niedziela, 28 lutego 2010

Amouage Tribute Attar



Wyjdę na snoba, ale drugim zapachem Amouage, na którego recenzję się zdecydowałam jest... znów Attar.
Czyli drożyzna, której zdobycie w formie próbki graniczy z niemożliwością, bo LuckyScent (podobno, bo pisałam już, że robią wyjątki) wysyła tylko pachnące bloterki, z The Perfumed Court niewiele dochodzi (a jeśli dochodzi, to po tak długim czasie, że po wyciekających z natury olejkach w fiolce nie zostaje nic z wyjątkiem zapachu wolności), zaś polski monopolista w tej kategorii Perfumeria Quality z zasady nie robi próbek attarów (nie dziwię się szczególnie, bo nie dość, że stosunek ceny do pojemności przyprawia o drżenie, to jeszcze ciężko to przekapać do fiolki).


Mnie się jednak udało. Trochę zapewne dlatego, że właścicielka Quality, pani Stanisława Missala, która otwarcie deklaruje, iż znajduje upodobanie w dobieraniu zapachu do człowieka (ewentualnie człowieka do zapachu) po chwili rozmowy zdecydowała, że to właśnie Tribute do mnie pasuje.

Przyznaję, znałam ten zapach jedynie z opisów i mój stosunek do tego wyboru był ambiwalentny.
Nie dość, że róża i jaśmin (za którymi bardzo delikatnie rzecz ujmując nie przepadam), to jeszcze full exclusive Amouage dla takiego olfaktorycznego barbarzyńcy, jak ja? To się nie może udać.
Tak pomyślałam.

***

Pierwszy kontakt, muśnięcie nadgarstka znajdującą się wnętrzu flakonika bagietką, kilka niepewnych wdechów, kilka chwil wahania i... No dobra, przyznaję, nie tego się spodziewałam.

Róża?
Tak.
Róża ciężka, ciemna, spopielała. Sędziwa i słodka jak powstały ze skamieniałego palisandru węgiel. Oleista jak złoża różanego oleju skalnego. Natrętna jak powściągana namiętność.

Oczywiście, to nie sama róża "robi" ten nieprawdopodobny efekt. Nuty przyprawowe, kadzidło dodatkowo podbite tytoniem i popiołem, wyraźne nuty skórzane i wreszcie wiotka, wilgotna paczula - wszystko to zalane zostało różanym olejem (określenie "olejek" jakoś mi nie pasuje), dopełnione narkotycznym jaśminem i zmieszane, zagniecione gołymi, ciepłymi dłońmi w jednolitą, zwodniczo gładką substancję o zapachu jednocześnie pięknym i niepokojącym.


Wiem, że "pojechałam" tym opisem, jednak złożenie nut, którym atakuje nasze zmysły otwarcie Tribute jest naprawdę frapujące. Szczególnie jeśli ktoś (jak ja) spodziewa się złotego cielca kapiącego przepychem.
Bez róży byłoby "mojo" i atrakcyjnie bez zastrzeżeń. Sama róża byłaby ładna i... zupełnie mi obca.
Zespolenie w jeden tych dwóch, skrajnie różnych akordów daje efekt, który jednocześnie mnie drażni i pociąga. Pociąga zdecydowanym charakterem i wyrazistością, drażni "bujną", bogatą urodą.

***

Fazy rozwoju tych perfum najprościej opisać można przez syntezę - rozbiórkę pierwszego, inicjującego kompozycję akordu.

Otóż w nucie serca mocy nabiera róża i Tribute brzmi kwiatami: jest gęsty, nasycony i bogaty. Powoduje we mnie opór i budzi obawę, że dalej będzie jeszcze gorzej. To znaczy jeszcze "ładniej".

Na szczęście jest to faza przejściowa, przewrotne preludium dla trwającej, zdaje się, wiecznie nuty bazy: ciemnej i dwuznacznej.
Połączenie nut kadzidlanych i dymnych z szorstkością przypraw i niejednoznaczną słodyczą skóry w zestawianiu z bogatym, lecz pozbawionym oczywistości zapachem róży i jaśminu daje efekt, który przypomina sunący po nagiej skórze aksamit. Co ważne jednak - tkanina sunie "pod włos": drażniąc i pieszcząc zmysły jednocześnie.


