niedziela, 29 listopada 2009

Keiko Mecheri Oliban

.
Testowałam niegdyś Olibanum Profumum i zrobił na mnie wrażenie tan zapach, oj zrobił.
Znacie smak (i zapach) lekarstwa umieszczanego przez stomatologa w zębie pod fleczerem? Da się go wyczuć kiedy taki fleczer niefortunnie wypadnie. To to ten właśnie zapach wyłapałam w Olibanum i przyznaję, aż mi włosy na rękach dęba stanęły z wrażenia.

Prawdopodobnie dlatego właśnie próbka Oliban Keiko Mecheri przeleżała w moim pudle tyle miesięcy - na zasadzie skojarzenia unikałam sięgania po nią.

Dziś postanowiłam opisać coś mocnego. Tak, żeby recenzja była konkretna, nie rozmyta.
Tak szczerze - nie wiem, czy się udało, ale rzeczywiście, mocy kompozycji Mecheri odmówić nie sposób. Z resztą - samo niezwykłe, niecodzienne ujęcie kadzidła frankońskiego, uznawanego z najbardziej sakralne z kadzideł czyni z Oliban pozycję obowiązkową dla kadzidłofila.


Po pierwsze zapach jest ładny.
Ba! Bardzo ładny jest!

Cudownie słodkie, miękkie kadzidło. Złociście miodowe, pogodnie żywiczne, subtelnie kwiatowe, tajemniczo dymne i arcypięknie drzewne.

Nie wiem, która z tych nut urzeka mnie najbardziej. Są tak idealnie zmieszane, że odbieram je jako jeden harmonijny akord. I chyba najlepiej tak je opisać, bo daję słowo - żadna z nich osobno nie będzie brzmiała tak, jak brzmią razem - dopełniając się i wzbogacając wzajemnie.

Wyobraźcie sobie złocistą, lepką strugę ciepłego miodu splecioną w tajemniczy sposób z chłodną, srebrzystą smugą kadzidła. Wyobraźcie sobie szlachetne drewno gwajakowca tajemniczą metodą nasączone miodem i dymem. Wyobraźcie sobie drzewo, w którego tkankach zamiast cierpkiej żywicy płynie złoty miód. Wyobraźcie sobie drewno miękkie jak puch...

Oliban jest zapachem niemożliwym. Przynajmniej w otwarciu, które łączy w sobie najpiękniejsze cechy wszystkich wymienionych składników.

Z czasem to niesamowite wrażenie olfaktorycznej pieszczoty zanika nieco, zapach staje się spokojniejszy, chłodniejszy, bardziej transparentny. Gęsta, miodowa słodycz zostaje przesunięta, proporcje zmienione, dominować zaczyna kadzidło. Nadal jednak nie jest to kadzidło sakralne i wzniosłe. Nie jest to też kadzidło stricte żywiczne. Ani ziołowe, choć odrobinę nut przyprawowych da się u schyłku zapachu wyczuć. Kadzidło w Oliban jest... przytulne. Słodkie jak lenistwo. Bezpieczne jak sen. Ciepłe jak dłoń w drugiej dłoni.


Niesamowicie układa się w tej kompozycji róża pachnąca jak ciemne, podwędzone płatki pozbawione ciężaru i oleistości zwykle czyniącej z róży nutę dominującą, mocną. Tu róża jest ledwie duchem siebie samej.
Pomimo olibanum i tytoniu w składzie nie ma w nim nawet śladu szorstkości czy, charakterystycznej dla palonych żywic, wytrawności. W tym zapachu w ogóle nie ma żadnych kantów, haczyków, niewygładzonych powierzchni. Jest idealny. Pogodny, urodziwy i łagodny.

W świetle tego, co napisałam powyżej, podsumowanie powinno być pisane na kolanach spod biurka. Ale nie jest.

Nie wiem dlaczego właściwie. Nie czepiam się niczego konkretnego, bo naprawdę, nawet gdybym chciała się uczepić, to nie ma za co złapać. Pisałam, że nic nie odstaje. I może to właśnie sprawia, że Oliban choć zachwyca i urzeka, choć nosi się rozkosznie, nie zostaje z drżeniem rąk wpisany na listę marzeń?

A może chodzi o to, że zamiast z czasem pięknieć, Oliban raczej traci wyraz?
Pierwsza faza jest zachwycająca, druga piękna, jednak w bazie zapach zamiast nabierać głębi przygasa, tli się, normalnieje... Może dlatego trudno jest zatrzymać w pamięci jego niezwykłą urodę?


W każdym razie ja zamierzam testować jeszcze wielokrotnie i ewentualnie rozważyć zakup w charakterze alternatywy dla Cedre Sandaraque, które jest podobnie niezwykłym połączeniem słodyczy i nut drzewnych. Na razie nie wiem, czy pragnę go namiętnie, czy raczej chodzi mi o parę miłych randek.

Ale wiem też, że nie wiem dlatego, że zakończenie recenzji piszę z dogasającym na skórze ciepłym chłodem olibanowego kadzidła, nie zaś omamiona i otulona miodową miękkością otwarcia.


Data powstania: 2004

Nuty zapachowe:
cedr z Atlasu, oliban, jasny tytoń, róża damasceńska, miód

Mazzolari Lei

.
Dziś drugi zapach z serii "Co za dużo, to niezdrowo".
Załatwię narzekania na nadmiar dobrego w listopadzie, a w grudniu przykładnie oddam się rozpuście. Także zapachowej, choć nie tylko.


No tak... Zacznę od opisu na LuckyScent. Lei miał być przytulnym połączeniem kakao, wanilii i nut drzewnych. "Niezwykły i seksowny" (zapach) Lei miał być "tajemniczy i jednocześnie cudownie, swojsko miękki".

Yyyy... No w sumie coś w tym jest. W nim, czyli w zapachu.
Jest kakao, jest niewątpliwie mnóstwo wanilii, jest kremowa, drzewno - ambrowa baza. Poza tym jednak są szyprowo cierpkie nuty cytrusowe w otwarciu, ostre w tym kontekście, nieprzyjemne labdanum układające się podobnie jak w Incense Normy Kamali, jest cała fura nieładnej paczuli na wszystkich etapach rozwoju zapachu i do tego coś... Kapka cywetu na górze piżma, jak mniemam. Ostra nuta dodająca kompozycji zwierzęcej pikanterii.
Zwierzęca pikanteria to nie jest to, co tygrysy lubią...

Tak szczerze, muszę wyznać, że mimo pięknego kakao, mimo ciepłego, waniliowego sandałowca, mimo intensywnej nuty ambrowej przez pierwszą godzinę z hakiem zapach jest po prostu zbyt ostry. Może i puszysty, ale jednocześnie subtelny jak wół piżmowy.


Kiedy nos oswoi się z tym natłokiem wrażeń, robi się nieco znośniej. Nadal mamy do czynienia z podejrzanie nieświeżym labdanum (niektórzy nazywają tę wersję czystkiem siuśkowym), czekoladową paczulą podobną do tej, która tak ładnie wysładza schyłek muglerowskiego Angela i mocno zwierzęcym piżmem, które z resztą zostaje z nami do samego końca trwania Lei na ciele.
W pełni rozwinięty zapach staje się interesujący głównie dzięki połączeniu nut drzewnych z wytrawną wanilią przypominającym Vanille Exquise Annick Goutal. Tym razem nie brzmi ono tak elegancko - właśnie dzięki wspomnianemu już dodatkowi piżma, które dodaje zapachowi żaru i temperamentu. I pewnej dosadnej zmysłowości, która może się podobać, albo nie.

Ja sama przyznać muszę, że o ile pierwsza "połowa" tej zapachowej opowieści ewidentnie mi nie leży, to do drugiej mój stosunek nie jest już tak jednoznaczny. Nadal jest to zapach, którego nie chciałabym używać, ale nie przeszkadza mi on i owszem, jestem w stanie docenić to niecodzienne połączenie puszystości z dosłowną, fizjologiczną cielesnością.
Dominującym składnikiem nie jest tu dla mnie wanilia, ani kakao. Istotę kompozycji stanowi "napiżmiona" do granic paczula. To właśnie to połączenie tych dwóch składników daje efekt, o którym piszę.


Postrzegane całościowo Lei kojarzą mi się z.... Marią Antoniną. Tak, tą Marią Antoniną Habzburżanką, żoną Ludwika XVI, której (niesłusznie) przypisuje się pomysł zlecenia ludowi Francji diety ciastkowej.

Wiadomo powszechnie, że austriacka arcyksiężniczka, później francuska królowa nade wszystkie wonie przedkładała zapach piżma. Podobno jej komnata w Wersalu pachniała (a może "pachniała") piżmem jeszcze długo po opuszczeniu jej przez koronowaną lokatorkę.
Znana z rozrzutnego stylu życia i braku umiarkowania dama pachnąca piżmem, cennym kakao, aromatyczną wanilią; spocona pod warstwami koronek i jedwabi, ale zawsze sowicie uperfumowana; zamknięta na świat za murami niewietrzonego pałacu (paczula), oskarżana o rozwiązłość i zdrady...

Zawartość tego flakonu naprawdę mogłaby być alegorią, symbolem pewnego etapu jej życia. Albo odwrotnie - to Maria Antonina jako kobieta w kwiecie wieku mogłaby stanowić alegorię tej woni.
Bez względu na to, od której strony spojrzymy - pasują do siebie.

Oczywiście nie mam tu na myśli smutnego końca historii francuskiej królowej. Lei kończy się lepiej, niż zaczyna - długo i spokojnie ogrzewa zmysły.


