piątek, 31 grudnia 2010

Traversée du Bosphore l'Artisan Parfumeur

.
Stambuł... Moje marzenie od paru lat, plan na kolejne (co nie znaczy, że najbliższe) wakacje.
Kulturowy uskok tektoniczny; miejsce, w którym niesamowitą rozmaitością motywów zaowocował mariaż wschodu z zachodem. Cień wspaniałości Bizancjum przyprawiony kontrastami w sferze mentalności, religii, a także zamożności. Wymarzona stymulacja dla ducha i rozumu.

 

Oczywiście na zapach inspirowany "burzliwą historią i wielką tradycją", jak również współczesnym obliczem tego wspaniałego miasta nie mógł nie budzić mojej ciekawości. Szczególnie, że za sterami tego perfumeryjnego wehikułu fundującego nam podróż w czasie i przestrzeni zasiadł sam Bertrand Duchaufour - perfumeryjny Marco Polo z niesamowitym talentem i wyczuciem malujący swe olfaktoryczne pejzaże.
Nie tylko Timbuktu, czy przyprawowe Trio l'Artisan Parfumeur mu zawdzięczamy, ale też Avignon i Kyoto z kadzidlanej serii Comme des Garcons, niezwykle plastyczne zapachy Eau d'Italie, inspirującego Calamusa i zaskakującą Harissę, mającą grono szczerych wielbicieli Dzongkhę i wiele innych niezwykłych kompozycji, które malują w wyobraźni obrazy ulotne, lecz niesamowicie sugestywne.

Skoro już wyjaśniłam, dlaczego tak tęsknie wyglądałam Przeprawy przez Bosfor, przechodzę do rzeczy, czyli do... Zapachu.

sobota, 25 grudnia 2010

Wywiad z założycielami Parfums M. Micallef cz.3

 .
Dziś świątecznie: ostatnia część wywiadu z Martine Micallef i Geoffreyem Nejmanem. 
Poprzednie części znajdziecie tu: część pierwsza, część druga.

Już dziś obiecuję, że to nie ostatni wywiad na łamach (na ekranach?) Sabbath of Senses. Miłej lektury. :)



Sabbath of Senses – Wypada mi zapytać o ulubione składniki w perfumach. Czy będzie to oud, czy mylę się?
Geoffrey Nejman – Nie mylisz się. Oud jest składnikiem ważnym. Może najważniejszym. Ze względu na pochodzenie, na niezwykły aromat, na niezliczoną liczbę kombinacji zapachowych, w jakich może być użyty. Agarowa Saga to wizytówka Parfums M. Micallef. Uważam, ze to niesamowity składnik.
SoS – A dla ciebie, Martine?
Marine Micallef – Muszę się zgodzić z Geoffreyem. Moja rodzina pochodzi z Malty, nazwisko Micallef jest rdzennie maltańskie. Na tej wyspie mieszają się wpływy tureckie, arabskie, włoskie i brytyjskie. Jesteśmy kulturowymi mieszańcami. Mamy otwarte umysły i łatwo oswajamy nowe doznania. Czasem zachwycają mnie pewne składniki, nuty, perfumeryjne klimaty i potem, po dłuższym czasie zaczynam zdawać sobie sprawę z tego, że to nie jest przypadek. Miłość do perfum orientalnych też pewnie ma źródło w przeszłości, wiąże się jakoś z moim pochodzeniem i wychowaniem.


piątek, 24 grudnia 2010

Życzenia nietypowe

 .
Czy wiecie, że już dwa dni temu zaczęliśmy astronomiczną podróż w stronę lata? Za nami najdłuższa noc w roku; przed nami czas nowych nadziei i nowych możliwości.

Ludzie świętują przesilenie zimowe od kiedy tylko zrozumieli, że cykl pór roku powiązany jest z układem gwiazd. A powód do świętowania to nie lada, bo oto odradza się słońce, dzień staje się dłuższy, noc traci władzę nad światem, zbliża się wiosna... I bez względu na to, któremu z bogów poświęcony był ten okres, czy witano Mitrę, Saturna, Jula, rodzimego Swaroga czy Jezusa – zawsze był to czas radości i nadziei. 
Przenikające się nawzajem tradycje, wspólnota obrzędów i ludzkich potrzeb uświadamiają nam, że w istocie świat nie zmienia się aż tak bardzo, a nasze marzenia zmieniają się jeszcze mniej.

 

I właśnie szczerej radości z życia, nadziei na przyszłość oraz wiary w niezmienność rzeczy ważnych chciałabym Wam z okazji zbliżających się Świąt oraz nadchodzącego Nowego Roku życzyć.
Niech Wasze dni będą słoneczne, a marzenia stają się rzeczywistością.


* Autorem pięknego zdjęcia topniejącego płatka śniegu jest Brian Valentine, którego fotografie można podziwiać, między innymi, tu:
http://lordv.smugmug.com/
http://omgshots.com/1184-amazing-macro-photography-by-brian-valentine.html
http://www.wonderfulphotos.com/articles/macro/dewdrops/

czwartek, 23 grudnia 2010

L'Autre Diptyque

.
Dziś miniaturka ledwie, ale mam uzasadnione obawy, że nie macie czasu czytać tak samo, jak ja nie mam czasu pisać...


Stary dziwak


L'Autre to druga kompozycja Diptyque (po stworzonym w 1968 roku wspaniałym L'Eau). Przyznaję, że i w tym przypadku "woda" w tytule jest myląca. W ogóle po testach kompletnej serii zapachów Diptyque uznałam, że L'Eau w nazwach ich produktów jest figurą retoryczną oznaczającą ni mniej, nie więcej tylko tyle, że jest to produkt w płynie. Lekkości i świeżości kompozycji bynajmniej to nie determinuje.

Przechodząc zaś do rzeczy: L'Autre zaczyna się względnie mało dziwnie. Po nazwie oznaczającej "Ten Inny" spodziewałam się ekscentryka, tymczasem złożenie gorzkawych cytrusów z ekspansywnym, eterycznym bukietem aromatów ziołowych i przyprawowych tworzy akord charakterystyczny i charakterny, ale klasyczny.
Przyznaję, dałam się zwieść. Miłe powitanie osłabiło moją czujność, pozwoliło uznać, że żadnego z niemiłych numerów przypisywanych Innemu przez internautów mnie akurat ten pan nie wywinie. Tego, że jednak dostałam po nosie już się domyśliliście...

wtorek, 21 grudnia 2010

Wywiad z założycielami Parfums M. Micallef cz.2

 .
Zapraszam do przeczytania drugiej części wywiadu z Martine Micallef i Geoffreyem Nejmanem: malarką i perfumiarzem, którzy wspólnie stworzyli jedną z ważniejszych niszowych marek na świecie: Parfums M. Micallef oraz ostatnio także nową markę G. Nejman.


SoS – Geoffrey, ile lat miałeś, kiedy stworzyłeś swoja pierwszą, komercyjną kompozycję?
GN – Jeśli ci powiem, to będziesz wiedziała, ile mam lat... (śmiech) Ale nie, nie... To nie jest sekret. Zaczynaliśmy w 1997, miałem więc 41 lat.
SoS – Martine, Geoffrey, jesteście przykładem na to, że dwie silne, nieco ekscentryczne osobowości mogą współistnieć w harmonii i do tego osiągać sukcesy. Jak udało Wam się tego dokonać? Jak to się dzieje, że ten układ działa? Mówiliście, że najpierw przyszła miłość. Czy to wystarczy?
GN – Jak nam się udaje? Nie mam pojęcia. (śmiech)

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Wywiad z założycielami Parfums M. Micallef cz.1

.
Minął miesiąc od nagrania rozmowy z Martine Micallef i Geoffreyem Nejmanem – założycielami marki Parfums M. Micallef, jednak każdy powrót do nagrania wywołuje u mnie uśmiech. 


Przed wywiadem zamierzałam oficjalnie przedstawić się, opowiedzieć w kilku zdaniach kim jestem, po co mi ta rozmowa i jaka będzie formalna droga od jej nagrania do publikacji tekstu. Moi rozmówcy okazali się tak bezpośredni i otwarci, że zaczęliśmy rozmawiać o perfumach i nie tylko jeszcze przed zajęciem miejsca przy stoliku i włączeniem dyktafonu. Dlatego atmosfera od początku jest swobodna. Mimo tego luzu, wielki podziw wzbudziła we mnie powaga i rzetelność, z jaką oboje moi rozmówcy podchodzili do zadawanych pytań.
Jestem naprawdę zauroczona zarówno moimi rozmówcami, jak i atmosferą spotkania, niezwykłym ciepłem i swobodą, z jaką Missalowie przyjmują swoich gości. Nie tylko tych oficjalnych: wielkich i bardzo ważnych, lecz wszystkich. I to nie jest figura retoryczna. 

niedziela, 19 grudnia 2010

Perfumoboxy - rozwiązanie problemu pachnących prezentów?

