piątek, 28 maja 2010

Cynamonowe zapachy Dawn Spencer Hurwitz


Spędziłam godzinę chyba na grzebaniu w próbkach i nic mi się nie chce recenzować.
Z najpilniej wyglądanymi nowościami się uporałam i zwiedziona łatwością, z jaką mi się o nich opowiadało zajrzałam do pudełka z próbkami do zrecenzowania w pierwszej kolejności. A tam istna stajnia Augiasza. Niektóre są w tej pierwszej kolejności już od lat. Powyciągałam wszystkie Frapiny, potem Amouage, podumałam nad zaległymi Comme des Garconsami, wyłowiłam Dry Clean, uznałam, że nie warto, bo i tak wycofali, ułożyłam sobie stosik z ambr, potem schowałam to wszystko z powrotem i ostatecznie ostały mi się dwie fiolki DSH. Też nie ma sensu o nich pisać, bo nawet jeśli będę tu szalała z zachwytu, to jakże to kupić? Ale napiszę. Po takim, a nie innym tytule posta to nie jest odkrywcza wiadomość. ;)



Oferta Dawn Spencer Hurwitz zachwyca różnorodnością. Setki zapachów przeróżnych typów, kompozycje klasycznie perfumeryjne pojawiające się naprzemiennie z ewidentnie niszowymi czy nawet olejkami jednoskładnikowymi - single note. Jakże chciałabym mieć nieograniczony (albo nawet i ograniczony, ale w rozsądnej cenie) dostęp do ich próbek!
Marzy mi się poznanie Prophecy, Celestial Smoke, Festive, Cathedral czy Hinoki...

Udało mi się powąchać ledwie kilka ich zapachów, zaś zdobyć próbek słownie trzy. Nie muszę pisać, że żadnej z powyższych wymarzonych wśród nich nie ma, prawda? Ale chyba zaczynam dojrzewać do zabijania się za nimi.


Jedną opisywałam przy okazji próby (nieskutecznej) ogarnięcia agarowców, druga pasuje mi do niedawnego cyklu pod szalenie oryginalnym i tajemniczym tytułem "Drewno w perfumach", trzecia zaś pasuje mi do drugiej. :)

Tak więc dziś zacznę od kilku słów o Cinnamon Bark - kompozycji, która pachnie cynamonem w nucie głowy, cynamonem w nucie serca, zaś w bazie dla odmiany pachnie.... Cynamonem.


Cinnamon Bark


Po pierwsze olejek jest skoncentrowany do bólu. Dosłownie. Najpierw dotknęłam kącika ust dłonią, która miała kontakt z zawartością fiolki i ewidentnie odczułam szczypanie. Potem zauważyłam, że skóra w zięciu łokcia, w którym poczyniłam test jest napuchnięta i czerwona. Kontrolna przechadzka do lustra wykazała, że mam asymetrycznie nabrzmiałe usta i wyglądam, jak gdybym oberwała po twarzy. Na dodatek chyba zbliżyłam dłoń do oka, bo zaczyna szczypać i łzawić... Czy nie przegięli troszkę?! Jak tego używać??

Zapach jest wyraźnie przyprawowo - drzewny, pikantny, inwazyjny. Nie tyle łagodnie ciepły, co gorący jak płyta nagrzanego pieca.
Suchy do wrażenia szorstkości cynamon w niczym nie przypomina łagodnego kuchennego aromatu określanego w perfumach jako pierniczkowy czy szarlotkowy. Jeśli miałabym użyć skojarzeń spożywczych, to najbardziej adekwatną analogią jest Cinnamon Challenge. Kto nie wie, o co chodzi, niech sobie na You Tube znajdzie. Ja linki nie rzucę.

Inwazyjny, nieznośny przy wąchaniu z bliska, intrygująco głęboki z dystansu aromat trwa na skórze i trwa. Godzinę, dwie... Niewiele się zmienia. Po dwóch, może trzech godzinach znika podrażnienie skóry, a nasz zmysł węchu przestaje odczuwać, że zapach "parzy". Po pięciu godzinach wreszcie zaczyna łagodnieć, wygładzać się, puchacić. Po upływie ośmiu, dziewięciu godzin zostaje po nim ledwie ślad, śladu. A myślałam, że wyżre się w skórę na wieki wieków...

A teraz napiszę coś, co sprawi, że uznacie mnie za świra: podoba mi się! Ale dla porównania kupię sobie kiedyś w aptece zwykły olejek cynamonowy i zobaczę, czy to przypadkiem nie wyjdzie na to samo. Bo coś takie mam podejrzenia...

***

A skoro już przy cynamonie jestem (ostatnio sporo wokół tej nuty się kręcę) wspomnę o kompozycji DSH określanej na stronie producenta jako Cinnamon Perfume.


Sienna


Sienna zaczyna się od gąszczu liści. Kłopot w tym, że to gąszcz liści plastikowych, ledwie udających żywe rośliny. Na szczęście to tylko chwila, po której jest już znacznie lepiej.

Drugi akord, najpierw pojawiający się nieśmiało, potem już zdecydowanie dominujący to cynamon. Nie sproszkowany i suchy, lecz ewidentnie drzewny - dokładnie taki, jaki znamy Cinnamon Bark, tylko w zdecydowanie mniej morderczej koncentracji.

Na ten niepospolitej urody cynamon nakładają się falami nuty towarzyszące. Najpierw aromat jasnego, łagodnego umiarkowanie słodkiego miodu, potem wyraźnie wyczuwalne drewno brzmiące raz sucho jak spękana kora, innym razem nieomal żywicznie, wreszcie faktycznie zapach ryżu basmati - przyznaję, ciekawa nuta.
Ta faza jest niejednolita, statecznie ruchliwa: poszczególne nuty wysuwają się na pierwszy plan, potem cofają jak leniwe fale wpełzające na cynamonową plażę.


Kiedy zapach nabierze ciepła, rozgrzeje się - i pisząc o rozgrzewaniu nie mam na myśli zwykłego zespolenia ze skórą, lecz realne wrażenie ciepła przypominające chwile, kiedy promienie słońca ciężko kładą się na twarzy - wówczas pojawiają się nuty odzwierzęce. Cybet, nieco ambry. Są one jednak tak ładnie, z wyczuciem zbalansowane, że nawet krztyna brudnego zwierza nie wyłazi na mojej skórze - jest tylko mocno rozgrzane ciało, jak przy opalaniu się, kiedy skóra jest nienaturalnie nagrzana i odrobinę tylko lepka od wysychającego błyskawiczne potu.

Jakby tego nie było dość, nuty żywiczne fenomenalnie czują się w tym sąsiedztwie: połączenie cierpkiego nieco labdanum ze słodkim, łagodnym balsamem tolu daje efekt urodziwej i niebanalnej jednocześnie harmonii. Dodatek podkreślającego ostrość cynamonowej kory drewna cynamonowca kamforowego (czyli po prostu delikatny zapach kamfory) dodaje tej bogatej, orientalnej kompozycji nieco lekkości i... Nowoczesności?

W fazie pełnego rozkwitu Sienna jest połączeniem gładkiej, miodowej słodyczy, szorstkiego, "grzejącego" cynamonu i nietypowej, drzewno żywicznej bazy nadającej spożywczemu duetowi nie tylko głębi, ale też perfumeryjnego balansu. Bo to naprawdę są perfumy. Perfumy o mocy słonia i wdzięku kota.
No dobra, zgodzę się, że to duży, niezbyt chudy kot, ale i tak bez wstrętu mogłabym je mieć. Kota też, gdyby nie kotoalergik w domu...


Nuty zapachowe:
Nuty głowy: liść cynamonu, liść curry, różowy pieprz
Nuty serca: basmati, kora cynamonowca, miód, biały dąb

Nuty bazy: cybet, labdanum, balsam peru balsam tolu



* Autorem pierwszego zdjęcia jest Nathan Branch. Link do Jego niesamowitego bloga po prawej w polecanych.
** Trzecia ilustracja to obraz Evelyn de Morgan "The Love Potion"



środa, 26 maja 2010

Ava Luxe Incense Noir

Mój ostatni zakup. W ciemno.
Można łajać.

Oczywiście pamiętam doskonale i podtrzymuję to, co pisałam o hazardowaniu się na zakupy w ciemno. Będę się usprawiedliwiać tylko troszkę.
Po pierwsze próbek Ava Luxe w Polsce zdobyć nie sposób, a The Perfumed Court nie zaufam już chyba nigdy. Po drugie... Spójrzcie na nuty! Agar, dziegieć, cynamon i heban do tego! Nawet ekstrakt irysa nie był w stanie mnie zniechęcić. To po prostu musiał być demon we flaszce.
I jest.
Tyle, że to demon osobisty. Nawet nie oswojony. Mój.


Najważniejsze nuty nadające charakteru całej kompozycji to oud i smoła brzozowa. Kontrast, który zgrywa się w dziwną, fascynującą harmonię.