Cóż jeszcze mogę napisać?
Polecam testy, nawet bez "posiadania" próbki. Jedna kropla na nadgarstku to wiele, wiele godzin niezwykłej zapachowej podróży.


Data powstania: 2009

Nuty zapachowe:
róża Taifi, jaśmin, szafran, kadzidło frankońskie, cedr, tytoń, skóra, paczula, wetiwer


*Na ilustracjach (gdyby cudem zdarzyło się, że ktoś nie pozna) Michael Wincott.
Na pierwszych dwóch jako Don Adrian de Moxica w "1492. Wyprawa do raju" Ridleya Scotta, na ostatniej jako Top Dollar w "The Crow" (chodzącym pod polskim tytułem "Kruk", choć powinna być "Wrona" przecież) Alexa Proyasa.

sobota, 27 lutego 2010

Wieści

.
Miało nie być postów tego typu, ale czasem człowieka przyciśnie i nie zdzierży.
Ja nie zdzierżam właśnie i oto dowody.



Wiecie, co robi By Kilian, czyli właściwie Kilian Hennessy zarządzający koncernem LVMH, który wsławił się wyprodukowaniem najdroższego alkoholu na świecie?

Okazuje się, że Pure Oud nie był jednorazowym wyczynem, lecz początkiem całej kolekcji perfum skonstruowanych wokół tej nuty. Kolekcja, co było do przewidzenia, będzie nazywała się Arabian Nights i, poza kompozycją (rzekomo) czysto agarową, o której już pisałam, w jej skład wejdą jeszcze cztery inne "olfaktoryczne harmonie" łączące agar z innymi wschodnimi aromatami. Z różą: Rose Oud (dostępne już w przedsprzedaży na LuckyScent), kadzidłem: Incense Oud, ambrą: Amber Oud i piżmem: Musk Oud.

Mam mieszane uczucia. Z jednej strony agar z ambrą czy kadzidłem może dać efekt spektakularny i memu powonieniu nader przyjazny, z drugiej strony jeśli zawartość agaru w poszczególnych kompozycjach serii będzie jeszcze mniejsza niż w Pure Oud, który wcale nie jest pure, to może się okazać, że nazwy są jedynie reakcją producenta na "agarową modę" (o której pisałam przy okazji podsumowania ubiegłego roku), a w nasze ręce zamiast intrygujących wariacji na temat agaru trafią kolejne perfumy dość nijakie, za to okrutnie drogie.



Na 13 marca, czyli już lada moment Etat Libre d'Orange, firma specjalizująca się w kontrowersyjnie reklamowanych pachnących dziwactwach (i niedziwactwach, ale zawsze kontrowersyjnie reklamowanych) zapowiedziała premierę zapachu, który budzi we mnie żądzę poznania.
Otóż muzą i twarzą zapachu nazwanego Like This jest jedna z najbardziej oryginalnych aktorek w historii kina, postać, wobec której naprawdę nie sposób pozostać obojętnym - Tilda Swinton.
Przyznaję uczciwie, że połączenie tych dwóch "marek" daje mi nadzieję, na pojawianie się pierwszych celebrity perfume, które mnie naprawdę ruszą.

Na razie pozytywnie zaskoczył mnie sposób reklamowania zapachu. Marketingowcy ELd'O postawili na inteligentną zabawę słowami i przyznaję, podoba mi się ta metoda.
Cytat zamieszczam w oryginalnej wersji językowej wyłącznie dlatego, że nie mam pomysłu na zgrabne tłumaczenie oddające wszystkie niuanse.

Like this.
What does your fragrance smell like? Like this.
What does your fragrance feel like? Like this.
What do I do with this fragrance? Like this.
It's an idea that makes me very, very happy.

Tilda



I ciekawostka z pogranicza:
Miller Harris, firma znana głównie z kompozycji zapachowych Lyn Harris rozszerza zakres swej działalności. Najpierw pojawiły się świece zapachowe, które stanowią dość naturalne uzupełnienie perfumeryjnej oferty, potem nieco bardziej nietypowe: herbaty aromatyzowane.

