poniedziałek, 4 stycznia 2010

To nie jest notka noworoczna

Trochę się zakałapućkałam ostatnio. Perfumeryjnie tylko, na szczęście.

Tak strasznie przejęłam się tymi ekskluzywnymi Exclusivami, że finalnie nie potrafię znaleźć dobrego momentu na testy. Nie z braku czasu - z przejęcia.
Zamiast natychmiast zlać się wszystkim, co mi w łapy wpadło upchnęłam fiolki w czerwonym pudełeczku i... I nic. Leżą.

Oczywiście mając w perspektywie taki rarytas, nie biorę się też za żadne inne testy, bo jakże tu żreć chleb z salcesonem albo nawet przyzwoitego schaboszczaka z kapustą, skoro w czerwonym pudełeczku czekają trufle...?
A na dodatek, im dłużej czekają, tym bardziej zastanawiam się, co będzie, jeśli okażą się wcale nie tak smaczne, jak powinny. Te trufle. To znaczy...
Ja, wbrew pozorom, ciągle o perfumach piszę. ;-)


I tak przy okazji salcesonu, trufli i perfumeryjnego patu do głowy mi przyszło, że pasja, mania, czy inny świr nie polega wcale na tym, żeby znaleźć tego swojego Świętego Graala i go z uwielbieniem MIEĆ.

Nie mam na myśli tylko perfum, ale zainteresowania wszelkiej maści. Bo przecież miłośnik książek nie porzuci czytania tylko dlatego, że przeczytał "Gilgamesza", "Imię róży", "Ubika" czy co tam uzna za dzieło genialne; tak samo, jak miłośnik muzyki po poznaniu "Koncertów Brandenburskich", "The Wall" czy "...And Justice For All" nie przestanie słuchać innych płyt. Bo czyż możemy stwierdzić, że dana powieść, wiersz, utwór muzyczny, czy zapach jest najlepszy, najpiękniejszy na świecie dopóki nie poznamy wszystkich?
A jeśli nawet, hipotetycznie, poznamy już całą literaturę, muzykę i wszystkie perfumy świata, czy mamy podstawy zakładać, że za rok, albo jutro nie narodzi się coś, co poruszy nas, zadziwi i zachwyci?


To oczywiście pytanie retoryczne. Nie możemy.
Pasja polega na potrzebie poznawania jej przedmiotu - na zgłębianiu kolejnych tajemnic i odkrywaniu nowych cudów. Tak przynajmniej ja to widzę.
Dlatego uważam, że człowiek, który czyta tylko jedną powieść nie jest miłośnikiem literatury, lecz tej konkretnej powieści; człowiek, który słucha tylko jednego kompozytora czy wykonawcy nie jest melomanem, lecz fanem; a ktoś, kto używa jednych tylko perfum bez potrzeby poznawania nowych zapachów jest miłośnikiem konkretnego zapachu, nie zas perfum w ogóle.
Czy to źle?


Cóż, w odniesieniu do literatury zaryzykuję stwierdzenie, że owszem - nie jest to sytuacja idealna. Na próbach wyobrażenia sobie życia bez książek moja imaginacja poległa. Teoretycznie wiem, że są ludzie, którzy nie czytają, jednak w praktyce nie obejmuję tego rozumem.

W kwestii muzyki jest nieco inaczej. Zauważyłam, że większość ludzi rozwija się muzycznie do, powiedzmy, dwudziestego roku życia. Po skończeniu szkoły, czasem studiów, po osiągnięciu pewnej dojrzałości normalny, statystyczny człowiek przestaje akceptować nowe gatunki muzyczne, nie przyswaja nowych trendów, nie zmienia upodobań. Dlatego spore jest prawdopodobieństwo, że jeśli ktoś za młodu słuchał Depeche Mode - zostanie przy Depeszach, jeśli słuchał Metallici (to przypadek większości moich znajomych) to będzie jej słuchał nawet jeśli Metallica nagrywa coraz większy szajs, a muzyka metalowa rozwija się w sposób zapierający dech w piersiach. O ile, oczywiście, będzie jeszcze słuchał czegokolwiek, poza radiem.
Z tym trendem nie sposób walczyć i nawet nie sposób go potępiać. Tak już jest. Fajnie jeśli ludzie w ogóle słuchają muzyki, bo to przecież nie jest podstawowa życiowa potrzeba.