Agar jest tu ciężki, ciemny, zwarty i mroczny jak czarna dziura; dziegieć zaś przestrzenny, ostry, ekspansywny jak światło gwiazd. Odwieczna walka jasności z ciemnością, dynamiczny bezruch wszechświata, w którym światło gwałtownie zagarnia coraz nowe przestrzenie, a czerń zachłannie zasysa wszelką materię... Oto niesamowite otwarcie Incense Noir.

Po czasie relatywnie niedługim (w stosunku do całego okresu trwania IN na skórze) zapach zaczyna łagodnieć, ogrzewać się i nabierać ambrowo - waniliowej puszystości. Przyjemny aromat balsamu peru pogłębiony dodatkiem suchego, korzennego cynamonu intrygująco współbrzmi z nietypowymi, nieludzkimi nutami oud i balsamu Copaiba. Całość jest jednocześnie przytulna i obca.


Jeśli androidy śnią o elektrycznych owcach (znów zagadka) to tym razem te wyśnione owce są czarne jak najczarniejszy agar i piją dziegieć. Nuta smoły (też czarnej oczywiście) jest cały czas obecna, jednak jej odbiór się zmienia, jak gdyby przenosiła się to wnętrza zapachu.

Po kilku godzinach czarna dziura całkowicie pochłania światło. Przestrzenne, świetliste nuty otulone zostają mrokiem - nadspodziewanie łagodnie, czule nieomal. Nie ma już walki, nie ma kontrastów: jest miękka, aksamitna czerń, która trwa i trwa.
I jeśli czerń może gasnąć, to ta nie blednie, nie znika, tylko gaśnie powoli i cicho godzina za godziną bezboleśnie...


Nuty zapachowe:
czarny agar (mniemam, że ten najlepszy najcenniejszy i najciemniejszy zarazem), australijski sandałowiec, heban, smoła brzozowa (dziegieć), kora cejlońskiego cynamonowca, balsam Copaiba, ekstrakt irysa, balsam Galaad (ten biblijny, który moim zdaniem mógł być po prostu żywicą topoli balsamicznej), balsam peru, brazylijski wetiwer, wanilia


* Pierwsza ilustracja pochodzi... z Wikipedii.
** Druga ze strony The Scientist.

wtorek, 25 maja 2010

Parfumerie Generale Papyrus de Ciane


Chodziłam kiedyś po górach. Każdy chyba miał w życiu taki epizod.
Chodziłam bez zacięcia - nierówności terenu zaczęły mnie pociągać dopiero kiedy odkryłam wspinaczkę skałkową i repelling.

W każdym razie podczas jednej z pieszych wędrówek po Beskidach szliśmy przez parny las - deszcz właśnie przestał padać i jednocześnie właśnie zamierzał zacząć padać znowu. Aromaty przyrody były nieznośnie i fascynująco intensywne. Wówczas ogłuszony zapachem kumpel, dziecię wielkiego miasta, wyrzekł zdanie, które powtarzamy do teraz (w adekwatnych okolicznościach oczywiście):
- Wali zielenią!


Papyrus de Ciane wali zielenią jak kijem w brzuch.

I nie, nie chodzi o to, ze nie lubię nut zielonych - wielokrotnie już dowiodłam, że lubię. Chodzi o to, że co za dużo, to niezdrowo.

Łamane, cięte, gniecione, deptane, nawet rwane zębami pędy roślinne; drażniące nagą skórę strzępy zieloności; wdzierające się w drogi oddechowe eteryczne olejki - wszystko to zapiera dech i prawie wyciska łzy z oczu. Ekspansywne, tryskające ostrymi roślinnymi sokami otwarcie aż boli.
Jest tak nienaturalnie intensywne, że ogłupiałe od tej olfaktorycznej kanonady zmysły doszukują się w zapachu syntetyków. Odświeżacza powietrza pryśniętego wprost w twarz. Płynu antybakteryjnego podstawionego pod nos. Stłuczonej butli środka dezynfekującego...



Na szczęście nasze zmysły mają zdolność akomodacji.
Na kolejnym etapie Papyrus de Ciane nadal jest zielony i nadaj zieje eterycznymi olejkami, ale mózg już przetworzył sygnały i ostrożniej zbliżamy nos do skóry, wdech robimy płytszy.
Udaje mi się odnaleźć bergamotę, galbanum, kwiatowo pachnący eugenol, oraz, przede wszystkim, furę gniecionego zielska. Niechaj będzie, że to bylica. Wedle informacji w sieci ziele bylicy pospolitej zawiera m.in. gorycze, związki żywiczne, kwasy organiczne i lotne olejki. Pasuje doskonale.

Kiedy PdC ogrzeje się nieco na skórze wrażenie jest takie, jakbyśmy najpierw wykosili wybujałe na spływających z pól pestycydach zielsko z okolicznych rowów, potem upchali je do jurtowego wora i zostawili na słońcu, a po godzinie wrócili i wsadzili do tego wora głowę. Taki zapach ma pewien urok, jest niewątpliwie niebanalny i interesujący... Ale ja się poddaję. Pas.

Nawet zupełnie udobruchany chemią ludzkiej skóry Papyrus de Ciane wciąż odstaje, uwiera, drażni. Nie pomaga wyraźne na tym etapie labdanum, nie pomaga ślad popielistego kadzidła, nie ratuje go nawet wetiwer.
I choć rzeczywiście pojawia się u schyłku zapachu jakiś cień klasycznych szyprów - pozbycie się ze skóry obficie zaaplikowanego Guillaume'owego Papirusa to co najmniej pół hedona.
Gdybym zmyła go na wcześniejszym etapie - byłby cały hedon (ktoś kojarzy, skąd zaczerpnęłam jednostkę?).


Data powstania: 2010
Twórca: Pierre Guillaume

Nuty zapachowe:
bargamota galbanum, neroli, żarnowiec, nuty słoneczne (ki diabeł?!), bylica pospolita, goździki, kadzidło, labdanum, hedion, wetiwer, Mousse de Saxe (tak, dokładnie TA baza), sylwanon (syntetyczny składnik o zapachu zbliżonym do delikatnego, jasnego piżma), białe piżmo


* Druga ilustracja: David Mankin "Pickover Stalks"

poniedziałek, 24 maja 2010

Mark Buxton dla Biehl Parfumkunstwerke



Mark Buxton reprezentowany jest podwójnie. Nie tylko numerem 02, ale także i 03, z czegom rada niezmiernie.

Robi ten pan wrażenie na ludziach zwykle, ja jednak przyznaję z pewnym skrępowaniem, że na mnie dotychczas nie bardzo. Wśród znanych mi jego dzieł nie znalazłam niczego, co by mnie pozbawiło tchu z zachwytu.
Jest Ouarzazate - jedyne perfumy z serii kadzidlanej Comme des Garcons, których nie chcę mieć, są Comme des Garconsy z głównej serii, z których najbliższy mi jest Man2 będący wierną niemal kopią Gucci Pour Homme, jest Vetiver46 Le Labo - bardzo urodziwy, ale również nie odkrywczy, jest wreszcie seria własnych zapachów Buxtona, które też nie zmieniają świata wcale.
Korci mnie wciąż MoslBuddJewChristHinDao (Unifaith) Elternhaus, ale raczej ze względu na nazwę i koncepcję, bo perfumeryjnie spodziewam się kolejnego dobrze poskładanego zapachu, który nie uczyni rewolucji.

A jednak nie odpuściłam testów. Dum spiro, spero.



mb02
Zrelaksowana awangarda.

Bardzo wyrafinowany. Bardzo swobodny.

Bardzo mmm...


Interesujący, rzeczywiście złożony - i to dobrze.
Ale żeby mmmm?

Pierwsze wrażenie to połączenie akordu kwiatowego - nienatrętnego i bardzo "blended" z zielonością dziką nieco, nieco ziołową, ale również... Niechaj będzie - zrelaksowaną. Ładnie, ale szału nie ma.

Na szczęście po chwili niedługiej zza pierwszych nut wychyla się akord żywiczno - drzewny: labdanum, tuż za nim benzoes, sandałowiec, sporo jasnego, "ołówkowego" cedru, odrobina przestrzeni jodłowego balsamu. Na tym tle wciąż pobrzmiewa fiołek nadający kompozycji aksamitnego wykończenia.

I tyle. Trzeciej nuty właściwie nie ma.
Jest płynne przejście od wytrawnych nut żywicznych ułożonych na jasnym drewnie, po drzewność suchą, ledwie tkniętą fiołkiem i labdanum. Do samego końca zapach zachowuje lekkość, nie wygrzewa się zanadto, nie łasi wanilią i nie uwodzi ambrą.

Nie mam tej kompozycji właściwie nic do zarzucenia. Jest bardzo udana i rzeczywiście dokładnie taka, jak w opisie producenta - aż korci człowieka, żeby użyć okresleń: "zrelaksowana", "swobodna", wyrafinowana", "zdystansowana".

Mnie osobiście przypomina He Wood Dsquared2 - podobny pomysł, podobne nuty, podobna "temperatura" zapachu. Czy to jednak dlatego, że He Wood zachował większą czystość akordu drzewnego, czy przez to, że poznałam go wcześniej i w bardziej sprzyjających okolicznościach (wiosna jednak była znacznie ładniejsza w ubiegłym roku) - zapach duetu Dsquared2 wygrywa w tym porównaniu.


