wtorek, 27 kwietnia 2010

100 000


Jubileusze, rocznice, małe i większe celebracje trwałości. Zawsze o nich zapominam.

Skoro zdarza mi się przegapić własne urodziny, to doprawdy nic dziwnego, że i okrągła liczba 100 000 na moim blogowym liczniku mi umknęła. Szczególnie, że przez czas długi licznik nie działał w ogóle i rozważałam eksmisję tego udogodnienia z moich włości. Do eksmisji nie doszło, licznik nagle zaczął działać, a na nim... Puf! 100 000. Przekroczone. Teraz, to już nawet solidnie przekroczone.

Jest okazja do wpisu o dupie Maryni. I oto z niej korzystam.


Tego, że blog ostatnio leży wyznawać nie muszę. Kryzys rzuca się w oczy na tyle wyraźnie, że wyznania mogę sobie darować.
Nie mam czasu na pisanie. Nie mam czasu na nic. Moją naturalną reakcją na stres i kłopoty jest próba odreagowania i kompulsywne zajmowanie umysłu aktywnością dowolną. Im bardziej absorbującą uwagę, tym lepiej. Wyciszenie się i skupienie na recenzji przekracza moją wytrzymałość.
Tak więc ja nie piszę, Wy nie czytacie, obserwatorów ubywa i mam wrażenie, że to 100 000 wzięło się głównie stąd, że nadzieja umiera ostatnia. Ludzie wchodzą, widzą nic i wychodzą.


W tym kontekście oczywiste staje się pytanie o to, czy perfumy straciły dla mnie znaczenie. Nie straciły.
Zapachy nadal są ważnym elementem mojej rzeczywistości, jednym z uśmiechów życia. Tak samo jak muzyka czy światy budowane w mojej głowie przez autorów książek.
Lubię ten typ doznań. Mój umysł potrafi wykorzystać je do ostatniej kropli przyjemności i przetworzyć w długofalową stymulację. Naprawdę - pochłonięcie inspirującej książki, zanurzenie się w dobrej muzyce czy smakowanie interesującego zapachu karmi mnie lepiej, niż pokarm dla ciała, ożywia skuteczniej, niż kofeina, stymuluje mocniej, niż chemiczne dopalacze. I ani myślę z tych zastrzyków serotoniny rezygnować.

Myślę jednak, że z pisaniem o perfumach mogę nieco zluzować. Przynajmniej na razie.
Miałam taki moment w życiu, kiedy ten blog był dla mnie ważny. Duża ilość informacji zwrotnych - komentarzy i obserwatorów dawała mi poczucie, że robię coś fajnego, że ktoś to docenia i nawet dobrze się przy tym bawi.
Teraz tego poczucia nie mam. Oczywiście mam świadomość, że ten stan to skutek zaniedbania mojego miłego hobby, nie przyczyna.

Na razie nadal będę tu wpadać sporadycznie, ale kiedyś może wróci spokój i ochota na olfaktoryczne podróże.

***

Gdybym miała pokusić się o jubileuszowe podsumowanie, to poza chwilami frajdy z pisania o rzeczach pięknych i momentami radości płynącej z tego, że stałam się dla kogoś pomocą, inspiracją, źródłem rozrywki, najfajniejsze w blogowaniu jest spotykanie ludzi, których inaczej zapewne nie mielibyśmy okazji poznać. Takich, którzy pozwolili nam się poznać pisząc, współtworząc to miejsce, dzieląc się zapachowymi wrażeniami, a czasem nawet stając się w pewien sposób znaczącymi.


I tym razem wykorzystam okazję, żeby podziękować wszystkim, którzy zostawili tu swój ślad: obserwatorom, komentującym i tym, którzy zostawiając tu minuty swojego życia przesypują kolejne metaforyczne ziarenka piasku w klepsydrze licznika.
Dziękuję. Naprawdę daliście mi wiele radości.


* Drugie zdjęcie to instalacja Josepha Cornella
** Trzecie zdjęcie - chciałam podziękowania wygłosić twarzą w twarz

środa, 14 kwietnia 2010

Costes 2

Sama nie wiem, jak zacząć tego posta.
Szarganie świętości i brukanie ikon perfumiarstwa nie jest czynnością, której oddaję się z pasją i entuzjazmem, ale przyznaję - czasem odczuwam satysfakcję. Tym razem satysfakcji nie stwierdza się.