 .
Parę dni temu pisałam o prezentach świątecznych i o tym, czemu podarunek w postaci flakonika jest pomysłem ryzykownym. Oczywiście nie zamierzam wycofywać się i zmieniać zdania, mam jednak pomysł alternatywny: bezpieczniejszy, zabawniejszy, bardziej finezyjny. Ale po kolei...


Pod moim wpisem o perfumeryjnych prezentach pojawiły się komentarze, w których znalazło się kilka fajnych alternatyw, między innymi bony upominkowe, oraz podarunek w postaci setu próbek. Obie idee niezłe, ale strzałem w dziesiątkę wydaje mi się dopiero połączenie tych koncepcji. Jak? 
Ano tak, jak od lat robi to LukyScent w swoich Gift Certificates: set próbek plus talon na wybrane perfumy zapakowany w ładne pudełko i doskonale spełniający rolę eleganckiego podarunku. Niestety, zamówienia realizowane są tylko w Stanach Zjednoczonych, wysyłka do Unii Europejskiej to dodatkowy koszt wysokości 40$.

sobota, 18 grudnia 2010

Roots Sarah Horowitz

 .
Temat dzisiejszej notki wybrałam na zasadzie przeplatanki. Było ciekawie, nieciekawie, będzie ciekawie. Mam nadzieję.

O tym, że Roots dobrze rokuje wiedziałam od razu. Nuty nie pozostawiały wątpliwości, że zapach wart jest uwagi, choć przyznaję, że testy "Perfect Scentów" ograniczyły nieco moje zaufanie do Sarah Horowitz.
Dumałam nad zamówieniem próbek i pewnie dumałabym nadal, gdyby pewnego dnia nie dotarła do mnie taka oto przesyłka:


Urocza, prawda?
Knujem, psujem i kusicielem okazała się oczywiście Ola zwana Pandą, która nie raz już mnie zwiodła na pokuszenie, za co jestem Jej niewymownie wdzięczna, bo zaprawdę powiadam Wam: uwielbiam być psuta i kuszona. :)


Mroczna pokusa


Nie potrzebowałam wiele czasu, by stwierdzić, że moje przeczucia związane z Roots były słuszne, a niecna Panda po raz kolejny wycelowała prosto w moje perfumeryjne serce.

Otwarcie to ciemny, tłusty agar wprost z pięknego (i rozpaczliwie drogiego) Black Cube Ramon Molvizar zmiękczony ciężką, kremową nutą charakterystyczną dla Black Afgano Nasomatto. Ziemistej, zgaszonej słodyczy dodaje temu zestawieniu wyczuwalne w tle kłącze irysa. Charakteru pieprzna nuta znów kojarząca się z Black Cube.

piątek, 17 grudnia 2010

Touch Tous

.
Na wstępie zaznaczę, że te promowane przez hiszpańską firmę jubilerską Tous perfumy nie mieszczą się w żadnej z lubianych przeze mnie kategorii zapachowych. Należący do rodziny kwiatowo - owocowej Touch zignorowałabym po prostu, gdyby nie to, że dostałam flakon do recenzji i w związku z tym ignorować nie wypada.

Ewidentnie nie jestem targetem dla tego produktu i niechaj to będzie moim usprawiedliwieniem, bo recenzja będzie nijaka i nie będę z niej dumna.


Do not Touch me


czwartek, 16 grudnia 2010

Marescialla Santa Maria Novella

.
Ludzie lubią sensacje.
Szczególnie lubują się w tragediach. Cudzych oczywiście.

O Marescialli Santa Maria Novella pisze się, że to "perfumy kobiety spalonej na stosie". Tymczasem Léonora Dori Concini, markiza d’Ancre, żona pierwszego Marszałka Francji za czasów Ludwika XIII, nie została spalona na stosie, tylko ścięta. Była arystokratką, przysługiwała jej czysta śmierć. Na stosie spalone zostało jej ciało po dekapitacji, ale to już nie robi takiego wrażenia, prawda?

Nie udało się również znaleźć dowodów na to, by rzeczywiście parała się czarami czy alchemią, a historycy przychylają się raczej do teorii, że oskarżenie o czary było jedynie skutkiem niełaski, w jaką popadła jej protektorka Maria Medycejska, której popleczników usuwano z dworu wraz z wygnaną w 1617 roku królową. O tym, że w tym samym roku "omyłkowo" zabity został także sam marszałek Conchini wspominam tylko dla porządku.

Zdaję sobie sprawę z tego, że właśnie zarżnęłam legendę. Przecież rozgrywki polityczne to temat znacznie mniej romantyczny, niż czary, wiedźmy i stosy. Przykro mi, jeśli kogoś rozczarowałam.
Może wynagrodzi Wam to sam zapach, który jest wystarczająco niezwykły nawet bez tej mało oryginalnej, za to bardzo naciąganej historii.


Piękno szalonych wizji


Już od pierwszej chwili wiedziałam, że warto było zabiegać o schadzkę z ekscentryczną Marszałkową.

wtorek, 14 grudnia 2010

Perfumy w prezencie - dobry pomysł?

 .
Zbliżają się Święta, z których popkultura uczyniła festiwal zakupów i nieumiarkowania. Oraz kiczu, ale to akurat przypadłość, która dotyka nieomal wszystkiego, co przemieli młyn komercji. Z okazji nadchodzących świąt pozwolę sobie podjąć temat, który w mailach od Was przewija się systematycznie, a jednocześnie nie wymaga testów (mój katar powoli mija, wciąż jednak nie bardzo ufam swemu zmysłowi powonienia).


Jak kupować perfumy na prezent?
 
 

Prawdę mówiąc, trudne to wyzwanie.
Miłośnikowi książek bez większego ryzyka podarować można kolejną pozycję lubianego autora, melomana obdarować kolejnym albumem wykonawcy, którego słucha. W przypadku perfum ta zasada się nie sprawdza. Jeśli decydujemy się na samodzielny wybór perfum na prezent, nigdy nie możemy mieć pewności, że trafimy w gust osoby obdarowywanej. Bez względu na to, jak uważnie wybieramy, jak starannie sprawdzamy nuty, jak dobrze staramy się dopasować zapach do osoby i wreszcie, bez względu na to, jak piękne wydają nam się kupowane perfumy.

Jeśli jednak macie nieodpartą ochotę na to, by obdarować kogoś flakonikiem pachnącej cieczy, oto kilka rad zwiększających szanse na to, że osoba obdarowana odpakowując prezent wyrazi radość nie tylko dlatego, że jest dobrze wychowana.

środa, 1 grudnia 2010

Dlaczego "alternatywa" nie zawsze oznacza wybór?


Dziś zapraszam do przemyśleń, dzięki którym może nie zapomnicie o mnie przez parę następnych dni, kiedy będę milczeć.

O podróbkach pisałam już raz, w temacie "Jak uniknąć zrobienia śmierdzącego interesu na Allegro?".
Tym razem będzie o podróbach z pomysłem, wspartych pokrętną ideologią, która zwieść może nawet naprawdę bystre osoby.


Po pierwsze i najważniejsze: kopiowanie cudzych obrazów, tekstów, kompozycji (muzycznych lub perfumeryjnych), czy innych "utworów" jest łamaniem praw autorskich i okradaniem autora. Nawet jeśli utwór nie jest chroniony patentem, to sprzedawanie źle skserowanego i opakowanego w biały papier "Wiedźmina" czy nagranej w złej jakości "Hurra!" jest kradzieżą wartości intelektualnej, i fakt, że zamiast tytułu umieścimy numer albo informację, że to "utwór w stylu "Wiedźmina" nie zmienia tego faktu. 

Anomalie kolorystyczne Montale cz. 2: Blue Amber

 .
Drugą, po Red Vetyver, niezwykłą kolorystycznie propozycją Montale jest Blue Amber.

Niejednokrotnie zastanawiałam się, czy postrzeganie ambry jako zapachu bursztynowego wynika bardziej ze zbieżności nazwy, czy z rzeczywistej "bursztynowości" jej aromatu. 
W końcu sprawdziłam: topiony i palony bursztyn pachnie inaczej, a jednak skojarzenie mam tak silnie wprasowane w świadomość, że eksperyment go nie zmienił. Jedno i drugie (ambra i bursztyn) pochodzi z morza, jedno i drugie w stanie surowym wygląda jak szaro - brązowe grudki... No i tak szczerze, nie mam lepszego pomysłu na "kolor ambry".