Data powstania: 2007
Twórca: Mark Buxton

Nuty zapachowe:

fiołek, bergamota, magnolia, bazylia, naturalny akord kwiatowy, goździk, liście fiołka, irys, labdanum, sandałowiec, piżmo, balsam jodły, syjamski benzoes





mb03
Ciemna strona mocy.

Frywolny.

I wart każdego grzechu.



Frywolny?!
Mnie przypomina Avignon CdG zmieszany z Gucci Pour Homme (znów!) i Cashmere for Men Fissore. Może rzeczywiście także tym razem rewolucji nie ma, ale podoba mi się ten sposób połączenia typowo sakralnego kadzidła z aromatami dymno - drzewnymi.

Zaczyna się chłodno, przestrzennie: olibanum z dodatkiem paczuli i rumianku. Po chwili zaczynam wyczuwać pieprz, a w dalszej kolejności także piękną mieszankę żywic i łagodne, miękkie nuty drzewne. Zapach nabiera głębi i gęstości. Staje się dymno - ziemny nie tracąc świetlistości frankońskiego kadzidła.

Śladów frywolności nie stwierdzono, choć grzechu może i byłby wart, gdyby nie kiepska trwałość.

Wtulam nos w skórę, a mój umysł maluje obraz:

Jest chłodny poranek. Stajemy w otwartych wrotach kamiennej świątyni. Tak starej, że Dawni Bogowie nigdy jej nie opuścili i wciąż jeszcze czają się w cieniu wykutych w pradawnych świętych głazach kolumn. Tego dnia posadzka cała zarzucona jest świeżymi, krwawiącymi żywicą pniakami i zasypana naniesioną przez drwali ziemią. Na ołtarzu cichy, stareńki kapłan czci Samotnego Boga paląc kadzidło.

Półmrok rozświetlony przesączającymi się przez wąskie okna promieniami słońca i unoszący się w powietrzu zapach wilgotnej ziemi i żywicy sprawiają, że zaczyna nam się wydawać, że staruszek zamiast zanosić modły do rozpartego nad ołtarzem głównego lokatora tęsknie przywołuje zdetronizowanych, wygnanych bogów natury...

I nagle słyszymy szuranie, ciche szepty, oddechy - oto w światło wchodzi Dagda z opuszczoną maczugą i krukiem Morrigan na ramieniu, za nim ze spuszczoną głową podąża zawstydzona Brigid. Matka Bogów Epona unosi dłonie nad kadzielnicą i oto dym zmienia się, ciemnieje. Oprócz chłodnego zapachu olibanum czujemy ciepłe żywice, słodką ambrę, drewno.

Odziany w złote szaty zwycięski, obcy Bóg przygląda się wypędzonym prawowitym opiekunom tej ziemi i milczy. Może odczuwa żal i współczucie? Może myśli o dniu, kiedy on sam zostanie pokonany i będzie musiał odejść w cień? A może tęskni do pełnych ust Tailtiu i dającego szczęście trunku Goibniu?

Nie dowiemy się, bo nowy Bóg nie rozmawia ze Starymi Bogami. A Starzy Bogowie nie wybaczają najeźdźcom.

Po czasie zbyt krótkim, by przypomnieć sobie dawną chwałę (a dla nas zbyt krótkim, by nacieszyć się magicznym zapachem mb03) wizja znika: Dawni Bogowie odchodzą, dym się rozwiewa, Uzurpator zamyka niebieskie oczy... Szkoda, że już koniec.


Data powstania: 2007
Twórca: Mark Buxton

Nuty zapachowe:
rumianek, czerwony pieprz, elemi, labdanum, drewno kaszmirowe, styraks, ambra, kadzidło, sandałowiec, paczula


* Druga ilustracja przedstawia jeden z najpiękniejszych budynków sakralnych, jakie w życiu widziałam - to podziemia katedry w Glasgow
** Trzecia ilustracja: obraz Stephena Reida, który w sieci znaleźć można pod kilkoma różnymi tytułami, ogólnie jednak zawsze chodzi o to samo. "The Druid Warns Maeve About Cuchulain "

sobota, 22 maja 2010

Biehl Parfumkunstwerke gs02

.
gs02

Charyzma. Determinacja.
Arogancja może przecież być podniecająca.


Po Gezie Schoenie nie spodziewam się wiele. No. Marketingu genialnego się spodziewam i owszem - także w tym przypadku to "etykiety" jego kompozycji są najbardziej intrygujące. Ma gościu łeb do interesów.

Nuty zrobiły na mnie dobre wrażenie.
Co ja mówię?! Najlepsze wrażenie zrobił na mnie fakt, że tu w ogóle są jakieś nuty!
Dotychczas były głównie pomysły.

No dobrze, już bez pastwienia się nad Panem Ładnym.

Nuty są. I to nawet nie takie złe.


Dla mnie ten zapach ma dwoje bohaterów: pierwszym jest obecny od pierwszego niucha dojrzały, świeżo zebrany, schnący na wolnym powietrzu tymianek. Gdybym kiedyś pisała o tymianku jako składniku perfum, to daję słowo - ładniejszego nie widziałam.
Na widok Campari i absyntu w nutach spodziewałam się otwarcia spożywczego w zupełnie inny sposób, ale co mi tam - jest zielono, aromatycznie i ładnie.

Drugą nutą heroiczną jest ambra. Ambra zmysłowa, lecz nie namiętna, leniwie pełznąca po skórze, rozgrzewająca jak powolne i mimowolnie prowokujące zdejmowanie odzienia, które zarówno dla osoby rozbierającej się, jak i dla widza tego spektaklu jest celem, a nie drogą do celu. Rozumiecie? Niespełniona jest, nienaga, niezdyszana. Jak nie ona. ;)


Pozostałe nuty są ledwie tłem - grają role drugoplanowe, mało do mnie mówią, nie gwiazdorzą.
Absynt w otwarciu gra rolę uroczego bad boya dodając opowiadanej przez Gezę Schoena historii nieco gorzkiej pikanterii. Bez przesady jednak - nie ma wpływu na akcję.
Kastoreum i nuty skórzane dodają kompozycji nieco cielesności, która czasem zmienia się w zupny akord z Mechant Loup, a czasem w nic się nie zmienia i wtedy nasza animalna para całkiem sprawnie "gra ciałem".

Tonka, wanilia, nuty drzewne z ładnym sandałowcem i prawdopodobnie także obecnym w obsadzie drewnem wenge pełnią rolę dobrych przyjaciół i przyjaciółek. Kojarzycie "Summer Nights" z music-hallu "Grease"? John Travolta i Olivia Newton w rolach głównych (u nas obsadzonych przez tymianek i ambrę), a wokół grupki robiących tło muzyczne i wizualne kolegów i koleżanek. No to właśnie to jest ta sekcja. Blada, ale fajnie, że jest.


I w sumie tyle. To cała historia.
A skoro już wyszła mi filmowa analogia, zabawię się w krytyka konsekwentnie i podrążę.
Otóż znając pana Schoena podejrzewam go o ukryte treści, a konkretnie o sporo (sporo więcej, niż sporo) chemii w składzie perfum. I w tym przypadku moje podejrzenia idą w kierunku Iso E Super, którego mój nos co prawda saute nie wyczuwa, ale które moja intuicja tropi i tu wytropiła. Drogą dedukcji doszłam do wniosku, że Iso E Super może odpowiadać zarówno za dziwnie przydymioną drzewność rachitycznej w sumie bazy, jak i za zupny akord w sercu kompozycji, znam bowiem przypadki, kiedy ten dziwaczny składnik pachnie rosołem.

Żadna chemia jednak nie pomogła tej prostej, szkolnej nieomal kompozycji na trwałość. Gs02 znikają haniebnie szybko i nie zostaje po nich nic - nawet żal.

No dobra, teraz pora na pointę.
A pointa jest taka, że są to perfumy, nie tylko marketingowa sztuczka - co samo w sobie już jest miłe. Jeszcze milsze jest to, że nie jest to rozczarowanie na miarę Wode Boudicca - nie wiem tylko, czy ze względu na realną wartość artystyczną tej propozycji, czy raczej dlatego, że tym razem nie miałam wielkich oczekiwań. Ale najmilsze jest, że powąchałam sobie z przyjemnością, może powącham z przyjemnością jeszcze raz czy dwa, a potem odłożę fiolkę do pudła i do niej nie wrócę. Bardziej nawet nie wrócę, niż do "Grease", do którego również mi się nie ckni.


Data powstania: 2007
Twórca: Geza Schoen

Nuty zapachowe:
absynt, Campari, pomarańcza, tymianek, korzeń arcydzięgla, kastoreum, ambra, bób tonka, wanilia

piątek, 21 maja 2010

Biehl Parfumkunstwerke: al02 i eo02


al02
Zabójcza wspaniałość


Przynajmniej wedle opisu producenta. ^^


Pierwszy, krótki akord jest jasny, owocowy i przyjemny. Łatwy i nie budzący podejrzeń.