O pierwszym Costesie pisałam z pewną emfazą, że perfekcyjnie skomponowany, idealnie wyważony, urzekająco piękny i tak dalej. Kłaniałam się również w pas Wielkiej Olivii, która za tą niezwykłą kompozycją stoi. I choć Costes (który teraz pewnie nazywał się będzie Costes 1) mojego przewrotnego serca nie zdobył, zdobył mój podziw i szacunek. A to wiele.

Costes 2 przypomina swojego wielkiego poprzednika głównie tym, że mojego serca także nie podbił. Nie w tym jednak kłopot. Problem w tym, że nie wzbudza on nie tylko podziwu, ale tak szczerze - trudno jest mi mieć do niego jakikolwiek osobisty stosunek, bo zamknięty w budzącym wielkie nadzieje czarnym flakonie zapach jest po prostu... Mierny.
Mógłby stać na sephorowej półce gdzieś pomiędzy przebrzmiałymi ramotami, a masowo nabywanymi substytutami sex appealu.

Brzmiące w otwarciu duszne nuty kwiatowe podbite kosmetycznym piżmem i smutno niepikantnym cynamonem dają rezultat przywodzący mi na myśl świecę wetkniętą w gęsty, odżywczy krem pielęgnacyjny. Nie pytajcie, skąd takie skojarzenie - daję słowo, w życiu nie wtykałam świec w krem. Chyba, że w krem na torcie, ale to nie jest ten przypadek.

Świeca jest nowa, nie płonie, ale wosk jest zmiękczony przez wysoką temperaturę. Krem lekko się rozwarstwia emitując leniwe molekuły zapachu w nieruchome, nagrzane powietrze. Zapach jest delikatny, ale dziwnie gęsty. Jednorodny, jednostajny, statyczny.
Na tym etapie nie odnajduję w tej kompozycji ani lekkości i finezji charakterystycznej dla większości dzieł Giacobetti, ani zmysłowości pierwszego Costesa.

Jeśli miałabym doszukiwać się w tym zapachu oryginalności, to najbliższy tego terminu jest sposób następowania po sobie nut.

Po naprawdę nieruchawym otwarciu Costes 2 rozjaśnia się i traci tę uciążliwą, kremową gęstość, która czyniła pierwszą godzinę jego trwania tak trudną dla mojego nosa.
Dość ciekawa nutka geranium zestawionego z "dżemową" różą i kwiatem pomarańczy sprawia, że już bez niechęci (z)noszę ten zapach. Miła, owocowa słodycz nieco unosi kompozycję, nadaje jej lekkości i pozwala wreszcie uwierzyć, że Giacobetti choć z daleka patronowała procesowi mieszania składników.

Kłopot w tym, że nieuciążliwy i nieuwierający Costes 2 wciąż nie staje się dziełem wybitnym.
Na tym etapie jest po prostu ładnym i przyjaznym "zapaszkiem", jakich wiele na sephorowych półkach. Ani lepszym, ani gorszym od innych urokliwych przeciętniaków.
A dla dopełnienia tego niezbyt porywającego obrazu dodam, że nader przeciętną ma on także moc i trwałość.

***

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że wpadłam w pułapkę swoich własnych oczekiwań.

Pierwszy Costes stał się ikoną, dziełem sztuki perfumeryjnej w dosłownym rozumieniu tego słowa. Sequele są zawsze wyzwaniem. Firma Hotel Costes podjęła ryzyko zmierzenia się z własną legendą, wynajęła najlepszego możliwego fachowca i... Moim zdaniem straciła.

Może numer 3 okaże się lepszy?


Data powstania: 2009
Twórca: Olivia Giacobetti

Nuty zapachowe:
benzoin, cynamon, turecka róża, geranium, kwiat pomarańczy, drewno gwajakowe



* Autorem zdjęcia nr 3 jest Tim Walker

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Comme des Garcons Series 1 Leaves - Tea


Herbatka Comme des Garcons to przewrotna bestia.
W niewinnie zielonej buteleczce z niewinnie liścistej serii tkwi perfumeryjna pułapka. I biada tym, którzy uwierzą nazwie (serii i samych perfum), opisowi i barwie flakonu. Podwójnie biada tym, którzy zasugerują się urodą herbacianego rodzeństwa: zmysłowego, słonecznego Calamusa, prostego, ziołowego Shiso i delikatnie kwiatowej Lily.

