poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Comme des Garcons Series 1 Leaves - Tea


Herbatka Comme des Garcons to przewrotna bestia.
W niewinnie zielonej buteleczce z niewinnie liścistej serii tkwi perfumeryjna pułapka. I biada tym, którzy uwierzą nazwie (serii i samych perfum), opisowi i barwie flakonu. Podwójnie biada tym, którzy zasugerują się urodą herbacianego rodzeństwa: zmysłowego, słonecznego Calamusa, prostego, ziołowego Shiso i delikatnie kwiatowej Lily.

Tea to postindustrialna, syntetyczna nalewka na plastikowych roślinach wydartych z azbestowych donic. Prawdziwie zachwycająca okropność. ;-)

Doprawdy, zapach nijak ma się do nut i nazwy.
Nie ma w nim ani herbaty, ani różanych płatków. Ani krztyny zieloności!
Jeśli koniecznie chcemy doszukiwać się tu śladu herbacianego naparu, wyobraźmy sobie kubeł z ocynkowanej blachy wypełniony odpadkami z warsztatu reperującego ekologiczne skutery: sztuczne tworzywa, nasączone smarami i silikonami gałgany, skrawki czarnej gumy i ekologiczne papierowe filtry pełne wystygłych fusów po pitej przez młodych, lśniących od potu i olejów mechaników mate.

Pierwsze nuty są ewidentnie trudne i dziwaczne. Jednak nawet rozgrzana ciepłem skóry, w pełni rozwinięta kompozycja wciąż nie staje się ładna, ani łatwa.
Pojawia się zapach wędzonej herbaty, który w połączeniu z tekstylnymi nutami otwarcia i delikatną zwierzęcą wonią przypominającą lanolinę daje efekt kojarzący mi się zapachem koca, którym otuleni spędzilismy noc przy ognisku. Tyle, że tym razem ogień posycany był nie drewnianymi szczapami, lecz paliwem turystycznym, zadrukowanymi na kolorowo kalendarzami (zapach przypominający farbę drukarską) i listewkami laminowanej boazerii. Może też jakaś opona wpadła. A wszystko to nowe, niebrudne i niestęchłe.

Schyłek zapachu jest wyciszony, ciepły, gdyby nie przemożne wrażenie sztuczności tworzyw byłby nieomal drzewny. Niechaj więc będzie, że jest drewnopodobny, lekko dymny, z metaliczną słodyczą w tle.

Przyznaję, że pierwsze testy Tea (lat temu ze trzy, może cztery) nie wypadły pomyślnie. Dziwaczny konglomerat nut syntetycznych z organicznymi nie wzbudził mojego entuzjazmu.
Ostatnio jednak nauczyłam się doceniać tego typu dziwolągi i przyznaję - polubiłam techniczne aromaty w perfumach. Recenzje Nostalgii, L'Antimatiere czy chociażby Tar i Garage z serii Synthetic CdG są tego najlepszym dowodem.
Nie będzie więc utyskiwania na Herbatkę według receptury Rei Kawakubo. Ale czuję się w obowiązku ostrzec, że nie jest ona tym, czego spodziewacie się po perfumach zwących się "Herbata" i należących do serii "Liście".
Zdecydowanie nie jest.


Data powstania: 2000

Nuty zapachowe:
czarna herbata, bergamota, płatki róży, cedr, maté

3 komentarze:

  1. Ostatnie zdjęcie mnie rozwaliło:D

    OdpowiedzUsuń
  2. To jest maskotka. Razem z kubłem, który też jest maskotkowy. :)
    Ale spodziewałam się Ciebie raczej pod Gnębicielem Gniotów. ;)))

    OdpowiedzUsuń
  3. Ha! Zaskoczyłam Cię:D Tym razem ujął mnie ten Metalowy Miś:)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...