Drugi jest ciemniejszy - pojawia się jaśmin i róża. Po kilku ledwie oddechach owoce z otwarcia dojrzewają, przejrzewają, ociekają sokiem, marszczą się, zsychają - robią to jednak wytwornie i z wdziękiem. Z różą w zębach, rzekłabym.

I znów ledwie kilka oddechów, tym razem głębszych zdecydowanie, dzieli nas od kolejnej wolty: pojawiają się nuty przyprawowe. Pikantne, ostre, bolesne niemal, perwersyjnie rozrzucone na ciemnych różanych płatkach, zmysłowo osnute dymem orientalnych kadzideł.
Największe wrażenie robi na mnie właśnie akord przyprawowy, na który składa się nawałnica cynamonu rodem wprost z lutensowskiego Rousse oraz ekspansywny zapach świeżo utłuczonego kardamonu. Kiedy wybrzmią nieco, odkrywamy statyczną, głęboką bazę złożoną z nut żywiczno - kadzidlanych (mirra, opoponaks, labdanum) i drzewnych (sandałowiec i olejek sandałowy, paczula, suchy wetiwer) umoszczonych na piżmie i wanilii jak na miękkiej kanapie.

Widzę al02 jako metaforę kobiecości.
Najpierw, przez jedno mgnienie wiosny widzimy młode dziewczę - słodkie i niewinne. Niestety, jak większość słodkich dziewcząt - i nasza metaforyczna istota marzy o tym, by być kobietą: "oszukiwać, dręczyć, zdradzać". I w drugim etapie dąży do tego odziewając się w purpurę i wcierając w ponętne ciało pachnące olejki. I szybko nadchodzi moment, kiedy ma już "pół kilo biżuterii", "kapelusze takie duże" i nos zadarty z wdziękiem.


Na szczęście rychło przychodzi pora, na "jakiś romans niebanalny" i oto w kłębach cynamonowego pyłu, w oparach opoponaksu i mirry nasza kobieta staje się "występna i zdradziecka" i przyznaję, ma to pewien urok. Szczególnie, że robi to nie tracąc urody damy z drugiej fazy i nawet zachowując odrobinę dziewczęcej słodyczy z otwarcia - ślad róży i śliwki jest bowiem wyczuwalny aż po sam kres tej niezwykłej olfaktorycznej opowieści.
Opowieści, która dodam jeszcze, piękny ma koniec - gaśnie bowiem nutami ciepłymi jak uśmiech zasypiającej w ramionach niebanalnego kochanka niebanalnej kochanki. Że zbyt banalnie? No to co?

Najprościej określiłabym kompozycję Landiego jako nowoczesne retro - wariację na temat klasycznych kompozycji w stylu klasycznych Guerlainów czy Chaneli. W nutach serca nawet z pewną przejściową słabością do Habanity. Ewidentnie nie dla mnie, ale jakże go nie docenić?


Data powstania: 2007
Twórca: Arturetto Landi

Nuty zapachowe:
mandarynka, cytryna, bergamota, brzoskwinia, śliwka, jaśmin, róża, goździk, kardamon, cynamon, kadzidło, labdanum, bób tonka, wanilia, wetiwer, paczula, sandałowiec, białe piżmo



eo02
High class colonial style

Z wyraźnym zastrzeżeniem, że "colonial"
oznacza tu nie "kolonialny", lecz "koloński".


Otwarcie to przyprawowe cytrusy w typie klasycznych, męskich wód kolońskich.
Centrum kompozycji to świeży, aczkolwiek dość złożony akord ziołowy podkręcony wyraźnycm gożdzikowym podmuchem oraz dodatkiem jodły i odrobinę tylko przypudrowany nutką kwiatową. Całość w typie klasycznych, męskich wód kolońskich.
Baza nadal przyprawowa, mocno eteryczna, ustabilizowana nutami drzewnymi z przewagą suchego cedru i paczuli, z dziwnie ozięble brzmiącym akordem ambrowym i kosmetycznym piżmem. Dla odmiany... Bardzo w typie klasycznych, męskich wód kolońskich.

I co ja mam napisać?
Pozostaje mi tylko stwierdzić z entuzjazmem nieszczerym, że jesli ktoś szuka klasycznie klasycznej i męsko męskiej wody kolońskiej, to niech już nie szuka.

Tylko trwałość eo02 nie wystawia tej męskości nazbyt dobrego świadectwa...


Data powstania: 2007
Twórca: Egon Oelkers

Nuty zapachowe:
bergamota, grejpfrut, galbanum, kardamon, kolendra, tymianek, davana, sosna, róża, jaśmin, goździki, cedr z Atlasu, paczula, sandałowiec, kadzidło, wanilia, cynamon ambra, piżmo


* Cytaty w pierwszej recenzji z "Być kobietą" Hanny Banaszak z tekstem Magdy Czapińskiej
** Trzecie zdjęcie jest zdecydowanie bardziej atrakcyjne, niż zapach, który ilustruje, ale czemu miałabym sobie żałować? ^^

czwartek, 20 maja 2010

Biehl Parfumkunstwerke - sztuka, a nawet kilka sztuk ^^




Thorsten Biehl - założyciel Biehl Parfumkunstwerke to wizjoner, podróżnik, marketingowiec z wykształcenia i do tego syn perfumiarza. Pisze się o nim, że jest perfumiarzem także "osobiście", ale ja sądzę, że jest nim w tym samym stopniu, co Tom Ford czy Olivier Durbano. Czyli.... Nie jest.
Co nie przeszkadza mu w firmowaniu swoim nazwiskiem kompozycji innych, prawdziwych perfumiarzy.

Proszę nie myśleć, że uważam taki układ za zły czy niekorzystny dla kogokolwiek. Podział obowiązków to dobra opcja, niech każdy robi to, co potrafi: komponuje, sprzedaje, projektuje flakony, kręci reklamy czy co tam mu w duszy gra. Byle dobrze.

I tu myślę sobie, być może pochopnie, że Thorsten Biehl trochę zawalił.
Jako osoba dwujęzyczna z urodzenia, posługująca się językiem niemieckim naturalnie, nie mam problemów ze zlepkami wyrazowymi, słowami złożonymi z kilku członów, które uczących się tego pięknego języka często przyprawiają o zawrót głowy. Zdaję sobie sprawę, że słowo Parfumkunstwerke, oznaczające nic innego jak "perfumeryjne dzieła sztuki" doskonale współgra z koncepcją firmy oferującej "sztukę - nie zapachy dla mas", a jednak dostrzegam brak nośności takiej nazwy.

Spróbujcie wymówić "Biehl Parfumkunstwerke" głośno. Nie brzmi. Nawet mnie.


Nie będę wyjaśniać, o co chodziło Biehlowi. Najlepiej zrobi to on sam:

Sztuka perfumeryjna - żadnej masówki
(w oryginale genialne "keine Massenwässerchen" czyli "żadnych perfumików")


Sztuka. Pojęcie żarliwie dyskutowane, wciąż od nowa interpretowane i wypełniane treścią. Co jednak się nie zmienia, to fakt, że sztuka jest domeną mniejszości, nie mas i rodzi się z możności (mnie to Arystotelesem zapachniało, stąd wybór słowa - przyp. tłum.).


Czy perfumy są więc sztuką?


Tak. Przynajmniej w Biehl Parfumkunstwerke. Bo tu nie znajdziecie masówki, żadnych tak zwanych zapachów designerskich, które nie są niczym innym jak tylko milionkrotnym wykorzystywaniem masowych trendów.


W Biehl Parfumkunstwerke uważamy się za olfaktoryczną galerię. Za przestrzeń, w której perfumeryjni artyści zaprezentować mogą publiczności swoje niezwykłe kreacje. Bez zważania na wyniki badań rynku, marketing i maksymalne marże.
Liczy się jakość i wyjątkowość, i to nie tylko w odniesieniu do używanych składników.

Biehl Parfumkunstwerke chce przede wszystkim zaskakiwać, a nosicielom swoich kompozycji stworzyć zupełnie nowe możliwości wyrażenia swej wyjątkowej osobowości.
Jak mówiliśmy: żadnej masówki.


***

Też Wam się podoba?

A jednak - trudna nazwa marki plus nazwy kompozycji przypominające bardziej kody, niż tytuły dzieł sztuki, plus flakony jak z rozlewni zapachów "alternatywnych"... Wszystko to sprawia, że perfumy Biehl Parfumkunstwerke nie rzucają się człowiekowi na wyobraźnię, nie chodzą za nim, nie tkwią w głowie.
A szkoda, bo styl wypowiadania się Thorstena Biehla bardzo mi odpowiada i ogólnie bardzo sympatyczne wrażenie na mnie ten pan robi (ale tylko w oryginale, po niemiecku - w tłumaczeniu na angielski jego teksty tracą świeżość i dystans).

W związku z tym nie wiem, czy jako folgujący własnym zachciankom perfumeryjny sybaryta zdecydowałabym się na zamówienie próbek.
Skąd więc pomysł na ten tekst?
W momencie, kiedy naprawdę nie miałam serca do pisania o perfumach otrzymałam od mojego zapachowego (i chyba nie tylko zapachowego) Pokrewnego Ducha paczuszkę, która do teraz we łbie mi się nie mieści: pakiet kilkunastu dziewiczych próbek z Lucky zawierający, między innymi, pięć zapachów Biehl Parfumkunstwerke.
Piotrze
- dziękuję!