Tym razem programowo dostajemy ambrę w kolorze blue. Uznałabym nazwę za metaforyczną, gdyby nie fakt, że zapachy Montale często mają kolory przypisane całkiem dosłownie: flakon Black Aoud jest czarny, Red Aoud czy Red Vetyver czerwony, Aoud Shiny złoty, a Blue Amber oczywiście niebieski.


Blue Amber
Montale


Sam zapach... Jak dla mnie nie ma koloru. Dostosowuje się do nastroju, do barwy chwili.

wtorek, 30 listopada 2010

Anomalie kolorystyczne Montale cz. 1: Red Vetyver

 .
Ostatnio Werka wspomniała o wetiwerze. Potem Teza pytał o zapachy Montale. Dziś słów parę na zasadzie luźnych skojarzeń. Trzeci wetiwer w tym miesiącu - po zachwycającym Coeur de Vetiver Sacre i ewidentnie niedorobionych płodach umysłu Gezy Schoena, dziś pora na wetiwer przyzwoity.

Zastanawiałam się od jakiegoś czasu, czy Montale ma w swojej ofercie coś, co na mojej skórze ułoży się ładnie od początku do końca. Aoudy tej firmy powoli zaczynają budzić mój opór i przyznaję, że obawiając się kolejnych rozczarowań po prostu unikam testów. Wetiwer to nuta skrajnie odmienna - wymaga innych środków, tworzy inny klimat, inaczej reaguje z chemią skóry. Jest nadzieja.


Red Vetyver
Montale


Jeśli nadzieja umiera ostatnia, to tym razem jeszcze pożyje. Red Vetyver zaczyna się ładnie, rozwija się ładnie i ładnie się kończy. Lekkością nie grzeszy, ale tym razem nie mogę Pierre'owi Montale zarzucić stworzenia olfaktorycznego kloca, jak to robiłam kilka razy poprzednio.

sobota, 27 listopada 2010

Patchouli Reminiscence

.
Dziś wodujemy okręt flagowy firmy Reminiscence, czyli Patchouli. Wersję klasyczną, przez samą firmę Reminiscence ochrzczoną mianem Reminiscence's Soul.

Zapach występuje także jako Elixir de Patchouli (intensywniejsza wersja) oraz Eau de Patchouli (wersja lżejsza), które różnią się od klasyka jedynie stężeniem substancji zapachowych. Przynajmniej wedle informacji na stronie producenta.


 Imagine...


Paczula od zawsze uważana była za zapach w stylu "love and peace".

Amerykańscy i europejscy hippisi przejeli tę symbolikę z tradycji malezyjskiej i indyjskiej, w której paczulowy olejek towarzyszył obrzędom mającym sprowadzać pokój oraz urodzaj. Jako substancja kojarzona nie tylko z miłością duchową, ale też z miłością fizyczną, witalnością i wolnością stała się paczula wymarzonym symbolem ruchu hippie.

czwartek, 25 listopada 2010

Baudelaire Byredo

 .
I znów perfumy noszące imię, wobec którego nie potrafię pozostać obojętna. Poeta przeklęty, piewca brzydoty, mesjasz grzechu, trucizna dla duszy, wieczna udręka sumienia... Moralista i kusiciel, diabeł i zbawca. Baudelaire.

Jego "Kwiaty zła" stały się symbolem braku poszanowania dla moralności i dobrych obyczajów, a "Rozprawa o winie i haszyszu" i "Poemat haszyszu", które wraz z "Wyznaniami angielskiego zjadacza opium" De Quinceya tworzą "Sztuczne raje" do dziś pozostają jednym z najlepszych, pochodzących z pierwszej ręki opisów działania środków psychoaktywnych. No i zawierają przepis na haszyszowe konfitury!


Nudne raje


"Świat perfum" online

 .
Ciekawostka dla tych, którzy mają sporo wolnego czasu.


Na VoD w Onet.pl dostępne są pełne trzy odcinki filmu dokumentalnego "Świat perfum":


Nie jest to dzieło odkrywcze, ale jeśli ktoś ma ochotę zapoznać się z podaną w przystępny sposób historią perfum - ma świetną okazję. Ja przyznaję się na razie do obejrzenia pierwszej części, ale gdy znajdę wolną godzinę, czy dwie - wrócę do tematu.
W filmie cała plejada prawdziwych perfumeryjnych gwiazd, między innymi, Jean-Paul Guerlain, Serge Lutens, Jacques Cavallier, Jacques Polge.

Co myślicie?

środa, 24 listopada 2010

Eau Duelle Diptyque

 .
Nie chcę wyjść na osobę chwiejną emocjonalnie, która najpierw wszystko chwali, a potem wszystko hurtem gani. Jakoś tak się złożyło, że ostatnie cztery recenzje były krytyczne, ale wynika to trochę z braku czasu. Łatwiej jest napisać, dlaczego mi się dany zapach nie podoba, niż opowiedzieć o czymś, co jest nie tylko dobrze skonstruowane, ale też piękne. Bo opisywanie piękna to zawsze odpowiedzialność. Przynajmniej ja tak to czuję. Zwykle towarzyszy mi obawa, że recenzja będzie płaska, bez wyrazu; że nie dam rady opowiedzieć tego, co czuję: nie tylko emocjonalnie, ale przede wszystkim "nosem".

Tym razem z premedytacją sięgnęłam po zapach, o którym wiem, że mi się spodoba. Po to właśnie, by przerwać serię recenzji "czepialskich".

Eau Duelle nie jest arcydziełem strukturalnym, misterną, olśniewającą konstrukcją, która onieśmiela i rzuca na kolana. Eau Duelle jest ładne. I tym razem jest to zaleta.


Pojedynek leniwców 
czyli opowieść o walce bez walki


Eau Duelle z wyczuciem balansuje między jasnością, a mrokiem; zmysłowością, a łagodnością; kobiecością i męskością. Nie jest to jednak balans linoskoczka, pełna niepokoju, niepewna równowaga, która stawia zmysły w pogotowiu i każe czuwać nad każdym oddechem. 
Noszenie Eau Duelle jest łatwe. Oczywiste jak ludzka natura, która czyni nas istotami niewinnymi i podstępnymi zarazem.

Odin 04 - Petrana

 .
Inspiracją dla tego zapachu miała być pustynna flora Jordanii, konkretnie zaś niezwykły aromat kwiatu będącego symbolem tego kraju: czarnego irysa petrana.

Od razu na wstępie napiszę, że pustynnego klimatu, charakte- rystycznej suchości i żaru oddać się nie udało. W kwestii aromatu tej konkretniej odmiany irysa wypowiedzieć się nie jestem w stanie, bo zapachu irysa petrana poznać nie miałam okazji.
Udało się za to stworzyć zapach ładny. Bardzo ładny. Za ładny!


Odin's baby sister


Otwarcie jest kwiatowe, lekko owocowe, umiarkowanie słodkie, nader przyjazne. Nuty delikatnego, owocowego likieru (a może soku tylko?) ślicznie współgrają z miękkim aromatem heliotropu i leśnych fiołków odrobinę tylko doprawionym szczególnym, borówkowym aromatem różowego pieprzu.
Zapach od początku jest ciepły, lecz nie gorący, słodki, lecz nie ulepny, smakowity, lecz nie spożywczy. Mówiąc wprost: akuratny, bez ekstremów.

wtorek, 23 listopada 2010

Perfume Bond No.9

.
Oto i Bond No.9 ma swojego własnego agarowca.

Późno trochę. Sprytniejsze, bardziej rzutkie firmy wyczuły rynek wcześniej i mam wrażenie, że Bond trochę został za peletonem, ale przecież póki zapach wart jest grzechu, można firmie wybaczyć brak refleksu.
Pytanie tylko, czy ten jest grzechu wart. I jakiego?


Pop No.9: 
popelina, popłuczki, popsuty oud


Pierwszy, bloterowy test wypadł fatalnie. Zapowiadanych mocnych przeżyć brak. Chyba, że poczucie zawodu się liczy.

Czy jeśli napiszę, że pośród kilku pachnących bloterków nie byłam w stanie rozpoznać, któryż to z nich pachnie owym rzekomo agarowym cudem, to będzie to wystarczające świadectwo mojego rozczarowania?

poniedziałek, 22 listopada 2010

Jak zepsuć wetiwer: Molecule 03 i Escentric 03 Escentric Molecules

 .
Pod koniec 2010 roku Geza Schoen daje nam możliwość poznania kolejnej wonnej molekuły - octanu wetiwerolu. Para nowych zapachów Escentric Molecules powstała według tego samego schematu, co poprzednie ekscentryczne "numerki": pierwszy z zapachów, Molecule, pozwala nam poznać molekułę w czystej postaci, drugi zaś, Escentric, jest przykładem kompozycji opartej na tym samym składniku.


