środa, 7 października 2009

Oud po arabsku

.
Kolejne spotkanie z drewnem agarowym.
Tym razem po arabsku.




Trzy różne wersje oud (aoud) orientalnego:

Pierwsza to amerykańska wariacja na temat świata arabskiego; przykład tego, jak wychowany w kulturze zachodniej kreator postrzega arabskie perfumy.

Drugi zapach trafił do moich rąk w wyniku fascynacji kulturą arabską Polki - Sylwii Panow, która z miłości do arabskich pachnideł założyła firmę Gwiazdy Pustyni sprowadzającą do Polski olejki zapachowe produkowane przez Rassai Perfumes. Gwiazdy Pustyni oferującą pełne przepychu orientalne wonie w pełnych przepychu orientalnych flakonach.

Trzeci zapach to, dla odmiany, smakołyk upichcony przez prawdziwych Arabów dla potrzeb europejskiego nosa.


Miłej podróży. :-)



Oude Arabique
 Dawn Spencer Hurwitz



Bardzo Arabique.
Spodziewałam się kompozycji słodkiej i w orientalny sposób bogatej, ale to, co wydostało się z fiolki z napisem Oude Arabique przerosło moje oczekiwania.
Kompozycja jest ciężka, słodka, w typowy dla arabskich pachnideł fizjologicznie - dosłowny sposób zmysłowa.

Poza intensywnie grzybnym, nieomal pozbawionym drzewnej wytrawności aromatem agaru w nos rzuca się piżmo, które w tym niezwykłym sąsiedztwie brzmi wyjątkowo "odzwierzęco". Bogato reprezentowane są nuty drzewne - i "bogato" jest tu słowem kluczowym, bo sandałowiec jest tu oleiście złocisty, zaś cedr utracił całą swą ołówkową suchość zyskując w zamian ciężki wdzięk sugerujący dodatek paczuli.
Jest w Oude Arabique nuta kojarząca mi się z wiecznie zacienionymi wnętrzami kamiennych budowli, które zamiast wietrzyć, okadza się aromatycznymi żywicami. Wyraźnie wyczuwam miód, karmelizowany mastyks i, szczególnie w otwarciu, stłumione nuty kwiatów - i znów typowo arabskie, czyli spocony jaśmin i ciemna, konfiturowa róża. Nuta serca przypomina mi coś, co mogłoby powstać przy moczeniu wielkich, niedosuszonych rodzynek w drzewnych olejkach i miodzie.

Trzecia faza zapachu jest bardziej wytrawna, sucha, popielista, drzewno-kadzidlana, z wyraźną nutą labdanum - przypomina nieco Incense Normy Kamali, tylko nie jest aż tak bolesna dla nosa. Ostatni gaśnie sandałowiec - u samego schyłku Oude Arabique pachnie niemal tak miękko, jak Tam Dao. Zdecydowania najlepsza, najbardziej "moja" faza kompozycji.


Przez pierwsze dwie - trzy godziny Oude Arabique jest tak sugestywnie i dosłownie arabski, że wprost trudno uwierzyć. Czuję się jak w wąskim, zaśmieconym zaułku, w ciemnej, dusznej salce wypełnionej rzędami szklanych butli i buteleczek pełnych aromatycznych olejków w różnych odcieniach złota...

I nie, nie jest to absolutnie zapach nieładny czy brudny - pomimo określeń "fizjologiczny" czy "cielesny", których użyłam dla jego opisania. Jest to po prostu zamknięty (dla zmylenia przeciwnika chyba) w z europejska wyglądającym flakonie typowy arabski oud przybrany w tradycyjnie i po arabsku zmysłowy sposób. Żywcem wzięty z kairskiej perfumeryjki.
Kiedy rozwinął się na mojej skórze poczułam się trochę tak, jak gdybym potarła latarkę elektryczną i nagle pojawił się dżin. :-)



