wtorek, 26 stycznia 2010

Serge Lutens Encens et Lavande


Przy okazji malowania obrazka dla lawendowego jednonutowca Donny Karan pisałam z nieprzystojnym zdziwieniem, że lawenda może być ładna. Co więcej, już bez zdziwienia stwierdzam, że ładna lawenda zdarza się nie tylko w wersji solowej czy w kwiatowych bukietach (perfumeryjnych oczywiście), ale też w połączeniu z kadzidłem: na przykład w Rush For Men Gucci, Frankincense & Myrrh Czech and Speake, czy Let Me Play the Lion LesNez.

Dlatego z czystym sumieniem twierdzę, że choć nie przewidywałam wielkiej namiętności, to także i uprzedzona do lutensowskiego mariażu kadzidła z lawendą nie byłam. Liczyłam, że będzie nietypowo i w sumie nie zawiodłam się.
Tyle, że plan obejmował chłodne, przestrzenne kadzidło, nie zaś pozostałości harcerskiego pikniku na polu przemrożonej lawendy i szałwii.

Tymczasem przez pierwszą godzinę po aplikacji mamy taki oto zapachowy obrazek:
kompletny wygwizdów, wiatr i ziąb. Wzgórze porośnięte szałwią (przede wszystkim szałwią) i lawendą o przemarzniętych, zmarszczonych kwiatach. Na tym wzgórzu napotykamy na pozostałości pospiesznie zwijanego obozowiska: porzucony wełniany koc oraz kupki nadpalonego paliwa turystycznego w kostkach, które najwyraźniej odmówiło współpracy w ten wietrzny dzionek.
Kojarzycie zapach tej substancji? Znakomicie zastępowała denaturat mając wszelkie możliwe zalety z brakiem ryzyka zalania (i zasmrodzenia) całego plecaka na czele.
No i zapach mniej odpychający. Nie na tyle urodziwy jednak, bym chciała nim pachnieć osobiście.

Gdyby Encens et Lavande kończyły się tym akordem, uznałabym je za niewypał.
Ale nie kończą się... Mam wrażenie, że one w ogóle się nie kończą. Trwałość że czapki z głów!

Ale najpierw jeszcze włóżmy te czapki na chwilę, bo, choć w miarę upływu czasu robi się przyjemniej, to jednak nadal jest dość chłodno.
Zapach nie zmienia się gwałtownie. Nie jestem w stanie uchwycić konkretnego momentu wolty, po której kadzidlana lawenda zaczyna mi się podobać. A zaczyna.
Nieprzyjemny, ziołowo chemiczny chłód przechodzi najpierw w interesująco chłodny ziołowy dymek, a potem w interesująco... ładną lawendową ambrę. Po czterech, pięciu... ośmiu czy dziesięciu godzinach nawet bardzo ładną.

To prosta kompozycja, ale pomysł zasługuje na uwagę.
Lawenda, lekko tylko na tym etapie wyostrzona szałwią daje zapachowi wspaniałą przestrzeń. Kadzidło rozdmuchane ziołowym chłodem i jednocześnie ogrzane, otulone w miarę upływu czasu coraz wyraźniejszą ambrą zyskuje tu nowy wymiar, nowe cechy. Jest stygnącym w chłodnym powietrzu dymem. Jak gdyby traciło ciepło i gęstość zmieniając się w zapachowy ślad, cień aromatu przefiltrowany przez lawendową przestrzeń jak dym z fajki wodnej przez łagodzącą go wodę.

W efekcie, wbrew moim oczekiwaniom i nazwie, nie mamy tu do czynienia z zapachem kadzidlanym, lecz z zadziwiająco przytulną lawendą. Naprawdę niezwykłą. Niejednoznaczną jak dotyk owianego wiatrem policzka po spacerze w chłodny dzień.
Dla miłośników długich, jesiennych spacerów kąsek łakomy. Tylko otwarcie trzeba przeczekać.


Data powstania: 1996
Twórca: Christopher Sheldrake

Nuty zapachowe:
lawenda, kadzidło, szałwia, ambra


niedziela, 24 stycznia 2010

Le Labo City Exclusives - Poivre 23


Wydawało mi się, że Opus Penhaligons jest mocno pieprzowy. Ba! Wydawało mi się, że Black Pepper Demeter jest pieprzowy. I to prawda - wydawało mi się.

Poivre 23 w otwarciu jest pieprzne do cna. Świeżo mielony, aromatyczny, sypki pieprz. Moc aromatu, natłok wrażeń nie pozwala mi nawet zdiagnozować jednoznacznie, jaki to gatunek pieprzu, zapach jest bowiem szorstki jak pieprz czarny, ziołowy jak pieprz biały, przenikliwie aromatyczny jak świeże ziarna pieprzu zielonego.
Oto pieprz, jakim go nigdy w perfumach nie widziałam: nieperfumeryjny, przez swoje niesamowite stężenie dosłownie gorzki, przez natężenie eterycznych olejków nieomal zimny.

Robi wrażenie.
Pierwszym, co do głowy mi przyszło jest spontaniczne stwierdzenie, że ma jaja pani Lorson, oj ma. Drugie, co usiłowałam do głowy zaprosić, to decyzja, czy mi się podoba, czy nie - zwykle nie mam z tym problemów. Tym razem jednak nie było mi łatwo i poznałam różnicę między wielkim, pozytywnym w sumie wrażeniem, a zachwytem.
Postanowiłam Pieprza oswoić. Ponosić, poobserwować, dostroić się do niego i zobaczyć, co z tej popieprzonej znajomości wyniknie. Próbka ma przecież caaaałe 0,7 mililitra. ;-)


Globalne zlanie się laboratoryjnym Pieprzem to jazda po bandzie. Mam problem z wyobrażeniem sobie skutków kilku psików z atomizera, skoro po nakapaniu "na się" z próbki poczułam drapanie w gardle. Na szczęście trwa to ledwie chwilkę - użyte całościowo "nacieleśnie" Poivre 23 łagodnieje szybciej, niż testowane na nadgarstku czy w zgięciu łokcia.


Tuż za pieprzną forpocztą nadciągają główne siły - nuty drzewne. Fenomenalne zestawienie suchych drew z gorzkimi żywicami i kadzidlanym dymem daje, w połączeniu z wciąż gęstym obłokiem pieprzowego pyłu efekt, który zapiera dech.
Zapach jest ciemny i nasycony, lecz jednocześnie pozbawiony ciężaru, lepkości. Suchy, surowy i zarazem przedziwnie bogaty.

Cedr (niewymieniony w nutach, ale wyraźny) jest tu twardy, zeschnięty nieomal; sandałowiec pozbawiony oleistości pachnie jak okadzony dymem posąg jakiegoś niezwykłego bóstwa i przypomina nieco Santalum Profumum; gwajak dodaje tej drzewnej etiudzie słodyczy, jednak wygładza, łagodzi ją dopiero w bazie, po wielu godzinach.

Aromaty drzewne nie występują tu samodzielnie, w czystej formie. Od pierwszego momentu splecione są z chemicznie czystymi, odartymi z lepkości nutami żywicznymi: labdanum styraks - owszem, ale także jakaś żywica iglasta przypominająca mi chłodny, przestrzenny akord Hinoki CDG.