I tu wreszcie dochodzimy do perfum.
Mam wrażenie, że wrażliwość zapachowa jest cechą bardziej w zaniku, niż wrażliwość muzyczna. Proporcje między osobami świadomie poruszającymi się w świecie zapachów i osobami pachnącymi sephorowymi hitami lub niczym są chyba jeszcze smutniejsze, niż proporcje między melomanami, a biernymi odbiorcami radiowej papki.
Ale za to mam wrażenie, że jeśli ktoś już zagłębi się w niezykły świat perfum, to dla odmiany rzadziej dociera do martwego punktu: do stagnacji, kresu rozwoju, momentu, kiedy staje się zamknięty na nowe doznania i zmianę.
Nie wiem, czy wynika to z tego, że pasja perfumeryjna jest rzeczywiście niepopularna i ulegają jej tylko "osobniki" o wyjątkowej wrażliwości na zapachy, czy z tego, że nasze gusta zapachowe rzadziej kształtują się w procesie socjalizacji, a częściej są kwestią indywidualnych, nieskrępowanych konwencjami wyborów. Wyraźnie widać jednak, że koneserzy zapachów częściej i z większą otwartością niż miłośnicy muzyki dokonują przetasowania swych preferencji i upodobań, także w wieku dojrzałym.


Sama jestem dobrym przykładem takiej ewolucji. W kilku etapach.
Najpierw zrażona "zapachami alternatywnymi" używanymi przez moją mamę uznałam, że perfumy śmierdzą i nie dla mnie ta rozrywka. Używałam olejków zapachowych, kombinowałam mieszając sandałowiec z wanilią, cedr z rozmarynem, olejek migdałowy z cynamonowym. Fajnie było, ale na tym etapie nie załapałam się na pasję jeszcze.
Swoją drogą ciekawa jestem, czy moja mama wiedziała, że Diory i Chanele kupowane przez nią w jednakowych, kanciastych flakonikach to podróby, czy dała się złapać na bujdy typu "te same składniki, ta sama receptura, tylko za reklamę i opakowanie się nie płaci"?

Potem w Empiku otwarto perfumerię. Przechodząc obok w drodze do wodopoju bibliofila w końcu wstąpiłam. Nie wiem jak to się stało, nie wiem, czy sama, nie wiem w sumie po co, ale nie mogłam nie zauważyć, że perfumy, które odnalazłam na rzęsiście oświetlonych półkach pachną jakoś inaczej, niż "alternatywne" badziewie, które poznałam wcześniej.
Zaglądałam częściej i częściej nieśmiało testując kolejne zapachy aż pewnego dnia... Odkryłam Theoremę. Ludzie, to był piorun z niebios, olśnienie, ekstaza, orgazm przez nos! O flakoniku marzyłam chyba z rok. Może trochę przesadzam, ale ten czas dłużył mi się niemiłosiernie, a jako uboga uczennica nie mogłam nawet marzyć o wydaniu kilkuset złotych na perfumy, skoro na jedzenie nie zawsze mi starczało, a wszelkie wolne środki szły na moją pierwszą i największą pasję - książki.
Kiedy dostałam wymarzony flakon od chłopaka... Byłam naprawdę uszczęśliwiona. Za pierwszym przyszły kolejne, wiele ich było i nawet kiedy zaczęłam zamiennie używać innych zapachów - Theorema, tak w wersji klasycznej, jak i letniej - pozostawała moim ideałem. Sądziłam, że na wieki.

Aż któregoś dnia, niedawno wcale, pewna niezwykła znajoma z forum muzycznego zapytała:
- A znasz Black Cashmere? Pasowałby do Ciebie.
Nie znałam, ale ufając osądowi znawczyni perfum, która przy okazji poruszała się w "moich" klimatach muzycznych przetestowałam i uległam.
A potem inna znajoma, także z kręgów zupełnie z perfumami niezwiązanych uraczyła mnie dwoma psikami Jaisalmera. I to był przełom. Porwało mnie olfaktoryczne bogactwo niszy, skarbiec pełen pachnących dziwolągów. To było coś, o czym nie marzyłam tylko dlatego, że nie wiedziałam że można. Kiedy już odkryłam, że można - przepadłam.

I, nawiązując do tego, co pisałam o otwartości na zmiany, w końcu sama przed sobą przyznałam, że Theorema nie jest kresem i celem mojej perfumeryjnej drogi.
Celem jest droga sama w sobie.