Amber Oudh
 Rasasi



Orientalny, intensywny, a jednak zupełnie różny od arabskiego agarowca, o którym pisałam powyżej.
Zdecydowanie bardziej europejski, świeższy. W otwarciu nieco ostry płynnie przechodzi w umiarkowanie słodki aromat kwiatowy bez nut korzennych. Wyraźne piżmo, tym razem w sąsiedztwie jasnych kwiatów, brzmi bardziej kosmetycznie, czysto, rozwijając się w kierunku nieuciążliwej i bynajmniej nie nieprzyjemnej nutki mydlanej.
Nuty drzewne stanowiące tło dla typowo kobiecego serca zapachu są stonowane, łagodne, z przewagą sandałowca. Ilość olejku agarowego w kompozycji oceniłabym jako umiarkowaną. Szczególnie w porównaniu do propozycji Dawn Spencer Hurwitz. Za to zawartość olejków pochodzenia kwiatowego jest tu naprawdę duża.
Dobrze rozwinięty na skórze Amber Oudh rzeczywiście nabiera barwy bursztynowo - złotej. Pachnie perfumeryjną, dobrej jakości ambrą z rdzawym szyprowym nalotem.

Ogólnie - Amber Oudh to propozycja łatwiejsza, bardziej znośna dla europejskiego nosa i zdecydowanie najbardziej perfumeryjna w klasycznym ujęciu, ze wszystkich omawianych dziś kompozycji. Gdybym miała szukać dla tego zapachu grupy docelowej, szukałabym wśród miłośniczek chanelowskich klasyków - woni dla mnie zbyt dosadnie emanujących aurą dojrzałej kobiecości.
Przyznaję, nie użyłabym globalnie nawet za pieniądze (chyba, że bardzo duże ;-)), ale to wyłącznie dlatego, że tego typu perfumy są dla mnie po prostu za ładne, za normalne, za bardzo upozowane.

Za trwałość chepeau bas! Najlepsza z wszystkich trzech testowanych dziś zapachów.



Oud
z arabskiego suku
Maison de Senteurs



Tu przyznać muszę, że ocena będzie niezbyt miarodajna, bo robiąc zakupy na tunezyjskim targu wąchałam kilkanaście różnych olejków (rzekomo) agarowych i ten konkretny uznałam za najładniejszy. Tani był jak barszcz, dostępny gdzie popadnie i w ogóle jak dla mnie ma wszelkie zalety pod tym względem. Nie lubię uganiać się za niedostępnymi rarytasami i jeszcze bardziej nie lubię przepłacać. A, zwiedziona swoim wielbiącym dziwolągi nosem, robię to niestety zbyt często.

Jakichś wielkich analiz i polecanek tu uskuteczniać nie będę, bo nie dość, że to produkt niestandaryzowany, produkowany przez firmę "krzak" zwącą się Maison de Senteurs, to jeszcze do tego niedostępny w Polce i niemożliwy do zamówienia. Choć... Gdyby ktoś wybierał się do Tunezji - załączam zdjęcie mojej buteleczki.

Zapach jest słodki, owocowo - drzewny z nienatrętnym, stłumionym akcentem kwiatowym. W otwarciu rozróżniam wyraźnie dodatek owocu gujawy i jaśmin. W miarę rozwoju zapachu moc zyskują nuty drzewne z przewagą sandałowca oraz ciepła korzenna baza z wyraźnie wyczuwalną korą cynamonowca. Lekkości zapachowi nadaje akcent przypominający cytrusy - jednak pozbawiony irytującej kwasowości i przez to bardziej miękki, przyjazny. Głębsze akordy to nieśmiało ujawniająca się w bazie róża, zapach suszonych fig i daktyli oraz oczywiście drewno agarowe, tym razem brzmiące mało tajemniczo i po prostu ładnie.


Ewidentnie jest to kompozycja robiona tak, by trafić w gusta nękanych upałem turystów. Względnie lekka, nienatrętna, pozbawiona tak cenionej przez świat arabski zawiesistości i przepychu. Pewnie dlatego zdobyła moje serce w tamtych warunkach. Może gdybym testowała w klimatyzowanym wnętrzu hotelowym zdecydowałabym się na coś cięższego, ale w pięćdziesięcio- stopniowym upale, w ścisku i zgiełku - poległam.