Do tego dochodzi nuta kadzidlana. Piękne, dymne kadzidło przypominające nieco klasyczne kompozycje typu Gucci PH czy Cashmere for Men Fissore, jednak w tym wydaniu intrygująco... labilne.
Nie wiem, jak to inaczej nazwać. Kadzidło w Poivre 23 jest wyraźne, jest nieomal od początku i jest stale, aż do końca, a jednak przez zestawienie z nutami przestrzennymi, eterycznymi zdaje się momentami niknąć rozdmuchane przez ekspansywne, chłodne aromaty pieprzu i żywic. Jak gdyby mój zmysł węchu nie potrafił podjąć decyzji, czy odbiera zapach jako chłodny, czy ciepły.

Z pewnym wahaniem dopisuję do listy ingrediencji jakiś mocno ekspansywny, zimny w odbiorze składnik wypełniający Poivre 23 przestrzenią.
W otwarciu, w pierwszych akordach nawałnica pieprzu sprawia wrażenie, jak gdyby podprawiono ją miętą. Na dalszych etapach chemiczny chłód każe mi podejrzewać nie tylko, chłodne z natury, żywice drzew iglastych, ale też jakiś składnik bardziej dosadnie chemiczny i głównym moim podejrzanym jest tu kamfora, ewentualnie (znany nam już z genialnego Patchouli 24 Annick Menardo) dziegieć brzozowy.


Trudno mi ocenić przydatność mojego opisu - po prostu nie wiem, na ile możliwe jest wyobrażenie sobie takiego połączenia nut bez testów. Zapach jest niezwykły, niepodobny do "normalnych" przyprawowo - drzewnych kompozycji. Specyficzne zestawienie nut drzewnych i chłodu przypomina mi nieco reedytowany Chaos Donny Karan, jednak jakimś cudem to wcielenie chłodnej przestrzeni nie jest dla mnie nieprzyjemne, choć przecież znów jest mroźna zima, a ja znów tęsknie wyglądam wiosny.

Na koniec dodam więc, że londyński Pieprz rozwija się linearnie, bez wolt i wyraźnego przejścia między nutą serca, a bazą; że baza jest nieco cieplejsza i gładsza z wyczuwalną paczulą i ambrą, ale wciąż niezwykła oraz że trwałość ma bez zarzutu - nawet w zgięciu łokcia wypracowuje pełną dniówkę, czyli pachnie osiem godzin bez "opieprzania się". A może raczej rzetelnie "opieprza się" przez osiem godzin? ;-)


Data powstania: 2008
Twórca: Nathalie Lorson

Nuty zapachowe:
pieprz, labdanum, kadzidło, sandałowiec, paczula, wanilia, gwajak, styraks



* Autorem zdjęcia flakonu jest oczywiście Nathan Branch i pobrane zostało, za zgoda Autora, z bloga: www.nathanbranch.com
** Trzecia ilustracja: burza piaskowa nadciągająca nas miasto Riyadh w Kuweicie
*** A na czwartym, piątym i szóstym obrazku pozwoliłam sobie pokazać jedną z moich ulubionych konstrukcji: potężny, dwusilnikowy (i dwuwirnikowy) śmigłowiec firmy Boeing: CH-47 Chinook. Ma moc i robi dużo wiatru. ;-)

czwartek, 21 stycznia 2010

Le Labo City Exclusives - Vanille 44

.

Waniliowe Plantacje Paryża

Ekskluzywny, paryski zapach Le Labo to kolejne perfumy z wanilią w tytule, o których mogę (a nawet muszę) napisać, że nie są waniliowe. W każdym razie nie w sposób oczywisty.

Vanille 44 to 44 różne składniki (przypominam, że metoda nadawania imion pachnącym konstrukcjom Le Labo polega na tym, że do nazwy składnika, którego jest w kompozycji najwięcej dodaje się liczbę esencji zapachowych użytych do jej stworzenia) i tylko jednym z nich jest wanilia. To wiele tłumaczy. Bo wanilia, choć uznawana za killera, zwykle "killuje" gółwnie stężeniem. Użyta z umiarem i niedopalona słodyczą potrafi być zadziwiająco subtelna i elegancka. Oczywiście nie muszę już pisać, że tym razem mamy do czynienia z taką właśnie wanilią - umiarkowaną i niewaniliową.

Wrażenie niewaniliowości tej kompozycji potęguje urodzaj ingrediencji. Które, nota bene, wcale roli dodatków do wanilii w tym układzie nie pełnią.

W otwarciu, zgodnie z opisem producenta, pojawia się bergamota - a raczej aromat suchego Earl Greya zalanego zimną, wysoko zmineralizowaną gazowaną wodą mineralną. Jest w tym akordzie zarówno cierpkość fermentowanych herbacianych listków, jak i musująca, lekko wapienna w posmaku (powąchu) przyjemna chemiczna nuta, którą pośrednio identyfikuję jako aldehydy (prawdopodobnie wzbogacone czymś, co mnie kojarzy się z miętą), i która, w przeciwieństwie do znikającej bergamotki, jest wyczuwalna przez cały okres wybrzmienia Vanille 44 na skórze.
Nie czyni ona jednak waniliowej wariacji Le Labo kompozycją chemiczną, czy syntetyczną. Raczej nowoczesną.

I tę aldehydową nutę zachowajcie proszę w pamięci (jak przy pisemnym dodawaniu czy mnożeniu: jeden aldehyd w pamięci) podczas czytania dalszego ciągu tej notki, bo dalej będzie zupełnie, ale to zupełnie inaczej, niż można się spodziewać po wstępie.

Druga warstwa kompozycji to majstersztyk. Balansujące na granicy prawdopodobieństwa złożenie wielkiej ilości aromatów w sposób, którego efektem jest zapach... umiarkowany.

Mamy więc przepiękny oliban słodki charakterystyczną, chłodną słodyczą.
Mamy nuty dymne - ciepłe i jasne.
Mamy subtelne nuty quasi-kwiatowe, z których najbardziej charakterystyczny jest dihydrojaśminat metylowy, brzmiący tu podobnie jak w Straight To Heaven By Kilian.
Wyraźnie i ładnie brzmi tu piżmo, które ani się nie mydli, ani nie dziczeje.
Głębokie, słodkie nuty drzewne sugerują w składzie nie tylko drewna popularne w perfumach jak sandałowiec i czerwony cedr, lecz również sporo gwajaku oraz dodatek kory cynamonowca. Dodatkowo mnie do głowy przychodzi drewno wenge - nietypowe dla Le Labo i niespotykane w ich kompozycjach, ale mój nos ewidentnie wytropił tu zapach pięknego Wenge Donny Karan, które jest dla mnie mentalnym wzorcem tej nuty.
Dopełniają i stabilizują zapach nuty przyprawowe - lekkie tchnienie goździkowca korzennego, szafran i pieprz.


A to nie wszystko, bo najlepszą nutę (akord) zostawiłam na koniec.

Tytułowa wanilia połączona z pięknie łagodną ambrą oraz miodową, gęstą nutą, której nazwanie zaryzykuję, choć żadnych podstaw dla tej teorii nie mam: otóż moim zdaniem jest to karmelizowana żywica sandarak (i proszę nie pytajcie, jak to wymyśliłam, skoro nigdy nie wąchałam sandaraku czystego, nie mówiąc już o karmelizowanym).