* druga ilustracja pochodzi z filmu "Imię róży" Jeana Jaquesa Annauda wedle powieści Umberto Eco (oczywiście, któż by nie poznał?)
** trzecia dla odmiany z "Equilibrium" Kurta Wimmera (Madzik się ucieszy)
*** czwarta to "The Sorceress" Johna Wiliama Waterhouse'a, z którego dorobku często korzystam na tym blogu
**** i ostatnia wreszcie - pochodzi ze zbiorów użytkownika publik_oberber na Flickr

29 komentarzy:

  1. http://nosthrills.blox.pl/2007/05/Zamykanie-kolekcji.html
    :)
    i zastanawiam się, czy rzeczywiście inżynier Mamoń jest bardziej aktywny w sferze muzycznej, niż w perfumiarskiej, a jeśli tak, to dlaczego? może dlatego, że do szerokiego nurtu muzyki mieliśmy dostęp wcześniej (w moim przypadku od 10 r.ż.), niż do półek zastawionych perfumami (około 20 r.ż.)?

    myślę tez nad analogią do zjawiska, które opisałaś - tej 'lepkości' muzycznej, która powoduje, że świat jest pełen starych metalowców ;). widzę po sobie, że choć gust muzyczny przepłynął u mnie spory kawał (od metalu właśnie do szerokich dosyć wód, w których z upodobaniem nurzam się dziś), to jednak rozmaite, nawet te niegdyś nienawidzone grupy z lat dziewięćdziesiątych ciągle wywołują we mnie żwawą reakcję emocjonalną, zaś im coś nowszego, tym trudniej mi to "pojąć", przyjąć za swoje - wymaga to trochę pracy. być może z perfumami jest podobnie, i zawsze będę preferowała dopracowane i wyraziste kompozycje, które dominowały, kiedy wkraczałam w świat zapachów, zaś nowsze "utwory" z nurtu pop nie będą umiały do mnie trafić. w tym przypadku błogosławiona nisza byłaby czymś w rodzaju nowoczesnej muzyki poważnej... a może jazzem?

    OdpowiedzUsuń
  2. Nisza chyba jest jazzem :)lubie jazz - choc im bardziej jest cool tym mniej go lubie... zapachy sa jak emocje pisane nutami ; ale tez bywam /niestety/ perfumeryjnym Mamoniem, ktory lubi te zapachy ktore zna ;)moze dlatego ze swobodny dostep do polek perfumeryjnych uzyskalam w wieku postbalzakowskim - a poszukiwania zapachowe - rozpoczelam jeszcze pozniej - i stad ta zachowawczosc ? z drugiej strony - fakt ze w ogole ZACZELAM te poszukiwania swiadczy o tym ze nigdy nie jest za pozno :)

    i w sprawie tego chleba z salcesonem - gdy trufle na bordo aksamicie czekaja ... Sabbath, chleb z maslem w odpowiedniej chwili bywa zabojczo smaczny ... zas wyczekana langusta bywa kulinarnym niewypalem ; ja takie rozczarowania miewam od czasu do czasu - i jestem wtedy zla na siebie ze tak wysoko wywindowalam oczekiwania ...

    Z calego serca zycze Ci zeby rarytasy okazaly sie godne Twojego przejecia :)

    lune

    OdpowiedzUsuń
  3. Elve, tak myślę, że możliwe jest, że kiedyś czytałam Twoją notką i choć zapomniałam o tym - w podświadomości coś mi utkwiło.
    Albo i nie - po prostu może być tak, że na pewnym etapie zgłębiania świata zapachów, muzyki, czy jakiejkolwiek sztuki człowiek po prostu uświadamia sobie, że nie ma końca drogi.
    I dobrze. Nie wyobrażam sobie tej pustki, którą czuje czlowiek, ktory już wszystko osiągnął, wszystkiego dokonał, wszystko zamknął. Brrr...

    Jesli chodzi o gust muzyczny, u mnie to dziwna sprawa, bo, poza De4ad Can Dance i Lisą Gerrard niewiele jest muzyki, której słuchałam w wieku lat dwudziestu i słucham nadal. Może czasem, z sentymentu własnie.
    Niby gatunki, w których "siedzę" pozostały te same - klasyczna i metal, jednak typ muzyki, kapele, kompozytorzy są zupełnie inni. W kwestii metalu rzecz jest oczywista - gatunek tak śmignął do przodu, rozwinął się tak bajecznie 9i tak technicznie), że mimo sentymentu do Iron Maiden na przykład - słucham zupełnie, ale to zupełnie innego grania. Nawet w przypadku muzyki klasycznej, która rozwija się statyczniej i jednak głównie bazuje na tym, co stworzono wiele lat temu gust mi się zmienił, bo tak, jak niegdyś poruszali mnie kompozytorzy romantyczni, tak teraz na mojej playliście niepodzielnie króluje barok.
    Ciekawa jestem, co wydarzy się przez kolejne 10 czy 20 lat... Jest po co żyć. Tak, jak napisałaś: "Zamknięta kolekcja, to martwa kolekcja." Zamknięta biblioteka doznań to jakiś straszny, przygnębiający kres. Obyśmy nigdy nie dotarły do tego miejsca.