Nuty zapachowe:
kakao, labdanum, wanilia, paczula, drewna (różne)


*Trzecia ilustracja: obraz "Marie Antoinette" z 1775 roku znajdujący się obecnie w zbiorach Muzeum Antoine Lecuyer
** Czwarta ilustracja to kadr z filmu "Marie Antoinette" w reżyserii Sofii Coppoli

piątek, 27 listopada 2009

Santa Maria Novella Citta di Kyoto


.
Właściwie nie wiem, czemu akurat te perfumy recenzuję.
Nie są ani szczególnie egzotyczne (w znaczeniu unikatowe i trudno dostępne), ani wymienione w opisie nuty nie są jakoś szczególnie "moje", ani historia ich powstania nie rokowała nadziei na cud.
Bo Citta di Kyoto powstały w 2005 roku dla uczczenia czterdziestej rocznicy "braterstwa" miast: Florencji i Kyoto.


Santa Maria Novella to nazwa popularna we Florencji.
Nosi ją plac, stojący na tym placu trzynastowieczny kościół, i hotel, i muzeum, i pewnie sporo jeszcze innych przybytków różnych sztuk.
Wśród tych świętych Marii jest też i Officina Profumo Farmaceutica di Santa Maria Novella - jedna z najstarszych firm perfumeryjnych na świecie, założona (wedle informacji na ich ciągle nie działającej stronie) w 1612 roku.

Ta właśnie firma stworzyła perfumy, których nazwa oznacza miasto Kyoto, ale wcale jak kulturalna (a niegdyś i administracyjna) stolica Japonii nie pachnie. Opis producenta zapowiada, co prawda, eklektyczne połączenie Europy i Dalekiego Wschodu, jednak mimo wszystko, człowiek spodziewa się czegoś bardziej egzotycznego...


Nie oczekiwałam kolejnego tradycyjnego, zadumanego Kyoto CdG. Nie oczekiwałam też hipernowoczesnej Japonii XXI wieku.
To nie jest tak, że jestem uprzedzona, bo na coś tam się nastawiałam. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale raczej nie tego.
W Citta di Kyoto jest wszystko, czego można oczekiwać w ładnych perfumach.
Wszystko i więcej.
I to więcej jakoś mnie uwiera.

Jest tu mnóstwo urozmaiconych, wielobarwnych nut kwiatowych - feeria aromatów. Od świetlistych, jak irys czy lotos, przez ciężkie, jak róża czy ylang-ylang, po łąkowo pogodny hiacynt. Jest nasycona słodycz owoców i rześka żywotność cytrusów. Jest przestrzenna lawenda zestawiona z matowym zamszem, chłodny cyprys na ciepłym gwajakowcu, bogate, nasycone nuty drzewne, puchaty sandałowiec i ziemista paczula. Jest wreszcie wcześnie ujawniająca się słodka ambra z wanilią... Kłopot w tym, że wszystko to jest intensywne i wszystko jest na raz.

To naprawdę piękny zapach. Jak na moje możliwości percepcji zmysłowej - zbyt piękny.
Wąchanie go nie budzi we mnie zachwytu, tylko irytację. Coś jak złość na siebie samą - że nie potrafię tego piękna znieść.




Nie jest to kompozycja szczególnie zmienna, ale nie jest też bynajmniej statyczna, nieruchoma. Citta di Kyoto wychodzi od pysznej kwiatowości i zmierza w stronę słodkiej drzewności. Oczywiście od początku niosąc wpleciony w nuty kwiatowe potencjał aromatów drzewnych i do końca zachowując kwiatową urodę rozświetlającą ciepłe akordy bazy. Im bardziej cichnie, słabnie na skórze, tym łatwiej mi jest oswoić, zaakceptować tę lawinę aromatów.

Bo też im bardziej wyciszone, tym bardziej CdK przypomina Feminite du Bois Shiseido. Są podobne. Naprawdę.
Jednak tu mam wrażenie, jak gdyby ktoś usiłował ulepszyć, "upgrade'ować" kompozycję Christophera Sheldrake'a i zrobił to wyostrzając, wzmacniając wszystkie nuty. W rezultacie mój nos czuje się zbombardowany pięknem, mój mózg reaguje jak na zapachowe "przejedzenie".
Przynajmniej przez pierwszą godzinę - dwie. A potem, kiedy wchodzimy w "fazę" Feminite du Bois... Jestem już po prostu zbyt zmęczona, by się nią cieszyć.

Nie mam danych dotyczących nosa, który stoi za tą układanką, ale jedno wiem. Nie jest to Olivia Giacobetti. W stworzonym przez nią Elixirze Penhaligon's lista nut jest równie długa, a jednak nie ma tłoku.
W tym przypadku mam pachnący dowód na to, że zbyt wiele dobrego to dla mojego nosa... zbyt wiele dobrego. :-)

Powiedziałabym, że:
Too much love will kill you
If you can't make up your mind




Data powstania: 2005

Nuty zapachowe:
irys, lotos, bergamota, pomarańcza, jaśmin, hiacynt, róża, ylang-ylang, śliwka, brzoskwinia, zamsz, cyprys, lawenda, brzoza, drewno sandałowe, drewno gwajakowe, cedr, heban, paczula, wanilia, szara ambra

* Ostatnia ilustracja "Baby I Love You Crowd Scene" Pop Art pobrany z: popartmachine.com

wtorek, 24 listopada 2009

Victrix Profvmvm (Profumum Roma)

.
Ten zapach został wyposażony w opowieść.
Opowieść zwykle przekłada się bezpośrednio na wyniki sprzedaży, bo przecież łatwiej jest bazować na ludzkim snobizmie (albo romantyzmie, niechaj będzie), niż oczekiwać od klienta dobrego węchu.
Ta sama zasada rządzi przemysłem muzycznym, w którym utwór i album "sprzedaje" teledysk hołdujący zasadzie, że ludzie znacznie lepiej widzą, niż słyszą. Przynajmniej większość.


Tym razem historia jest zacna: Victrix odziedziczył imię po rzymskim legionie (ciężko wyczuć którym dokładnie, bo nazwę tę nosiły dwa w różnych okresach, a kolejne dwa zdobyły ten zaszczytny przydomek już istniejąc) i jako spadkobierca rzymskiej tradycji ma emanować szlachetnością i siłą. I jeszcze ma być władczy i męski.

Brzmi... Zniechęcająco. :-]



Próbkę mam od dawna. Od tak dawna, że nawet nie wiem skąd do mnie przybyła.
Nuty znam od "jeszcze dawniej" i doprawdy, powinny mnie skusić. Tymczasem biedny Victrix przeleżał w pudełku z próbkami do testów "na już" chyba z rok; wciąż, wbrew nazwie, przegrywając z innymi kandydatami.
Kiedyś wąchałam go przelotnie przy okazji perfumeryjnego zlotu (o zlotach zwanych sabatami muszę kiedyś napisać więcej) i zapamiętałam głównie wrażenie potężnej zieloności.

I owszem, Victrix jest zielony. Ale zielony nie uroczą, perfumeryjną delikatnością zieloniutkich listeczków wypreparowanych, wypindrzonych i bezlitośnie wkapanych do szklanego więzienia.
Victrix to zieloność niepokorna, krzaczasta i pikantna. Nie są to listeczki dla owieczki. Tę feerię aromatów zniesie tylko koza. I taką iście kozią "rogatość" w tym zapachu widzę.

Koza jest zwierzęciem niegroźnym w sumie. I niewymagającym. Nie poluje, zamiast ryczeć pobekuje, zeżre co popadnie, ze starą ścierką włącznie, wydoić się da nawet... A jednak, tresura kozy to orka na ugorze. Koza robi po swojemu, aportować nie będzie, jak zechce zeżre nam cukierka z kieszeni wraz z kieszenią, a mleko i tak daje niedobre.

Rozumiecie? Victrix jest zielony, roślinny, żywotny i świeży. Nie robi wrażenia killera, nie jest monumentalny i przytłaczający, ale daję słowo, do miłego świeżaka mu daleko. Bo tak naprawdę jego zieloność to fasada. Victrix to perfumy przyprawowe przebrane w zielony kubraczek.

Stanowiące główny akord kompozycji laur i kolendra nie pachną ziółkami z przydomowego ogródka, lecz wdzierają się w nos (i w mózg tym samym) intensywną, wytrawną, cierpko - goryczkową nutą napchaną olejkami eterycznymi jak strach na wróble słomą. Obecność świeżego jałowca i pieprzu oraz soków roślinnych pachnących jak połączenie sosny i sykomory dodatkowo pompuje w ten akord przestrzeń, która jednak zamiast rozrzedzić kompozycję, zwiększa ciśnienie.

I powiem to jeszcze wprost: to otwarcie, pierwszy akord szalenie mi się podoba.
Wychodzi na to, że jestem kozolubna. ;-)

Z czasem zapach przycicha i, moim zdaniem, dzieje się to zdecydowanie zbyt szybko.
Profumum przyzwyczaiło mnie do kompozycji o sporej mocy i świetnej trwałości, a tu... A tu nie jest tak świetnie, niestety.

Nie wynagradza mi tego zbyt wczesnego uspokojenia nawet pojawiający się zamiast koziej buńczuczności aromat, który gdyby nie brak cytrusów w nutach określiłabym jako wiórki bergamotowej skórki wydłubane z suchej mieszanki mocno fermentowanych czarnych herbat. A gdyby nie brak traw, to jeszcze uściśliłabym, że te bergamotkowe skórki wrzucono wraz z resztką herbacianych listków w kupkę świeżego, niedosuszonego siana. :-)

Nie wyglądam z utęsknieniem bazy, ale kiedy nadchodzą nuty drzewne to i one są ładne.
Na stronie Perfumerii Quality widnieje wilgotne drewno w nutach. Jak dla mnie to nie jest stricte wilgotne drewno, lecz znów przebieranka: stylizowane na wilgoć złożenie cedru z korzeniem wetiweru i paczulą. Nie wiem, czy nie ma też w bazie śladu jakiegoś składnika odzwierzęcego. Stawiałabym na odrobinę cywetu dodającego tej nietypowej bazie pewnej niepokojącej, lepkiej cielesności.