Zaskoczyli mnie jednak dopiero kolekcją oliw i akcesoriów do użytku ewidentnie "kuchennego".
Mamy więc do wyboru trzy aromatyzowane oliwy: Citron z nutami (można tak powiedzieć?) bergamoty, cytryny, pomarańczy, grejpfruta, tangerynki i petitgrain, Sauvage aromatyzowaną rozmarynem, lawendą, tymiankiem i szałwią, oraz najbardziej dla mnie kuszący pikantny Poivre pachnący kardamonem, cynamonem, czarnym pieprzem, kolendrą i goździkami.

Poza tym możemy nabyć sygnowane logiem marki bawełniane torby na zakupy, ściereczki oraz notesy. Czy pachnące nie wiem...

piątek, 26 lutego 2010

Annick Goutal Ninfeo Mio

.
I oto mamy kolejny "ogródek" Annick Goutal.
Po różanym ogródku przy plebanii, którego wspomnieniem są dopieszczone i dość nijakie Ce Soir ou Jamais, ogrodzie Hesperyd, w którym Zeus zaślubił Herę (i po co mu to było?) z umiarkowanym powodzeniem zaklętym we flakonach Eau d'Hadrien oraz Un Matin d'Orage będącym zapachową metaforą poranka dalekowschodniego ogrodu po rzęsistej ulewie duet Doyenne - Goutal zwrócił swe oczy (i nosy) na Italię.
Ninfeo Mio to zapach inspirowany włoskim parkiem krajobrazowym w stylu osiemnastowiecznych ogrodów Monumento Naturale Giardino di Ninfa.


Pora chyba zmienić opinię o marce Annick Goutal, która funkcjonuje w mojej świadomości jako firmująca zapachy urodziwe i bezpieczne. Było tak, dopóki stery dzierżyła osobiście Annick, a także na początku kariery jej córki Camille.
Aktualnie dostrzegam rosnący wpływ Isabelle Doyen (Duel, Eau de Fier, Vanille Exquise, seria Les Orientalistes oraz oczywiście firmowane już wyłącznie własnym nazwiskiem zapachy LesNez) na ofertę domu perfumeryjnego, który to wpływ sukcesywnie przesuwa Annick Goutal w mojej świadomości z kategorii "miło, lecz dość nijako" w kategorię "warto czuwać".

Kiedy poznałam Ninfeo Mio pierwsze na myśl przyszło mi stwierdzenie, że jeszcze kilka lat temu taki zapach nie pojawiłby się w ofercie tej marki, a temat ogrodów Ninfa zostałby rozwinięty zupełnie inaczej.
Zapach zaczyna się rzeczywiście (zgodnie z nutami) akordem cytrusowym, jednak nie są to cywilizowane cytrusy rodem z Eau d'Hadrien, Le Chevrefeuille, czy nawet Mandragore, lecz cytrusy prawdziwie kanciaste, złamane goryczą petitgrain i "podkręcone" dodatkowo czystą, bujną zielonością gniecionych liści. Pełne energii, zdziczałe, niegłaskane.

Oczywiście nie znaczy to wcale, że to otwarcie mi się nie podoba. Nie znaczy nawet, że nie jest ładne. Znaczy to jedynie, że jest "jakieś": nieperfumeryjnie sugestywne, rzeczywiście wywołujące w umyśle obraz ogrodu stylizowanego na dziki, zapuszczony zakątek; pełnego ciętej ostrymi promieniami słońca zieleniny.

Figi nie czuję. Jeśli już miałabym doszukiwać się figowych analogii, byłyby to skojarzenia z kompozycjami typu Fico di Amalfi Aqua di Parma czy Jardin de Kerylos Parfumerie Generale. I zaznaczam, nie jest to żadna ujma ani dyshonor dla pani Doyen.


Oczywiście nie ma szans, żeby ta bujna zieloność panoszyła się po człowieku w nieskończoność. Nie tylko dlatego, że najprawdopodobniej na dłuższą metę byłaby uciążliwa jak nocleg w szklarni, ale też dlatego, że chemia skóry winna zadziałać i dać wyleźć innym nutom. Moja chemia była tym razem uprzejma i dała.