    Lune, też mi przyszedł do głowy jazz w kontekście niszy. I myślę, że tak - jazz jest niszą muzyczną, a część niszy zapachowej ma nastrój i "konstrukcję artystyczną" w tym typie. Ale myslę też, że nisza to nie tylko jazz, ale i klasyka, metal czy nawet punk rock. W poście o perfumach niszowych pisałam o tym.
    W kwestii mamoniowości własnej jestem rozdarta. Bo z jednej strony ciągle ewoluuję, ciągle dostrzegam nowe horyzonty, ciągle wiele się uczę i jestem otwarta na nowe odkrycia, ale wielkich zwrotów, burzenia i budowania od nowa nie ma. Nie przerzuciłam się z metalu na bluesa, nie przeszłam z mocnych, korzennych woni w kwiaty. Moja biblioteka muzyczna jest spolaryzowana i obejmuje głównie dwa (szerooookie, ale jednak tylko dwa) gatunki, moje zapachowe zbiory kręcą się wokół drewna w różnych postaciach i aspektach.
    W ramach dnia dobroci dla siebie samej uznam więc, że umysł mam otwarty, lecz osobowość zbyt stałą na to, by dokonać całkowitego przefasonowania. ;-)

    A chleb z masłem - taki prawdziwy chleb z prawdziwym masłem to jeden z najwspanialszych smaków na świecie. Masz rację!
    Za dobre życzenia dziękuję, boje się jednak, że rzeczywiście swoje oczekiwania wywindowałam na poziom, na którym nic już im nie sprosta. Gupi człek...

    OdpowiedzUsuń
  4. Sabbath :)
    gdy po raz pierwszy powachalam Rock Crystal przestraszyla mnie jego doskonalosc - a przeciez wydawalo mi sie wczesniej ze wlasnie tego szukam ; to oczywiste ze przestraszylo mnie to ze juz znalazlam wiec szukac nie musze; przerazony ta wizja organizm 'odepchnal' ideal ... uznajac ze nieco 'przybrudzenia' przydaloby sie ;) no bo jak to ? ja - taka rozczochrana - nie moglabym pachniec czyms doskonalym ... nie pasuje, nie wypada, nie komponuje sie ... wielbic - owszem - ale kontakt bardziej osobisty to juz nie - jednym slowem cala dluga opowiesc po to by szukac dalej :)

    Moja milosc do opery trwa i trwa :)zdarza sie ze lzy ronie nad rockowa klasyka, nad starym bluesem ze zdartej plyty :) pop mnie nie rusza, mydli sie podobnie jak mydlil sie 30 lat temu ... i nie pokocham wanilii ani kwiatowych ani jadalnie pachnacych kompozycji

    i masz racje ... nisza to tez ... zombie-rock np. niektore Montale ;))))

    lune

    OdpowiedzUsuń
  5. Madzik się baaaardzo ucieszył, a wręcz niezdrowo podniecił :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Lune, ja tak miałam z Theoremą - była idealna. Tylko mnie to nie bolało, bo myślałam, że tak powinno być - że człowiek ma ten signature scent, skończony ideał i koniec. To świadczy wyłącznie o tym, jak mało wiedziałam. ale rzeczywiście przez lata ludzie poznawali mnie po zapachu i to było miłe.
    Inna sprawa, że teraz też mnie po zapachu poznają - jakoś tak się składa, że w moim otoczeniu tego typu woni nikt nie używa.

    W każdym razie dobrze jest wiedzieć, że z perfumami jest inaczej, niż z mężczyznami - można zupełnie bezkarnie posiadać (ładne słowo w tym kontekście ;-)) kilka ideałów jednocześnie.

    Zombie - rockiem wymiotłaś! Siedzę tu i chichoczę. :-)))



    Madzik, Ty się nie łam, podniecenie jest zdrowe. Na układ krwionośny, na cerę, na co tam jeszcze chcesz... A najbardziej na dobry nastrój pomaga.
    Do usług!

    OdpowiedzUsuń
  7. "Droga, jako cel" odpowiada mi jak najbardziej!
    Niech żyje Jaisalmer - Wielki Inicjator! Także moje nozdrza otworzył, po czym utorował mi internetową drogę do Twojej aromatycznej bilioteki :)

    Ja z wiekiem coraz bardziej, o dziwo, otwieram się na wszystko co nowe, łatwiej dociera do mnie odmienność, ale i pozytywniej reaguję na twórczość wcześniej nieakceptowaną /choć być może nastąpi kiedyś ten moment krytycznego przepełnienia ;)/

    Pozdrawiam i życzę jak największej możliwości wyboru kierunków - chleba z masłem, trufli i wielu zaskakujących wiktuałów!