Tea to postindustrialna, syntetyczna nalewka na plastikowych roślinach wydartych z azbestowych donic. Prawdziwie zachwycająca okropność. ;-)

Doprawdy, zapach nijak ma się do nut i nazwy.
Nie ma w nim ani herbaty, ani różanych płatków. Ani krztyny zieloności!
Jeśli koniecznie chcemy doszukiwać się tu śladu herbacianego naparu, wyobraźmy sobie kubeł z ocynkowanej blachy wypełniony odpadkami z warsztatu reperującego ekologiczne skutery: sztuczne tworzywa, nasączone smarami i silikonami gałgany, skrawki czarnej gumy i ekologiczne papierowe filtry pełne wystygłych fusów po pitej przez młodych, lśniących od potu i olejów mechaników mate.

Pierwsze nuty są ewidentnie trudne i dziwaczne. Jednak nawet rozgrzana ciepłem skóry, w pełni rozwinięta kompozycja wciąż nie staje się ładna, ani łatwa.
Pojawia się zapach wędzonej herbaty, który w połączeniu z tekstylnymi nutami otwarcia i delikatną zwierzęcą wonią przypominającą lanolinę daje efekt kojarzący mi się zapachem koca, którym otuleni spędzilismy noc przy ognisku. Tyle, że tym razem ogień posycany był nie drewnianymi szczapami, lecz paliwem turystycznym, zadrukowanymi na kolorowo kalendarzami (zapach przypominający farbę drukarską) i listewkami laminowanej boazerii. Może też jakaś opona wpadła. A wszystko to nowe, niebrudne i niestęchłe.

Schyłek zapachu jest wyciszony, ciepły, gdyby nie przemożne wrażenie sztuczności tworzyw byłby nieomal drzewny. Niechaj więc będzie, że jest drewnopodobny, lekko dymny, z metaliczną słodyczą w tle.

Przyznaję, że pierwsze testy Tea (lat temu ze trzy, może cztery) nie wypadły pomyślnie. Dziwaczny konglomerat nut syntetycznych z organicznymi nie wzbudził mojego entuzjazmu.
Ostatnio jednak nauczyłam się doceniać tego typu dziwolągi i przyznaję - polubiłam techniczne aromaty w perfumach. Recenzje Nostalgii, L'Antimatiere czy chociażby Tar i Garage z serii Synthetic CdG są tego najlepszym dowodem.
Nie będzie więc utyskiwania na Herbatkę według receptury Rei Kawakubo. Ale czuję się w obowiązku ostrzec, że nie jest ona tym, czego spodziewacie się po perfumach zwących się "Herbata" i należących do serii "Liście".
Zdecydowanie nie jest.


Data powstania: 2000

Nuty zapachowe:
czarna herbata, bergamota, płatki róży, cedr, maté

Matthew Williamson Incense

To będzie porażka sezonu - pomyślałam na widok williamsowskiego Incense.
Kadzidło w różowym flakoniku? Zapakowanym w tęczowe pudełeczko?! Łolaboga!

I co?
Ano nie sądźmy książki po okładce, a perfum po flakonie.


Gdyby Incense zapakowano w mhrrroczny, dyszący czernią pojemnik, pewnie uznałabym, że kompozycja zapachowa jest subtelna i mało charakterystyczna. Ale w zestawieniu z kiczowatym pudełeczkiem i słitaśnym flakonikiem zawartość robi wrażenie nadspodziewanie niszowej.
Element zaskoczenia działa tu ewidentnie na korzyśc zapachu.

W nutach labdanum, paczula i kadzidło. Niewątpliwie frankońskie, choć i obecność innych kadzidlanych żywic skłonna jestem podejrzewać. Konkretnie na myśli mam elemi i opoponaks.
Zapach chłodny chłodem paczulowym i wilgotnym, słodki słodyczą charakterystyczną dla olibanum, dymny dymem łagodnym, statycznym i czystym, z dodającą kompozycji nieco charakteru i niejednoznaczności cierpką nutą czystkowej żywicy.
W nucie otwarcia dopuszczam dodatek wetiweru; w bazie oczywiście drewno: poza jasnym cedrem, najprawdopodobniej cyprys, lub inny szlachetny iglak.
Nie zdziwiłabym się, gdyby wśród składników znalazł się jakiś czynnik aldehydowo - przestrzenny, może rumianek, może lawenda, może (jak sugerją niektóre źródła) geranium?