Wybór zapachów nie mój (w sensie, że nie przeze mnie dokonany), ale ciekawy o tyle, że obejmuje wszystkie nieomal gwiazdy tworzące dla Biehl Parfumunstwerke, z wyjątkiem samego papy Biehla, którego poza hb01 nijak nie kojarzę i Patricii Choux, którą Google powiązały mi z perfumami Celine Dion, czyli dzikiej żądzy poznania nie odczuwam raczej.

Oprócz Henninga Biehla i Patricii Choux dla Biehla juniora pracują także Arturetto Landi, Egon Oelkers, Geza Schoen i Mark Buxton.

Zaczniemy porządnie, od A.
Ale to już jutro.


* Cytowany tekst pochodzi ze strony firmy: www.biehl-parfum.com

Comme des Garcons Artek Standard

Oj.

I moje "oj" bynajmniej nie jest w tym przypadku buńczucznym okrzykiem bojowym "Oi!", lecz dźwiękiem pełnym zakłopotania.
A czemu? Bo nie wiem, doprawdy nie wiem, co mysleć o efekcie współpracy Comme des Garcons z założoną przez Alvaro Aalto Fińską firmą meblarską Artek.


Miał być Artek Standard zapachem borealnego lasu. Zapachem nowoczesnym, z nutami metalicznymi i dymnymi, i zielonym, i drzewnym, ogólnie dziwnym. No to się nastawiłam na połączenie nut leśnych z technicznymi: na stymulującą zmysły, intrygującą olfaktoryczną układankę.

Tymczasem Artek pachnie jak wypucowany płynem do naczyń Avignon i to jest podstawowe skojarzenie, na którym zacięłam się i poza które nie mogę wyjść. Choć chciałabym.


Dla wyjaśnienia zaznaczę od razu - nie jest to zapach brzydki. Ładny jest. Szczególnie na początku.
Kadzidło frankońskie z całym swoim chłodno - słodkim majestatem przybrane tu zostało delikatnymi kwiatami i nieśmiałą nutką chemiczną, które to składniki w sumie dają efekt wspomnianego już płynu do naczyń, ewentualnie szamponu. Obiektywnie niebolesny dla nosa. Ale taki jakiś nie do końca na miejscu.

W miarę ogrzewania się kompozycji do głosu dochodzą nuty ziołowe (widniejąca w nutach fińska herbata Labrador to roślina znana u nas jako bagno zwyczajne lub dziki rozmaryn, z herbatą nic wspólnego nie ma) i przyprawowe z umiarem rozświetlone cytrynką oraz całkiem przyjemne obiektywnie, lecz subiektywnie wzmacniające wrazenie kosmetyczności kompozycji piżmo. Robi się nieco cieleśnie, paczulkowo, mniej wzniośle, nadal miło, ale też nadal bez zachwytów.


Najbardziej mi ta kompozycja przypomina Incense Williamsona. Niby jest ok, kadzidełko, drewienko, nawet przypraw nieco - powinno zaiskrzyć, ale jakoś ani błyśnie. Mogłabym Arteka bez wstrętów nosić, ale znów nasuwa się pytanie: po co?

Aby oddać sprawiedliwość Olivierowi Pecheux zaznaczę, że zdaje mi się Artek kompozycją nieco lepszą od williamsonowskiego kadzidła, nadal jednak nie czyni to z niego dzieła wybitnego. Jedynie przyzwoicie poskładaną kopię pomysłu, który kiedyś był rewolucyjny.


Kichowaty ten wpis trochę, ale przecież nie będę tu odwalać udręki i ekstazy, skoro mnie Artek "nie zachwyca" i już.


Data powstania:
Twórca: Olivier Pecheux

Nuty zapachowe:
dziki rozmaryn, zimnoziół północny, koper, imbir, cytryna, piżmo, szafran, cedr


wtorek, 18 maja 2010

Comme des Garcons Wonderwood



Widzieliście to?!



Dziwaczny, niepokojący film będących twórcami między innymi "Stroiciela trzęsień ziemi" i niesamowitej "Ulicy krokodyli" braci Quay jest zapowiedzią nowego zapachu Comme des Garcons: Wonderwood.

Zapach opisywany jest jako drzewny (a to niespodzianka) i egzotyczny, a w składzie, poza naturalnym drewnem takim jak: oud, cedr, sandałowiec, cyprys i gwajak, wymieniane są także balsam jodły, paczula i wetiwer oraz syntetyczne drzewne nuty: pachnący skoncentrowanym sandałowcem javanol, należący do nut mszystych bardzo drogi cashmeran (kaszmeran??) oraz pachminol.

Comme des Garcons promuje Wonderwood z wielką pompą i wielką mam nadzieję, że para nie poszła w gwizdek.

A na zaostrzenie apetytów jeszcze dwa zdjęcia.
Czy zapach promowany w ten sposób może nie być ciekawy?



Czekam...

poniedziałek, 17 maja 2010

Comme des Garcons Monocle Scent Two: Laurel

Pragnęłam go. I wcale niekoniecznie dla lauru. ;-)

Raczej dla wszystkich nut, którymi Antoine Maisondieu ów laur przybrał. Dla szorstkiego pieprzu, dla głębokiego (o wyobrażeniach mówimy) kadzidła, dla suchego (dalej przy wyobrażeniach jesteśmy) cedru, dla trudnej paczuli i surowej ambry. Pragnęłam zapachu niepospolitego. Czegoś na miarę pierwszego Monocle'a. I wiecie co?

Laurel jest dokładnie taki, jak oczekiwałam. A nawet jeszcze piękniejszy.


Otwarcie to rzeczywiście zapach liści wawrzynu - przepięknie oddany aromat łączący wytrawną, przyprawową pikanterię ze słodkim nieomal chłodem eterycznych olejków. Zapach jednocześnie drzewno - korzenny i kwiatowo, zielony.
Oczywiście nie sam laur tworzy tę niezwykłą harmonię. Jest w tym pierwszym akordzie nuta drzewna i nie wiem, czy nie będzie to drewno lauru właśnie, jest chmurka suchego pieprzu nie dominującego jednak nad tytułowym bohaterem, jest coś jeszcze... Może świeży, eteryczny cynamon, może gałka muszkatołowa, może zmarszczone, świeże jeszcze jagody jałowca, a może po odrobinie wszystkiego? W każdym razie otwarcie robi wrażenie.

W kolejną fazę Laurel przechodzi płynnie - ogrzewa się, wygładza, nabiera głębi, zyskuje dodatkowy wymiar: suche, żywiczno - dymne tło przypominające nieco aromat tradycyjnie suszonych śliwek, na którym wciąż nie tracące mocy nuty przyprawowe brzmią jeszcze piękniej.
W ciepły, słoneczny dzień akord bazowy nadchodzi niemal natychmiast za kadzidlanym centrum zapachu, w dzień chłodny jak dziś nieco się ociąga, ale przyznaję, że kiedy się pojawi, kiedy Laurel wreszcie zacznie brzmieć pełnią nut - naprawdę zdobywa moje serce.
Jednocześnie współbrzmią w nim zielono - pikantne nuty otwarcia, nieco dymny, ciemny akord centralny i ciepła, roślinna ambra wsparta bardziej, niż na paczuli na suchym, dodającym kompozycji spoistości wetiwerze.
Na tym etapie Laurel brzmi dokładnie tak, jak brzmiałby French Lover Frederica Malle, gdyby nieco podbić w nim nuty przyprawowe i wysłodzić dymne. Pięknie.


Porównanie z pierwszym zapachem z serii Monocle - Hinoki jest nieuniknione. I, prawdę mówiąc, ma sens. Oba zapachy, choć tak różne, mają wiele wspólnych cech. Po pierwsze zaskakująco intensywne, relatywnie trudne otwarcie. Po drugie gładkie, urodziwe rozwinięcie. Po trzecie wreszcie uroda nietypowa, niszowa bez wątpienia, ale jednak w ostatecznym rozrachunku... Łatwa. I to nie jest wada.



W przypadku Hinoki skarżyłam się na brak nowatorstwa w tej kompozycji. Nie wiem, czy Laurel jest pod tym względem bardziej rewolucyjny - jest przecież niemal bratem Francuskiego Kochanka, ale skarżyć się nie będę. Podoba mi się.
Kłopot w tym, że bardziej podobałaby mi się ta kompozycja bez szorstkiej nutki przyprawowej. Ale wtedy byłaby po prostu Francuskim Kochankiem.

Tymczasem z tym mocnym otwarciem, niejednoznacznym rozwinięciem i upojnie ciepłą, dymną bazą przypomina raczej Fauna, który najpierw zdaje się nieokrzesanym Satyrem, a potem... No wiecie. Pięknie jest. :)


Data powstania: 2010
Twórca: Antoine Maisondieu

Nuty zapachowe:
laur, pieprz, cedr, paczula, kadzidło, ambra



* pierwsza ilustracja: Alphonse Mucha "Laurel"
** druga ilustracja: Sir Edward Burne-Jones "Pan and Psyche" (wiem, że wykorzystywałam już ten obraz na blogu, ale przyznajcie - ma coś w sobie)

środa, 12 maja 2010

Drewno w perfumach. Część 4: żywice


Rozlazł mi się ten temat ponad wyobrażenie.