    OdpowiedzUsuń
  8. Impro, witaj ponownie. :-)
    Z radością będę wraz z Tobą wznosiła okrzyki za pomyślność i dłuuugi produkcyjny żywot Jaisalmera. Teraz także dlatego, że Cię do mnie przywiódł, a mnie z kolei otworzył drogę do Twoich niesamowitych fotografii.

    W kwestii (własnej) otwartości nie potrafię ostatecznie sprecyzować swojego stanowiska. Bo z jednej strony tak muzycznie, jak i literacko, czy perfumeryjnie nie skreślam "dzieła" dlatego tylko, że jest mi obce stylistycznie. Potrafię docenić Wokal Pink, fenomen "Przeminęło z wiatrem", czy urodę Niny Niny Ricci.
    Jednak nadal jest tak, że muzyka pop, literackie (albo filmowe) romanse czy kwiatowe kompozycje perfumeryjne to dla mnie "ciało obce" i nawet jeśli doceniam - nie czytam, nie słucham, nie używam. Nie dlatego, że nie chce wypaść z roli, ale z tych samych powodów, dla których nie pijam win musujących. Nie sprawia mi to przyjemności, a nawet przeciwnie. ;-)
    Tak więc choć uważam się za osobę bardzo otwartą na nowe doznania, to jednak jakiś tam sprecyzowany gust mam i pewnych rzeczy nie lubię i już.

    Do czego zmierzam? Do tego, że to urozmaicenie - umiejętność nie tylko odnajdywania, ale i akceptowania nowych, różnorodnych doznań pozwala nam mieć nadzieję, że "moment krytycznego przepełnienia" nie nastąpi.
    A nawet jeśli nastąpiłby, to nie będzie bolał, bo zawsze będą nowe lądy do odkrycia i nowe zachwyty do przeżycia.

    OdpowiedzUsuń
  9. Dawno już dotarło do mnie, że w perfumowej manii chodzi o gonienie króliczka, nie zaś o złapanie go. Pośród dziesiątek przetestowanych kompozycji zdarzyło się zaledwie kilka, które wywróciły mój olfaktoryczny świat do góry nogami (KENZO PH, EGOISTE, M7, GUCCI PH, INCENSE EXTREME, JADE, BLACK TOURMALINE, ZAGORSK), poszerzając przy tym moją zapachową tolerancję i dowodząc, że kto szuka, ten znajduje. Rzadko, ale jednak. Gdyby nie one, być może starciłbym serce do perfum. A tak wiem, że jeszcze wszystko się może wydarzyć...
    Z muzyką jest u mnie nieco inaczej. Jest ona absolutnie niezbędnym składnikiem mojego życia od kiedy pamiętam. Sam jestem instrumentalistą, pogrywam i "tworzę" (choć to za dużo powiedziane). Oczywiście amatorsko. Poza tym słucham na potęge i wciąż szukam nowych rzeczy, ale raczej wśród współczesnych twórców. Nie mam potrzeby szperania np. w latach 70-tych, choć może znalazłbym coś interesującego. W każdym razie wiem jedno - gdybym został zmuszony (nie wiem jaką siłą?!) do zredukowania mojej kolekcji zapachowej do jednej-dwóch pozycji, byłbym chyba w stanie to zrobić. W muzyce nie byłoby to możliwe.
    Tak przy okazji - czasem mam wrażenie, że takie perfumowe hobby jest oznaką próżności wysokich lotów... Jest przecież dość kosztowne i nie przynosi żadnych korzyści prócz własnej satysfakcji. Co o tym sądzisz, SABBATH?

    OdpowiedzUsuń
  10. Od Muzyki zacznę, pisze przez duże "M" celowo. Nie tak dawno, moje dziecko zadało mi pytanie: Mamo, jakiej muzyki lubisz słuchać najbardziej ?

