i buteleczek pełnych aromatycznych olejków w różnych odcieniach złota...

I nie, nie jest to absolutnie zapach nieładny czy brudny - pomimo określeń "fizjologiczny" czy "cielesny", których użyłam dla jego opisania. Jest to po prostu zamknięty (dla zmylenia przeciwnika chyba) w z europejska wyglądającym flakonie typowy arabski oud przybrany w tradycyjnie i po arabsku zmysłowy sposób. Żywcem wzięty z kairskiej perfumeryjki.
Kiedy rozwinął się na mojej skórze poczułam się trochę tak, jak gdybym potarła latarkę elektryczną i nagle pojawił się dżin. :-)



Amber Oudh
 Rasasi



Orientalny, intensywny, a jednak zupełnie różny od arabskiego agarowca, o którym pisałam powyżej.
Zdecydowanie bardziej europejski, świeższy. W otwarciu nieco ostry płynnie przechodzi w umiarkowanie słodki aromat kwiatowy bez nut korzennych. Wyraźne piżmo, tym razem w sąsiedztwie jasnych kwiatów, brzmi bardziej kosmetycznie, czysto, rozwijając się w kierunku nieuciążliwej i bynajmniej nie nieprzyjemnej nutki mydlanej.
Nuty drzewne stanowiące tło dla typowo kobiecego serca zapachu są stonowane, łagodne, z przewagą sandałowca. Ilość olejku agarowego w kompozycji oceniłabym jako umiarkowaną. Szczególnie w porównaniu do propozycji Dawn Spencer Hurwitz. Za to zawartość olejków pochodzenia kwiatowego jest tu naprawdę duża.
Dobrze rozwinięty na skórze Amber Oudh rzeczywiście nabiera barwy bursztynowo - złotej. Pachnie perfumeryjną, dobrej jakości ambrą z rdzawym szyprowym nalotem.

Ogólnie - Amber Oudh to propozycja łatwiejsza, bardziej znośna dla europejskiego nosa i zdecydowanie najbardziej perfumeryjna w klasycznym ujęciu, ze wszystkich omawianych dziś kompozycji. Gdybym miała szukać dla tego zapachu grupy docelowej, szukałabym wśród miłośniczek chanelowskich klasyków - woni dla mnie zbyt dosadnie emanujących aurą dojrzałej kobiecości.
Przyznaję, nie użyłabym globalnie nawet za pieniądze (chyba, że bardzo duże ;-)), ale to wyłącznie dlatego, że tego typu perfumy są dla mnie po prostu za ładne, za normalne, za bardzo upozowane.

Za trwałość chepeau bas! Najlepsza z wszystkich trzech testowanych dziś zapachów.



Oud
z arabskiego suku
Maison de Senteurs



Tu przyznać muszę, że ocena będzie niezbyt miarodajna, bo robiąc zakupy na tunezyjskim targu wąchałam kilkanaście różnych olejków (rzekomo) agarowych i ten konkretny uznałam za najładniejszy. Tani był jak barszcz, dostępny gdzie popadnie i w ogóle jak dla mnie ma wszelkie zalety pod tym względem. Nie lubię uganiać się za niedostępnymi rarytasami i jeszcze bardziej nie lubię przepłacać. A, zwiedziona swoim wielbiącym dziwolągi nosem, robię to niestety zbyt często.

Jakichś wielkich analiz i polecanek tu uskuteczniać nie będę, bo nie dość, że to produkt niestandaryzowany, produkowany przez firmę "krzak" zwącą się Maison de Senteurs, to jeszcze do tego niedostępny w Polce i niemożliwy do zamówienia. Choć... Gdyby ktoś wybierał się do Tunezji - załączam zdjęcie mojej buteleczki.