Wszystko to, co powyżej nie oznacza bynajmniej, że Oud Maison de Senteurs jest kompozycją jakoś szczególnie oszczędną, czy skromną. Nie jest. Po względnie (podkreślam: względnie) świeżym otwarciu zapach ciemnieje, nabiera barwy i głębi, nuty drzewne i korzenne zyskują na wyrazistości, owoce wysładzają się i zmieniają w apetyczny susz, zapach agaru staje się ostrzejszy.
Są to perfumy po prostu umiarkowane. Orient bez ekstremów.

Za to trwałość i jakość użytych do ich produkcji olejków pozostawia wiele do życzenia. Zapach nie tylko znika względnie szybko, ale jeszcze u schyłku traci gładkość i jednolitość. Robi się nieprzyjemnie cierpki.


Nuty zapachowe (udostępnione tylko przez firmę Down Spencer Hurwitz):

Oude Arabique:
Nuta głowy: mastyks
Nuta serca: oud, sandałowiec Tamil Nandu
Nuta bazy: australijski sandałowiec, drzewo Buddy aka fałszywy sandałowiec (Eremophillia Michellii), himalajski cedr, balsam tolu



Zdjęcia flakonów:
* Oude Arabique DSH - Natan Branch www.nathanbranch.com

** Amber Oudh - ze strony www.gwiazdy-pustyni.pl
*** Oud - własne, na potrzeby recenzji

7 komentarzy:

  1. hej :D cudowna notka, jak zwykle jestem pod wrażeniem : ) eh uwielbiam tutaj zaglądać : )co prawda troche nie w temacie :D ale wreszcie mam okazję do jednoczesnego wąchania i czytania o zapachu,który opisałaś na samiutkim początku, wpadła mi w ręce słynna 'Czarna Koszmara' Donny Karan zapach dla wyjątkowej kobiety, rzeczywiście ciekawie się rozwija ;D także trochę jestem do tyłu :) Nie mniej jednak niezwykły może nie jestem obiektywna, ale nie znam bardziej kadzidlanego zapachu niż ten, ostatnio próbowałam nosić słodkości louisa feraud (znasz?) jednak mam wrażenie, że ten zapach jeszcze bardziej do mnie nie pasuje i kojarzy mi się z wynioslością czyli zupelnie nie dla takiej trzpiotki jak ja która raczej gustuje w rzeczach bardzo delikatnych flower by kenzo (chociaż to się szybko nudzi) albo haloween j.del pozo, chociaż podobają mi się na innych zapachy typu gucci by gucci ; P eh ciekawe czy kiedyś znajdę coś dla siebie :Pale off top zrobiłam, mea culpa mea culpa...
    pozdrawiam i ściskam imadłem : *

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj Natalio,
    bardzo się cieszę, że zaglądasz do mnie. Szczególnie, że wytropiłam, że chyba i podobne gusta literackie mamy. :-)
    Czarna Koszmara to zapach, który mnie akurat sprowadził na "złą" drogę - perfumeryjnie przynajmniej. Wcześniej używałam Theoremy Fendi, Angela, Anglomanii, czasem Obsession czy Opium. Kiedy poznałam kadzidła - perfumeryjny świr ruszył jak lawina.

    W gustowaniu w zapachach lżejszych nie ma niczego złego przecież. To kwestia wyłącznie gustu i daleka jestem od dorabiania do tego jakiejś ideologii, czy klasyfikowania ludzi wedle tak absurdalnego kryterium.
    Nawet tu na blogu często pisze moja "antysiostra" zapachowa, która sama mówi, że jeśli coś mi się spodoba, to murowane, że ją odrzuci. I co? I nic! Uwielbiam tę babę! I szanuję też jak najbardziej.

    Zapachów Feraud nie znam, niestety. Tyle jeszcze nowych doznań przede mną. :-)

    Dziękuję za komentarz, a offtopy uwielbiam. Szczególnie takie treściwe.