    Proste pytanie, prawda? Odpowiedziałam więc prosto - "dobrej, synu".
    Ale w głowie w tym momencie przeleciało kilka lat mojego życia i nie znalazłam siebie w żadnym nurcie, cóż, jestem z tych, którzy lubia wszystkiego po trochu, byle było dobre, tak więc nie zaliczę sie do metalowców, chociaż uwielbiam Iron Maiden, nie jestem melomanem, chociaż nie mogłabym żyć bez sonat Bethovena, czy Noktornów Chopinowskich, nie jestem tez słuchaczem muzyki pop, chociaż uważam, że M.J. był naprawdę wielki i na zawsze zostanie królem.
    Tak samo z zapachami, celowo nie piszę "perfumy". Nie jestem miłośnikiem zapachów drzewnych, chociaż szaleję za M7, ani kadzidlanych ( Black Tourmalin,Gucci PH - doprowadzają mnie do szaleństwa ) ani owocowych chociaż bardzo lubie ożeźwienie w wydaniu Ananas Fizz, ani kwiatowych choć uwielbiam fiołki. W każdym rodzaju bowiem znajdzie się dzieło sztuki. Z każdego z gatunków mogę wyłonić swojego ulubieńca, a często są nimi zaskakujace mieszaniny, jak chociazby drzewno kwiatowe Genie de Bois.

    I chociaż straciłam ostatnio serce do poznawania nowych zapachów ( cieszę się tym co mam - ale umiarkowanie ) to tak, nadal jestem pasjonatką.
    A z książkami, z książkami jest u mnie zupełnie inaczej, jestem wierna jednemu gatunkowi i nie mam ochoty zmuszać się do czytania innych, mimo, że sa uważane za wspaniałe. Tak jak Sabbath, nie potrafię sobie wyobrazić życia bez książek, chociaż szkoda mi lasów i drzew na papier ( ciekawą alternatywą mogą być e-booki , hmmm ) Tyle, że literatura działa na mnie mocniej i silniej niż cokolwiek innego, nic temu nie dorówna, nawet największa zapachowa pasja.

    Cierpię ból wręcz fizyczny, gdy kończe książkę, bo tak zżyłam się z jej bochaterami, że traktuję to jako rozstanie, a nie umiem czytać po raz drugi. Bo znam fabułę. Cóż. Z zapachami jest na szczęście tak,z e co chwila można przezywać spotkanie z tym samym "egzemplarzem" i za każdym razem odkrywać coś nowego, fascynującego, jakąś głębie,. Tak samo z muzyką, nowe tony, które gdzieś umknęły, nowe wyobrażenie .....


    kurczę , jakaś dziwna jestem .

    ps. przepraszam za literówki, za szybko chciałam przelać swoje myśli ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. właśnie zauważyłam byka ... oczywiście bohaterami, nie bochaterami ... przepraszam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  12. ja mam tak samo ,że najlepsze zawsze zostawiam na samym końcu, podobnie rzecz ma się z deserem :D ,bo najlepsze zawsze jest na końcu :)
    pozdro
    J

    OdpowiedzUsuń
  13. miejmy nadzieje że tak bedzie z tymi exklusivami

    OdpowiedzUsuń
  14. Sabbath... po raz kolejny rozpływam się w Twoich wpisach :) Uwielbiam ten Twój blog i gdyby nie Ty... nigdy nie kochałabym perfum tak, jak dziś kocham

    OdpowiedzUsuń
  15. Przepraszam Was wszystkich za to, że tak długo nie odpowiadałam na komentarze. Życie mi wywinęło paskudny numer i nie potrafię się otrząsnąć z szoku. Po prostu na razie nie wiem, co będzie dalej. I pomyśleć, że pisząc powyższego posta miałam przekonanie, że zakałapućkana jestem tylko perfumeryjnie. Aktualnie wszystko się zmieniło. Perfumeryjne rozterko są mi dalekie, a życiowo jestem w dupie zupełnie.

    Fqjcor, nie mogłabym się z Tobą nie zgodzić, nawet gdybym chciała. A nie chcę.
    Tak więc po pierwsze rzeczywiście takich "wywracających świat" kompozycji nie jest wiele (z wymienionych przez Ciebie ja wybrałabym az trzy), ale warto ich wciąż szukać. Podobnie jak warto szukać takich, które są po prostu piękne i niczego nie wywracają. Szczególnie, że im więcej znamy, tym więcej odnajdujemy analogii i tym częściej najciekawszą nawet kompozycję postrzegamy przez pryzmat innych, podobnych.