Pierwsze, co obserwuję, to orzechowa "działalność" pistacji. Nie w formie prostych, spożywczych skojarzeń, lecz jako wrażenie, że do gniecionych, rwanych na strzępy liści i owocowych skór dołączają coraz grubsze gałązki. Najpierw pojawia się świeża żywica (galbanum?), potem orzechowy aromat miażdżonych gałęzi, wreszcie ciepły zapach drzewnych wiórów: świeżych i jeszcze wilgotnych, rozdmuchiwanych powiewami wiatru.

Sam schyłek zdaje mi się trącić akordem ziemnym (to samo przytrafia się czasem Ichnusa Profumum), ale nie jest to nuta uciążliwa ani nieprzyjemna. Ot - zaszło słońce, ziemia paruje, służby ogrodowe nie dozbierały liści leżących pod krzewami. W końcu taki właśnie powinien być ten ogród...


Całość robi wrażenie kompozycji naturalistycznej, lecz dalekiej od dziwaczności czy zapachowego turpizmu. Przemyślana struktura i (pozorna) prostota pozwalają zakładać, że w kategorii letnich uniseksów Ninfeo Mio może stać się tegorocznym przebojem. Szczególnie dla osób lubujących się w malowanych zapachem obrazach, które coraz częściej zastępują abstrakcyjne olfaktoryczne konstrukcje.


Data powstania: 2010
Twórca: Isabelle Doyen

Nuty zapachowe:
bergamota, cytryna, petitgrain (olejek z drzewa gorzkiej pomarańczy), gorzka pomarańcza (jak mniemam owoc tym razem), galbanum, pistacja, lawenda, liście figowca, drewno drzewa cytrynowego


* Wszystkie ilustracje przedstawiają Ogrody Ninfa.
Pierwsza i trzecia autorstwa Vinicio Tullio.


czwartek, 11 lutego 2010

I Hate Perfume: Memory of Kindness i Gingerbread

Wybaczcie przerwę, wciąż choruję i nie ufam swojemu nosowi. Dziś będzie wpis złożony z wykopalisk na dysku.

Minął ponad rok od ostatniej mojej "pełnometrażowej" recenzji zapachu firmowanego przez Christophera Brosiusa. Być może niektórym czytelnikom do głowy przyszło, że IHaPki są u mnie w odwrocie... I chyba tak właśnie jest. W świat powędrowały prawie wszystkie moje flakony IHP i z sześciu ostał się jeden. Który? Ciekawe, czy ktoś zgadnie.

Z drugiej strony... Nie wylatywały hurtem, lecz sukcesywnie przybywając i odchodząc. W podobny sposób, bez wielkiego exodusu wyszło w świat siedem flaszek Lutensów, choć przecież twierdzenie, że moje zauroczenie tymi zapachami minęło byłoby nadużyciem.
Nic to. Z punktu widzenia opowieści o zapachach takie rozważania są nieistotne.

Dziś po kilka słów o zapachach, których korzeni upatruję w czasach, kiedy Christtopher Brosius pełnił funkcję naczelnego nosa Demeter Fragrance Library.

Na pierwszy ogień pójdzie kompozycja, którą znam od tak dawna, że nie pamiętam od kiedy. Jedne z pierwszych firmowanych nazwiskiem Brosiusa perfum, jakie dane mi bylo poznać. Nie doczekały się recenzji głównie dlatego, że ciągle mam wrażenie, jak gdybym już kiedyś o tym zapachu pisała...


Pamiętam opis Tomato ze strony Demeter. Była w nim zawarta opowieść o dzieciństwie twórcy zapachu, o farmie, na której się wychował i o zbieraniu pomidorów. Wąchając Wspomnienie Dziecięctwa (bardziej mi tu pasuje tłumaczenie nazwy na bazie niemieckiego, niż angielskiego) mam wrażenie, że to ta sama opowieść i ta sama farma.

Dzień jest nieco bardziej słoneczny, a my, zamiast rwać pomidory i układać je ciasno w koszyku (jak to miało miejsce w Tomato Demeter) po prostu przechadzamy się między rzędami pokrytych zarówno dojrzałymi owocami, jak i drobnym, żółtym kwieciem krzaków. Zapach jest upojny, lecz łagodny. Zieloność pomidorowych liści łączy się w nim z delikatną słodyczą pomidorowego miąższu i delikatnym zapachem kwiatków.