I skoro już staram się szukać zapachowych analogii dla pośredniego opisania zapachu (bo namawianie do wąchania mogę sobie darować), napiszę, że wanilia z ambrą brzmią tu podobnie jak w Amber Vanilla Reginy Harris, a połączenie gwajaku, dymu i słodkich nut żywicznych przypomina delikatniejszy, pozbawiony nut miodowych Oliban Keiko Mecheri, w którym ciepłe otwarcie i chłodny schyłek zabrzmiały jednocześnie.

I słowo daję, że choć każdy w wymienionych składników brzmi tu wyraźnie - nie tworzą one wrażenia przesytu, natłoku wrażeń czy nawet zapachu "bogatego". Nie mówiąc już o dysonansach czy olfaktorycznej kakofonii.
Brzmią jak sprawnie prowadzona orkiestra grająca andante i nawet jasny ton dodających kompozycji lekkości i niezwykłości aldehydów (mówiłam, żeby pamiętać ;-)) jest wkomponowany w całość jak odzywający się zgodnie z partyturą dźwięk trójkąta.


Vanille 44 gaśnie spokojnie, przewidywalnie i długo. Wśród cichnących nut udało mi się wyłowić jeszcze paczulę i ładne labdanum. Podejrzewam także styraks oraz niewielki dodatek agaru i kastoreum.
Łagodna, dymno - ambrowo - drzewna baza, bardziej niż cokolwiek innego, przypomina nieinwazyjne Wenge i jest naprawdę, naprawdę miła. Choć już nie tak interesująca, jak eklektyczna kompozycja aromatów tworząca centrum zapachu.


***
Na koniec wrócę jeszcze do polityki marketingowej Le Labo, o której truję już od kilku "odcinków". Otóż Vanille 44 to kompozycja naprawdę dobra, ale jakaś taka... Nie do końca wiadomo dla kogo. I tak jak Gaiac 10 bez problemu rozchodziłby się w cenie 200$ za setkę w regularnej ofercie Le Labo, tak wanilii nie jestem taka pewna. Może więc w tym przypadku polityka niedostępności, przesunięcie produktu z kategorii "fajne perfumy" do kategorii "niedostępny rarytas" ewentualnie "pamiątka z Paryża" ma sens?
Może nietypowość, wyjątkowość kompozycji staje się w tym przypadku sprzymierzeńcem marketingowców? Albo marketing działa jako dopełnienie koncepcji kreatora?

Rozważam tę kwestię pod kątem własnych odczuć związanych z zapachem i wychodzi mi, że nie - nie kupiłabym go, gdyby był w regularnej ofercie. Ale jako supportowana miłymi wspomnieniami pamiątka z podróży flakon "Waniliowych Plantacji Paryża" miałby swój urok. Tyle, że raczej nie za tę cenę.


Data powstania: 2007
Twórca: Alberto Morillas

Nuty zapachowe:
bergamota, kadzidło, drewno gwajakowe, mandarynka, wanilia, muskon (C16H30O), pipol (Cóż to jest, u diabła?? Może chodzi o piperitol?), hedion (dihydrojaśminat metylowy)


* Trzecia ilustracja pochodzi z filmu "Iluzjonista"
* A tytuł jest oczywiście parafrazą innego tytułu... Ale nie napiszę jakiego. Może ktoś zgadnie. :-)

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Ginestet Le Boise oraz Le Labo City Exclusives Gaiac 10

 .
Zdecydowanie powinnam powstrzymać się od wszelkich przepowiedni i prognoz. Pal już licho wpadkę z zimą. Ledwo napisałam, że mętlik życiowy mam jedynie perfumeryjny, misternie konstruowany spokój ducha zwalił mi się na łeb wraz z innymi kłopotami i, prawdę mówiąc, nie perfumy mi w głowie.
Zdrowy rozsądek każe wszakże, mimo oporu materii, trzymać się normalności, staram się więc pamiętać o tym, by czasem użyć perfum (choć przyznaję, że kilka dni absolutnego perfumeryjnego zera zdarzyło mi się po raz pierwszy od dawna), a także o blogu, oczywiście. W ramach tego przymusowego pamiętania wracam dziś do miejskich zapachów Le Labo, które tak szumnie (i nieskutecznie na razie) zapowiadałam.


Zgodnie z zasadą stopniowania napięcia po piżmie miała nastąpić wanilia. Nie dlatego, że nie lubię tej nuty (choć na podstawie tego wpisu można byłoby mnie podejrzewać o wstręt do wanilii), lecz dlatego, że gwajak lubię bardziej.
Jednak na fali recenzyjnego kryzysu uznałam, że Vanilla 44 (44 ingrediencje) jest na razie zbyt skomplikowana i wezmę się za coś prostszego. Byle ruszyć z miejsca.


Gaiac 10 to ledwie dziesięć składników, z czego jeden już znamy. I kochamy. Nie ma siły - musiał być ładny. Pytanie brzmiało: czy będzie wyjątkowy?


A odpowiedź jest prosta i objawiła mi się natychmiast po ulotnieniu się spirytusu ze skóry, a może i wcześniej. Otóż Gaiac 10 to brat rodzony Le Boise Ginestet, do którego recenzji zabieram się od tak dawna, że nawet nie pamiętam od kiedy.
Naprawdę trudno nie skojarzyć ze sobą tych zapachów.


Obie kompozycje to łagodne, kremowe nieomal drewno inkrustowane delikatnie aromatycznymi przyprawami i jasnym kadzidłem. Miękkości kompozycji dodają wanilia i piżmo.
W obu zapachach wyraźnie wyczuwany jest sandałowiec w najbardziej puchatej z puchatych odmian, cedr i gwajak. W składzie Le Boise dodatkowo wymieniona została dębina, ale daję słowo, że mój nos ledwie ją wyczuwa i nie - nie dodaje ona drewniakowi Ginestet tupetu, którym obdarzyła lutensowskie Chene (kolejna recenzyjna zaległość).
Wśród nut przyprawowych uwzględ- nionych w opisie Ginestet i całkowicie pominiętych przez Le Labo wyraźnie wyczuwam świeży pieprz i ziele angielskie. W Le Boise podejrzewam dodatkowo obecność muszkatu.

I tu mam kłopot, bo o ile Gaiac 10 powinien mieć dziesięć składników, mnie wychodzi jedenaście: gwajak, 4 rodzaje piżma, cedr, oliban zgodnie z opisem - to siedem. Dalej: sandałowiec, wanilia, pieprz, ziele angielskie. Jedenaście.
Jeśli miałabym z czegoś zrezygnować, to z ziela lub ewentualnie wanilii. Ale niechętnie, bo ani sam pieprz nie powinien pachnieć tak ziołowo, ani drewno bez wanilii nie ma prawda tak się "puchacić".


A skoro już tyle o podobieństwach między tymi zapachami napisałam, warto byłoby i o różnicach wspomnieć. Szczególnie, że różnica między 110 (Le Boise) a 400 (Gaiac 10) dolarami za 100 ml flakon czyni tę kwestię nader ważką.
Otóż owszem, różnice są.