    Po drugie - mnie również łatwej wyobrazić sobie życie bez perfum, niż bez muzyki. I wcale niekoniecznie dlatego, że tez kiedyś grałam (zapuściłam się pod tym względem - trybie pracy, jaki miałam jeszcze parę lat temu wygospodarowanie codziennie minimum godziny na ćwiczenie przerastało moje możliwości.
    Także muzycznie nadal szukam i także zachłystuję się tym, co nowego powstaje w muzyce współcześnie. A dzieje się dużo i to naprawdę ciekawych rzeczy. Choć i do lat siedemdziesiątych zdarza mi się czynić sentymentalne wycieczki. ;-)

    I wreszcie trzecia poruszona przez Ciebie kwestia. Próżność.
    Tu mam odczucia ambiwalentne. Nie emocjonalnie - emocjonalnie wiem, że wąchanie jest fajne, a jeśli ktoś robi to ze snobizmu to w sumie i tak mi to nie przeszkadza.
    Ja po prostu zdaję sobie sprawę z tego, że wszelką sztukę wykraczającą poza nurt pop: teatr, muzykę klasyczną, literaturę, czy nawet ambitniejsze kino niektórzy ludzie postrzegają jako snobizm. Niechże im będzie. ja w tak pojmowanym snobizmie nie widzę niczego złego - wręcz przeciwnie: nawet jeśli ktoś zainteresuje się na przykład teatrem (albo perfumami) ze snobizmu, a potem go to wciągnie i pokocha, to dobrze dla niego i jego horyzontów.
    A że profitu nie przynosi taka mania? O to chyba chodzi. Pasja często wymaga nakładu sił i środków nie dając w zamian niczego, poza satysfakcją, przyjemnością, furą radochy i jeszcze treściwym wypełnieniem życia. Czy to mało?

    Pozdrawiam Cię :-)

    OdpowiedzUsuń
  16. Fav, witaj.
    To prawda, co piszesz - zauważyłam Twoją wielką otwartość na różne style muzyczne i grupy olfaktoryczne. Taki eklektyzm ma wiele zalet - pozwala na szeroką perspektywę i na to, by do nowych doznań, bodźców podchodzić z otwartością, bez podświadomych ograniczeń.
    Staram się (a może nie staram, tylko tak mi z czasem coraz łatwiej wychodzi) zachować otwarty umysł i nie zamykać się na "dzieła" spoza moich poletek i owszem, często zdarza mi się podziwiać takie obce mi twory, jednak przyznaję, że nieczęsto stają się dogłębnie, integralnie "moje". To jest jak z kolorami (to przykład dla Ciebie, bo mnie znasz): lubię prawie wszystkie, ale noszę tylko dwa. ;-)

    A cierpienie związane z rozstaniem z lubianymi bohaterami znam. Choć nie jestem najlepszym przykładem tej prawidłowości. Dla takich przywiązujących się czytelników powstają serie... :-)



    Jarku, tez mam nadzieję, że Pieprz, którego tak strasznie pożądałam okaże się "wart mszy".
    Na razie nie otwarłam próbki. Przetestowałam Gwajak i Wanilię i żaden mnie nie rozczarował.



    Her Majesty Marionette, to piękne, co napisałaś. Jeśli rzeczywiście udało mi się w jakiś sposób wpłynąć na rozwój Twojej perfumeryjnej pasji - jestem szczęśliwa i zaszczycona.
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  17. No i mi się skasowało, więc piszę jeszcze raz
    Sabb - dziękuję ci za bloga. Znalazłam dzięki tobie swojego św. Gralla. I czuję się z tym idealnie. Jest nim Gucio. Dziękuję ci też za to, że pomagasz mi znaleźć ideały. Obecnie chcę by w 2010 znalazła takowe. Może wkleisz swoją kolekcję w wiadomym wątku - byłabym ciekawa co mi zostało do przetestowania z zapachów dymno-kadzidlanych. A muzykę słucham coraz ciekawszą. Poznaję ją dzięki Youtube i przypadkowo spotkanym blogom. Szczerze to cieszę się, że jesteś moją siostrą zapachową - jest mi prościej poznawać ten świat. Pozdrawiam i życzę powodzenia w znalezieniu św Gralla - Werka

    OdpowiedzUsuń
  18. oczywiście to ja mam znaleźć te ideały

    OdpowiedzUsuń
  19. Witaj Werko, cieszę się, że Gucio tak bardzo Ci się spodobał. To rzeczywiście zapachowy fenomen.
    Ideały to i ja chętnie poznajduję, życzę więc tego jednako - Tobie i sobie.

    Cieszy mnie, że tu zaglądasz, naprawdę.
    A kolekcję wklejałam latem tu, na blogu. Zerknij w zakładkę "osobiście". Jest tam i kolekcja, i ostatni update. :-)

    OdpowiedzUsuń
  20. A kiedy będzie recenzja Theoremy?