Nie ma w Memory of Kindness odurzającej mocy, którą atakuje nas w pierwszych chwilach po aplikacji Tomato - jak gdyby tym razem zamiast szklarni wypełnionej skondensowanymi zapachami roślin i ziemi Brosius rzeczywiście zamknął we flakonie zapach wiejskiego ogródka. I choć wiatr nie porusza liśćmi, choć ciepłe promienie słońca leniwie spoczywają na naszych ramionach, jest w tym zapachu zdecydowanie więcej przestrzeni, niż w jego poprzedniku z oferty Demeter.

Nie ma też we Wspomnieniu Dziecięctwa tej perfumeryjnej urody. Kompozycja jest bardziej surowa, prosta, oczywista. Może za sprawą nośnika - pamiętajmy, że zapachy I Hate Perfume nie zawierają alkoholu.
W każdym razie nawet perfumy wodne IHP (koncentratu na bazie oleju nie dane mi było przetestować) przewyższają trwałością wodę kolońską Demeter. Nie jakoś powalająco, ale ze trzy - cztery godziny możemy się naszą pomidorową przechadzką cieszyć. I to wystarcza. Mnie przynajmniej.

***

Podobne deja vu wywołał u mnie Gingerbread - bożonarodzeniowa limitowanka I Hate Perfume, nad przegapieniem której załamywałam ręce w listopadzie. Dzięki Dixi z forum Gazety Wyborczej mam własną odlewkę i... No właśnie.


Pierwsze wrażenie jest takie, że znam ten zapach. Po chwili przychodzi refleksja, że znam go w sposób podobny, w jaki znałam Memory of Kindness - jako wersję ostrzejszą, bardziej skondensowaną, mniej transparentną. I w tym przypadku tym rysowanym mocniejszą kreską pierwowzorem jest Cinnamon Bunn, też Demeter.

Najpierw dobre wieści. Otóż Gingerbread to naprawdę zapach piernika. Zaczyna się od mocno korzennego, wilgotnie świeżego ciasta, powoli, z wahaniem zmierzając w stronę lukrowanych pierników. Tych ciemnych, niezbyt twardych.

Podstawową różnicę między Piernikiem IHP, a Cynamonową Bułką Demeter podkreślają same nazwy obu kompozycji. Cinnamon Bunn od pierwszych chwil zachwyca szorstkim, skondensowanym aromatem cynamonu, Gingerbread to, zgodnie z nazwą, przede wszystkim imbir. Imbir korzenny, przyprawowy, smakowity, w piękny sposób połączony z aromatem gałki muszkatołowej i włoskich orzechów. Dopiero potem do naszych nozdrzy dociera kompletny aromat ogrzanej przyprawy do pierników, a więc także spora porcja cynamonu.

Poza tymi oczywistymi nutami wyczuwam wchodzący w skład kompozycji jakiś pikantny, ostry składnik przypominający mi nieco Piment Brulant l'Artisan Parfumeur (a może raczej to, czego spodziewałam się po przeczytaniu pierwszego opisu tej kompozycji, bo to jednak pachnący mięczak jest), świetnie współgrające z czystym, świeżymi aromatami imbiru i angielskiego ziela goździki, kardamon oraz najprawdopodobniej kurkumę. W każdym razie wiele, wiele różnistych przypraw zwanych korzennymi. Całość w urodziwą i nadspodziewanie łagodną kompozycję łączy gęsta, ciepła wanilia i aromat, którego nie mogę określić inaczej, niż zapach stygnącego, domowego ciasta.

Na korzyść tej nieskomplikowanej kompozycji przemawia jej... Łatwość. Łatwość w odbiorze, łatwość "umiejscowienia" w wyobraźni i wreszcie także łatwość noszenia.
Gingerbread nie jest ani killerem przyprawowym podmuchem odzierającym nas ze spokoju, ani słodką bestią walącą nam się ciężko na barki, ani infantylnym ciasteczkowym substytutem dla wiecznie odchudzających się dziewczynek. Mimo swej jednoznaczności jest to kompozycja staranna, emocjonalnie i olfaktorycznie stabilna.
Bardzo ładna i "noszalna", pod jednym wszakże warunkiem: żeby ją docenić i znieść "globalnie" zdecydowanie trzeba być wielkim miłośnikiem aromatu imbiru. Mnie wydawało się, że jestem, jednak w konfrontacji z tym zapachem okazało się, że nieco przeceniłam swoją sympatię dla tej nuty. Ale nadal uważam, że pan Brosius upichcił bardzo apetyczny piernik.