Octan wetiwerolu tym różni się od składników, na których bazowały poprzednie pomysły Schoena, że nie jest rzekomo składnikiem syntetycznym, lecz chemicznie oczyszconym olejkiem wqetiwerowym. Co prawda na stronach Basenotes czy ThePerfumedCourt widnieje informacja, że to syntetyczny odpowiednik wetiweru, można też go znaleźć na listach syntetycznych składników perfumeryjnych oferowanych przez firmy chemiczne takie jak Fleurchem*, jednak w tym przypadku zaufam bezpośredniemu producentowui, czyli Gezie Schoenowi, który w wywiadzie udzielonym Michelyn Camen z Ca Fleure Bon o swoim nowym pomyśle mówi tak:
Molecule 03 to roztwór octanu wetiwerolu, składnika, do uzyskania którego punktem wyjściowym jest olejek wetiwerowy. W procesie chemicznego oczyszczania usunięte zostają dymne, ciemne nuty. To, co zostaje to gładki, elegancki aromat suchego korzenia wetiweru.
Ubocznym rezultatem tego procesu jest pojawienie się nuty zapachowej przypominającej nieco zapach grejpfruta, która daje Molecule 03 szczególny akord górny, który szybko gaśnie pozwalając na pełny rozwój pięknego, drzewnego aromatu wetiweru, który wszyscy tak cenimy.
 I oto udziela nam pan Schoen lekcji poglądowej, jak zepsuć wetiwer przez obróbkę chemiczną, oraz jak zepsuć go jeszcze bardziej nieumiejętnie mieszając z innymi składnikami perfumeryjnymi. 
Miłej lektury. Wąchanie boli.

niedziela, 21 listopada 2010

Portrait of a Lady Editions de Parfums Frederic Malle

Oto kolejna róża wyrasta na moim poletku. Jeśli sądzicie, że wzięłam się za Portrait of a Lady Dominique Ropiona dlatego, że to niedostępna jeszcze nowość to... Macie rację. Jednakże fakt, że w składzie mamy kadzidło i cynamon również nie jest bez znaczenia.

Próbka leży w pudle już drugi tydzień - nadspodziewanie długa i wyczerpująca choroba sprawiała, że nie ufałam swoim zmysłom wcześniej. Przepraszam Was za długi przestój, wychodzę jednak z założenia, że lepiej nie napisać niczego, niż wrzucać w sieć byle co.


Stylizowany portret róży


Pierwsze wrażenie po otwarciu próbki... Róża. Taka normalna, różana.
- Oj, niedobrze - pomyślałam.
Ostrożnie, z pewnym wahaniem rozlałam kilka aromatycznych kropel na skórę, bez wielkiej niecierpliwości odczekałam aż ulotni się alkohol, a zapach rozgości na ciele, a potem zrobiłam pierwszy, spokojny, długi wdech.

poniedziałek, 15 listopada 2010

Jak wybrać perfumy

...dla siebie.

Praktycznie codziennie pojawia się w mojej skrzynce kilka pytań od Czytelników i większość oscyluje wokół tego właśnie tematu. Czym powinnam/powinienem pachnieć? Co do mnie pasuje? Jaki zapach polecasz? Jakie perfumy będą najlepsze dla mnie? 
I tu zwykle następuje kilka słów charakteryzujących dana Osobę. Przyznaję, zwykle są to opisy nietypowe, skreślone z pomysłem, czasem wsparte muzyką, czasem nawiązaniem literackim i co najważniejsze: rzeczywiście sprawiające wrażenie, że nadawcy są osobowościami nietypowymi, których lista przebojów z Sephory czy Douglasa raczej nie zadowoli.

Siedzę więc i dumam. Czasem odkładam takiego maila parę dni, czytając, czekając na pomysł, czytając znów...

 

Naprawdę staram się odpisywać i naprawdę staram się pomagać, jednak zawsze piszę, że moja pomoc to tylko propozycje, i że nie należy brać sobie ich zbytnio do serca. Dlaczego? Bo nie da się wybrać perfum dla kogoś. Na podstawie dotychczasowych wyborów (jeśli je poznam) mogę z grubsza określić grupę zapachów, które wchodzą w rachubę, mogę spekulować i snuć hipotezy, ale to zawsze będzie ruletka. Bo perfumy należy sobie wybrać samemu.

Najważniejszym kryterium wyboru zapachu jest nasz gust. Zapach ma nam się podobać i mamy się w nim dobrze czuć.

Tym razem w cyklu Frequently Asked Questions kilka nietypowych rad dotyczących wyboru zapachu. 

wtorek, 9 listopada 2010

Eau du Fier Annick Goutal

 .
Zastanawiałam się, czy w ogóle ma sens podejmować ten temat. Zapach jest niedostępny bardziej, niż wszelkie inne wycofane, niedostępne kompozycje. Zdobycie go graniczy z cudem, a i tak nikt go nie chce. Dziwne? W przypadku Eau du Fier Annick Goutal wszystko jest dziwne.

Dziwne jest to, że dom perfumeryjny specjalizujący się dotychczas w kompozycjach mało ekstremalnych wypuścił TAKIE COŚ. I to 10 lat temu, kiedy ułańska fantazja Isabelle Doyen była jeszcze mocno temperowana przez córkę Annick - Camille. A może to właśnie przez wybryk, jakim na tle pozostałych zapachów AG było Eau du Fier Isabelle została przystopowana na tyle lat?
Dziwne jest, że zapach wycofano tak rychło po premierze. Musiał naprawdę nikt, ale to nikt go nie kupować... Dziwne jest, że na aukcjach nieomal nie pojawiają się flakony z drugiej ręki. Choć fakt, że nikt ich nie chciał kupić może być wyjaśnieniem tej tajemnicy.


Let him who hath understanding 
reckon the number of the Beast...*



niedziela, 7 listopada 2010

Emir G. Nejman/M.Micallef

 .
Emir Geofreya Nejmana jest zapachem łatwej urody. Pisałam już: człowiek wącha i czuje, że ładne. I wbrew obiegowym opiniom, to jest zaleta. Przynajmniej moim zdaniem.

Wielokrotnie zetknęłam się z teorią, że sztuka prawdziwie wartościowa musi być "wymagająca", czyli wymaga pracy i wysiłku. Czasem tak jest, przyznaję - na przykład trudno (chyba) jest zrozumieć Picassa z okresu, kubizmu bez pewnej podbudowy teoretycznej, ale to, moim zdaniem, wyjątek, nie reguła.
Wczoraj, podczas rozmowy, jedna z moich znajomych powiedziała, że większość jej ulubionej muzyki przy pierwszym przesłuchaniu w ogóle jej się nie podobała. Hmmm... - pomyślałam - Skoro Ci się nie podobała, to co sprawiło, że do niej wracałaś?
Nie słucham muzyki pop (choć uznaję, że w tym nurcie, podobnie jak w każdym, powstają arcydzieła), nie czytam romansów, nie śledzę popularnych trendów w ubiorze, nawet perfumy lubię nietypowe - ale to wciąż nie znaczy, że moje wybory nie są łatwe. Dla mnie są.
Będącego jednym z moich ulubionych kompozytorów Niccolo Paganiniego odkryłam w podstawówce. Pani od muzyki przyniosła na którąś z lekcji płytę. Był na niej między innymi Kaprys 24 a-moll Paganiniego, jeden z "Tańców Węgierskich" Brahmsa i fragment "Obrazków z wystawy" Musorgskiego ("Gnomus", "Promenada" i coś tam jaszcze) i wtedy, jako jedenasto- czy dwunastolatka wiedziałam już, że to jest muzyka "moja", że tę pokocham i nie ma innej opcji. A wykształcenia muzycznego ani obycia z klasyką nie miałam żadnego. Rozumiecie?


Mężczyzna orientalny

 

Emir to kompozycja przyprawowo - drzewna. Ciepła, korzenna, orientalna i bardzo perfumeryjna.

Spotkanie z twórcą zapachów Micallef i G. Nejman w Quality - konkretna godzina

Od piątku na stronie Perfumerii Quality pełna informacja dotycząca spotkania. Pozwalam sobie zacytować i zalinkować. Przepraszam, że z takim opóźnieniem, ale weekend swoje prawa ma. Dopiero wstałam. :)


Perfumeria Quality serdecznie zaprasza na wyjątkowe spotkanie! Już 18 listopada o godz. 17.30 w C.H. Blue City spotkają się z Państwem twórcy marki M.Micallef: perfumiarz Geoffrey Nejman i malarka Martine Micallef. Prawdziwi zawodowcy i świetne małżeństwo! 

Cieszymy się tym bardziej, że ich najnowszy męski zapach Emir otrzymał nagrodę Doskonałość Roku Twojego Stylu 2010. 