 
Le Boise jest bardziej kremowy, delikatny, z wyraźną przewagą sandałowca. Kadzidło i podbite ledwie śladem winnej wytrawności przyprawy są tu jedynie dodatkiem pozwalającym pełniej i ładniej oddać miękkość nut drzewnych.
Nie rozwija się, nie zmienia - od pierwszych niemal akordów staje się tym, co w normalnie poskładanych perfumach odbieramy jako miękką, ciepłą bazę. Jedyne "przejście", jakie jestem w stanie zaobserwować w tej kompozycji polega na stopniowym zanikaniu akordu przyprawowego.

Czytelników, którzy znają moją recenzję Tam Dao nie zaskoczy z pewnością jeśli napiszę, że nie przeszkadza mi ta jednorodność zapachu.
Przeszkadza mi natomiast fatalna trwałość Le Boise. Zakochałam się w nim natychmiast po testach, flakon kupiłam bez najmniejszego wahania i... Nie używam! O ile podczas testów nadgarstkowych czy nałokciowych udawało mi się przez parę godzin wyłapywać na skórze miękkie drewienko, o tyle po godzinie od aplikacji globalnej zapominam, że pachnę.

 
Gaiac 10, poza tym, że jest (relatywnie!) nieco mniej kremowy i bardziej piżmowo - pieprzny bije Le Boise przede wszystkim trwałością. W pierwszych kwadransach mniej gęsty, pozornie delikatniejszy, kondycyjnie przeskakuje swego winnego brata o kilka długości. Ze względu na swą łagodność i wyjątkową naturalność nie narzuca się zmysłom, trwa jednak wiele, wiele godzin wciąż wyczuwalny i piękny.

Także i w tym przypadku nie można mówić o jakichś skomplikowanych olfaktorycznych ewolucjach - wydaje mi się, że nie efekciarska zmienność, lecz właśnie stałość i prostota są istotą tej kompozycji. I ta spokojna prostota przypomina mi jeszcze jedną zadumaną, statyczną kompozycję, a mianowicie Padparadschę Satellite, o której pisałam, że jest ॐ.
Tym razem jest wygodniej, mniej ascetycznie, a powiedziałabym nawet, że ładniej, ale istnieje między tymi pozornie różnymi zapachami pewna wspólnota "nastroju".

Wchodząc w reakcję ze skórą i chemią nosiciela Gaiac 10 łagodnieje, wpada w zadumę. Przyprawowe akordy ulegają wytłumieniu, kadzidło miesza się z drewnem dodając mu dymnie słodkiego wykończenia. Im dłużej gości na skórze, tym bardziej Gwajak Le Labo staje się kadzidlany - niemieszane z innymi żywicami olibanum jest tu jasne, czyste, wyraźnie eteryczne. W zestawieniu z łagodnym gwajakowcem i oleistym sandałowcem piękne po prostu.

Na koniec nie sposób nie wspomnieć o piżmie pełniącym przecież ważną rolę w tej kompozycji (przynajmniej wedle opisu na stronie producenta). Otóż piżmo jest tu takie, jakim je lubię najbardziej: nienatrętne, pozbawione cech charakterystycznych, uzupełniające i dopełniające pozostałe nuty. U schyłku, po dobrych paru godzinach czajenia się za drzewem, staje się wyczuwalne jako jasna, kosmetyczna nutka spleciona pozostałymi nutami, lecz nadal nie dominuje, nie przyciąga uwagi idealnie wkomponowane w zapach (dla pewności jeszcze raz to napiszę) od początku do końca jednoznacznie drzewny.


Wybór między tymi dwoma kompozycjami jest trudny. Nie tylko dlatego, że żadna z nich nie jest ładniejsza czy brzydsza od drugiej. Także dlatego, że to zapachy z dwóch różnych "półek" - nie tylko pod względem ceny, ale też dostępności i rodzaju marketingu.

Dla mnie sytuacja jest o tyle dziwna, że jeden zapach mam, nie używam, ale nie pozbędę się, bo jednak zbyt jest ładny, by go z rąk wypuścić; drugiego zaś nie mam, używałabym w sumie chętnie, ale za taką kasę nie kupię czegoś, co jest wierną nieomal kopią czegoś, co już przecież posiadam. I nie używam.
Pat.


Gaiac 10: 

Data powstania: 2008
Twórca: Annick Menardo


Nuty zapachowe:
gwajak, 4 rodzaje piżma, cedr, oliban (kadzidło) 


Le Boise: 

Data powstania: przed 2008 na pewno. Stawiam na 2005
Twórca: Gilles Toledano


Nuty zapachowe:
cedr, przyprawy, wanilia, dąb, paczula, wino, kadzidło 


* Zaznaczam jeszcze, że wizerunkami Buddy i Śiwy posłużyłam się bez konotacji ideologicznych, jedynie dla przedstawienia "typu urody" zapachów na przykładzie dwóch pozornie identycznie ukazanych postaci. Pięknych obu, ale ten konkretny Śiwa jest najbardziej urodziwym ze wszystkich jego wyobrażeń, jakie widziałam... Musiałam go "użyć".

poniedziałek, 4 stycznia 2010

To nie jest notka noworoczna

Trochę się zakałapućkałam ostatnio. Perfumeryjnie tylko, na szczęście.

Tak strasznie przejęłam się tymi ekskluzywnymi Exclusivami, że finalnie nie potrafię znaleźć dobrego momentu na testy. Nie z braku czasu - z przejęcia.
Zamiast natychmiast zlać się wszystkim, co mi w łapy wpadło upchnęłam fiolki w czerwonym pudełeczku i... I nic. Leżą.

Oczywiście mając w perspektywie taki rarytas, nie biorę się też za żadne inne testy, bo jakże tu żreć chleb z salcesonem albo nawet przyzwoitego schaboszczaka z kapustą, skoro w czerwonym pudełeczku czekają trufle...?
A na dodatek, im dłużej czekają, tym bardziej zastanawiam się, co będzie, jeśli okażą się wcale nie tak smaczne, jak powinny. Te trufle. To znaczy...
Ja, wbrew pozorom, ciągle o perfumach piszę. ;-)


I tak przy okazji salcesonu, trufli i perfumeryjnego patu do głowy mi przyszło, że pasja, mania, czy inny świr nie polega wcale na tym, żeby znaleźć tego swojego Świętego Graala i go z uwielbieniem MIEĆ.

Nie mam na myśli tylko perfum, ale zainteresowania wszelkiej maści. Bo przecież miłośnik książek nie porzuci czytania tylko dlatego, że przeczytał "Gilgamesza", "Imię róży", "Ubika" czy co tam uzna za dzieło genialne; tak samo, jak miłośnik muzyki po poznaniu "Koncertów Brandenburskich", "The Wall" czy "...And Justice For All" nie przestanie słuchać innych płyt. Bo czyż możemy stwierdzić, że dana powieść, wiersz, utwór muzyczny, czy zapach jest najlepszy, najpiękniejszy na świecie dopóki nie poznamy wszystkich?
A jeśli nawet, hipotetycznie, poznamy już całą literaturę, muzykę i wszystkie perfumy świata, czy mamy podstawy zakładać, że za rok, albo jutro nie narodzi się coś, co poruszy nas, zadziwi i zachwyci?