Mogłabym ciągnąć kozie skojarzenia, ale już nie będę. Bo nawet ta niecodzienna, rzeczywiście nie "schnąca" na skórze baza mi się podoba.

Nie dane mi będzie zapewne rozstrzygnąć, czy Victrix nie przesycha do końca dlatego, że rzeczywiście taki był zamysł twórców, czy raczej dlatego, że "nie zdąża", bo niestety, po godzinie zostają z dumnego rzymskiego legionu dość niemrawe niedobitki ledwie, a po trzech godzinach zapominam, że w ogóle użyłam perfum.

No cóż... Wszystko ma swój koniec.
Kołacze mi się jednak w głowie myśl uparta, że perfumeryjna metafora Cesarstwa Rzymskiego powinna nieco dłużej trwać. Czy mylę się?



Twórcy: familia Durante

Nuty zapachowe:
różowy pieprz, wetiwer, laur, kolendra, piżmo



* Pierwsza ilustracja do tekstu jest dziełem Mariusza Kozika opisującego swoje prace nickiem Lacedemon. Chętnie napisałabym, ze pochodzi ze strony Autora: www.lacedemon.info, ale tak naprawdę znalazłam ją zupełnie gdzie indziej, zaś Twórcę zidentyfikowałam po podpisie. I warto było.
** Pana na drugiej przedstawiać nie trzeba, ale dla porządku: Russell Crowe w "Gladiatorze" Ridleya Scotta
*** Ostatnie zdjęcie to okładka powieści Valerio Massimo Manfrediego "The Last Legion"

piątek, 20 listopada 2009

Byredo Gypsy Water

.


Bergamotka, olejek sosnowy, drewno w tle.
Pierwsze wrażenie to błysk - obraz gotowy w moim mózgu od dawna. Fińska sauna.
To jest naprawdę dokładnie zapach sauny w pewnym hotelu, w którym czasem bywam. Dodają tam do wody służącej do polewania kamieni w saunie fińskiej olejku sosnowego i rozmarynowego i ten olejek dyfundujący w powietrzu przesyconym zapachem nagrzanych desek to jest dokładnie zapach Gypsy Water.
Nie pierwszych sekund - w pierwszych kilkunastu sekundach wyczuwalna jest dosłowna cytryna i ładna, ale też dosłowna bergamota, jednak nawet minuty nie trzeba na to, by połączyły się one z resztą składników tworząc niezwykłej, nietypowej urody kompozycję.

Zapach jest ostrawy, przestrzenny, eteryczny w ujęciu nieomal inhalacyjnym. Chłodna sosna i chłodny jałowiec ułożone w nim zostały na rozgrzanym, wysuszonym na pieprz drewnie. Połączenie inwazyjnych olejków z ciepłą, nieruchomą bazą daje efekt wypełnionej wiatrem zamkniętej przestrzeni.
Gdybym miała szukać metafory związanej z nazwą (skoro to napisałam, to znaczy, że już poszukałam, a raczej sama się znalazła) to jest to stary, drewniany wóz taborowy. Dla wędrownego Roma pewien constans, namiastka stabilizacji; dom tak trwały, jak to możliwe przy takim stylu życia. Ten sam kształt, te same ramy wypełnione coraz to innym powietrzem.

Uroda Gypsy Water jest niełatwa, dziwna nieco. Kontrast między składnikami, choć złagodzony genialnie, ciągle skupia uwagę, skłania do trzymania nosa przy skórze - wciąż zadziwia.
Tworzy w mózgu obrazy. Jeden po drugim, wiele obrazów.
- Marszczące się w dymie owoce jałowca.
- Wiatr nawiewający w twarz dym z ogniska palonego w chłodną, jesienną noc.
- Mgła w dolinie.
- Trzeszczący wóz na kamienistej drodze.
- Suche deski pod stopami, suche deski za plecami, przykurzony barwny pled na kolanach.
- I oczywiście od początku do końca: pachnąca sosną woda wylewana drewnianą chochlą na rozgrzane kamienie. Parująca z sykiem, niknąca w rozgrzanym do granic wytrzymałości powietrzu.

Z czasem nuty drzewne zyskują przewagę, chłodny, eteryczny akord wycisza się i Gypsy Water staje się zapachem ciepłym z nutą delikatnie dymnej słodyczy. Dyskretne, pozbawione ostrości nuty kadzidlane pięknie, naprawdę pięknie współpracują z arcysuchym, pozbawionym oleistości sandałowcem (podobnie, choć bardziej "bogato" brzmi ta nuta w Santalum Profvmvm Roma) i genialnie w tym złożeniu pachnącą ambrą. Nie wiem, na ile moja wyobraźnia płata mi figle, ale jest w tej ambrze jakiś powiew morskiej bryzy. Jak gdyby tabor zmierzał nad ciepłe morze i, w miarę upływu, czasu zbliżał się do niego. Może więc Cygańska Woda być metaforą wędrówki, którą ten niezwykły naród odbył w piętnastym wieku: od chłodnych, porośniętych sosnowym lasem Karpat nad ciepłe, słoneczne wybrzeże Morza Tyrreńskiego.


Mimo ocieplenia kompozycja nadal "trzyma przestrzeń", nie osiada, nie zamyka się, nie staje gęsta i leniwa. Jeśli można rzec, że zapach jest czerstwy - nie jak stary chleb, ale jak doświadczony lecz wciąż pełen sił witalnych człowiek, to wietrzne i buńczuczne nieco w otwarciu Gypsy Water po dwóch, trzech godzinach czerstwieje, uspokaja się, zamyśla. Nadal jest to jednak zapach wolności.

Jedno mam tylko zastrzeżenie do Gypsy Water: a mianowicie u samego schyłku swej drogi robi się matowe, zgaszone, jakby zmęczone.
No i wolałabym, żeby ta podróż była jednak nieco dłuższa niż te przyzwoite, lecz jak na wodę perfumowaną nie powalające, pięć godzin.
Ale i tak podtrzymuję opinię, że to piękna olfaktoryczna metafora cygańskiej natury.


Data powstania: 2008
Twórca: Olivia Giacobetti

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: bergamotka, cytryna, pieprz, jałowiec
Nuty serca: kadzidło, igły sosnowe, irys
Nuty bazy: ambra, wanilia, drzewo sandałowe



* Pierwszy obraz to "The Gypsy Wagon" Giovanniego Signoriniego
** Drugi to oczywiście "Gypsy with Cigarette" (znany też jako "Indian Woman Smoking") Edouarda Manet

Czyżby ńjusy? ;-)

.
Zwykle nie robię tego. Nie wrzucam tu postów informacyjnych typu: "W grudniu po południu firma X wypuści na rynek zapach Y o przewodniej nucie Z, a firma A zaprezentuje nam perfumy B o nutach C, D oraz F".
Nie dlatego, że nikogo to nie interesuje, ale dlatego, że w sieci takich informacji jest mnóstwo i łatwo je znaleźć. Kawał świetnej roboty w tej materii odwala na forum Gazety Wyborczej O Perfumach Forevermore79 i choćbym pękła nie dałabym rady z Nim rywalizować.
Z resztą wcale nie chcę. Pewna redundantność informacji bywa wskazana, ale to raczej nie jest ten przypadek.

Dziś będzie post o tym, że czekają nas ciekawe czasy.
Po modzie na kadzidła nastała moda na agar - pisałam już, że nastąpił wysyp perfum z Oud i Aoud w składzie i nazwie. Wysyp średnio obfity, ale jak na tak trudną dla Europejczyka (w tym kontekście Amerykanin z USA na przykład to też Europejczyk, no nasze nosy na podobnym perfumeryjnym gruncie zostały ukształtowane) nutę - całkiem spory.


Nasomatto Hindu Grass

.

Znając już całkiem sporo kompozycji Alessandro Gualtieriego (właściwie wszystkie stworzone dla Nasomatto z wyjątkiem Narcotic Venus, która w składzie ma tuberozę i jaśmin więc z założenia jest poza moim spektrum) spodziewałam się, że trudno mi będzie ująć ten zapach w karby słów.
Jednak kiedy zaczęłam testy, słowa pojawiły się same i popłynęły tak wartko, że nie nadążałam z zapisywaniem.
To najprostszy dla mnie do ujęcia w ramy słów i najnormalniejszy pod względem konstrukcji zapach tej firmy.
Dla mnie, podkreślam - to zastrzeżenie mieści się domyślnie w każdym z moich sądów i każdej opinii wyrażonej na tym blogu.


Otwarcie Hindu Grass jest nieładne. Pierwsze chwile kazały mi podejrzewać, że będzie to drugi zapach Nasomatto, który mnie nie urzeknie.
Wilgotne, zielone nuty z akcentem ziemistym i fura paczuli przypominały mi dosłownie roślinne, przyglebowe Demetery typu Firefly (źle) czy Wet Garden (mniej źle).
Tym razem jednak jest to kompozycja znacznie bardziej urozmaicona niż obrazki na zadany temat, które z większym lub mniejszym kunsztem maluje Zapachowa Biblioteka Demeter.