W trakcie spotkania nasi goście:
- opowiedzą o wspólnej pasji, inspiracjach i upodobaniach
- zdradzą jak wygląda ich praca nad zapachami
- zaprezentują najnowsze propozycje: męski Emir i kobiecy Jewel
- a na koniec… wylosują nagrodę wśród osób, które tego dnia dokonają zakupu w Perfumerii. 

Prosimy o potwierdzenie uczestnictwa na adres: perfumeria@missala.pl  lub nr tel. 22 3117231

Link do informacji na stronie: http://www.perfumeriaquality.pl/

piątek, 5 listopada 2010

Black Cube Ramon Molvizar



Zapachy Ramon Molvizar to dla mnie lekcja pokory i nauczka na przyszłość.
Przeglądając informacje o firmie i (co istotne) oglądając zdjęcia zbytkownych flakonów, myślałam głównie o tym, że to bardziej błyskotki, niż perfumy. Że jeśli we flakonie pływają opiłki złota, to nie ma opcji, żeby zawartość była w moim guście.

No i pokarało mnie. Pokarało mnie perfidnie, bo w jedynym zapachu tej firmy, który naprawdę chętnie widziałabym na swojej półce rzeczywiście złota nie ma. Jest platyna! I, oczywiście, są to najdroższe perfumy z kolekcji.

O który zapach chodzi doprawdy nietrudno zgadnąć.

Przyprawy, drewno i oczywiście agar. Black Cube. Czarne Pudełko Pandory...

czwartek, 4 listopada 2010

Spotkanie z twórcą zapachów Micallef i G. Nejman w Quality

.
Ależ ja mam nosa!
I niech nikt mi nie mówi, że mam niszowy gust, bo okazuje się, że gust mam całkiem normalny, żeby nie rzec, że pop.

Podczas mojej ostatniej bytności w Quality dokonałam krótkiego przeglądu nowości i uwagę moją zwrócił Emir Goeffreya Nejmana. Poprosiłam o próbkę, więc recenzja lada dzień.

Tymczasem okazuje się, że został Emir Doskonałością Roku Twojego Stylu.


W kategorii zapachów ekskluzywnych tytuł Doskonałości Roku otrzymały perfumy Sensuous Noir Estee Lauder.
Wśród zapachów męskich za najdoskonalsze uznano Voyage d'Hermes firmy Hermes jako zapach dzienny oraz właśnie Emir G.Nejman jako zapach na wieczór.
Najdoskonalszym zapachem popularnym ogłoszone zostały Reveal by Halle Berry.


A piszę to wszystko nie po to, żeby się pochwalić popularnym gustem.

Ciel d'Airain Huitième Art Parfum

.
Drugi z zapachów "owszem" jest znacznie bardziej "owszem", niż opisywany wczoraj Aube Pashmina. Prawdę mówiąc, naprawdę mi się podoba. Choć nowatorstwo tego rozwiązania jest dyskusyjne.


Na gruszę

Gościu, siądź pod mym liściem, 
a odpocznij sobie!*


Ciel d'Airain zapowiadane było jako zapach gruszy. Drzewa, nie drewna.
W wywiadzie udzielonym Michelyn Camen** sam twórca mówi o swoim dziele w ten sposób:
Zapach Ciel d'Airain to próba przedstawienia nowego (dla perfumiarstwa) drzewa - gruszy w sposób, w jaki l'Artisan czy Diptyque uczyniły to piętnaście lat temu z figowcem. Ekstrakty ze świeżych owoców połączone z izomaślanem fenoksyetylu*** (składnikiem chemicznym o jabłkowym aromacie) pozwalają z uderzającym realizmem ukazać drzewo gruszkowe: owoce, liście i drewno.
I powiem Wam, że trafił Guillaume dokładnie w cel, w który mierzył.

środa, 3 listopada 2010

Aube Pashmina Huitième Art Parfum

 .
Flakony Huitième Art Parfum są już w drodze do Polski, lada moment pojawią się na stronie Quality. Wrócę na chwilę do tej marki, bo to przecież gorący temat.

Z kompozycjami, które po wstępnych testach wydały mi się najbardziej obiecujące już się rozprawiłam, teraz pora na zapachy, które określiłam jako "owszem".


Schadzka z badylarzem


W Aube Pashmina Pierre Guillaume przedstawia nam kolejną wonną molekułę, której syntetyczny urok winien omamić nas i uwieść: satynowe drewno (satinwood). Wbrew temu, co podejrzewałam początkowo, nie chodzi tu o gatunek drzewa rosnącego na Cejlonie (drzewo satynowe wschodnioindyjskie) lub Jamajce (zachodnioindyjskie), lecz o syntetyczny składnik wedle opisów pachnący jaśminem i pomarańczą. I coś w tym jest. Mimo braku jaśminu czy pomarańczy w nutach, w Aube Paschmina wyczuwalne są aromaty kwiatowe i słodycz dojrzałych pomarańcz.

Oczywiście na satynowych pomarańczach kompozycja się nie kończy. Prawdę mówiąc - nie zaczyna się od nich także.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Coeur de Vetiver Sacre l'Artisan Parfumeur

.
Nowy zapach l'Artisan Parfumeur wszedł na perfumeryjne salony z wielkim hukiem. Budzi zachwyt powszechny, recenzje ma entuzjastyczne, na forach wrze.
Jako przekorna dusza, podeszłam do kompozycji Carine Vinchon (która wcześniej dała nam się poznać między innymi jako autorka L'Eau de Jatamansi) z dystansem, sądząc, że jeżeli coś zachwyca wszystkich, to z zasady musi być ładne i względnie bezpieczne. Kombinowałam więc, że mnie pewnie na kolana nie rzuci, bo przecież gust mam nieco nietypowy.

Potem, stojąc nad patelnią wypełnioną po brzegi smażonymi pieczarkami, wymyśliłam sobie, że jeszcze bardziej stylowo będzie, jeśli napiszę to, co powyżej i przyznam, że się myliłam...



Kochanek Bogini


Pierwszy akord nie pasował do żadnego z przewidywanych przeze mnie scenariuszy.

niedziela, 31 października 2010

Odin 03 Century

.
Mogłabym napisać coś w stylu "zaczynałam już obawiać się, że żaden z zapachów tej pięknie nazwanej marki nie zachwyci mnie na tyle, by go zapragnąć...", ale byłoby to kłamstwo.
Od pierwszej lektury nut wiedziałam, że to Century okaże się moim ulubionym Odinem i że jeśli którykolwiek z zapachów tej marki ma szansę spowodować żywsze bicie mojego rozmiłowanego w aromatach drzewnych serca, to ten właśnie.


Obrazki z mitologii nordyckiej:

Yggdrasil


Od pierwszego momentu, pierwszego, czujnego wdechu Trzeci Odin jest "mój", choć opis producenta określający Century jako "nowoczesny szypr" bynajmniej na to nie wskazywał.

Pojawiający się od razu w otwarciu i trwający aż do końca tej perfumeryjnej opowieści zapach brzozowego drewna czyni lekko dymne, drzewno - mszyste Century kompozycją wyjątkową.
Zapach brzozy jest bardzo charakterystyczny: jasny, jak na drewno dość przestrzenny, przypominający nieco doprawione kamforą olibanum. Nie oznacza to, ze jest ostry, czy nieprzyjemnie chemiczny. Jest chłodny i gładki jak atłas. Albo brzozowa kora.

Tutaj niezwykłe właściwości brzozowego aromatu podkreślone zostały podbijającym przestrzenne nuty olejkiem cyprysowym oraz odrobiną ledwo wyczuwalnej w tym towarzystwie mięty, dodatkowo "ucywilizowanej" odrobiną suchej, niekwiatowej lawendy. 
Na drugim krańcu zapachowego spektrum odnajdujemy nuty ciepłe, słodko - dymne, otulające. Mieszanka aromatów drzewnych z wyraźnie wyczuwalnym cedrem podbita została złotą, łagodną ambrą i delikatnym piżmem.

Pomiędzy tymi dwoma, pozornie tylko sprzecznymi akordami spokojnie, jak dym w nieruchomym powietrzu snują się aromaty żywiczne i kadzidlane (mirra, olibanum, benzoes, być może odrobina opoponaksu) przepięknie współgrające zarówno z akordem otulającym, jak i z przestrzennym.
Ostateczny charakter kompozycji nadaje mech dębowy, genialnie tu pogłębiony paczulą i aromatem jasnej skóry. Nie wiem tylko, czy dodatek mchu dębowego i paczuli automatycznie czyni z Century szypr...