To oczywiście pytanie retoryczne. Nie możemy.
Pasja polega na potrzebie poznawania jej przedmiotu - na zgłębianiu kolejnych tajemnic i odkrywaniu nowych cudów. Tak przynajmniej ja to widzę.
Dlatego uważam, że człowiek, który czyta tylko jedną powieść nie jest miłośnikiem literatury, lecz tej konkretnej powieści; człowiek, który słucha tylko jednego kompozytora czy wykonawcy nie jest melomanem, lecz fanem; a ktoś, kto używa jednych tylko perfum bez potrzeby poznawania nowych zapachów jest miłośnikiem konkretnego zapachu, nie zas perfum w ogóle.
Czy to źle?


Cóż, w odniesieniu do literatury zaryzykuję stwierdzenie, że owszem - nie jest to sytuacja idealna. Na próbach wyobrażenia sobie życia bez książek moja imaginacja poległa. Teoretycznie wiem, że są ludzie, którzy nie czytają, jednak w praktyce nie obejmuję tego rozumem.

W kwestii muzyki jest nieco inaczej. Zauważyłam, że większość ludzi rozwija się muzycznie do, powiedzmy, dwudziestego roku życia. Po skończeniu szkoły, czasem studiów, po osiągnięciu pewnej dojrzałości normalny, statystyczny człowiek przestaje akceptować nowe gatunki muzyczne, nie przyswaja nowych trendów, nie zmienia upodobań. Dlatego spore jest prawdopodobieństwo, że jeśli ktoś za młodu słuchał Depeche Mode - zostanie przy Depeszach, jeśli słuchał Metallici (to przypadek większości moich znajomych) to będzie jej słuchał nawet jeśli Metallica nagrywa coraz większy szajs, a muzyka metalowa rozwija się w sposób zapierający dech w piersiach. O ile, oczywiście, będzie jeszcze słuchał czegokolwiek, poza radiem.
Z tym trendem nie sposób walczyć i nawet nie sposób go potępiać. Tak już jest. Fajnie jeśli ludzie w ogóle słuchają muzyki, bo to przecież nie jest podstawowa życiowa potrzeba.

I tu wreszcie dochodzimy do perfum.
Mam wrażenie, że wrażliwość zapachowa jest cechą bardziej w zaniku, niż wrażliwość muzyczna. Proporcje między osobami świadomie poruszającymi się w świecie zapachów i osobami pachnącymi sephorowymi hitami lub niczym są chyba jeszcze smutniejsze, niż proporcje między melomanami, a biernymi odbiorcami radiowej papki.
Ale za to mam wrażenie, że jeśli ktoś już zagłębi się w niezykły świat perfum, to dla odmiany rzadziej dociera do martwego punktu: do stagnacji, kresu rozwoju, momentu, kiedy staje się zamknięty na nowe doznania i zmianę.
Nie wiem, czy wynika to z tego, że pasja perfumeryjna jest rzeczywiście niepopularna i ulegają jej tylko "osobniki" o wyjątkowej wrażliwości na zapachy, czy z tego, że nasze gusta zapachowe rzadziej kształtują się w procesie socjalizacji, a częściej są kwestią indywidualnych, nieskrępowanych konwencjami wyborów. Wyraźnie widać jednak, że koneserzy zapachów częściej i z większą otwartością niż miłośnicy muzyki dokonują przetasowania swych preferencji i upodobań, także w wieku dojrzałym.


Sama jestem dobrym przykładem takiej ewolucji. W kilku etapach.
Najpierw zrażona "zapachami alternatywnymi" używanymi przez moją mamę uznałam, że perfumy śmierdzą i nie dla mnie ta rozrywka. Używałam olejków zapachowych, kombinowałam mieszając sandałowiec z wanilią, cedr z rozmarynem, olejek migdałowy z cynamonowym. Fajnie było, ale na tym etapie nie załapałam się na pasję jeszcze.
Swoją drogą ciekawa jestem, czy moja mama wiedziała, że Diory i Chanele kupowane przez nią w jednakowych, kanciastych flakonikach to podróby, czy dała się złapać na bujdy typu "te same składniki, ta sama receptura, tylko za reklamę i opakowanie się nie płaci"?

Potem w Empiku otwarto perfumerię. Przechodząc obok w drodze do wodopoju bibliofila w końcu wstąpiłam. Nie wiem jak to się stało, nie wiem, czy sama, nie wiem w sumie po co, ale nie mogłam nie zauważyć, że perfumy, które odnalazłam na rzęsiście oświetlonych półkach pachną jakoś inaczej, niż "alternatywne" badziewie, które poznałam wcześniej.
Zaglądałam częściej i częściej nieśmiało testując kolejne zapachy aż pewnego dnia... Odkryłam Theoremę. Ludzie, to był piorun z niebios, olśnienie, ekstaza, orgazm przez nos! O flakoniku marzyłam chyba z rok. Może trochę przesadzam, ale ten czas dłużył mi się niemiłosiernie, a jako uboga uczennica nie mogłam nawet marzyć o wydaniu kilkuset złotych na perfumy, skoro na jedzenie nie zawsze mi starczało, a wszelkie wolne środki szły na moją pierwszą i największą pasję - książki.
Kiedy dostałam wymarzony flakon od chłopaka... Byłam naprawdę uszczęśliwiona. Za pierwszym przyszły kolejne, wiele ich było i nawet kiedy zaczęłam zamiennie używać innych zapachów - Theorema, tak w wersji klasycznej, jak i letniej - pozostawała moim ideałem. Sądziłam, że na wieki.

Aż któregoś dnia, niedawno wcale, pewna niezwykła znajoma z forum muzycznego zapytała:
- A znasz Black Cashmere? Pasowałby do Ciebie.
Nie znałam, ale ufając osądowi znawczyni perfum, która przy okazji poruszała się w "moich" klimatach muzycznych przetestowałam i uległam.
A potem inna znajoma, także z kręgów zupełnie z perfumami niezwiązanych uraczyła mnie dwoma psikami Jaisalmera. I to był przełom. Porwało mnie olfaktoryczne bogactwo niszy, skarbiec pełen pachnących dziwolągów. To było coś, o czym nie marzyłam tylko dlatego, że nie wiedziałam że można. Kiedy już odkryłam, że można - przepadłam.

I, nawiązując do tego, co pisałam o otwartości na zmiany, w końcu sama przed sobą przyznałam, że Theorema nie jest kresem i celem mojej perfumeryjnej drogi.
Celem jest droga sama w sobie.



* druga ilustracja pochodzi z filmu "Imię róży" Jeana Jaquesa Annauda wedle powieści Umberto Eco (oczywiście, któż by nie poznał?)
** trzecia dla odmiany z "Equilibrium" Kurta Wimmera (Madzik się ucieszy)
*** czwarta to "The Sorceress" Johna Wiliama Waterhouse'a, z którego dorobku często korzystam na tym blogu
**** i ostatnia wreszcie - pochodzi ze zbiorów użytkownika publik_oberber na Flickr

piątek, 1 stycznia 2010

Subiektywne posumowanie roku 2009

Tym razem nie zastanawiałam się, czy podsumowywać rok, czy nie. Wcale niekoniecznie dlatego, że wszyscy podsumowują, i na pewno nie dlatego, że usiłuję postępować konsekwentnie.
Po prostu w tym roku sporo się w pachnącym świecie działo i notka ta sama mi się pchała przez neurony.