A przecież nie napisałam ani słowa o gatunkach pojawiających się w perfumach sporadycznie, takich jak Acapu [Athletics Tommy Hilfiger], drewno bananowca [Felanilla Parfumerie Generale], drewno (w przeciwieństwie do żywicy) Copahu [Kingdom Alexander mc'Queen], drewno (nie liściach) lauru [Costes 1], drewno leszczyny [Alba Profumum], kumaru [Musc Maori Parfumerie Generale], drewno migdałowca [Purplelight Salvador Dali, Alba Profumum], sekwoja [Sequoia Comme des Garcons], drewno dzikiej wiśni [Femme Karl Lagerfeld], jak również o wielu równie marginalnych gatunkach.

I na razie nie napiszę, bo pora na żywice. Przyznaję, że ta część sprawiła mi sporo frajdy, co niestety wpłynęło na długość tekstu.


***

Po pierwsze wytłumaczę się z częstego używania słowa balsam w tym tekście.
Otóż w perfumiarstwie i ziołolecznictwie balsam to po prostu żywica z wysoką zawartością olejków eterycznych. Większość używanych do produkcji perfum żywic to balsamy.


Oto najpopularniejsze perfumeryjne żywice w kolejności alfabetycznej:



Benzoes czyli żywica Styrax lub Styrak


Nazywany także benzoinem, która to nazwa nie jest stricte błędna, ale też prawidłowa tylko częściowo. Otóż benzoes to żywica rosnącego we wschodniej Azji drzewa Styrax Benzoin.

W perfumiarstwie używa się kilku substancji o nazwie benzoes:
- Jedną z nich jest jasna, aromatyczna żywica o słodkawym zapachu i właściwościach łagodnie narkotycznych używana w starożytności nie tylko jako kadzidło i środek dezynfekujący, ale także jako lek na bezsenność i środek rozkurczający drogi oddechowe w astmie i ostrych nieżytach oraz łagodzący napięcie mięśniowe (które to kuracje stosowane zbyt intensywnie często oprócz doraźnej ulgi powodowały stany lękowe, depersonalizację i trwałe problemy ze snem).
- Benzoesem jest także balsam syjamski (Siam) przez niektórych wymieniany jako osobna substancja zapachowa, w nutach perfum określany zwykle jako benzoin syjamski (Siamese benzoin).
- Trzeci zaś perfumeryjny benzoes to tak naprawdę benzoina: syntetyzowany z benazldehydu aromatyczny ketoalkohol o zapachu przypominającym nieco olejek z gorzkich migdałów zmieszany z kamforą i używany głównie jako rozpuszczalnik, środek wzmacniający zapachy i przedłużający trwałość perfum. Co ciekawe: żywica drzew z rodziny Styrax Benzoin nie zawiera nawet śladowych ilości benzoiny. W nutach perfumeryjnych benzoes alkoholowy zwykle jest ignorowany.

Skoro jesteśmy w temacie drzewnym, pozwolę sobie wspomnieć, że drewno Styrax Japonica używane jest jako budulec tradycyjnych japońskich instrumentów smyczkowych: Kokyu.
W perfumach drewna Styrax raczej się nie używa.

W perfumach benzoes (jeden albo drugi) pojawia się często. Dla mnie najbardziej charakterystyczny benzoes żywiczny występuje w Arabie Serge Lutens (wymieniony jako benzoes syjamski), Vanille Aoud Micallef, Ambre Fetiche Annick Goutal oraz niesamowicie brzmiący "karmelizowany benzoes" w Santal de Mysore Serge Lutens.


Copahu, balsam Copaiba


Żywica o balsamicznym, głębokim zapachu pozyskiwana z rosnących w Amazonii drzew Copaifera Officinalis.
Nazwa Copahu pochodzi z języka zamieszkującego tereny obecnej Brazylii plemienia Tupi i oznacza zarówno samo drzewo, jak i jego żywicę.
Copahu w perfumach używane jest nie tylko dla własnej urody, ale także dla pogłębiania innych nut drzewnych, którym dodatek balsamicznej żywicy copaiba daje gładkość i moc.

Najlepszym przykładem użycia copahu w perfumach są oczywiście Bois de Copaiba Parfumerie Generale, ale nutę tę znajdziemy także w Pure Oud By Kilian oraz w Bois d'Ombrie Eau d'Italie.
Ciekawostką jest użycie drewna (nie żywicy) copaiba w Kingdom Alexandra Mc'Queena.


Elemi


Elemi właściwe, zwane inaczej manilą uzyskuje się z drzewa rosnącego na Filipinach kanarecznika (Canarium commune). Żywice o podobnym terpentynowo - cytrynowym zapachu mają jednak także inne drzewa: Icica icariba, a którego pozyskuje się elemi brazylijskie zwane Caricari, Amyris rumieri będace źródłem elemi jukatańskiego oraz Amyris elemifera dające żywicę Vera cruz czyli elemi meksykańskie.
Niestety, w kosmetykach żywicę tę spotyka się coraz rzadziej ze względu na silne właściwości alergizujące. Dobrze się za to ma elemi w charakterze składnika leków przeciwkaszlowych i maści dezynfekujących.

W perfumach żywica elemi wyraźnie wyczuwalna jest w Chembur Byredo, choć nie wiem, czy to najszczęśliwszy przykład, bo nie brzmi tam zbyt ładnie. Na urodzie zyskuje zestawione z jasnym olibanum w Avignon Comme des Garcons i Incense Williamsona, a także wychłodzone cyprysem w No.3 The Spirit of Wood z pierwszej serii Six Scents.


Galbanum


Galbanum jest nielegalnym imigrantem w tym spisie, bowiem nie pochodzi z drzew, lecz z korzeni i łodyg niewielkich krzewinek z gatunku Ferula. Ponieważ jednak nazywane jest żywicą, postanowiłam przymknąć oko na jego pochodzenie i użyczyć galbanum kilku linijek tekstu.
Żywica galbanum występuje zwykle w postaci lśniących, przejrzystych grudek w barwach począwszy od bursztynowej, przez żółtą, aż po zielonkawą. W smaku jest gorzkie (podobnie jak większość żywic), zapach ma intensywny, eteryczny, porównywany do zapachu wzbogaconej o nutę piżmową żywicy drzew iglastych.

Jest to jedno z najwcześniej poznanych kadzideł - używane od wielu tysięcy lat nazywane bywa nawet Matką żywic.
W Księdze Wyjścia wymienione zostało jako jeden ze składników mieszanki kadzideł dla Przybytku Przymierza. Rabbi Shlomo Yitzhaki w swoich im komentarzu do 30:34 wersetu tej księgi tłumaczy obecność gorzkiego galbanum w mieszance świątynnych kadzideł potrzebą przypomnienia wiernym o grzechu.

Aby nie brnąć w dygresje dodam tylko, że w medycynie ludowej galbanum stosowane jest jako środek dezynfekujący i przeciwzapalny, ma również działanie rozkurczowe.

W perfumach zielone, świeże galbanum wyczuwalne jest na przykład w Le Rivage des Syrtes Parfums MDCI, Ninfeo Mio Annick Goutal i mam nadzieję, że podobnie będzie brzmiało także w nowym zapachu Parfumerie Generale Papyrus de Ciane. Pięknie z kadzidłem współpracuje zielona nuta galbanum w French Lover Frederica Malle. Goryczkowa strona galbanum dla odmiany wychodzi bardzo wyraźnie w L’eau du Navigateur L’Artisan Parfumeur oraz (nieco mniej wyraźnie) w zapachach Miller Harris: Terre de Bois i Fleurs de Bois.


Kopal


Korci człowieka, żeby napisać, że kopal, jak sama nazwa wskazuje, jest żywicą kopalną. Niestety, pomimo iż kopal to rzeczywiście kopalina, nazwa nie ma z tym nic wspólnego, pochodzi ona bowiem z języka nahuatl, którym posługiwali się Aztekowie (tego samego, z którego pochodzą słowa takie jak kakao, czekolada, awokado czy Chilli) i oznacza... Po prostu kadzidło.

Ogólnie kopal to mające od 10 tysięcy do miliona lat żywice różnych drzew tropikalnych pozyskiwane, podobnie jak bursztyn, z przypowierzchniowych warstw podłoża, rzadziej znajdowane wprost na ziemi. Ze względu na różnorodne pochodzenie (kopal mógł powstać i z drzew iglastych, i z liściastych), wiek i warunki zewnętrzne odmiany kopalu mogą znacząco różnić się barwą, konsystencją i zapachem.
Więcej o gatunkach kopalu można poczytać TU, jednak szczerze mówiąc, z punktu widzenia perfumomaniaka wiedza ta wydaje się średnio przydatna - nie przybliża nam w żaden sposób zapachu.