Definicje i klasyfikacje nie mają dla mnie znaczenia. W tym przypadku bardziej nawet, niż w innych. 
Trzeci Odin jest zapachem jednocześnie chłodnym i ciepłym. Wrażenia te nie mieszają się, nie równoważą - są odbierane jednocześnie, lecz "osobno". Przypomina to trochę jedzenie lodów z gorącą polewą, albo gorącej szarlotki z lodami. Nie wiem, czy to dobrzy przykład, bo Century nie ma żadnych cech kompozycji typu gourmand, ale inaczej tego zobrazować nie potrafię.

Kompozycja jest lekka, przestrzenna, niech będzie, że nowoczesna, ale jednocześnie pełna, wielowarstwowa, bogata. Napisałabym, że nieuciążliwa, ale byłby to dla Kevina Vespoora afront. Nie stworzył bowiem zapachu, który po prostu nie przeszkadza. Stworzył coś naprawdę interesującego i, z mojej perspektywy, pięknego.

Tym razem nie miałam najmniejszego problemu ze znalezieniem opowieści ilustrującej zapach. Właściwie... Nawet nie musiałam szukać.


Oto młody, jednooki już Odyn, wciąż pragnąc mądrości, wiedzy i prawdziwej władzy nad światem, dociera do wielkiego pnia Yggdrasila - axis mundi. Odkłada broń, zdejmuje zbroję, zrzuca odzienie i bezbronny, własną włócznią przybija się do drzewa łącząc w ten sposób z magicznym zdrojem mądrości. Nie na stulecie (century), lecz na dziewięć długich dni i nocy.

Trzeci zapach Odin to opowieść o oczekiwaniu, o pełnym treści bezruchu, przepływie magii. 
Przybity do potężnego pnia Drzewa Życia, swoje cierpienie i szczęście przeżywa nagi Bóg. Jego gładką skórę owiewa wiatr, jego wnętrze rozgrzewa wsączająca się weń magia. Pieśń po pieśni, runa po runie, opowieść po opowieści... Wiedza i moc czynią z Odyna boga, który zdolny będzie poznać ludzkie myśli i serca jak żaden inny.

Kiedy przestajemy wpatrywać się w błękitne tęczówki Boga Wisielców widzimy, że drzewo do którego przykuty jest Odyn jest siwe. Zupełnie.*
Bo w opowieści Vespoora Yggdrasil jest brzozą, nie jesionem.


Data powstania: 2009
Twórca: Kevin Verspoor

Nuty zapachowe:
srebrna brzoza, cyprys, mięta, wetiwer, mirra, paczula, piżmo, mech dębowy, ambra


* Parafraza zakończenia wiersza Zbigniewa Herberta "Apollo i Marsjasz"
** Pierwsza ilustracja:
"Yggdrasil" Margy Nelson
*** Druga ilustracja: "Yggdrasil" Claire Jones
**** Trzecia ilustracja pochodzi z albumu "Mirage" Borisa Vallejo

sobota, 30 października 2010

Odin 02 Owari

.
Pisałam już, że lubię pisać seriami. Lubię też snuć gawędy. Opowiadać historie, malować obrazy. Tym razem nazwa firmy jest tak nośna, że mogłabym stworzyć dziesiątki opowieści... Tylko zapachów nie ma aż tyle. :)

Owari to historyczna prowincja Japonii. Zapach opisywany jest jako transparentny, cytrusowy, słodki... Przyznaję od razu, że gdyby nie nazwa firmy, prawdopodobnie nawet nie wszedłby w fazę testów.
To źle, oczywiście, bo ileż można pisać o zapachach kadzidlanych i drzewnych. Zasób słów mi się kończy. ;)



Obrazki z mitologii nordyckiej:

Idun


Otwarcie zaskoczyło mnie nutą zielonej herbaty. Bardzo wyraźną i ładną.
Po kilkunastu dosłownie sekundach w herbaciany aromat wplatać się zaczynają cytrusy. Najpierw pojawia się naturalna i oczekiwana w tym kontekście bergamotka, później coraz wyraźniej brzmi niejednolity akord mandarynkowo - cytrynowy dający naprzemiennie wrażenie słodkiej kwaśności i kwaskowej słodyczy.

Po kolejnych kilku chwilach, kiedy nasz zmysł węchu przyzwyczai się do dziwnej, lecz przyjemniej cytrusowej przeplatanki - wraca aromat herbaty. Suche, niefermentowane listki sowicie doprawione bergamotową skórką, lekkie, jasne nuty drzewne i delikatna, transparentna baza - ten zapach mógłby nazywać się Nagoya Tea i być japońskim bratem Russian Caravan Tea I Hate Perfume! Rożni je słodka mandarynka i brak typowej dla zapachów Brosiusa nutki wędzarniczej w Owari. Reszta jest nieomal identyczna, choć przyznaję od razu, że kompozycja Odin jest zdecydowanie ładniejsza i mniej dziwna. I zarazem mniej interesująca.

Długo i tęsknie wyglądałam hegemonii nut bazy. Nie nadeszła. Panowanie lekkich, musujących cytrusów trwa aż po kres życia Owari na skórze. I tu przyznać muszę, że jak na kompozycję cytrusową, rzeczywiście transparentną i lekką jest ona dość trwała - zapach jest wyraźnie wyczuwalny przez trzy do czterech godzin, a ślad po nim nawet dłużej. Jeśli więc tego właśnie szukacie szukacie... Testujcie i radujcie się. :)


Zastanawiałam się, czy istnieje moment w życiu Odyna Płonącookiego, Dawcy Życzeń, Pana Poległych, który mógłby stać się ilustracją dla tej olfaktorycznej ślicznoty i... Niekanoniczny, ale znalazłam.

Wszyscy wiemy, że bogowie, nawet Ci najwięksi, nie są nieśmiertelni z natury. Nieśmiertelność nie jest immanentną cechą nordyckiego boga - uzyskuje ją dopiero dzięki jabłkom Idun, pięknej córki karła Iwaldiego. Skoro zaś Odyn wraz z towarzyszami wciąż czeka na Ragnarök - oczywiście musiał Idun odwiedzać nie raz.

Wyobraźmy więc sobie dzień, w którym Odyn Podstępny - Bilejgr Chytrooki - Grimr w Masce - Fałszywie Patrzący przybywa do ogrodów ślicznej Idun. Pamiętajmy, że pił Miód Skaldów i słowami czarować potrafił jak nikt. Pamiętajmy także, że jego urokowi nie oparła się nawet posiadaczka naszyjnika Brisingamen.

Przybywa więc Odyn Jaśniejący w lśniącej zbroi, przemawiając gładkimi słowy i niosąc szczodre dary. Wszak nieśmiertelność warta jest tego, by użyć każdej ze zdobytych z trudem umiejętności.. Czyż Bogini Wiosny mogłaby mu odmówić?


Data powstania: 2009

Nuty zapachowe:
Nuta głowy: mandarynka z Owari, zielona bergamota, liście grejpfruta
Nuta serca: pieprz, amyris, neroli
Nuta bazy: cedr, ambra, piżmo


* pierwsza ilustracja z enchantedcanvas.com
** druga z zasobów Wikipedii: "Idun i jabłka" J. Doyle Penrose

piątek, 29 października 2010

Odin 01 Nomad

Pojawienie się na polskim rynku kolejnej niszowej marki to zawsze powód do radości. Tym razem pretekstem do serii recenzji jest polska premiera zapachów Odin, którą zapowiedziała Neoperfumeria Galilu.



Odin to dość szczególna firma. Powstała w 2004 roku jako pojedynczy butik na nowojorskim Manhattanie i jest jednym z pierwszych na świecie "butików lifestyle'owych" (lifestyle boutique) - zindywidualizowanych, lansujących unikalny styl, proponujących szeroko pojęte doradztwo i kompleksową opiekę stylistyczną. Co ważne - Odin ofertę swą kieruje do mężczyzn.
Także perfumy Odin charakteryzowane są jako "kompozycje męskie, które mogą być noszone także przez kobiety". Kobiety dziękują. ;)

A poważniej - moim zdaniem "Odiny" to zdecydowanie unisexy, i to unisexy w najlepszym tego słowa znaczeniu: zmieniają swój charakter dostosowując się do chemii skóry, dobrze brzmią i na macho, i drobnej niewieście, doskonale asymilują się z nosicielem, nie odstają, nie sprawiają wrażenia przebrania.


Obrazki z mitologii nordyckiej:

Gunnlöd


Pierwszy zapach Odin jest opowieścią o odpoczynku wędrowca.

Otwiera go akord zielony, świeży, przestrzenny. Łagodne, pozbawione zarówno kwasku, jak i słodyczy nuty cytrusowe, szlachetny zapach jałowca oraz gniecione cedrowe gałązki tworzą świetlistą otoczkę okrywającą kremowe jądro kompozycji, na które składa się nie tylko przepięknie wydobyty aromat bobu tonka, ale także łagodne nuty drzewne i balsamiczne (ze wskazaniem na balsam tolu), odrobina wanilii oraz jasne, puszyste piżmo. Złożenie tych dwóch pozornie kontrastowych, a jednak tu idealnie do siebie dopasowanych aromatów tworzy nową jakość: zapach świetlisty i zarazem otulający. Puszysty, lecz przestrzenny.