Ogólnie Incense Williamsona nie sprawia wrażenia kompozycji szczególnie skomplikowanej, a już na pewno nie jest zapachem ruchliwym, czy (poza kontrastem z opakowaniem) zaskakującym. Robi za to na mnie wrażenie kompozycji ładnej. Tak ładnej, jak ładne może być nienatrętnie sakralne, nieskażone nadającymi kompozycji dramatyzmu i dziwaczności dodatkami kadzidło.

Nie ma w nim ani onieśmielającej potęgi Avignon, ani poruszającej zadumy Cardinala, ani sentymentalnej cielesności Ceremony - w tych kategoriach jest Incense ledwie karzełkiem wśród świątynnych gigantów, a jednak jest karzełkiem urodziwym i wcale niepróżnym. Nie budzi zachwytu i nie maluje mi w głowie sugestywnych obrazów, ale jednak jakoś... Sprzyja zadumie, wycisza.

I nie wiem sama. Może to dobrze, bo przecież nie co dzień i nie zawsze musimy pachnieć czymś, co nam trzewia wybebesza i dech zapiera. A może zupełnie niedobrze, bo po cóż używać czegoś ledwie ładnego, skoro tyle mamy w zasięgu ręki zapachów pięknych?

Oczywiście wcale nie zamierzam rozstrzygać tej kwestii tu, na blogu, a i całkiem niezobowiązująco także nie będę się jednoznacznie w tej materii określać. Jednak fakt, że wspomniane wyżej "giganty" w swych zbiorach mam, a Incense Williamsona, mimo nader korzystnej ceny, jednak nie, jest cząstkową przynajmniej odpowiedzią na tak postawione pytanie.


Data powstania: 2007

Nuty zapachowe: labdanum, paczula, olibanum


* Pierwsza ilustracja to oczywiście rzeczony flakon
** Druga to rzeźba zwana Uśmiechniętym Aniołem z bazyliki Notre-Dame de l'Epine w Reims

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Entropia - zapach Politechniki Warszawskiej

.
Jedyną chyba kompozycją, która ostatnio budziła we mnie szczerą ciekawość i potrzebę testów jest stworzona przez szóstkę warszawskich studentów w ramach projektu naukowego Entropia - perfumy obmyślone jako metafora zapachu Politechniki Warszawskiej.

Recenzuję je poza domem i z pamięci, ale naprawdę rzecz jest tak charakterystyczna, że nie jest to trudne zadanie.


Zaintrygował mnie nie tylko sam koncept (który zacny jest i nowatorski), ale także efekty pracy Magdaleny Bober, Marcina Budzyka, Agnieszki Cieślickiej, Anny Liwskiej, Kamila Trzebuniaka i Diany Kvachantiradze. Tym bardziej, że dwoje z twórców miałam okazję poznać osobiście, a z opiekunem projektu, perfumiarzem Piotrem Kempskim mam (bardzo miły) kontakt mailowy.
I coś mi mówiło, że będzie ciekawie i w znacznej mierze "mojo"...

Z wielką przyjemnością oświadczam, że tym razem nie myliłam się.



Od razu na wstępie zaznaczę, że owszem, mam emocjonalny stosunek do tej kompozycji. Nie będę się silić na krytykę, tym bardziej zaś na krytykanctwo. Pomysł spodobał mi się jeszcze w fazie zamysłów, kiedy Ania zadzwoniła do mnie z wieścią, że szykuje się takie przedsięwzięcie.

Sama koncepcja zapachu konkretnego miejsca nie jest nowa, jednak szczerze mówiąc - zwykle są to marketingowe opowiastki z polukrowaną historią w tle. Tu zaś mamy do czynienia z niepudrowanym konkretem godnym Comme des Garcons i już za samą odwagę należą się rektorowi Politechniki Warszawskiej profesorowi Włodzimierzowi Kurnikowi wyrazy uznania.

Misję stworzenia tych niezwykłych perfum powierzono ludziom młodym, odważnym, pełnym pasji, otwartym na nowe trendy i daję słowo - da się to wyczuć.


Drugim powodem, dla którego nie będę się pastwić nad Entropią jest fakt, że zapach po prostu mnie poruszył. Kicham ewentualne niedociągnięcia czy kanty - Entropia jest "jakaś", ma duszę, ma charakter, mówi do mnie i historia, którą opowiada podoba mi się. A to przecież najważniejsze.

I tu kolejny raz muszę złożyć wyrazy uszanowania dla pana Rektora - za to, że nie wykorzystał swej władzy dla utemperowania kompozycji, że pozwolił, by perfumy te były tak niezwykłe, tak trudne, zupełnie "nie pop".