Zapach jest słodki, owocowo - drzewny z nienatrętnym, stłumionym akcentem kwiatowym. W otwarciu rozróżniam wyraźnie dodatek owocu gujawy i jaśmin. W miarę rozwoju zapachu moc zyskują nuty drzewne z przewagą sandałowca oraz ciepła korzenna baza z wyraźnie wyczuwalną korą cynamonowca. Lekkości zapachowi nadaje akcent przypominający cytrusy - jednak pozbawiony irytującej kwasowości i przez to bardziej miękki, przyjazny. Głębsze akordy to nieśmiało ujawniająca się w bazie róża, zapach suszonych fig i daktyli oraz oczywiście drewno agarowe, tym razem brzmiące mało tajemniczo i po prostu ładnie.


Ewidentnie jest to kompozycja robiona tak, by trafić w gusta nękanych upałem turystów. Względnie lekka, nienatrętna, pozbawiona tak cenionej przez świat arabski zawiesistości i przepychu. Pewnie dlatego zdobyła moje serce w tamtych warunkach. Może gdybym testowała w klimatyzowanym wnętrzu hotelowym zdecydowałabym się na coś cięższego, ale w pięćdziesięcio- stopniowym upale, w ścisku i zgiełku - poległam.

Wszystko to, co powyżej nie oznacza bynajmniej, że Oud Maison de Senteurs jest kompozycją jakoś szczególnie oszczędną, czy skromną. Nie jest. Po względnie (podkreślam: względnie) świeżym otwarciu zapach ciemnieje, nabiera barwy i głębi, nuty drzewne i korzenne zyskują na wyrazistości, owoce wysładzają się i zmieniają w apetyczny susz, zapach agaru staje się ostrzejszy.
Są to perfumy po prostu umiarkowane. Orient bez ekstremów.

Za to trwałość i jakość użytych do ich produkcji olejków pozostawia wiele do życzenia. Zapach nie tylko znika względnie szybko, ale jeszcze u schyłku traci gładkość i jednolitość. Robi się nieprzyjemnie cierpki.


Nuty zapachowe (udostępnione tylko przez firmę Down Spencer Hurwitz):

Oude Arabique:
Nuta głowy: mastyks
Nuta serca: oud, sandałowiec Tamil Nandu
Nuta bazy: australijski sandałowiec, drzewo Buddy aka fałszywy sandałowiec (Eremophillia Michellii), himalajski cedr, balsam tolu



Zdjęcia flakonów:
* Oude Arabique DSH - Natan Branch www.nathanbranch.com

** Amber Oudh - ze strony www.gwiazdy-pustyni.pl
*** Oud - własne, na potrzeby recenzji

poniedziałek, 5 października 2009

Nasomatto Black Afgano


Bywają zapachy, o których pisze się łatwo. Albo dlatego, że są w oczywisty sposób piękne, albo dlatego, że w równie oczywisty sposób nas odpychają. Bywają zapachy, które wywołują w mojej głowie obrazy, całe opowieści czasem. Bywają zapachy - łamigłówki, które przyjemnie jest rozkładać na nuty jak domek z klocków.
Zdarzają się oczywiście i takie, które nie są ani jakoś szczególnie piękne, ani poruszająco brzydkie i o tych napisać jest trudno, bo przecież żeby zrecenzować zapach trzeba nim przez czas jakiś popachnieć, trzeba się na nim skoncentrować - poświęcić mu nie tylko czas, ale i nieco uwagi. Nie lubię poświęcać uwagi czemuś, co mnie nie kręci.
Black Afgano nie należy do żadnej z wymienionych powyżej kategorii.

 

Należy do grupy, w której mieści się także Straight to Heaven By Kilian, Gucci Pour Homme Gucci, czy ostatnio Duro Nasomatto. Tylko bardziej.
Tamte mają jakieś wspólne rysy charakterologiczne, jakiś punkt zaczepienia, są w pewien przewrotnie dymny sposób eleganckie - a Czarny Afgan jest niepodobny do niczego innego. Od pierwszego momentu na skórze, od pierwszego niucha mój wewnętrzny emocjonalny detektor niezwykłości wychylił się prawie do końca skali.



Przyznaję, że nie pamiętam dokładnie, jak pachnie haszysz. Wiem jednak, że z całą pewnością nie pachnie AŻ TAK PIĘKNIE.