Aby zachować względny porządek i ewentualnie umożliwić niezainteresowanym niszą Czytelnikom porzucenie tekstu po części poświęconej zapachom selektywnym zacznę od tego, co w tym roku znalazłam na sephorowych i douglasowych półkach. A nie było tego wcale tak mało - nawet człowiek wykazujący nikłe zainteresowanie głównym nurtem perfumeryjnej sztuki musiał zauważyć, że coś się dzieje. Inna sprawa, że nowatorsko nie było.

Zacznę od gwiazdy (sic!) wśród firm tworzących zapachy selektywne, która w tym roku zafundowała nam sporo odgrzewanych smakołyków: Thierry Mugler.
Po pierwsze nowe - nie nowe zapachy z linii Angel i Alien: Sunessence oraz Liqueur de Parfum. Podobno wersje letnie mają na stałe wejść do oferty, choć odnoszę wrażenie, że zabieg ten obliczony jest głównie na maksymalizację zysków. W sumie, TM ze swoimi licznymi limitowanymi flakonikami i kolekcjonerskimi dupslami jest specjalistą w tej dziedzinie.
W każdym razie ja osobiście wolałabym, żeby na stałe w ofercie zostały raczej pachnące likiery.

Po ubiegłorocznej limitowanej edycji A*Men Pure Coffee Mugler uraczył nas kolejną limitowanką dla panów: Pure Malt. Zapach uznawany za udany, choć dla mnie nieco zbyt lepki; mniej urodziwy (ale za to trwalszy), niż pomysł z ubiegłego roku. W ogólnym a*menowym rankingu i tak wygrywa klasyk.

Spore wsparcie reklamowe w postaci szóstki urodziwych golasów dostała seria Kart Tarota Dolce & Gabbana:
- L'Amoureaux 6
- L'Imperatrice 3
- La Lune 18
- La Roue de la Fortune 10
- Le Bateleur
Zakładałam pojawianie się mrocznych uniseksów z charakterem; w praktyce otrzymaliśmy kompletną perfumeryjną pop papę bez pomysłu. Jedynym zapachem z serii, który ewentualnie uznałabym za interesujący jest Koło Fortuny, jednak jego "interesującość" polega głównie na tym, że nieco przypomina mi Angela. Reszta w ogóle nie zostaje w pamięci.

Ładne, choć także nie odkrywcze są zieleniny Sisley: Eau de Sisley 1, 2 i 3. Dla wielbicieli zapachów świeżych, na lato, niezobowiązująco i jednocześnie niemdło. Mam wrażenie, że Sisley usiłowało powielić sukces serii Aqua Allegoria Guerlain i w tym kontekście stare (albo i niezbyt stare), dobre Guerlainy jednak wygrywają.

W okolicy lata na półkach pojawiła się damska wersja drewniaka Dsquared 2: She Wood - bardzo przyjemny, z wyczuciem złożony zapach łączący nowoczesność z łagodnością i perfumeryjnym umiarem. Bardzo podoba mi się w tej kompozycji nie tylko łagodne, fiołkowe otwarcie, ale też jasna cedrowa baza o doskonałej trwałości.
Również świeżynka w sephorowej ofercie - He Wood Rocky Mountain wydaje mi się zapachem udanym, choć nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że wypromowano go trochę na siłę. Zanadto przypomina wersję klasyczną, bym potraktowała go jak nowość.

Za to długo oczekiwaną damską wersję Encre Noire zaliczyć muszę do niewypałów. Przeciętniak bez polotu i tego czegoś, co uczyniłoby z niego zapach na miarę genialnej kompozycji dla mężczyzn. Która to kompozycja została, podobnie jak M7 YSL, najprawdopodobniej poddana liftingowi, bo to, co aktualnie stoi na sephorowych półkach pachnie mniej drzewnie, niż zawartość flakonika oczekującego wiosny w czeluściach mojej toaletki.

Alberto Morillas do spółki z Narciso Rodriguezem zaprezen- towali nam w tym roku nowy zapach - Essence.
Kompozycja jest jednocześnie minimalistyczna i gęsta. Ciekawa. Ale na mojej skórze nie gra - piżmi się i przydusza kwiatami. Klasyczne Narcyzy chyba miały u mnie wyższe notowania.

Ambrową kompozycję pod nazwą L'Eau Ambrée wprowadziła na rynek Prada. Miłośniczki klasycznej Prady załapały się na przyspieszone bicie serca, niecierpliwe zakupy w ciemno i... Chyba na rozczarowanie. Widzę trend wyprzedażowy. I chyba go rozumiem. Za mało Prady w Pradzie i za mało ambry w Ambrze.

Rozczarowała mnie też nieco kompozycja firmowana nazwiskiem Hale Berry - Hale. Nie wiem właściwie dlaczego liczyłam na to, że będzie odbiegała od standardowych celebrity perfume. Może dlatego, że lubię Hale jako aktorkę i podziwiam jako piękną kobietę? W każdym razie nie odbiega.

Ze wstydem przyznaję, że nie udało mi się jeszcze przetestować zbierających świetne recenzje Sensuous Estee Lauder (nie mam usprawiedliwienia, nie wiem dlaczego tak się stało), a z kolei na równie dobrze ocenianą, a przetestowaną już Lolitę mówiącą Tak nie chce mi się nadwyrężać opuszków...

Już widzę, że wyszło mi mało entuzjastycznie. Nic to. W części drugiej, poświęconej niszy, będzie lepiej.
Oczywiście i w tym przypadku (a może szczególnie w tym przypadku) nie będę w stanie wspomnieć wszystkich nowości, które przyniósł nam 2009 rok. Wymienię więc kilka takich, które uznałam za najważniejsze lub najciekawsze.

Zacznę od jednej z najbardziej niezwykłych firm na perfumeryjnym rynku: Comme des Garcons.
Rok 2009 to rok niezwykłych aliansów.
Po perfumach stworzonych w 2008 roku przez Antoine Maisondieu i zwariowanego kapelusznika Stephena Jonesa, tym razem pod auspicjami CdG siły połączyli: pracujący zwykle dla Etat Libre d'Orange Antoine Lie oraz artystka i kolekcjonerka Daphne Guinness. Owocem tej współpracy jest ekscentryczna Daphne. Pracujący pod skrzydłami Rei Kawakubo perfumiarze opracowali zapachy dla londyńskiego Dover Street Market i artystowskiej firmy meblarskiej Artek.
Dla mnie najważniejsze nowości z partyzanckiego podwórka to po pierwsze (moim zdaniem pochopne i niepotrzebne) wycofanie serii Synthetic, oraz pojawianie się drugiego zapachu z serii Monocle: Laurel - z laurem, pieprzem, cedrem, paczulą, kadzidłem i ambrą w składzie. W ciemno zakładam, że będzie to "najmojsza" z tegorocznych propozycji Comme des Garcons.