Hindu Grass bardzo szybko zyskuje drugi wymiar. Najpierw w tle, później coraz bardziej w roli głównej wychodzą nuty przyprawowe, ziołowa, jasna przestrzeń i delikatnie słodki owocowy akcent. Pięknie rozwija się nuta trawiasta z otwarcia: zielony, ostry aromat świeżo ściętej trawy powoli przesycha i zmienia się w zapach świeżego siana: nieco ostry, nie pozbawiony charakterystycznej, słonecznej słodyczy. Połączenie siana i typowo wilgotnej paczuli daje ciekawy efekt. Wilgotna stodoła?
Intrygująco brudne akcenty, które wprowadza dodatek ujawniającego się po godzinie mniej - więcej tytoniu upodabniają tę niezwykłą budowlę raczej do lochów wyłożonych szczodrze świeżym sianem. Są to jednak lochy niezatęchłe, wietrzone. Na pachnącym snopku siedzi młoda kobieta w jasnej sukience i wianku z kwiatów. Czuję bowiem wyraźnie także nuty kwiatowe.
No to mamy całkiem niezły obrazek. ;-)



Hindu Grass to ostatecznie zapach ładny, a dla miłośników paczuli zapewne nawet więcej, niż ładny. Paczulowe nuty są tu wyraźne, w sam raz jędrne i żywotne, w sam raz stęchłe, w sam raz zielone i w sam raz ciemne. Bardzo udana paczulowa paczula.
Przybrana została starannie i z wyczuciem dobraną kompozycją ziół i kwiatów i osadzona na dyskretnie ogrzewającej zapach bazie z cedru, tytoniu i zazielenionej dodatkiem korzennego wetiweru ambry. Podejrzewam także dodatek palisandru i sandałowca - nuty drzewnej nadającej dobrze wygrzanym perfumom charakterystycznej oleistości.

I wszystko to gra ze sobą dobrze, prawidłowo się układa i jest po paczulowemu ładne. Czy jest to jednak zapach na tyle oryginalny i unikatowy, by płacić taką cenę za 30 ml ekstraktu, który wcale nie zachowuje się jak ekstrakt, tylko jak normalne edp?
Nie odpowiem, oczywiście. Nie tylko dlatego, że nie jestem szczególnym koneserem paczuli.

Ale testować warto. Zawsze warto. :-)


Twórca: Alessandro Gualtieri

Nuty zapachowe:
zioła, nuty trawiaste, tytoń, paczula


* Autorem trzeciego zdjęcia: "Babeczka w wianku" jest Grzegorz Marcinek i pochodzi ono z jego bloga: fotograf.ownlog.com, na którym znaleźć można więcej ciekawych zdjęć jego autorstwa.

środa, 18 listopada 2009

Regina Harris Amber Vanilla

.
O Amber Vanilla ciszej jest w perfumeryjnym światku, niż o Frankincense - Myrrh - Rose Maroc.
Domyślam się, że częściowo dlatego, że jednak kadzidło, mirra i róża z zasady większe budzą emocje, niż połączenie ambry z wanilią. Po ambrze z wanilią ludzie (ludzie to także ja, oczywiście) oczekują zwykle zapachu w stylu "ciepłe kluchy".
I tak jak we Frankincense - Myrrh - Rose Maroc nazwa daje nadzieję, na zapach mroczny i tajemniczy, tak tym przypadku sugeruje ona ciepłego, pluszowego słodziaka. Łatwego i przytulnego. A tymczasem ani to słodziak, ani łatwy. A i przytulny nie jest, choć to niepojęte, bo przecież jest i głęboki, i ciepły.

Przede wszystkim jest to jednak zapach niezwykły, intrygujący i, w przeciwieństwie do nazwy, oryginalny.


Ambra grająca tu główną rolę jest intensywna i esencjonalna, pozbawiona jednak charakterystycznej surowości. Jest niesłodka brakiem słodyczy, nie zaś wytrawną szorstkością, na którą zwracałam uwagę pisząc na przykład o Ambre Calypso Cristiane Celle.

Towarzyszą jej nuty dymno - przyprawowe. Nie jest to jednak proste i oczywiste połączenie dymu i przypraw. Zapach przypomina raczej to, co poczulibyśmy, gdybyśmy do glinianej kadzielnicy wypełnionej tlącymi się spokojnie grudkami ambry i żywic, a także paroma drzazgami agarowego drewna, dorzucili ziarna kakao i kawy, kilka suszonych owoców drzewa pimentowego oraz nieco zestalonego oleju muszkatołowego (nie suszonych nasion, nie wyekstrahowanego kwasu, lecz właśnie tłustej, gęstej substancji zwanej masłem muszkatołowym). Cała ta aromatyczna mieszanka nie płonie, lecz tli się powoli dając aromat ciemny, zawiesisty, statyczny.
Przyznaję, że to nie ambra, lecz ta właśnie dymno - kakaowa nuta urzekła mnie w tym zapachu. Jest wspaniała. I chyba kończy sukcesem moje poszukiwania ciepłej, niesłodzonej kawy w perfumach.


Niezwykłe jest także ujęcie wanilii w tej kompozycji. Czytałam w (dość nielicznych) sieciowych recenzjach Amber Vanilla, że wanili w niej nie ma, że jest tylko ambra.

Moim zdaniem wanilia jest. Nie pojawia się od razu - w mocnym, ambrowym otwarciu rzeczywiście jest stłumiona i tworzy tylko dalekie tło dla pozostałych składników, jednak po dwóch, trzech godzinach zaczyna się przebijać na powierzchnię. Wanilia najniezwyklejsza z niezwykłych. Wanilia niepodobna do żadnej dotychczas przeze mnie poznanej.

Jeśli w recenzji Vanille Exquise Annick Goutal pisałam, że wanilia tam jest pozbawiona słodyczy i niezwykła, to tutaj kompozytor zapachu (mniemam, że pani Regina Harris we własnej osobie, ale pewności nie mam) poszedł o krok dalej. Wielki krok. Bo wanilia tu jest niewaniliowa.

Nie przypomina ani wanilii puszystej i upojnej z Un Bois Vanille, ani wanilii eleganckiej i oszczędnej z Vanille Exquise, ani wanilii koszmarnej i syntetycznej z tworów Comptoir Sud Pacifique, ani wanilii laskowej, wilgotnej i skórzastej, ubarwiającej otwarcie Havana Vanille, ani wanilii rodem z wanilinowego olejku do ciast, którą spotykamy na przykład w The Heart is Deceitful Above All Things, ani też wanilii kwiatowej, która tak pięknie brzmi w Elixirze Penhaligons.
Tu nuta ta w niezwykły sposób pozbawiona została inwazyjności (wanilia to jednak zapach o gigantycznej mocy) i charakterystycznej puszystości, lecz zachowała głębię i miękkość; jest idealnie statyczna, lecz nie natrętna, nie lepka.

I o ile Frankincense - Myrrh - Rose Maroc tej samej firmy zdał mi się tworem pochodzących z dalekich czasów, tak Amber Vanilla robi wrażenie zapachu z innego, fantastycznego świata. Jest zawiesisty i jednocześnie nieruchomy jak skoncentrowana magia. Intensywny i nieokreślony. Oszczędny w formie i bogaty w treści.
Naprawdę niewiele się tu dzieje, a składniki ukazują nam się raczej w półmroku i nieostre - rozumiem nawet zarzuty, że to kompozycja monotonna czy pozbawiona olfaktorycznych barw nadających życia bardziej klasycznym zapachowym układankom; jednakże na mnie robi wielkie wrażenie.

Niechże za ilustrację posłuży opis jednego z poranków po testach: wpisując hasło do komputera w celu wypełnienia przestrzeni muzyką (to pierwsza rzecz, którą robię po wstaniu, na autopilocie jeszcze) poczułam aromat, który zdał mi się zachwycający, którego jednak w pierwszej chwili nie zidentyfikowałam. Zaczęłam węszyć, szukać tropu i... Nie zabrało mi wiele czasu odkrycie faktu, że to ja tak pachnę.
Po wielu godzinach zapach nadal utrzymywał się na skórze i był piękny po prostu. Piękno to nie jest może oczywiste, może nie jest łatwe, może nawet zostać uznane za niepiękne piękno dla pokręconych, ale ja będę się upierać, że to Piękno przez duże P.


Mój wąż w kieszeni, o którym pisałam w kontekście poprzedniego recenzowanego przeze mnie zapachu Reginy Harris, wpada w depresję i grozi, że spakuje walizki i wróci do mamusi.
Phi! On przecież i tak nie ma co pakować po moich ostatnich zakupach (sześć flakonów plus dwa genialne ekstrakty single note). :-)


Nuty zapachowe:
ambra, wanilia (nie wierzę, że nic więcej tam nie ma!)


* Pierwsza ilustracja ponownie Christophe Vacher: "Endless Dream"
** Czwarta ilustracja to kadr z "Katedry" Tomka Bagińskiego na podstawie opowiadania Jacka Dukaja o tym samym tytule

wtorek, 17 listopada 2009

Comme des Garcons Series 6 Synthetic - Tar

.

Oto najprzyjemniejszy dla mojego nosa zapach z wycofanej właśnie serii 6: Synthetic.
W jej skład, poza Smołą wchodzą: Garage, Skai, Soda oraz Dry Clean.

Wąchałam tę serię w komplecie dwukrotnie. Pierwszy raz w krakowskim Guerrilla Store, drugi raz ostatnio w Warszawskim oddziale handlowej Partyzantki. Zapach był już wycofywany, udało nam się jednak uprosić ekspedientkę o przyniesienie ich z zaplecza. niestety, nie rozumiem tu polityki firmy: mimo iż zapachy i tak wracały już do bazy, nie pozwolono nam na zrobienie próbek (do własnych fiolek). Nie mówiąc już o korupcyjnej ofercie nabycia wycofywanych testerów, która to propozycja również z naszej strony padła.
Jakaś nadmiernie sformalizowana ta partyzantka, jak na mój gust.