Pomiędzy tymi niezwykłymi olfaktorycznymi warstwami, jak inkluzja w bursztynie tkwi nuta serca. Jak serce - przy przelotnym kontakcie niezauważalna, daje kompozycji życie, nadaje jej ostateczny charakter.
Nietypowe, idealne zbalansowane nuty przyprawowe bazujące nie na pieprzu, lecz na laurze, kardamonie i krztynie gorzkawych ziół, na męskiej skórze stają się lekko pikantne, ekspansywne, szorstkie, na kobiecej zaś łagodnieją, cichną, stając się ledwie zmysłowym szeptem. Lekko miodowy aromat heliotropu połączony z jasnym zapachem rumianku ujawnia się wyraźniej w zetknięciu z chemią kobiecego ciała, w żadnej jednak opcji nie czyni z Nomada perfum kwiatowych, czy klasycznych.

Nuty głowy, serca i bazy nie stanowią tu etapów rozwoju kompozycji, lecz brzmią jednocześnie tworząc niezwykły, niemożliwy do opisania akord. Nie liczy się czas, lecz jedynie przebyta droga. Wąchając 01 Nomad odnosimy wrażenie, jak gdybyśmy byli u początku i u kresu wędrówki jednocześnie. Odczuwamy nadzieję początku i spełnienie kresu.

A podróż nasza jest piękna, jak w pieśni skalda. Nie ma w Nomadzie zmęczenia, potu, bólu poranionych stóp, nie ma zbójców, burz i zimnych nocy pod gołym niebem. Jest mit.


W tej opowieści Odyn nie zasiadł jeszcze na swym tronie w Asgardzie. Jest wciąż bogiem młodym, pragnącym mądrości i piękna.

Tym razem znajdujemy go w jaskini Suttunga, w objęciach zakochanej, złotowłosej Gunnlöd. Dni płyną spokojnie, młoda olbrzymka nakładając bransolety na ramiona i wplatając we włosy kwiaty nie wie jeszcze, że jej kochanek nie przybył tu w poszukiwaniu miłości. 
Lada dzień pozwoli mu skosztować Miodu Skaldów i straci go na zawsze. Ale jeszcze nie dziś... Dziś szepcze mu do ucha najpiękniejsze wiersze i słucha miłosnych zaklęć.

Trwaj chwilo, jesteś piękna.*


Data powstania: 2009
Twórca: Kevin Verspoor


Nuty zapachowe:
Nuta głowy: cedr, bergamota, jagody jałowca
Nuta serca: tajemnicza palmerosa (która wedle wskazań mojego nosa popartych znalezionymi w sieci informacjami jest najprawdopodobniej po prostu trawą cytrynową), heliotrop, pieprz
Nuta bazy: piżmo, sandałowiec, bób tonka



* To oczywiście "Faust" Johanna Wolfganga von Goethego

** Druga ilustracja: Johannes Gehrts "Odin with Gunnlöd"
*** Portret Gunnlöd autorstwa Andersa Zorna

środa, 27 października 2010

Vamp à NY Honoré des Prés


Tuberoza.
Uprawa tej kapryśnej rośliny wymaga naprawdę sporo zachodu, a uzyskany z niej olejek jest jednym z najdroższych ekstraktów zapachowych na świecie. Ja nie wiem, naprawdę, czy warto się fatygować... :]

O ile marchewka czy kokos w składzie są w stanie mnie zachęcić, to Nowojorski Wamp załapał się na test wyłącznie prawem serii. I dobrze, że tak się stało, bo choć to wciąż zapach zdecydowanie nie dla mnie, to jednak jest to kompozycja warta kilku chwil uwagi. 

Układ nut równie prosty i bezpretensjonalny, jak w poprzednich zapachach z serii We Love NY: I Love les Carottes i Love Coco. Historia w sumie prosta, tylko temat...Cięższy. Tuberozowego aromatu nawet dwie afrykańskie jaskółki nie uniosą. W przeciwieństwie do kokosa. ;)


Jakie czasy
takie wampy


Otwarcie zaskoczyło nawet mnie, choć przecież poprzednie rozdziały nowojorskich opowieści Olivii Giacobetti powinny przygotować mnie na to, że kompozycja nie będzie barokowa.
Tym razem mamy do czynienia z tuberozą lekką, cytrusową nieomal, świeżą. Nie ma w nutach cytrusów, jednak ja skłonna jestem twierdzić, że sama tuberoza takiego otwarcia nie da: ożywiona została nutką przypominającą połączenie cytrynowej gumy do żucia (wiecie, ile zajęło mi zidentyfikowanie tego zapachu?!) z listkami melisy. Bardzo przyjemny kontrapunkt dla statycznego, ociężałego, kwiatowego aromatu.

Niestety, ożywiające kompozycję promyki szybko gasną, ślad pogodnej słodyczy znika, tuberoza obejmuje władzę absolutną. Nie jest to jednak tuberoza ujaśminiona, ozłocona ambrą, obciążona metaforycznymi zwałami zbytkownych dodatków. Pozbawiona irytującego dworu brzmi prosto, względnie przystępnie, znośnie dla niechętnego kwiatowym killerom nosa.
Towarzyszy jej systematycznie zyskująca na wyrazistości nuta ciepłej, mlecznej wanilii i ślad czegoś w rodzaju bananowego budyniu.

I to właściwie koniec rozwoju tego zapachu. Trwa sobie Vamp a NY na skórze, po trzech godzinach zostawiając po sobie powidok raczej, niż porządną bazę. Nie zabija, ale też nie zachęca do kontynuowania związku - być może dlatego, że panna Tuberoza ewidentnie nie jest w moim typie.


Jeśli kompozycja rzeczywiście symbolizować ma nowojorskiego wampa, to najpierw mamy okazję ucieszyć się, kiedy zamiast wychudzonej, bladej i śmiertelnie poważnej piękności, na olfaktorycznej schadzce spotykamy pulchną, biuściastą i roześmianą blondynę w typie świnki Piggy (to jest bardzo fajny typ - zawsze lubiłam tę postać i nie miałam pojęcia, co taka sexy świnia widzi w rachitycznym, wymoczkowatym Kermicie). Potem okazuje się, że charakter też owa panna ma w typie Piggy, i to pod tym najgorszym względem: zero dystansu i luzu. Ostatecznie stwierdzamy, że zupełnie nie mamy o czym z nią rozmawiać, bo słuchanie odmienianego przez wszystkie przypadki zaimka "ja" nudzi się człowiekowi nader szybko, nawet jeśli panna posługuje się językiem przejrzystym i zrozumiałym.
A taką niestety opowieść serwuje nam nowojorska tuberoza: trzeba po prostu kochać tę panią, by znaleźć przyjemność w jej monotonnym towarzystwie.



Vamp a NY w specyficzny sposób wpasowuje się w konwencję serii: jest kompozycją prostą, skupioną wokół jednej nuty, eksploatującą tę nutę w sposób nietypowy, choć niekoniecznie rewolucyjny. I tak, jak I Love Les Carottes jest ukłonem w stronę miłośników marchewki, a Love Coco celuje w fanów kokosu, tak Vamp a NY będzie najprawdopodobniej przyjemny dla wielbicieli tuberozy.
Ja wyznam, że żadna z powyższych olfaktorycznych etiud nie podbiła mojego serca. Veni, vidi, recessii.


Data powstania: 2010
Twórca: Olivia Giacobetti

Nuty zapachowe:
tuberoza, wanilia, żywica

wtorek, 26 października 2010

Love Coco Honore des Press

.
Lubię pisać seriami.
Kiedy zaczynam cykl powiązanych ze sobą recenzji lub artykułów, przyjemność sprawia mi "następstwo" postów, celowość działania i przy okazji, brak konieczności rozstrzygania dylematu: "co wybrać w pudła próbek".
Dziś drugi, po wczorajszym I Love les Carottes, zapach z serii We Love NY Honore des Press. Trzeci: Vamp a NY też będzie. :)


 Kokosowy sen


Olivia Giacobetti już raz pokazała, że potrafi pięknie oddać prostą, spożywczą nutę. Że aromatowi kojarzącemu się z przysadzistymi, wysokokalorycznymi słodziakami można dać oprawę szlachetną i delikatną.
Mam oczywiście na myśli cudowne, delikatne i niestety, niedostępne w Polsce Jour de Fete marki l'Artisan Parfumeur, w którym głównym składnikiem jest jasny migdał.