Twórca: Christopher Brosius

Nuty zapachowe:

Memory of Kindness:
nie uwierzycie :-)
jasny, zielony aromat pomidorowych krzaczków rosnących w świeżej ziemi w wiejskim ogródku

Gingerbread:
korzeń chińskiego imbiru, świeży imbir z Indonezji, gałka muszkatołowa, cynamon, ziele angielskie, proszek z gałki muszkatołowej, benzoim, absolut tahitańskiej wanilii

środa, 10 lutego 2010

Niespodziewana radość



Z wielką przyjemnością włączam się do jednej z licznych zabaw bloggerów.

Autorka pięknych i niezwykłych fotografii publikowanych na blogu Jednym Okiem, który z przyjemnością obserwuję od dłuższego czasu uznała mnie za godną wyróżnienia:


Bardzo dziękuję, Magdo!

A ponieważ tradycją jest przekazywanie takiego wyróżnienia dalej, z przyjemnością dzielę się tym zaszczytem mnożąc wyróżnionych.

Najpierw perfumeryjnie, nie może być inaczej.


Nathan Branch
Po pierwsze chciałabym jeszcze raz zwrócić uwagę na blog Nathana Brancha, na którym znajdujemy nie tylko recenzje zapachów i nowinki ze świata sztuki wszelakiej, ale także niesamowite zdjęcia flakonów perfum popularnych i całkiem unikatowych - wszystkie wykonane z wielkim artyzmem i znajomością sztuki fotograficznej.
First I would like make one more note about the blog writen by Nathan Branch, where we can find not only perfume reviews and news from the world of broadly defined world of art, but also amazing photos of both: popular and uniqie perfume bottles - all taken with great skills and artistic merit.

Co w nosie kręci
Nie mogę inaczej. Po prostu każda możliwa nagroda z tego miejsca musi pójść do Elve, której blog czytałam jak księgę czarów wówczas, kiedy jeszcze nic prawie nie wiedziałam o perfumach i która to księga ma mnie w swej mocy nadal.

Larmes du Phenix
Prywata. Nie silę się tu na obiektywizm. Blok Favkes padł był czas temu jakiś, lecz ja wciąż mam nadzieję, że zmartwychwstanie jak Feniks właśnie i niniejszym daję dowód na to, że nie zapominam...


Wyróżnienia niezwiązane z tematyką bloga też będą trzy. Każde z innej bajki.

Zacznę od kobiet:
Obserwuję, piszę, myślę - blog Goldenrose
Niezwykłe podejście do PR, marketingu i życia w ogóle. Niespotykane połączenie ostrego jak brzytwa umysłu z niesamowitą, pełną życzliwości i ciepła osobowością.
Blog mądry i błyskotliwy. Dokładnie jak Autorka.

Aspołeczna.pl
Za odwagę i bezkompromisowość podaną w lekkim stylu.
Aga (Autorka) walczy z wciąż opierającymi się rozumowi realiami z ironicznym uśmiechem, a Jej posty są świetnym przykładem na to, że "sarkazm to najniższa forma dowcipu, za to najwyższa forma inteligencji". I czyta się z przyjemnością, bez szczękościsku.

I last but not least:
Vslv's World - Fashion vs. Style

Tu miałam pewien kłopot, bo Vislav prowadzi niejednego bloga i przyznaję, że kusiło mnie, by umieścić tu wszystkie. Ostatecznie zdecydowałam się na blog szafiarski. Wcale nie dlatego, że to tematyka najbliższa moim zainteresowaniom (bo tak nie jest), lecz dlatego, że notki na Fashion vs. Style są chyba najbardziej osobiste. I dlatego, że w tej kategorii blog Vislava jest absolutnie wyjątkowy.
Polecam jednak także Jego blog fotograficzny: Vslv's World - Świat według Vislava


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...