    Pozdrawiam serdecznie i zapraszam nieustająco. :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Przyznaje, że mialam małą przerwę, ale bezwzględnie lubię tutaj wracać i z radością zauważać, że moja ulubiona felietonistka nie traci zapału i ciągle czymś kusi:>

    Ale nie na forum wytropiłaś? :> Ostatnio z małą pomocą znajomego rozszerzam pole doznań książkowych i na razie mi to bardzo służy, żeby było śmiesznie facet ciut młodszy ode mnie z tzw. starą duszą, ale dzięki niemu znowu odkrywam przyjemność czytania, bo już zaczynałam czytać "bezrefleksyjnie", namówiłam go na założenie swojego bloga tutaj :P http://tomekjmm.blogspot.com

    Perfumy potrafią chyba zarówno zmienić kobietę jak i odzwierciedlać zmiany w jej nastroju i charakterze i to jest właśnie fantastyczne...
    Tylko nie każdy dostrzega tą zaletę, tylko woli pachnieć dla samego pachnięcia i dlatego, ze coś jest modne. Jeszcze chyba nie ma u nas kultury noszenia swoich-indywidualnych zapachów, gdzie nawet Black Cashmere wymaga w noszeniu trochę odwagi i dystansu do perfum...
    W moim przypadku droga do znalezienia swoich perfum to prawie jak wyprawa po złote runo, myśle, że się powinna zbiegnąć z odnalezieniem swojej kobiecości na razie brak mi jeszcze w tej kwestii zdecydowania...

    Ściskam cieplutko : *

    "Słowami można zastąpić zapach i dotyk. Słowami też można dotykać. Nawet czulej niż dłońmi. Zapach można tak opisać, że nabierze smaku i kolorów. "
    cytat pochodzi co prawda z niestety z Wiśniewskiego, ale idealnie oddaje moje odczucia dlaczego tak lubię tu zaglądać :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wytropiłam nie na forum, tylko przez profil na Bloggerze. Recenzujesz Gaimana na swoim blogu, a i mnie fantastyka jest bliska. :-)

    W kwestii podejścia do perfum. Osobiście uważam, że perfumy mnie nie zmieniają raczej. To ja dobieram je i dopasowuję do siebie. Nie wiem, co prawda, jak bym się czuła w jakimś kwiatowym dusicielu (poza tym, że z pewnością niedobrze), ale najważniejszą zmianą byłaby chyba irytacja.
    Podobne podejście mam do ciuchów na przykład. nie kreuję się za ich pomocą - raczej wyrażam. Jeśli wiesz, co mam na myśli.
    Dlatego moje dziwaczne zapachy (i nie całkiem normalne stroje) są dla mnie łatwe, oczywiste. Zaś to, co jest powszechną normą (czo jest modne, jak piszesz) jest z kolei nie do przejścia. Taki dziwoląg ze mnie. :-)

    Myślę, że kiedy znajdziesz to, co będzie dla Ciebie najbardziej odpowiednie (czy to perfumy, czy sposób na swoją kobiecość), po prostu będziesz wiedziała. A że sposób ten może się nieco różnić od powszechnych wyobrażeń? Kogo to obchodzi?

    Mam nadzieję, że nadal będziesz do mnie zaglądała.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak ja kocham egzotyczne olejki!:) sama posiadam kilka z róznych stron świata i uwielbiam się nimi skrapiać tuż przed pójściem do łóżka:) mam swój ulubiony z Egiptu który pachnie tak nieziemsko, że momoentalnie staje mi przed oczami niezwykła, bajkowa kraina z Baśni "tysiaca i jednej nocy".. mmm...:)na nutach niewiele się znam, więc co sklada się na ta tajemnicza woń-powiedzieć nie mogę:(
    Pozdrawiam,
    GothicAristocrat

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja tez w sumie zmyślam z tymi nutami. ;-))))
    Jeśli chodzi o egzotyczne olejki: moim ulubionym jest olejek sandałowy - taki czysty, oleisty, niepoprawiany.
    Najbardziej lubię masaż pleców oliwką z dodatkiem tego olejku. Mrrrr...

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja - miłośnik Chanelowskich klasyków - potwierdzam. Amber Oudh może się nam podobać. :D

    Chociaż zapachowo, na mnie, niebezpiecznie zahacza o Angele i Wishe. Ciepły, duszny nawet, mocno kobiety taką dojrzałą kobiecością. Nie nosiłabym raczej, ale miły. :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...