Dla kokosu Giacobetti napisała inny nieco scenariusz - pamiętajmy, że to seria nowojorska, więc perfumeryjna nirwana i błoga niewinność raczej nie zagrają w tej opowieści głównych ról.
Love Coco jest zapachem... Wyluzowanym. We wszelki możliwy sposób. Nie ma w nim potrzeby wywarcia wrażenia, przymusu pachnienia efektownie i atrakcyjnie. Nie ma napięcia, gonitwy nut i wątków, tłoku akordów do wygrania, parady kolejnych etapów perfumeryjnej opowieści, presji ukazania kolejnych niuansów i detali konstrukcji. Giacobetti potrafiła odpuścić, nie dowodzić po raz kolejny, jak misterne olfaktoryczne układanki potrafi tworzyć.

 

Love Coco zaczyna się nutą zieloną, ziołową, lekko pikantną: wymieniona w nutach świeża, zielona kolendra uszlachetniona dodatkiem lauru i krztyny irysa. Ten etap przypomina  mi nieco I Love les Carottes, o których pisałam wczoraj. Tym razem jednak nie chrupiemy marchewki wprost małego z warzywniaka na rogu, lecz w bialym T-shircie z napisem I NY spędzamy letni dzień w miejskim parku. Leżymy na ciepłej, lecz wilgotnej po niedawnym deszczu trawie. Pokojowo nastawione, leniwe miejskie mrówki chodzą nam po włosach, a kudłate, czyste i wyczesane psiaki ocierają się o stopy. Wyobraziliście sobie ten dzień?

Tego właśnie leniwego, słonecznego dnia, leżąc na parkowym trawniku pijemy kokosowego shake'a z wielkiego, tekturowego kubka i patrzymy w niebo, po którym leniwie pełzają białe i puchate jak kokosowa pianka obłoczki.


W miarę jak zapach rozwija się, staje się coraz mniej zielony, akcent przenosi się na nutę kokosową.
Zasypiamy więc w ciepłym słońcu i śnimy o białych poduchach na białym tarasie, wachlarzach z białych piór, drinkach z Malibu i mleka, z białą palemką oczywiście... Dzień wczorajszy nie istniał, dzień jutrzejszy nas nie zaprząta, jest tylko leniwa chwila, intensywna jak senne marzenie i jednocześnie jak senne marzenie ulotna.

Bo testowane w warunkach sprzyjających Love Coco trwałość i moc ma zadowalającą, zaś w olfaktorycznym zgiełku rozpierzcha się jak sen właśnie. I to także upodabnia tę kompozycję do migdałowego starszego brata - Jour de Fete.

I to koniec historii. 
Śnimy nasz puszysty, lekki, kokosowy sen przez czas odpowiadający raczej długiej drzemce, niż solidnemu wypoczynkowi (ale któż wybrałby na miejsce solidnego wypoczynku parkowy trawnik?), budzimy się powoli i czujemy się swym snem ukontentowani.


Data powstania: 2010
Twórca: Olivia Giacobetti

Nuty zapachowe:
kolendra, kokos, wanilia



* Autorem pierwszego zdjęcia jest, jak zwykle, Nathan Branch i pochodzą one z jego bloga.
** Drugie zdjęcia pochodzi ze strony: togetlost.tumblr.com
*** Trzecie autorstwa Xenobbi Bailey z jej bloga

poniedziałek, 25 października 2010

I Love les Carottes Honore des Press

 .
O firmie Honore des Press pisałam już jakiś czas temu, kiedy jeszcze nie spodziewałam się, że zawitają do Polski. Do idei kosmetyków organicznych podchodzę z pewna rezerwą, ale tak, jak pisałam poprzednio, dopóki eko - marketing nie jest sposobem sprzedaży miernego produktu, nie ma powodu się złośliwić. A tym razem nie jest.
Nosem firmy jest Olivia Giacobetti - już samo to nazwisko jest dla wielbiciela perfumeryjnej niszy sygnałem, że warto poświęcić produktom Honore des Press chwilę uwagi. Mnie skusiło na tyle, że dwa zapachy z ich oferty sprowadziłam z zagranicy. Tym razem, dzięki mecenatowi i przyjaźni Perfumerii Quality miałam możliwość przetestowania kolejnych perfum tej interesującej marki.


Często spotykam się ze stwierdzeniem, że Unia Europejska świruje, bo w ich klasyfikacji marchew jest owocem. Zabawne, błyskotliwe, ale nie do końca jest to prawda.
Wedle klasyfikacji unijnych marchew to oczywiście warzywo, jednak słynny (i pyszny) portugalski dżem marchewkowy stał się powodem, dla którego w dyrektywie ustalającej parametry produkcji dżemów, marchew uznana została za owoc. W przeciwnym razie Portugalczycy nie mogliby sprzedawać go w krajach Unii.
Dla porządku dodam jeszcze, że dyrektywa nie dotyczy soków - o czym słyszałam wielokrotnie. Sprzedaż soków warzywnych jest w Unii jak najbardziej dozwolona.


Po tym wstępie wiadomo już, o których perfumach z repertuaru Honore des Press dziś napiszę.
Należący do We Love NY zapach I Love les Carottes - Kocham Marchewki. To coś dla mnie, bo uwielbiam chrupać soczyste, słodkie marchewki... Najlepiej nieduże i prosto z ogródka.



Dziś szef kuchni poleca...
Marchewki!



 Jeśli napiszę, że kompozycję otwiera intensywny i sugestywny aromat marchwi, to nikogo nie zaskoczę, prawda? :)
Nie jest to jednak po prostu marchewka.

Najpierw pojawia się zapach marchewki wyciągniętej wprost z wilgotnej ziemi. Świeża, marchwiowa nuta plus ziemista, zielona paczula i ta dokładnie mieszanka składników, której Christopher Brosius użył dla stworzenia Dirt Demeter Fragrance Library.
Potem, dzięki dodatkowi pomarańczy otrzymujemy drugi rozdział marchewkowej opowieści, nutę, która dosłownie ścisnęła mnie za serce: zapach domowego, marchewkowego soku; dokładnie takiego, jaki robiła moja mama: z przetartych, świeżych marchewek i pomarańcz wrzucanych do sokowirówki wraz ze złocistymi skórkami. Nie myślałam, że tak dobrze go pamiętam, nie myślałam, że to błahe wspomnienie wywoła takie uczucie tęsknoty...

Trzecia część marchewkowej opowieści to opowieść o marchewce, która nie została schrupana tuż po zbiorze i z której nie zrobiono soku. Ta marchewka trafia do piwnicy, gdzie pod warstwą ziemi czeka na wiosnę. Za lekko stęchłą nutę odpowiada niewątpliwie kłącze irysa - ślad woni, która tak okrutnie zeszpeciła Iris Silver Mist Serge Lutens, na szczęście tym razem to ledwie ślad - nienatrętny i rychło znikający.

 

Bo oto wiosna nadchodzi, marchewka zostaje wyniesiona z ciemnej piwnicy, otrzepana z ziemi i wyszorowana. W jasnej, chłodnej kuchni, pokrojona w plastry i zalana gorącą wodą gotuje się, mięknąc i nabierając charakterystycznej, lekko mdłej słodyczy marchewki gotowanej. Na stole kuchennym, na wielkich dechach pokrojone, obłędnie pachnące zioła czekają na dodanie do potrawy. Najintensywniejszy jest aromat świeżej mięty, ale pod nią wyczuwam też rozmaryn.

Kiedy już miękkie, złociste talarki zostaną doprawione zieleniną, zręczna, nucąca pod nosem gospodyni dorzuca do potrawy świeży imbir i nieco gałki muszkatołowej, i oto kompozycja przestaje być po prostu marchewkowa. Mdła nieco słodycz marchwi zostaje z jednej strony podkreślona dodatkiem paczuli i wanilii, z drugiej zaś przełamana pikantną nutą przyprawową.
Byłoby naprawdę przyjemnie, gdyby nie ślad wilgotnego irysa, który złożony z paczulą nie pozwala zapomnieć o tym, że jest to jednak marchew zeszłoroczna, a nie świeża. Dlatego moim zdaniem, jest to zapach dla miłośników marchewki będących jednocześnie miłośnikami paczuli (albo odwrotnie).

 

Całość robi na mnie wrażenie perfumeryjnego żartu, zabawy konwencją, jak gdyby poważna Giacobetti puszczała oko do odbiorcy. Bardzo NY. W końcu Nowy York uważany jest za miasto ekscentryków.


Data powstania: 2010
Twórca: Olivia Giacobetti

Nuty zapachowe:
marchew, pomarańcza, wanilia, irys, paczula



* Drugie zdjęcie pochodzi ze strony: www.rawfoodnation.org
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...