Z przyjemnością odnotowuję zwyżkę formy Christophera Sheldrake'a. Po rozczarowującej premierze Nuit de Cellophane z początku roku i zrefor- mułowanym (moim zdaniem zepsutym) Feminite du Bois obawiałam się, co dalej. Fille en Aiguilles skłonna jestem uznać za kompozycję bardzo dobrze rokującą, a i testowane z woskowej próbki Fourreau Noir nie wieją grozą.



Oczekiwany przeze mnie (i nie tylko przeze mnie) piąty zapach z kolekcji Parfums de Pierre Poemes Oliviera Durbano - Turquoise okazał się kompozycją bardzo ciekawą i do tego dobrą, ale nie prorokuję jej powodzenia, jakim cieczy się na przykład Rock Crystal. Właściwie myślę, że będzie najmniej popularnym z dotychczas wypuszczonych na świat "Durbanów". Właśnie przez swoją nietypowość. Chociaż... Powinnam być ostrożna z proroctwami, bo kiedy odkrywałam nieomal jednogłośnie na forum okrzyknięty śmierdzielem wszech czasów Black Tourmaline też byłam przekonana, że będę osamotniona w zachwycie.

Spory sukces odniosła za to jedna z dwóch nowych kompozycji właściciela i naczelnego nosa Parfum d'Empire Marca Antonio Corticchiato - Wazamba. Ma ona nie tylko sporą moc, ale też jest niezwykle zmienna, niestabilna (w pozytywnym znaczeniu) na skórze. Fascynująca.
Za to 3 Fleurs to klasyczne nic specjalnego. Jaśmin, tuberoza - ciężko i bez wdzięku. Przewidywałam to czytając skład. Corticchiato specjalizuje się w zapachach o wdzięku nosorożca.

Z mieszaniną radości i niepokoju obserwuję jak na salony wchodzi nuta dotychczas zaniedbywana - oud. Nie wiem, czy można to już nazwać modą, ale wybór zapachów z dominującą nutą agaru staje się coraz większy.

Fala ta przyniosła nam, między innymi, całkiem niestety niespecjalne Arabian Nights - Pure Oud By Kilian, interesujące i bezkompro- misowe Oud 27 Le Labo, które miały stać się moim agarowym Świętym Graalem (ale się nie stały), a także stworzone przez Bertranda Duchaufour dla l'Artisan Parfumeur monstrum zwane Al Oudh. Nota bene inna tegoroczna premiera - Havana Vanille też się tej spółce nie udała.

Kompromis między nutą trudną i łatwą urodą udało się za to osiągnąć Martienne Micallef (a właściwie jaj małżonkowi Geoffreyowi Naymanowi) przy tworzeniu Aoud Gourmet. Przyjemnie (choć bez szału) wypadły też męskie i damskie Epic Amouage - oba z agarem w składzie.

Nie mogę nie wspomnieć o dziele Romano Ricci na usługach Juliette Has a Gun: Midnight Oud. Naprawdę nie spodziewałam się, że zapach akurat tej firmy stanie się moim agarowym marzeniem. A jednak ta właśnie kompozycja jest dla mnie drugą, po Black Afgano Nasomatto miłością wśród tegorocznych premier. Tyle, że o Czarnym Nasomatto (o którym mój nos mówi, że także ma oud w składzie) już nie marzę, bo flakon kupiłam natychmiast po zakończeniu testów.

I last but not least - Czech & Speake przywróciło ludzkości dwa swoje zapachy, w tym pięknie agarową Dark Rose.

Dla porządku wymienię jeszcze tegoroczne agarowce, których na razie nie udało mi się poznać. To, przede wszystkim, Oudh Lacquer Liz Zorn i stworzony przez Bond No. 9 dla Harrodsa "Perfume".
A także perfumy firm, które do moich faworytów nie należą. Comptoir Sud Pacifique z czterema zapachami, których moja wyobraźnia nie obejmuje: Aoud de Nuit, Aouda, Nomaoud & Oud Intense plus Montale ze zwyczajową furą "Aoudów", które z kolei jestem w stanie sobie wyobrazić aż nadto plastycznie...

Co jeszcze?

- Mark Buxton - kreator tworzący wcześniej między innymi dla Givenchy, Versace, Burberry, Cartier, znany ze swej wieloletniej współpracy z Comme des Garcons i Biehl Parfumkunstwerke stworzył markę Mark Buxton i od tego roku sygnuje perfumy własnym nazwiskiem.
Z żalem wyznaję, że podczas pobieżnych testów nie udało mi się wykryć w buxtonowych kanciastych flakonach niczego, co wybijałoby się ponad przyzwoitą perfumeryjną przeciętność.

- Pojawiła się druga seria Six Scents.
- Boadicea the Victorious intensywnie promuje kilkanaście nowych (ale niestety nie bardzo nowatorskich) kompozycji. Za to flakony mają piękne.
- Nadzieje nierozsądne budzi we mnie nowy zapach Toma Forda Arabian Wood.
- Rzutem na taśmę, tuż przed końcem roku Juliette Has a Gun uraczyło nas zapachem noszącym imię Calamity Jane, Profumum dwoma ciekawostkami: Aquae Nobilis i Oxiana, a Hilde Soliani czekoladowymi smakołykami: CiocoRosissimo i CiocoSpesizissimo (oby były strawne).
- Nie sposób także nie wspomnieć o pojawieniu się drugiego Costesa. Dlaczego nie sposób? Bo spiritus movens tej kompozycji jest genialna Olivia Giacobetti, a w składzie cynamon i gwajak... Niuchonieczność.
- No i marzy mi się poznanie Turtle Vetiver LesNez. Ze spełnieniem tego akurat marzenia nie powinnam mieć wielkich problemów.

I na koniec prywata.
Po pierwsze stworzyłam indeks recenzji i postaram się systematycznie uzupełniać go linkami do odpowiednich postów. Póki co, każdy zapach można odnaleźć za pomocą wyszukiwarki umiejscowionej pomiędzy archiwum bloga, a listą polecanych blogów. Mam nadzieję, że ułatwi to Wam korzystanie z tego wciąż rozrastającego się zbioru tekstów.

Po wtóre i najważniejsze: wszystkim, którzy dotrwali do końca tego dłuuugiego posta gratuluję wytrwałości i szczerze, z całego serca życzę wyłącznie szczęśliwych chwil w Nowym Roku, wielu pięknych marzeń (wcale nie tylko zapachowych) i oczywiście tego, by się spełniały. Nie za prędko, żeby poczuć ich wagę i radość spełnienia, nie za późno, by niecierpliwość nie zaczęła Was uwierać.
Tym, którzy nie dotrwali do końca też, oczywiście, życzę jak najlepiej i mam nadzieję, że nawet niedoczytane życzenia się spełnią.
Tak więc szczęścia Wam życzę. Reszta nie ma znaczenia. :-)


* Ilustracje do posta to w większości zdjęcia reklamowe. Wyjątek stanowi zdjęcie Aoud Gourmet, którego autorem jest Nathan Branch oraz rysunek perfumeryjnej choinki będący dokonaną przez Olę zwaną na forum Wizaż Cbr lub Pandą (o Oli już u mnie było) przeróbką pracy znalezionej tutaj.