Przy okazji zamieszczenia zdjęcia serii zwrócę uwagę na opakowanie. Pomysł z przezroczystym pojemnikiem zawierającym plastikowy, czarny worek uważam za świetny. Bardzo "w klimacie".


W skład Smoły wchodzi nie tyle smoła, lecz ogólnie pojmowane bituminy, które w tym przypadku zdają się być niedokładnie na smołę przerobione i noszą wyraźny ślad ropy naftowej, od której pochodzą (w tym przypadku, bo ogólnie sztuczne bituminy mogą być uzyskiwane także z węgla lub łupków bitumicznych), a konkretnie nafty.

Szukałam jeszcze zgniłych rzodkiewek, którymi ponoć pachnie disiarczek węgla - rozpuszczalnik najczęściej używany dla przerobienia bituminów na substancje płynne, ale tym razem użyto raczej benzenu. Chętnie napisałabym, że jakiegoś heptanu czy cykloheksanu, albo czegoś równie szpanerskiego, ale niestety, wszelkie tego typu substancje znam jedynie w postaci rozpisanych wzorów i modeli i nie mam pojęcia, jak pachną. Czego oczywiście okrutnie żałuję.
A swoją drogą - cykliczne węglowodory ładne są. Polecam pooglądanie różnych konformacji w sieci. Wzbogacone grupą karboksylową (albo dwoma, albo trzema) robią się jeszcze fajniejsze.:-)

Chyba zdryfowałam.

Wracając do zapachu: poza tym, że nie ma w nim smoły, na którą liczyłam najbardziej, jest w nim mnóstwo fajnych rzeczy. Guma, olej silnikowy, WD40, syntetyczny, pozbawiony drobin organicznych kurz osiadający na nagrzanych maszynach, brudni, muskularni mężczyźni w gumowanych rękawicach pochylający półnagie, spocone ciała nad tokarkami czy frezarkami.... Wróć! Bez półnagich mężczyzn. Ale frezarki są. ;-)


W nutach wymieniono gaz miejski i rzeczywiście, zapach jest miejski. Nie jest to jednak ciasne, zasyfione, przytłoczone smogiem i hałasem miasto z technoapokaliptycznych wizji, lecz czyste, przestrzenne city zaludnione nie tylko przez nafaszerowanych kawą i witaminami w tabletkach homo sapiens, ale też całkiem sporą populację kulturalnych cyborgów o lśniących, metalowych ciałach, spieszących do pracy z plastikowym kubkiem substancji poślizgowych w lśniących chwytakach.
Albo, jeśli ktoś jest odporny na futurystyczne wizje, przynajmniej naprawdę nowoczesne centrum zabudowanie niebosiężnymi konstrukcjami z żelaza i szkła (mam wrażenie, że tę czystą przestrzeń zawdzięczamy w pewnej części bergamocie, nie zdziwiłabym się jednak, gdyby w składzie była kamfora, eugenol, albo coś podobnie wietrznego), z cichymi, szybkimi pojazdami sunącym po szosach wylanych gładkim bitumitem.
W tym mieście garaż rodem z "Szybkich i wściekłych": zapas opon, super nowoczesne bryki, nagrzane silniki, świeży lakier i parujące WD40.


W swojej kategorii kompozycja jest naprawdę udana. Rzeczywiście syntetyczna, techniczna, niekoniecznie brudna i "usmolona", ale z pewnością nie tak sterylna i zimna jak Garage z tej samej serii.

Zapach jest w sam raz ostry i w sam raz ciepły. Pod warstwą syntetyku snuje się przemysłowy dymek, daleki swąd palonych opon. Palonych nie w ognisku, lecz przez tarcie o asfalt.
Wiecie jak wygląda (i pachnie) "palenie gum"? Tutaj można odnaleźć ten zapach, jednak nie bezpośrednio, lecz przyniesiony przez powiew gorącego wiatru zza blaszanych drzwi garażu, w którym siedząc na stercie nowiutkich opon zastanawiamy się, czy nasz stary pasek klinowy wymaga już wymiany, czy mimo nadwątlenia w pewnych miejscach pociągnie jeszcze trochę.



Prawda, że brzmi nieźle? ;-)


Data powstania: 2004

Nuty zapachowe:
gaz miejski, gazy bituminu, bergamota, nuty ziemne, opoponaks, styraks, grillowane papierosy, substancje łatwopalne (jakoś nie wierzę, by naprawdę chodziło o czynnik gorączkotwórczy)


* Trzecia ilustracja pochodzi z filmu "Ja, robot"

czwartek, 12 listopada 2009

Regina Harris Frankincense - Myrrh - Rose Maroc

.

Wąż w mojej kieszeni ma kolejny powód do radości.
Nie jest on ogólnie najszczęśliwszym stworzeniem świata, a szczególnie ciężkie chwile przeżywa od kiedy na LuckyScent pojawiły się Eksklusivy Le Labo w cenie 400 dolców za flaszkę; tym razem jednak mu się upiekło. Nie będzie molestowany o wydanie kwoty 125 dolarów na perfumy, co do których istnieje uzasadnione podejrzenie, że koszt robi flakon, nie zawartość. A tego nie lubimy, ja i mój wąż.

Frankincense - Myrrh - Rose Maroc Reginy Harris to zapach, którego próbkę zamawiałam z obawą. Obawiałam się mianowicie tego, że mnie zachwyci i zapragnę tego hiperwypaśnie zdobionego flakonika. Nie, żeby mi się to cudeńko nie podobało - jest naprawdę śliczne. Jest jednak jednocześnie sprzeczne z moim przekonaniem, że flakon to tylko opakowanie, właściwą treść zaś powinna stanowić zawartość. Wiem, wiem... Barbarzyńca ze mnie. ;-)

Na początek słówko o kolorze i konsystencji płynu. Normalnie się nad tym nie rozwodzę, ale tutaj niesamowita gęstość olejku i jego nasycona, bursztynowa barwa zasługują na to, by o nich wspomnieć. Frankincense - Myrrh - Rose Maroc robi wrażenie czegoś cennego, wyjątkowego, rodem z innego świata. Wyobrażam sobie, jak efekt mają te właściwości w połączeniu z niezwykłym, biżuteryjnym nieomal flakonikiem.

Sam zapach rozczarowuje.
Otwarcie jest żywicznie ostre, cierpkie, jak gdyby stylizowany na Średniowiecze flakonik rzeczywiście pochodził z zamierzchłej przeszłości, a jego zawartość.... Takoż.
Pół biedy, jeśli zaaplikujemy go oszczędnie i z umiarem - dominuje wtedy czysta, intensywnie żywiczna mirra, do której po chwili dopiero dołącza słodkawe, mało frankońskie kadzidło i skoncentrowany , trudny olejek różany z okropną, cierpką nutą wyczuwalną zwykle w różanej konfiturze. Dla Mnie nuta ta jest nie do przejścia, potrafi zapaskudzić najpiękniej wysmażonego pączka lub najsmakowitszy francuski rogalik. Tu zapaskudza kadzidlano - żywiczną kompozycję do tego stopnia, że wąchając ją dostaję gęsiej skóry.

Jeśli natomiast użyjemy flagowego zapachu Reginy Harris rozrzutnie, szczodrze kapiąc sobie na skórę całe dwie krople na przykład... To dopiero jest jazda po bandzie.
Zapach robi się boleśnie ostry, pojawia się w nim kwaśna nuta, którą wytworzyła swego czasu moja przeterminowana, źle przechowywana Theorema, oraz jako bonus dodatkowy - mdły zapach rozpuszczonej Polopiryny S.
Co ciekawe, wąchałam ostatnio perfumy z tą samą nutą (nie pamiętam, co to było, niestety) i wówczas owa Polopiryna mi się podobała. Tu przeszkadza mi okropnie.

Po jakiejś godzinie różnica między oszczędnie, a nieoszczędnie aplikowaną porcją zanika; perfumy brzmią mirrą, cierpkim olejkiem różanym (celowo nie piszę, że różą, bo F-M-RM nie pachną różami, tylko olejkiem różanym właśnie) i ten etap skłonna już jestem uznać za ładny. Pod warunkiem, Ze ktoś lubi ciężkie zapachy, różane konfitury i przepych.
Wytrawna, gęsta, statyczna woń skonstruowana została tak, by pachniała jak cenne olejki (precious oils), nie jak współczesne, normalne perfumy. Nie jest to zapach skonstruowany z misterną precyzją, nie robi wrażenie tworu obmyślonego i dopieszczonego, nie ukrywa olfaktorycznych tryli i arabesek. Jest po prostu bogaty. Bardziej Wagner, niż Mozart. ;-)

Robi także wrażenie woni retro. Bardzo retro, jeśli mogę tak to ująć.
Ciało pachnie rzeczywiście jak "namaszczone", nie wyperfumowane. Z pewnym wahaniem napiszę też, że namaszczone, nie zaś umyte, jeśli wiecie, co mam na myśli.
Dodatkowo perfumy Harris zostawiają lepkie, tłuste ślady, a powierzchnia skóry błyszczy długo po aplikacji. Długo, to znaczy mniej więcej tyle, że błyszczy się póki pachnie. Tłusty placek znika razem z zapachem po jakichś pięciu - sześciu godzinach. I żegnam go bez żalu.

***

Co ciekawe, Frankincense - Myrrh - Rose Maroc nie wywołuje w moim umyśle obrazów średniowiecznych zamków, biesiad, dworów. Niewrażliwa na podszepty racjonalnego umysłu wyobraźnia posuwa mi obraz zupełnie nie pasujący ani do flakonika, ani do składu.