O wyrazach uszanowania dla Twórców nie wspominam, bo wyznaję szczerze - zazdroszczę każdemu z Nich, że podpisać się może pod tak "niszowym" dziełem. Zazdroszczę z podziwem, niezłośliwie, życzliwie i z sympatią - czyli w sposób, którego istnienia Twister nie przyjmuje do wiadomości. ;-)



W komentarzu do mojej recenzji Poivre 23 jeden ze współtwórców tych perfum napisał, że opis kojarzy mu się właśnie z Entropią i, po poznaniu tej niezwykłej kompozycji, muszę przyzać Mu rację. Entropia w ogóle wiele ma cech charakterystycznych dla bezkompromisowych zapachów Le Labo.

Nie tylko pierwsze uderzenie pieprzowego huraganu, ale także pojawiający się tuż za nim tłusty, trudny, podbity nutą przypominającą lanolinę oud przywołuje skojarzenie z zapachem już znanym - brzmi jak oczyszczone z uciążliwej, fizjologicznej nuty otwarcie Oud 27. I jest to radość dla mojego nosa.


Już na tym etapie pomyślałam: brawa za odwagę. Jednak dopiero kolejna wolta sprawiła, że w pełni doceniłam ten projekt. Cóż jest bowiem "politechnicznego" w pieprzu i zgrzybiałych pniakach?
Otóż, nie uwierzycie, ale pieprz i pniaki to dopiero przygrywka. To serce zapachu stanowi o jego istocie i tu jest ono dokładnie tym, czym być powinno: melanżem nut technicznych i drzewnych. Chemiczny, przestrzenny akord balansujący gdzieś pomiędzy ciepłym kurzem z żarówki, a sublimującą w statycznym powietrzu kamforą zestawiony został z gładkim, nienatrętnie przydymionym drewnem przypominającym nieco Cashmere for Men, a chwilami także lawendowe sosny z Gucci Rush for Men. Jeśli dodam, że nutom głównym towarzyszy złożony aromat syntetycznych i naturalnych żywic oraz rosołowe tło w postaci Iso E Super - to z grubsza odda to moje wrażenia.

Baza Entropii jest jej najładniejszą i najłatwiejszą fazą. Ciepłe kadzidło ogrzane i wzbogacone nadającym mu puszystości piżmem i łagodną, niezwierzęcą ambrą, suchym, jasnym cedrem oraz trwającymi wciąż nutami drzewnymi (wraca oud, tym razem wyciszony, subtelniejszy) brzmi nieomal klasycznie. Przynajmniej w porównaniu z poprzednimi rozdziałami tej pachnącej opowieści.


Doszukiwanie się analogii i porównań Entropii do procesu studiów czy klimatu uczelni jest nieuniknione. Czyż nie tak miało być?

Do mnie najbardziej przemawia paralela samego studiowania: pierwsze, ostre akordy to stres, egzaminy, niepewne pierwsze dni i tygodnie. Człowiek jest nakręcony i otumaniony jednocześnie - dokładnie jak pod naporem pieprznej burzy z otwarcia. Potem mamy etap zachłyśnięcia się nowym stylem życia, nowymi perspektywami i możliwością obcowania z ogromem wiedzy - to byłby trudny, lecz fascynujący agar w rozwinięciu pierwszego etapu zapachu.
Serce kompozycji to lata nauki: okres intensywny, trudny i słodki zarazem, oddany przez połączenie nut technicznych z organicznymi.
I wreszcie etap trzeci, ostateczny: zwieńczenie studiów, które z założenia powinny stać się pewną bazą dla przyszłego życia. Oby ta baza była zawsze tak piękna i trwała, jak baza Entropii.


Na koniec skorzystam z okazji i obwieszczę, że gdyby ktoś posiadał flakon na zbyciu, to z entuzjazmem go przygarnę.


Data powstania: 2009
Twórcy:
Magdalena Bober, Marcin Budzyk, Agnieszka Cieślicka (koordynator projektu), Anna Liwska, Kamil Trzebuniak, Diana Kvachantiradze


* Na pierwszym zdjęciu trzy z piątki Twórców Entropii
** Autorem ilustracji numer 3,6 i 7 (przedstawiających oczywiście budynki Politechnika Warszawskiej) jest Tsar i pochodzą one z bloga Lot Muninna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...