Najważniejszą konkluzją w tym akapicie jest chyba informacja, że żywice świeże, pozyskiwane z drzew dowolnych kopalem nie są, choć zdarza się, że bywają tak nazywane.

Dla mnie najbardziej "kopalne" nuty żywiczne to Incense Normy Kamali, ale ze względu na brak możliwości jednoznacznej weryfikacji zapachu proszę moją propozycję potraktować niezobowiązująco.


Labdanum / Czystek


Ciemna, lepka żywica o cierpkim, ambrowo - skórzanym aromacie pozyskiwana z krzewów skalnej róży (rockrose): Cistus ladanifer i Cistus creticus w procesie, który najlepiej chyba nazwać "czochraniem krzaków". Wiem, brzmi idiotycznie, ale jak inaczej nazwać pokazaną TU czynność?

Metoda jest dość zabawna, jednak w kontekście historycznym całkiem uzasadniona. Pierwsze bowiem wzmianki o tej substancji wiążą się z... Kozami, których sierść po wypasaniu zwierząt w pobliżu tych specyficznych krzewów wydzielała piękny, żywiczny aromat. Okazało się, że to właśnie sok tych niepozornych roślin tak pięknie pachnie.
Sztuczne bródki noszone przez egipskich faraonów robione były właśnie z nasączonej labdanum koziej sierści.

Obecnie pracochłonne zbieranie drobin żywicy nie jest jedyną metodą pozyskiwania labdanum - uzyskuje się je też przez gotowanie liści i gałązek.

Labdanum w perfumach potrafi cuda czynić. Sprawdza się i jako nuta przewodnia, "robiąca" cały właściwie zapach (poza sztandarowym Labdanum Donny Karan wymienić można także Incense Normy Kamali, które jest rozpaczliwym krzykiem rozdzieranych na strzępu czystkowych krzewów), i jako składnik dodający charakteru kompozycjom delikatniejszym jak w Incense Wiliamsona, Ambra Omnia Profumo czy cudownie świetlistym Cardinalu Heeleya, i oczywiście także jako jedna z wielu równorzędnych nut na przykład w 10 Corso Como czy Ceremony Normy Kamali.


Mastyks


Miękka żywica pozyskiwana z żywicy wyciekającej samoczynnie z drzewa mastyksowego (Pistacia lentiscus), ze względu na pierwotne pochodzenie nazywana Łzami Chios (Chios to grecka wyspa na morzu Egejskim).
Grudki mastyksu (zwanego popularnie mastyksowym balsamem) są jasne, zwykle przejrzyste, sam zaś balsam jest miękki, kruchy, podatny na topienie i rozpuszczanie - dlatego używa się mastyksu połączonego z olejem terpentynowym lub toluenem jako werniksu do konserwacji obrazów - zarówno na płótnie jak i na desce.

Woń mastyksowej żywicy jest balsamiczna, delikatna, z przyjemną nutą porównywaną do zapachu orzeszków lub słodkich migdałów.

W perfumach odnajdziemy mastyks między innymi w Encens Flamboyant i Ninfeo Mio Annick Goutal, a także bardzo ładnie zestawiony z innymi żywicami w Le Temps D'Une Fete Parfums de Nicolai.


Mirra


Czerwono - brązowe grudki będące suszoną żywicą drzew z rodzin Commiphora i Balsamodendron (co w przekładzie znaczy po prostu drzewo balsamiczne) od wieków używane były jako składnik kadzideł, maści i wonnych olejów, ale także jako środek dezynfekujący oraz w starożytnym Egipcie jako baza substancji używanej do balsamowania zwłok.

Źródła historyczne podają, że jako pierwszy odkrył "pachnące złoto" przedislamski świat arabski i to właśnie z języka arabskiego pochodzi nazwa substancji, pierwotnie wymawiana murrh i pochodząca od słowa murr - gorzki. Smak żywicy mirrowej jest rzeczywiście gorzki rozpaczliwie.
Co ciekawe, Murrh to także imię córki Kinyrasa - legendarnego króla Cypru, syna Apollina i męża Galatei.

Łączenie mirry z kobiecą postacią jest znamienne, bowiem we wszelkich obrzędach magicznych ciepły, upojnie słodki aromat utożsamiany był właśnie z pierwiastkiem żeńskim, w przeciwieństwie do ostrzejszego, chłodnego olibanum, które stanowi uosobienie energii męskiej. Przyznajcie, że w tym kontekście wymienione w Ewangelii Mateusza dary trzech mędrców dla maleńkiego Jezusa zdają się nieco bardziej przemyślane. ;-)
O trzecim darze będzie słowo przy okazji sandaraku.

W perfumach mirra pełni zwykle rolę "ocieplacza" zapachu, nuty nadającej bazie miękkości i pełni aromatu. Istnieją jednak także kompozycje na mirrę sfokusowane i prym wiedzie tu Eau d'Iparie L'Occitane, w którym mamy okazję podziwiać mirrę czystą, suchą, niegładzoną.
Dla odmiany mirra słodka, aksamitna, naprawdę kobieco miękka to Myrrhe Ardente z serii Les Orientalistes Annick Goutal.
Inne warte uwagi zapachy z intensywną nutą mirry to, wspominane już w kontekście sandałowca i cynamonu, Santalum Profumum oraz ciekawe, choć ryzykowne połączenie pierwiastków męskiego (olibanum) i żeńskiego (mirry) z różą czyli Frankincense - Myrrh - Rose Maroc Reginy Harris.
Na koniec wspomnę jeszcze jedną kompozycję, w której mirra rzeczywiście pełni rolę tła, jednak brzmi tak nietypowo i naturalnie, że warto jej tam poszukać - mówię o trudno osiągalnym lecz wartym wysiłku L'Eau Trois Diptyque.


Olibanum / Kadzidło frankońskie


Cieszy mnie fakt, że olibanum wypadło mi bezpośrednio po mirrze, bowiem te dwa zapachy są w dawnej magii zachodu powiązane w sposób, w jaki w filozofii Dalekiego Wschodu łączą się ze sobą symbole Jin i Jang.
Oczywiście jest to analogia uproszczona i proszę nie wyprowadzać tu szczegółowych porównań, bo nie mają one sensu. Przykładem niech będzie fakt, że w kulturze zachodniej i świecie arabskim pierwiastek kobiecy symbolizuje żywica o aromacie ciepłym - mirra, męski zaś chłodne olibanum, natomiast w tradycji dalekowschodniej pierwiastek żeński jin jest zimny, zaś męski gorący, ognisty. Chodzi tylko o symbolikę dwóch uzupełniających się sił, bez wartościowania i rywalizacji. Szkoda, że wielkie religie tak przygnębiająco skutecznie tę równowagę sił zaburzyły.

Formalnie Olibanum to nazwa żywicy pozyskiwanej z Kadzidłowca Boswellia, o którym szerzej pisałam w części poświęconej zapachom stricte drewnianym. Pozyskuje się ją albo przez nacinanie drzewa, albo zdzieranie z niego kory. W obu przypadkach żywica wypłynąć powinna samoczynnie. Im jaśniejszą barwę ma żywica, tym delikatniejszy (nie słabszy bynajmniej) jest jej zapach, a za najjaśniejszą i najszlachetniejszą uchodzi żywica gatunku Boswellia Sacra.
Uzyskiwane w procesie parowej destylacji drewna olejki tracą niezwykłą przejrzystość aromatu (nie wiem, jak inaczej określić tę cechę).

Prawidłowo zebrana żywica olibanum wydziela woń jasną, słodkawą, delikatnie pikantną, gładką i chłodną jak jedwab. Po prostu niesamowitą, nieporównywalną z żadną inną.
Dobrze, że żyjemy w kraju, w którym nie trzeba opisywać jej od podstaw - znana jest doskonale, jako że olibanum jest podstawowym składnikiem katolickiego kadzidła sakralnego.

Nazwa "kadzidło frankońskie" pochodzi z początku trzynastego wieku - to właśnie frankońscy krzyżowcy przywieźli do Europy wielkie zapasy olibanum w charakterze łupów Czwartej Krucjaty, przywracając w ten sposób zapomniane nieco od czasów rzymskich kadzidło kulturze zachodniej. Chwała im chociaż za to...

O kadzidle frankońskim w perfumach pisać można elaboraty, co w sumie już uczyniłam kiedyś. Teraz więc wymienię tylko kilka najbardziej charakterystycznych zapachów osnutych wokół tej niezwykłej nuty.
Pierwszy pcha się na klawiaturę Avignon Comme des Garcons jako najbardziej chyba klasyczny przykład kadzidła kościelnego. Tuż za nim plasuje się fenomenalnie eksploatujący chłód olibanowej żywicy Cardinal Heeleya oraz naturalistyczne, sentymentalne Ceremony Normy Kamali. I to właściwie mogłoby wystarczyć. Dla szczególnie dociekliwych dodam kadzidło przyprawione wytrawnie czyli Rock Crystal Oliviera Durbano oraz kadzidło na słodko w uroczym Oliban Keiko Mecheri.
W ramach ciekawostki dorzucę Fille en Aiguilles Serge Lutens - jedno z najczyściej brzmiących kadzideł pojawiające się w charakterze bazy zapachu żywicznego i bynajmniej nie sakralnego, co uważam za zabieg ciekawy, choć ryzykowny.