Pamiętacie Lestata de Lioncourt z powieści Anne Rice regenerującego się po pożarze w podziemiach Nowego Orleanu?
Tak właśnie mógłby pachnieć. Początkowo okropnie, z czasem piękniejąc. Niestety, perfumy Reginy Harris nie trwają na skórze na tyle długo, by okaleczony olfaktoryczny wampir wrócił do pełni formy i urody. Umiera nadal średnio ładny, choć nieporównywalnie bardziej urodziwy, niż na początku tej opowieści.



Nuty zapachowe: kadzidło frankońskie, mirra, marokańska róża (kto by się spodziewał, co?) Od siebie dorzucę jeszcze olejek drzewa sandałowego.

* Drugie i trzecie zdjęcie flakonika oczywiście autorstwa mojego ulubionego perfumeryjnego fotografa Nathana Brancha
Pobrane z: www.nathanbranch.com
** Czwarta ilustracja: Johan Zoffany: David Garrick jako Abel Drugger w sztuce Bena Johnsona "Alchemik"
*** Piąta ilustracja pochodzi z filmu "Wywiad z Wampirem" w reżyserii Neila Jordana

środa, 11 listopada 2009

Szorty czyli krótkie gadki 2

Nadal nie mylić z gatkami. ;-)


Dziś short stories. Nie pierwszy raz.
Bawiłam się już w ten sposób w "Załatwię je Państwu hurtowo" i w "Krótkich gadkach".
Myślę, że to sposób opowiadania o zapachach dobry, jak każdy inny. Nie zawsze rodzą się w mojej głowie rozbudowane wizje. Czasem jest tak, jak dziś.



Parfumerie Generale
Cuir d'Iris


Nie podoba mi się.
Nieodwołalnie, niezaprzeczalnie, bezdyskusyjnie i ostatecznie. Jest to fuj.
I jeśli nie ma w nim całej fury paczuli to ja jestem ksiądz Alojz.

Cuir d'Iris to, wedle nazwy, połączenie skóry z irysem.
Wedle nut połączenie kardamonu, poczerniałej ze starości skóry i kwaśnego garbnika uzyskanego z roślin tworzących lasy (raczej bagna) mangrowe. Dla smaczku wspomnę jeszcze o (niewątpliwie przemrożonym i nadgniłym) kłączu irysa i rzygowinach kaszalota. Brrr...
I to naprawdę tak pachnie. Przepraszam: "pachnie".
Odpychający smród słodkawej, mdłej stęchlizny wpychający mi żołądek do gardła. Spleśniała skóra leżakująca latami w wilgotnej drewnianej komodzie.

To pierwsze perfumy, które wywołały u mnie zgagę i mdłości.

Teraz zła jestem na siebie samą, bo zamówiłam tę próbkę zamiast L'Oiseau de Nuit.
Nocny Ptak skojarzył mi się ze słowikiem, a słowik z jaśminem. I co? W L'Oiseu de Nuit jaśminu nie ma ni krztyny, a ten Ciura mnie zabija...


Nuty zapachowe:
kardamon, irys, stara skóra, drewno, wetiwer, tanina namorzynowa, ambra, kadzidło




The Heart is Deceitful Above All Things

Perfumy w formie olejku, które w otwarciu pachną na mnie... olejkiem. A konkretnie starą oliwką dla niemowląt. Gdyby nie to, że próbkę mam świeżutką i z pewnego źródła podejrzewałabym pewnie, że jest zepsuta.

Poza nutą olejową mamy w THIDAAT (ładny skrót mi wyszedł, co?) mnóstwo słodyczy. Słodyczy nie tyle rozumianej jako zapachowa słodycz, ile dosłownie jako zapachowe słodycze. Zapach przypomina mi drugiej (niepierwszej) świeżości waniliowe Markizy.
Cukier waniliowy i rumowy aromat do ciast w połączeniu z nutą mączną (nie ziemistą, jak w opisie, lecz dokładnie mączną, podobną nieco do mączki orzechowej w Bois Farine l'Artisan Parfumeur) i przypominającym smak sody oczyszczonej szorstkim nalotem tworzą ciepłą, bezpieczną, umiarkowanie słodką kompozycję. Miłą i uciążliwą jednocześnie.
Miłe rzeczy mogą być trudne do zniesienia i tak właśnie jest w tym przypadku. The Heart Is Deceitful Above All Things jest puchate i namolne jak liniejący kot, którego nie sposób nie pogłaskać, ale też nie sposób nie wkurzać się na wszechobecne, wpychające się do ust i nosa kudły.

Schyłek zapachu jest nieco mniej spożywczy, pojawia się w nim nuta ambrowa i nieco perfumeryjnego nalotu. Mimo to zapach dla mnie zbyt ciastowaty i tłusty.


Nuty zapachowe:
olejek bajowy (pimenta racemosa), drewno massoia, wanilia, ziemia (?!), figa




Ambre
Calypso Cristiane Celle


Oto ambra totalna.
Intensywna, bezpardonowa, w otwarciu tak skoncentrowana, że aż ostra. Niegładzona, niegłaskana, nieoprawiona. Czyste złoto - szorstkie i gorące. Tylko dla prawdziwych miłośników ambry.

Nie znaczy to jednak, że nie jest w normalny sposób ładna.
Nie jest to perfumeryjne monstrum dla ekstremistów i wielbicieli olfaktorycznego turpizmu. Cristiane Celle udało się stworzyć zapach jednocześnie bezpardonowy, zbudowany wokół jednej nuty i po prostu urodziwy.

Naprawdę, czasem warto zrezygnować z półśrodków. Z doprawiania ambry nutami przyprawowymi, z wygładzania jej różą, z dosładzania dużą ilością wanilii. I to jest własnie przypadek, kiedy warto było - niesłodka, wytrawna wanilia i cedr nadają złotej nucie głębi, geranium i bergamota dodają szorstkości i charakteru, matowy jaśmin nie łagodzi wrażenia ciężkości i gęstości tego ambrowego bogactwa. Wszystkie dodatki służą jedynie wydobyciu z ambry pełni jej pysznej urody. I, moim zdaniem, udało się.

Zapach jest trwały, statyczny, szlachetny. Nie jest to kompozycja "wdzięczna", "śliczna" ani "milusia". Łączy w szczególny sposób surową oszczędność środków z przepychem ambrowego złota.
Myślę, że to kompozycja, która może pomóc się określić perfumeryjnie. Jeśli zachwyca, jeśli pragniesz ją mieć - definitywnie jesteś ambrofilem. ;-)

Myślę, że Ambre sprawdzi się także w miksach z wanilią, przyprawami czy drewnem.


Nuty zapachowe:
złota ambra, wanilia, cedr, bergamota, geranium, jaśmin

wtorek, 10 listopada 2009

Parfumerie Generale Private Collection Querelle

.
Czego spodziewałam się po zapachu inspirowanym obrazoburczą i brutalną powieścią Jeana Geneta? Nut ostrych, inwazyjnych, słodko - gorzkich, bolesnych i pociągających zarazem. Niby znałam skład, ale w mojej wyobraźni składniki poukładały się jakoś inaczej, niż u Pierre'a Guillaume'a. I to nawet dobrze. Nieprzewidywalność świata to jeden ze smaczków życia.


Pierwsze wrażenie było fatalne - zapach zdał mi się sztuczny, kosmetyczno - detergentowy i odpychający. Na tym etapie wyraźnie wyczuwam nuty kwiatowe: nieokreślona, uciążliwa mieszanka rodem z arabskiego olejku. Jaśmin, neroli, jeszcze coś... Do tego wyraźny, ciężki kminek przypominający mocą kmin rodem z Aziyade Parfum d'Empire i syntetycznie oleiste cytrusy, które nie dodają zapachowi lekkości. Tylko mocy.
Trudne, uciążliwe i nieprzyjazne dla mojego nosa otwarcie. A jednak... Zważcie proszę, że nie napisałam, że brzydkie.
Nie napisałam, bo jakoś nie mogę. Jest w tej okropnej woni coś, co sprawia, że nie uciekam od niej. I nie sadzę, by wynikało to wyłącznie z faktu, że to Privete Collection i Guillaume za kierownicą.

Po ciężkiej psychologicznej wojnie z otwarciem, podczas której Querelle nieco przysiadło na skórze i przestało szczerzyć kły, a ja szybko przebudowałam swoje pojęcie o tym, co w perfumach ładne udało nam się jakoś do siebie dostroić. I "jakoś" to najlepsze określenie tej współpracy.
Z jednej strony pod trudną, wciąż uwierającą syntetykiem warstwą politury z otwarcia zaczynam wyczuwać szorstkie przyprawy, ziemisty wetiwer i świeżą, do bólu skoncentrowana mirrę. Pojawia się nuta czystego eugenolu i dziwne, niepłonące, lecz spopielone na zimno kadzidło. Wiem, że to paradoks, ale zapach kadzidła w tej kompozycji brzmi dla mojego nosa, jak gdyby było popiołem, lecz nigdy nie zaznało ciepła. Może to być metafora niszczącej namiętności - rzeczywiście, ale do głowy przyszło mi to dopiero po napisaniu poprzedniego zdania, więc nie, raczej nie zasugerowałam się treścią książki.

Drugą, poza mirrą, nutą, o której warto tu wspomnieć osobno, jest tu mech dębowy. Fascynująco czysty, dokładnie taki, jak wąchany saute z ekstraktu przebłyskuje między pozostałymi składnikami rozdzielając wetiwerowe kłącza od ambrowych promyków, przyprawowe rzepy od lakierowanych wstążek żywic, oleistą bergamotę od chłodnego kadzidlanego popiołu.