Black Afgano jest jednocześnie dymny i kremowy, niemal mleczny. Bardziej, niż z płonącą kostką haszu kojarzy mi się ze świeżą żywicą, z której owa kostka powstaje. A jeszcze bardziej ze spożywanym w łagodnych oparach świętego dymu bhang thandai - napojem z mleka, konopi i migdałów.


Naprawdę trudno mi opowiedzieć o tym zapachu pachnąc nim - jestem zauroczona. Równie trudno mi napisać cokolwiek nie pachnąc - wrażenia są tak niecodzienne, że słowa umykają mi wraz z zapachem.

Rozbierając Czarnego Afgana dla potrzeb recenzji, poza żywicznym aromatem w kolorze nieprzejrzystego bursztynu (no tak, zapachy maja kolory, przynajmniej w mojej głowie) wymienić wypada sandałowiec. Charakterystyczny, miękki i ciepły aromat sandałowca daje zapachowi barwę i charakter.
Poza tym nuty dymne - tlące się spokojnie czyste, niezakurzone liście tytoniu lub konopi; sporo drewna agarowego - miękkiego jeszcze, ledwo tkniętego uszlachetniającą mikozą; nutę delikatnie palonej, pozbawionej goryczki kawy; zapach podsuszonych ziół połączony z nietypowo głębokim aromatem korzenia wetiweru; oraz prawdopodobnie coś jeszcze, co pachnie mi jak biały, tłusty sok z niedojrzałych orzechów.
W bazie mnóstwo cedru. Poza nim druga warstwa nut dymnych, tym razem wyzłoconych, bardziej drzewno - kadzidlanych; delikatna, niemal waniliowa ambra; orzechowa paczula; puszyste, kremowe piżmo oraz druga warstwa sandałowca, tym razem czerwonego, kłaniającego się agarowi. Podejrzewam też nuty skórzane, ale przy tym bogactwie składników trudno mi za nie ręczyć.

A teraz najważniejsze: wszystkie te spekulacje i opisy nut nie mają znaczenia.
Nie dają bowiem najlichszego nawet wyobrażenia o tym, jak pachnie Black Afgano. Jakkolwiek sobie tego, co napisałam nie poskładacie w wyobraźni - efekt i tak Was zaskoczy. Słowo!


Dlatego nie będę więcej pisała o nutach. Namaluję tylko obrazek.

Wyobrażam sobie ciepły zmierzch i Shivę w ażurowej, misternie w jasnym sandałowcu wyrzeźbionej altanie, ucierającego konopie z migdałami (choć mogą to także być orzechy). Wyobrażam sobie cenne kadzidła rozstawione wokół, jasne wstążki aromatycznego, konopnego dymu oplatające błękitne ciało boga i łagodny, nieobecny uśmiech na boskiej twarzy.

Wyobrażam sobie spokój - bez ech świata, bez podmuchów wiatru, bez myśli o czekających obowiązkach i wyzwaniach. Wsłuchiwanie się we własne, wytłumione odurzającym dymem i trunkiem emocje, kontemplowanie wewnętrznego mroku, który lubię.

***

Żeby jednak nikt nie miał wątpliwości, że Black Afgano to nie lekki, nieskomplikowany przyjemniaczek, jakich wielu - oto co mi w głowie gra, kiedy tak wsłuchuję się w swoje czarno - afgańskie odczucia:



Data powstania: 2009
Twórca: Alessandro Gualtieri

Nuty zapachowe:
producent podaje tylko haszysz


* Autorem zdjęć flakonu jest ponownie Natan Branch i pochodzą one ze strony www.nathanbranch.com, do której linka znajdziecie wśród polecanych przeze mnie blogów.

* Utwór "The Burning Red" Machine Head w wersji studyjnej (za to z kompletnie od czapy ilustracjami) można przesłuchać TUTAJ. Ja postawiłam jednak na estetykę. Estetyka w tym przypadku nazywa się Robert Flynn oraz (nie sposób nie wspomnieć) Gibson Flying V. Sama nie wiem, który z nich ładniejszy.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...