    OdpowiedzUsuń
  21. Myślałam ostatnio o tym, co napisałaś - że bardziej niż posiadanie cieszy poznawanie. Myślę, że to działa w ten sposób: kiedy zapach staje się Twoją pasją, odkrywasz, że to nie Ty posiadasz zapach - to zapach posiada Ciebie.
    I masz ochotę zatracić się w tym szaleństwie jeszcze bardziej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ładnie powiedziane. Prawie poezja. Albo bez "prawie". Ale przyznam, że przed takim postrzeganiem sprawy całe moje ego wzbrania się instynktownie. Bardzo cenię sobie niezależnośc i indywidualizm. Nigdy nikomu nie powiedziałabym "jestem twoja", bo nie jestem. Jestem swoja. I żaden zapach nie będzie mi się szarogęsił. ;)
      Czytałam kiedyś na pewnym blogu, którego ostatnio nie czytam, a kiedyś czytałam, ze kadzidło (w perfumach) mam wybebeszać, wyrywać flaki i inne takie. I ja się nie zgadzam. Perfumy to jednak sztuka użytkowa. Nie chciałabym nosić czegoś, co mi takie rzeczy robi.
      I analogicznie, chyba także nie nosiłabym zapachu, który "mnie posiada". Nie wiem, na jakim poziomie mogłabym to odbierać i nie wiem, jak to swoje odczucie wyjaśnić, ale staram się otaczać rzeczami, dźwiękami i zapachami, z którymi nie muszę walczyć. Podobnie jest z ludźmi, tyle, że w stosunku do ludzi mam bardzo wysoką tolerancję. Potrafię mieć odmienną opinię, niż druga osoba i lubić ją i dobrze się czuć w jej towarzystwie. potrafię czuć się komfortowo, jeśli ktoś ma inne upodobania, gust, poglądy. Poza kwestiami kluczowymi, jak rasizm, antysemityzm, homofobia czy seksizm. W towarzystwie takich ludzi czuję się zawstydzona i zasmucona. Ale też potrafię rozmawiać.
      Rozpisałam się zdryfowałam trochę. Ogólnie chodzi mi o to, ze jednak ujęłabym to inaczej. Bo o ile rzeczywiście celem jest droga, to ja jednak lubię sama wybierać, dokąd i kiedy się udam. :)

      Nie wiem, czy udało mi się napisać to, co chciałam. Przyjmij proszę z życzliwością ewentualne wątpliwe kwestie. Gotowa jestem kontynuować wyjaśnienia. :)))

      Usuń
    2. Rozumiem Cię bardzo dobrze! Pisząc o tym, że zapach posiada człowieka, miałam na myśli, że kiedy jest naprawdę trafiony, rozwija się na skórze tak, jakby do niej pierwotnie należał, nie odbiera się go wówczas jako coś obcego, ale nutę, która doskonale komponuje się z naturalnym zapachem - tak jakby miał zapisany w sobie szyfr wejścia w nasze DNA. Tego nie można doświadczyć skupiając się jedynie na kolekcjonowaniu perfum. To wymaga zupełnie innej optyki i wrażliwości.

      Usuń
    3. Chyba wiem, jak to ująć w jednym zdaniu - celem jest droga i chodzi w niej nie o zbieranie kolejnych butelek perfum, tylko o kolekcjonowanie wzruszeń.

      Usuń
    4. Prawda Lu - są zapachy, które poznajesz i od razu wiesz, ze są "twoje". Że pasują do ciebie, że stopią się nie tylko ze skórą, ale też z... Nie wiem, jak to ująć, żeby nie wyjść na "njuejdżowego" proroka... Z aurą, typem energii, osobowością, stylem, klimatem? Dlatego właśnie dzielę zapachy na moje i nie-moje. Nie moje nie są wcale mniej piękne. Są tylko niekompatybilne ze mną. Ale i tak potrafię je podziwiać i cieszyć się historiami, które mi za pośrednictwem mojego nadaktywnego mózgu opowiadają. :)

      I tak, chodzi o kolekcjonowanie wzruszeń, odczuć, obrazów, opowieści. O karmienie duszy. Albo mózgu - w zależności od tego, czy chcemy wyrazić się technicznie, czy metaforycznie. :)

      Usuń
    5. Bardzo, bardzo lubię z Tobą rozmawiać. Nawet jeśli nikłe i wyłącznie "elektroniczne" mam doświadczenia w tej materii. :)

      Usuń
    6. Nawet nie wiesz, jak szeroko uśmiecham się w tej chwili.
      Elektroniczne rozmowy także bywają elektryzujące! :)
      Bardzo się cieszę, że znalazłam Twoją stronę, Sabbath.

      Usuń
    7. I ja się cieszę, że znalazłaś moją stronę. :)

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...