Bardzo sprawnie, z wyczuciem złożone perfumy. Spójne i przejrzyste jednocześnie, z nutami splecionymi, nie zmieszanymi.
Ich rozwój nie jest fajerwerkiem olfaktorycznych niespodzianek, opowieścią pełną efektów specjalnych. Robią wrażenie raczej nietypowym zestawieniem nut, które trwa i trwa. Przemiana Querelle na skórze to droga od intensywnej przyprawowo - żywicznej mieszanki atakującej zmysły w otwarciu, po wytrawnie przyprawione, chłodne kadzidło parę godzin po aplikacji. I ten wyciszony, schyłkowy etap jest mi zdecydowanie bliższy, niż ekspansywne otwarcie.


Querelle nie jest zapachem ładnym. Nie jest tez miły. Jest za to niezwykły, intrygujący, stymulujący zmysły. Czy to mało?
Oczywiście, że nie. To bardzo wiele i naprawdę podziwiam tę kompozycję.
Tyle, że nie chcę jej nosić.
Może kiedyś wrócę do niego, może skuszą mnie ponowne testy, kolejna niezobowiązująca schadzka bez pocałunku na do widzenia. Bo jednak ten interesujący typ to nie mój typ zupełnie. Przynajmniej przez większość swego żywota.


Twórca: Pierre Guillaume

Nuty zapachowe: Nuta głowy: cytrusy, kminek zwyczajny, cynamon
Nuta serca: mirra, kadzidło, wetiwer

Nuta bazy: kadzidło, mech dębowy, ambra


*Ilustracje to plakat i kadry z filmu "Querelle" Rainiera Wernera Fassbindera na podstawie książki "Querelle z Brestu" Jeana Geneta

piątek, 6 listopada 2009

Parfumerie Generale Private Collection Cedre Sandaraque

.
Miałam nadzieję, że mi się nie spodoba.
Naprawdę na to liczyłam, bo cena nie zachęca do szaleństw zakupowych.
I tym razem przeliczyłam się, a moje nadzieje okazały się płonne.
Cedre Sandaraque jest dokładnie tak piękny, jak się obawiałam, a nawet bardziej. I nieprzyzwoicie wprost mi się podoba.

Już pierwsze chwile po aplikacji rozwiały wszelkie moje wątpliwości. To pierwszy test od kilku dni, podczas których upajałam się odpychającą wspaniałością Patchouli 24.

Pierwsza myśl: czy on musiał być AŻ TAK piękny?!

Gęsta, esencjonalna, lepka słodycz karmelizowanej żywicy na jasnej, przestrzennej cedrowej bazie. Połączenie niezwykłe. Zaskakujące i, dla mnie, po prostu rozkoszne. Dwa, pozornie zupełnie nie korespondujące ze sobą składniki, dwie całkowicie odmiennie odbierane nuty, dwa światy zespolone z sposób, który mnie urzekł.

W otwarciu mamy cedrową stodołę rodem wprost z Bois Blond, ale tym razem ustawiono w tej stodole piece, w których wypieka się słodkie, kapiące miodem ciasta. Miód skapuje na blachę opalanego drewnem pieca i z cichym sykiem zamienia się w miodowy karmel podczas gdy w palenisku równolegle syczy w żarze cedrowa żywica, którą pocą się wrzucane w płomienie jasne szczapy.

I kicham na to, że nikt normalny nie ustawiałby pieców w stodole. To jest gotowy obraz, który serwuje mi mój mózg pod wpływem tego konkretnego zapachu.
Jest w nim ciepło letniego dnia, przestrzeń prześwitująca przez nieszczelne ściany budynku, suchość rozgrzanych desek, sienny pył prześlizgujący się między kolumnami słonecznych promieni, lepka wilgoć parującego miodowego ciasta i zmieniająca się pod wpływem gorąca w aromatyczny karmel żywica. Zapach słodki, ciepły i drzewny jednocześnie. Cudo!

Nie zmienia się jakoś szczególnie. Najważniejszym procesem zachodzącym na mojej skórze jest sukcesywne przesuwanie się nut słodkich w zapachu od miodowego karmelu w stronę karmelizowanej żywicy i nut drzewnych od świeżych szczap w stronę grubszych konarów. Jak gdyby drzewo wzrastało żywiąc się słodyczą. Owocem tej niezwykłej symbiozy nut jest zapach niezwykły, nietuzinkowy i... w łatwy, oczywisty sposób urodziwy jednocześnie.
Nie dla ortodoksyjnych wielbicieli mhrrroku w perfumach, nie dla tych, którzy pragną być przez zapach sponiewierani i nie dla tych, którzy chcą zapachem wyrazić skowyt duszy czy jakieś inne głębokie przeżycia. Za to dla takich, którzy lubią, żeby perfumy były ładne - dla mnie, jak najbardziej.

Cedre Sandaraque ma tę niesamowitą zawiesistość, która urzeka w zapachach Pierre'a Guillaume'a takich jak Coze, Aomasssai czy nawet Bois de Copaiba. Leży na skórze jak przyklejony, przywiera do nosiciela szczelnie i nieustępliwie. To taki trochę pachnący natręt - jednak przyznaję, że natrętowi o tak wspaniałej urodzie wiele potrafię wybaczyć. W tym przypadku wybaczam wszystko. Nawet to, czego nie potrafiłam darować równie pięknemu, lecz mniej "mojemu" Musc Maori - tę osaczającą gęstość, która zdaje się nieomal krępować ruchy.

Nie wiem, czy będę potrafiła nosić Cedre Sandaraque globalnie na co dzień. W przeciwieństwie do swojego łagodniejszego brata Bois Blond ten zapach nie nadaje się na służbowe spotkanie, trening w siłowni, czy wypad do kina na horror klasy B. Jeśli już zdecyduję się na tę cedrową smakowitość, to w małej ilości, tak jak dziś. Dwie krople z próbki na obojczyki nad mostkiem, po kropli na nadgarstki. Wystarcza w zupełności, by otulić się ciepłym kokonem zapachu.
A i tak się człowiek robi rozkosznie rozleniwiony i głupio rozanielony...


Data powstania: 2006
Twórca: Pierre Guillaume

Nuty zapachowe:
wetiwer, cedr afrykański, żywica sandarak, zboża, pralinowana ambra (i nie, pojęcia nie mam, jak przebiega proces pralinowania ambry - podejrzewam, że na dosładzaniu, a mój nos mówi, że na karmelizowaniu także)


* Pierwsza ilustracja: Dariusz Górski: "Niebiańska łąka". Pierwsza nagroda w konkursie fotograficznym Polskiego Związku Fotografów Przyrody 2001.

środa, 4 listopada 2009

Perfumy - czym to się...? czyli krótki poradnik dla Lucka i innych początkujących wąchaczy



Dziś zapraszam do lektury krótkiego kompendium wiedzy o perfumach.
Większość informacji to fakty miłośnikom perfum świetnie znane, część natomiast jest jedynie pozornie oczywista.

Jeśli kogoś zainteresuje tematyka, zachęcam do lektury pozostałych wpisów z zakładki Frequently Asked Questions.

Lucku, obiecałam i wreszcie realizuję.



Co to są perfumy?

Perfumy to wszelkie substancje, których podstawową funkcją jest nadanie ciału zapachu.

Określenia "substancje" używam ze względu na to, że związki zapachowe (zwane potocznie, nie zawsze zgodnie ze stanem fizycznym) olejkami, zemulgowane i rozpuszczone mogą być nie tylko w alkoholu, ale też w oleju, wodzie, czy nawet w tłuszczach w postaci stałej - mamy wówczas do czynienia z tak zwanymi solid perfume, zwanymi po polsku błędnie perfumami w kremie (choć występują i w sztyfcie).

Rozgraniczam tu substancje służące do nadawania zapachu ciału od substancji zawierających związki aromatyczne, mające jednak inną funkcję wiodącą: olejki do ciała, balsamy aromatyzowane, wody po goleniu, pomady do włosów etc. To są kosmetyki pielęgnacyjne z kompozycją zapachową.
Ze zbioru pod tytułem "perfumy" wykluczyłabym też wszelkie spraye do pomieszczeń czy pościeli. Nawet jeśli zamiast roomspray mamy na buteleczce napis "home perfume". Wyjątkiem będą tu produkty w typie "room and body spray", które w swej ofercie ma na przykład Voluspa.



Co oznaczają tajemnicze skróty EdP, EdT, EdC?


Najczęściej spotykaną w kręgu kultury europejskiej formą występowania perfum są roztwory alkoholu etylowego. I tu, w zależności od stężenia substancji zapachowych rozróżniamy kilka rodzajów pachnideł w płynie:

  • Perfumy zwane obecnie częściej ekstraktami (Extrait de Parfum / Perfume Extract) 20% - 40% subst. zapachowych
  • Woda perfumowana (Eau de Parfum) 10% - 15, max 18%
  • Woda toaletowa (Eau de Toilette) 5% - 10%, max 12%
  • Woda kolońska (Eau de Cologne) 3% - 5%
  • Woda odświeżająca, mgiełka do ciała (Eau Fraiche, Body Mist) 1% - 3%

Zwykle w obrębie jednego zapachu woda toaletowa i perfumowana różnią się głównie stężeniem - mocą zapachu, bywają jednak wyjątki takie jak Nu Yves Saint Laurent, Opium Pour Homme Yves Saint Laurent, Narciso Rodriguez For Her, Le Baiser du Dragon Cartier etc. W tych przypadkach mamy do czynienia z różnymi kompozycjami o pewnych cechach wspólnych.




Co nadaje perfumom zapach?