Indeks recenzji L-P

.
L

* LM Parfums (Laurent Mazzone Parfums)
Ambre Muscadin
Army of Lovers
Black Oud

Malefic Tattoo 
Scandinavian Crime
Unique Russia

* L'Artisan Parfumeur
Al Oudh recenzja + zapowiedź

Bois Farine 
Caligna 
Coeur de Vetiver Sacre
Havana Vanille
Jour de Fete
L'eau de Ambre Extreme
L’eau du Navigateur
Mandarine Tout Simplement - short
Mechant Loup
Navegar
Passage d’Enfer
Patchouli Path
Premier Figuier - short
Premier Figuier Etreme - short
Safran Troublant
Sautes d'Humeur: D'Humeur Massacrante
Sautes d'Humeur: D'Humeur a Rien
Timbuktu

Traversee du Bosphore 

* L'Atelier Boheme
Fil de Soie
Immortelle
Kafeine
Rhizomes

* L'Occitane
Eau d'Iparie
Fig - short

Myrte

* Lalique
Encre Noire



Le Jardin Retrouvé

Citron Boboli
Russian Leather
 
Sandalwood Sacré

* Le Labo
City Exclusives Gaiac 10
City Exclusives Musc 25
City Exclusives Poivre 23
City Exclusives Vanille 44City Exclusives Cuir 28
Labdanum 18
Oud 27 + korekta
Patchouli 24

Rose 31 
Vetiver 46


* Lea St. Barth
Lea Extreme Limited


* LesNez
L'Antimatiere
Let Me Play the Lion


* Liquides Imaginaires
Bello Rabelo
Bloody Wood
Dom Rosa
Fortis

* Lisa Kirk
Revolution


* Loewe
Loewe 7 


* Lolita Lempicka
Lolita Lempicka edp - wzmianka


* Lubin
Akkad

Black Jade 
Galaad
Idole edp
Idole edt
Korrigan
Upper Ten




M

* MAD et LEN
Ambre
Santalum

* Made In Italy
Rome


* Maison Dorin
Un Air d'Arabie Oud 


* Maison Francis Kurkdjian
Absolue Pour le Soir  
Aqua Univeraslis
Aqua Universalis Forte 
Baccarat Rouge 540
Bulles d'Agathe (Bańki Agaty)
Lumiere Noire Pour Femme
Lumiere Noire Pour Homme 

Oud 
Oud Moods:
- Cashmere Mood
- Silk Mood
- Velvet Mood
 
* Matthew Williamson
Incense

* Mauboussin
Histoire d'Eau


* Max Mara
Kashmina Touch


* Mazzolari
Lei

Patchouli 
 
* Maître Parfumeur et Gantier
Santal Noble


* Majda Bekkali
Songe pour Femme
Songe pour Homme
Tendre Est la Nuit

 * MariaLux
Deeply
Madly
Truly


* MCMC Fragrances
 Hunter

* Memo
Shams  

* Meo Fusciuni
 #1 Nota di Viaggio (Rites de Passage)
 #2 Nota di Viaggio (Shukran)
 #2 Nota di Viaggio (Ciavuru d'Amuri)

* Micallef
Akowa
Ananda

Aoud (Micallef Man)
Aoud Gourmet

Black Ananda 
Gaiac
Night Aoud
Patchouli
Vanille Aoud


* Michael Storer
Djin

Kadota 
Monk

Winter Star  

* Michał Szulc
Sale Perfume 01

* Michele Bergman
Black Amber

* Miller et Bertaux
Bois de Gaiac et Poire
Spiritus Land


* Miller Harris
Figue Amere - short


* Missala
Qessence 

* Miya Shinma
Hana (Kwiat)
Kaze (Wiatr) 

Tsuki (Księżyc)
Feuillage Vert (Zielone Sitowie)
Mizu (Woda)
Yuki (Śnieg)
Hinoki
Sakura (Kwiat Wiśni)
Tachibana (Kwiat Dzikiej Pomarańczy)
Tsubaki (Kamelia)




* Molinard
Fleur de Figuier - short
Habanita


* Mona di Orio 
Les Nombres d'Or Oud

* Montale
Aoud Lime
Black Aoud

Blue Amber
Choclate Greedy 
Dark Aoud
Full Incense  
Intense Cafe 
Kabul Aoud
Mango Manga 
Moon Aoud
Orient Extreme
Pretty Fruity 
Red Vetyver

* Morris Profumi  
Maria Amalia 



N

* Nasomatto
Absinth 
Baraonda 
Black Afgano
Blamage 
China White 
Duro
Hindu Grass
Pardon 
Silver Musk

* Neil Morris Fragrances 

Café
Izmir 

* Nez à Nez 
Atelier d'Artiste

Nomaterra
Boston Tobacco Leaf
Wild Beach Rose

* Norma Kamali  
Ceremony
Incense

* nu_be
Carbon [6C]
Helium [2He]
Hydrogen [1H]
Lithium [3Li]
Oxygen [8O]

O

* Odin 

01 Nomad
02 Owari
03 Century
04 Petrana
06 Amanu
07 Tanoke 

* Olfactive Studio

Autoportrait
Chambre Noire
Flash Back 
Lumiere Blanche 
Ombre Indigo

Still Life

 Olivier Durbano
Amethyst
Black Tourmaline + short
Citrine  
Chrysolithe 
Heliotrope 
Jade
Lapis Lazuli 
Lapis Philosophorum
Pink Quartz
Promethee
Rock Crystal + short
Turquoise 

* Omnia Profumo 

Ambra

* Ormonde Jayne 

Ormonde Man
Tolu


P

* Parah

Black Touch
Noir
* Parfum d'Empire 
Ambre Russe
Azemour Les Orangers 
Aziyade
Iskander
Wazamba

* Parfumerie Generale

02 Coze
03 Cuir Venenum 
04 Musc Maori  
06 L'Eau Rare Matale  
08 Intrigant Patchouli
10 Aomasssai
11 Harmatan Noir 
16 Jardin de Kerylos - short
20 L'Eau Guerriere 
21 Felanilla  
23 Drama Nuui  
24 Papyrus de Ciane 
Private Collection Bois Blond 
Private Collection Bois de Copaiba 
Private Collection Cedre Sandaraque
Private Collection L'Oiseau de Nuit  
Private Collection L'Ombre Fauve
Private Collection Querelle
Private Collection Cuir d'Iris

* Parfums 06130 

Cedre

* Parfums de Nicolaï 

Fig Tea

* Patyka
Boise 04 

* Penhaligon's 

Blenheim Bouquet
Elixir
Iris Prima 
Juniper Sling 
Opus 1870

* Perris Monte Carlo
Ambre Gris
Bois d'Oud
Oud Imperial

* Pineider
Magnolia di Classica




* Piotr Czarnecki 
Sensei/Sikhan

* Politechnika Warszawska 

Entropia

* Pollena Aroma 

Eau de Cardamon 
Larendogra 
Woda Królowej Węgier

* Profumum Roma 

Alba
Ambra Aurea 
Arso
Battito d'Ali
Eccelso
Fiore d'Ambra 
Fumidus 
Ihnusa short  
Oxiana
Patchouly 
Santalum + short
Thundra 
Victrix

* Puredistance
Puredistance M




 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...