Pisałam już, że są to tak zwane olejki zapachowe, czyli przeróżne substancje pochodzenia roślinnego, zwierzęcego, a także uzyskiwane drogą celowych reakcji chemicznych (tych jest coraz więcej ze względu na to, że niektóre naturalne zapachy, takie jak ambra, wanilia czy jaśmin sukcesywnie zastępuje się syntetycznymi odpowiednikami).

Najłatwiej wymienić surowce odzwierzęce. To wspomniana już ambra, piżmo, cywet, kastoreum, skóra.
Składników roślinnych i chemicznych jest multum. W przypadku tych drugich lepiej chyba nawet nie wiedzieć jak bardzo wiele...




Jak to jest z tymi nutami?


Ano, każde perfumy jakieś mają. :-)
Zwyczajowo perfumy mają trzy fazy rozwoju:
- Nuta głowy, tak zwane otwarcie - pierwszy akord wyczuwalny natychmiast po ulotnieniu się alkoholu czyli najbardziej lotne substancje w składzie. Najczęściej tworzą ją aromaty intensywne, świeże, ostre, jeśli w kompozycji są cytrusy, zwykle siedzą właśnie tu.
- Nuta serca, zwana nutą łączącą stanowi etap między otwarciem, a bazą zapachu. Najtrudniej rozpoznawalna, bo zwykle występuje w towarzystwie. Najpierw nuty głowy, potem nuty bazy. Mawia się, że to najmniej intensywny etap kompozycji, ale ja akurat uważam, że to pełnia rozkwitu perfum na skórze, najbardziej pełny brzmieniowo moment.
- Nuta bazy, czyli najwięksi długodystansowcy wśród substancji zapachowych. To tu zwykle czają się aromaty odzwierzęce, drewna, mech, paczula czy wanilia.

Oczywiście to tylko schemat. Nie tylko uproszczony i mocno standaryzowany, ale też do niektórych nowatorskich kompozycji zupełnie nieprzystający. Na przykład Encre Noire Lalique nie ma w ogóle nuty głowy, Molecule 01 Escentric Molecules składa się z jednej tylko substancji Iso E Super, a Fumidus Profvmvm Roma przewrotnie zaczyna się ciężko i dymnie, a kończy zielono.




Jak testować i jak nosić?

Najpierw o testach słów parę, bo przecież aby nosić najpierw trzeba przeprowadzić rozpoznanie.
Testy perfum to złożony proces. U mnie zaczyna się od tego, co przewrotnie i niezbyt ładnie nazywam wąchaniem otworów. Chodzi oczywiście o wylot atomizera lub fiolki.
Jeśli test otworowy wypadnie pomyślnie, to w perfumerii następuje test bloterkowy a potem ewentualnie aplikacja na nadgarstek, w domu zaś zwykle ostrożny test na skórze.

Poważne i rzetelne testowanie perfum to cała procedura.
Po pierwsze testy nadgarstkowe nie dają obrazu tego, jak rozwiną się perfumy noszone "globalnie". Za zimno im, zbyt niespokojnie, nie ma siły, żeby zapach rozwinął się w pełni tak, jak na szyi. Ponieważ jednak własnej szyi czy karku obwąchać nie sposób, ja testuję w zgięciu łokcia, po wewnętrznej stronie.

Istotne jest, by (przy wszystkich wyłuszczonych wyżej zastrzeżeniach) decydując się na test nadgarstkowy po aplikacji perfum nie pocierać nadgarstkiem o nadgarstek. Gwałtowny skok temperatury, który następuje w wyniku tarcia może "zważyć zapach, ucinając nuty głowy albo wtłaczając je w serce kompozycji. Perfumy, by rozwinąć się potrzebują czasu, nie lubią być popędzane.
Kiedy naniesiemy płyn na skórę, należy poczekać chwilę, aż ulotni się spirytus (ostre opary etanolu mogą podrażnić śluzówkę i wpłynąć na sposób, w jaki odbieramy zapachy) i dopiero po chwili zbliżyć nos do skóry.

Przygotowanie do testów:

Skóra do rzetelnego testu wymaga przygotowania: powinna być umyta nie później niż godzinę przed testem, spłukana bieżącą wodą bez detergentów, nie traktowana żadnymi balsamami (także bezzapachowymi).

Po aplikacji paru kropel na skórę zginam rękę tak, by dwie powierzchnie skóry przywarły do siebie, co pozwala perfumom ogrzać się i rozwinąć tak, jak w cieplejszych obszarach ciała. W przypadku perfum na bazie alkoholu ważne jest, by nie ulec pokusie wsadzenia nosa w zapach tuż po naniesieniu go na skórę. Inhalacje wysokoprocentowym alkoholem zdecydowanie nie poprawiają zdolności percepcyjnych nosa.


Dlaczego testować?


Dlatego, że perfumy zaaplikowane na skórę wchodzą z nią w reakcję i ten sam zapach może na różnych osobach pachnieć zupełnie inaczej. Naprawdę, nie przesadzam.


Noszenie perfum to inna sprawa. Nie będę tu pisać o ilości psików ani o litości dla współpracowników czy współpasażerów. To nie jest poradnik savoir vivre'u. Nie będę też radzić, czym pachnieć i na jakie okazje. Tu odpowiedź jest jedna: tym, co nam (Wam) się podoba!


Napiszę słowo o tym, gdzie nanosić perfumy.

Mawia się, że tam, gdzie skóra jest ciepła, a krew pulsuje blisko pod jej powierzchnią: za uszami, na karku, na nadgarstkach, pod kolanami. To szkoła oficjalna.

Ja nie lubię pachnieć za uszami, bo nie czuję wówczas zapachu, a taki ze mnie egoista wstrętny, że pchnę głównie dla własnej przyjemności. Najintensywniej spryskuję zwykle szyję w okolicach obojczyków i "nadbiuście" z tendencją do "międzybiuścia" jeśli nadmiar spłynie. Pozwala mi to z jednej strony ładnie grzać zapach, z drugiej czuć go wyraźnie.
Lubię też mieć dodatkowe, podręczne źródła zapachu na nadgarstkach. Nie dla dogłębnego poznania zapachu (pisałam już, że to nie najlepsze miejsce), lecz dla przyjemności wtulenia nosa bezpośrednio w pachnącą skórę bez akrobacji i zakasywania rękawów.
Włosy świetnie trzymają zapach, traktuję je jednak wyłącznie perfumami na bazie wody. Spirytus wysusza i żaden perfumoholizm nie jest w stanie zawalczyć na tym polu z moim zamiłowaniem do długich, lśniących pukli.

Aby zwiększyć trwałość zapachu dobrze jest nawilżyć ciało przed spryskaniem go perfumami. Balsam z serii pielęgnacyjnej współgrającej z zapachem perfum albo bezzapachowy (wiele firm produkuje takie kosmetyki adresując je do alergików) użyty godzinę przed aplikacją perfum znacząco przedłuży czas trwania zapachu na skórze. 




Jak przechowywać perfumy, żeby jak najdłużej pozostały świeże i nie zmieniły zapachu?

Otóż po pierwsze - perfumy się starzeją. Psują po prostu.
Zmieniają zapach nadgryzane zębem czasu, ale najważniejsze z punktu widzenia użytkownika perfum jest to, że pewne czynniki temu zębowi wyraźnie pomagają.

Czynniki ryzyka:
  • Po pierwsze światło. Narażone na działanie nie tylko słońca, ale i intensywnego sztucznego światła perfumy będą psuły się znacznie szybciej, niż perfumy trzymane w ciemnicy: w kartoniku, w zamkniętej szafce.
  • Po drugie temperatura. Najlepiej trzymać perfumy w chłodzie, w stałej temperaturze. Nie w lodówce - opowieści o tym, że zagraniczni perfumiarze trzymają swoje potężne kolekcje w lodówkach są prawdziwe tylko częściowo. Bowiem najlepszą lodówką do przechowywania perfum jest lodówka do wina, czyli nie 5, lecz 12-16 stopni.
    Najgorszą chyba opcją jest łazienka. A już podgrzewana żarówką półeczka pod lustrem to miejsce tylko dla krótkodystansowców połykających flakon w pół roku lub rok.
  • Po trzecie dostęp powietrza. Większość flakonów perfum ma atomizer zamontowany na stałe, bez możliwości odkręcenia i te perfumy mają szansę przetrwać w niezmienionym stanie dłużej, niż perfumy narażone na działanie powietrza (bez atomizera, tak zwane splashe albo z atomizerem odkręcanym).
    W przypadku perfum w splashu (na przykład pałacowe flakony Serge Lutens mają tę wadę) najlepiej jest przelać część perfum strzykawką do atomizera i uzupełniać w miarę potrzeby. Nie nanosić korkiem bezpośrednio na skórę. Nie tylko wietrzymy perfumy często wyjmując zatyczkę, ale też dodatkowo wprowadzamy do nich zanieczyszczenia organiczne (martwy naskórek, bakterie, roztocza) i nieorganiczne.




Mam nadzieję, że informacje powyższe okażą się pożyteczne - jeśli nie dla Ciebie, Drogi Czytelniku, to może dla Twoich, mniej z perfumeryjną tematyką obeznanych, znajomych.

Jeszcze raz zapraszam do zaglądania w FAQ. Zgodnie z Waszym życzeniem, wpisów w zakładce będzie sukcesywnie przybywało.



* Druga ilustracja: okładka płyty zespołu Fourplay "Elixir"
** Czwarte zdjęcie pochodzi ze strony: http://indiefixx.com/
*** Na piątym oczywiście Marylin Monroe
**** Szóste to jeden z plakatów do filmu Toma Tykwera "Pachnidło"
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...