Opoponaks


Od razu przyznaję się do kolejnego drobnego nadużycia.
Opopanax chironium - roślina z której w procesie parowej destylacji lub po prostu suszenia na słońcu pozyskuje się aromatyczny sok zwany opoponaksem nie jest drzewem. Jednak podobnie jak w przypadku galbanum postanowiłam przymknąć oko na formalności, bo jakże tu o żywicach pisać bez uwzględnienia substancji, która ponoć leczy wszystkie choroby świata i którą mądry król Salomon uznał za najcenniejsze z kadzideł? No nijak.

Najpierw kilka podstawowych wyjaśnień. Po pierwsze odrobina redundancji: wbrew temu, co podaje encyklopedia surowców perfumeryjnych na Osmoz, opoponaks nie jest żywicą drzewną. Krzewinki opoponax chironium są niewielkie - największe rośliny nie sięgają nawet metra wysokości.
Po drugie opoponax nie jest odmianą mirry, choć rzeczywiście bywa nazywany słodką mirrą.
Po trzecie wreszcie opoponax nie jest także tożsamy z galbanum. Strony, które podają tę informację po prostu zwierają błąd.

Nazwa opoponaks pochodzi z greki i jest połączeniem słowa ὀπός (opos) oznaczającego sok roślinny i πάναξ (panaks) - wszystko leczący, które weszło do języka codziennego na przykład w określeniu "panaceum" oznaczającym lek na wszelkie dolegliwości.
Nazwa opopanax funkcjonowała przez wiele stuleci i dopiero w XIX wieku przekształciła się w aktualną formę opoponaks.

Gumożywica opopanaksu to gęsty, miodowo - brązowy płyn zastygający w nieregularne, brązowawe grudki o balsamicznym aromacie. Stężony opoponaks ma zapach tak intensywny, że aż gorzki. Rozcieńczony wydziela ambrowy, lekko pikantny aromat z delikatnie wyczuwalną jasną nutą przypominającą zapach kwiatów lawendy. Tak pełny i złożony, że naprawdę można używać samodzielnie.

W perfumach nuta ta wykorzystywana jest często. I dobrze, bo w kompozycjach ciepłych, aksamitnie kadzidlanych sprawdza się jak żadna inna.
Jako przykład czystego, intensywnego opoponaksu w kompozycji perfumeryjnej powinnam zapewne wymienić Opoponax Santa Maria Novella, ale moim zdaniem Imperial Opoponax Les Nerides sprawdza się w tej materii lepiej.
Mnie osobiście najbardziej chyba urzekł opoponaks ostry, pikantny w Eau Lente Diptyque (podobnie brzmi on w Wazamba Parfum d'Empire) oraz opoponaks balsamiczny zestawiony z ciepłą ambrą w Ambrze Omnia Profumo. Ogólnie jednak warto powąchać go saute, bez dodatków.


Peru balsam


Często utożsamiany z balsamem Tolu. Oba pochodzą z drzew z gatunku Myroxylon zwanych Myroxylon balsamum, mają ciemną barwę i słodki aromat, jednak nieco się między sobą różnią.

Pozyskiwany albo przez okaleczanie ogniem drzewa z gatunku Myroxolon Pereirae, albo przez nacinanie kory i owijanie jej łatwo wchłaniającą żywiczną wydzielinę tkaniną balsam Peru ma karmelowo - cynamonowy aromat z lekką ziołową nutką nadającą mu charakteru. Świetnie komponuje się z wanilią, ambrą i bobem tonka.

W perfumach spotkać go można w kompozycjach z nutą skóry, takich jak Dzing! l'Artisan Parfumeur i Fumerie Turque Serge Lutens, w klasycznej damskiej Pradzie, w Ambre Precieux Maitre Parfumeur et Gantier, a także w Purple Patchouli Toma Forda czy w żywicznej bazie Elixir des Merveilles Hermesa. Za podrażnienia skóry po użyciu Eliksiru Cudów (spotkałam się z taką reakcją aż dwa razy) najprawdopodobniej odpowiada właśnie ten składnik, który jest tak samo silnym antyseptykiem, jak i alergenem.


Sandarak


Przejrzysta, jasna, żółtawa żywica rosnącego w górach Atlas Cyprzyka czteroklapowego zwanego także Sandarakiem albo Tują barbarzyńców.
Zapach pozyskiwanej przez nacinanie pni żywicy uznawany jest za jeden z ciekawszych w naturze. Ciepły, lecz jednocześnie lekki, balsamiczny, z nutą słodyczy przypominającej coś pomiędzy zapachem miąższu gruszki a olibanum.

Łagodny, odprężający aromat sandarakowej żywicy od zawsze kojarzony był z dziećmi. Palono ją w dziecięcych komnatach dla uspokojenia niemowląt (i dezynfekcji oczywiście), w formie sandarakowego likieru lub rozpuszczoną w winie stosowano jako środek ułatwiający poród.

Ciekawostką zapowiedzianą w części poświęconej mirrze jest fakt, że grudki sandaraku nazywano na wschodzie oraz w Europie złotem i wedle niektórych interpretacji to właśnie to złoto było pierwszym z trzech darów dla małego Jezusa. W ten oto sposób pozornie bezsensowne podarunki stają się nie tylko metaforą rodziny (dziecko, mężczyzna i kobieta), ale też symbolem ofiarowania nowo narodzonemu Bogu całego Narodu Żydowskiego.

Najpopularniejsze perfumy z nutą sandarakowej żywicy to oczywiście Cedre Sandaraque z prywatnej kolekcji Parfumerie Generale. Mniej popularnych po prostu nie znam.


Siam balsam / Balsam syjamski

- patrz: Benzoes


Smocza krew


Teoretycznie smocza krew to żywica draceny: w czasach rzymskich były to drzewa Dracaena cinnabari, potem także Dracaena cochinchinensis, Dracaena draco. W praktyce jednak wygląda to tak, że lista gatunków drzew, z których pozyskać można intensywnie czerwoną żywicę o charakterystycznym, ostrym aromacie jest długa i poza szlachetnymi smoczymi drzewami znajdują się na niej także gatunki całkiem pospolitych palm ratanowych.
Smocza krew miała szerokie zastosowanie w wielu kulturach: była używana jako kadzidło, składnik olejków aromatycznych, jako lek ułatwiający oddychanie i łagodzący problemy gastryczne; ze względu na intensywny i trwały kolor smocza krew używana była do barwienia tkanin i sporządzania farb, a także przy wielu obrzędach magicznych (w tym w magii śmierci voodooo).

Black Phoenix Alchemy Lab ma w swej ofercie całą serię smoczych zaachów, w tym oczywiście perfumy o nazwie Dragons Blood.Czy zawierają smoczą krew - nie wiem.

Skoro pozwalam sobie na ciekawostki, wspomnę, że sproszkowana smocza krew często mylona była ze sproszkowanym cynobrem - pięknym, lecz toksycznym minerałem, który wedle niektórych historyków użyty zamiast smoczej krwi (omyłkowo lub nie) do barwienia tkanin stał się przyczynkiem do powstania mitu o koszuli Dejaniry.


Styrax

- patrz: Benzoes


Tolu balsam


Wymieniany zwykle jednym tchem z balsamem Peru różni się od niego aromatem - podobnie słodki z nutą cynamonu jest jednak nieco łagodniejszy, bardziej waniliowy, z wyczuwalną nutą drzewną.
Niegdyś pozyskiwany z drzewa Myroxolon Toluiferum obecnie w stu procentach zastąpiony syntetycznym odpowiednikiem.
W perfumiarstwie używany dla ocieplania i wysładzania bazy, najczęściej w towarzystwie ambry i wanilii.

Najpopularniejszym chyba zapachem z nutą balsamu Tolu jest męskie Opium, któremu charakterystycznej pluszowej miękkości nadaje między innymi ten składnik. Podobny wpływ ma balsam Tolu na cudownie przytulne Patchouli Micallef, Felanillę Parfumerie Generale czy Rahat Loukoum Serge Lutens.
Nie udało się, moim zdaniem, wykorzystać tej urokliwej nuty w Havana Vanille l'Artisan Parfumeur - połączenie Tolu, wanilii i słodkich owoców sprawiło, że pluszaki zjadły zapach.



Ufff...

wtorek, 11 maja 2010

Drewno w perfumach. Część 3: drewno - nie drewno




Dziś krótko przemknę po nutach, które nie mieszczą mi się ani w postach drewnianych, ani w postach żywicznych (które nabierają mocy i pojawią się wkrótce), a powinny znaleźć się w tym zestawieniu.
Mam na myśli po pierwsze wetiwer i paczulę, które oficjalne klasyfikacje zaliczają do nut drzewnych, choć żadna z wymienionych roślin drzewem nie jest, po drugie pozyskiwaną z drewna kamforę i po trzecie zaliczany z kolei do nut przyprawowych cynamon, który drzewem (a nawet drewnem) jest jak najbardziej. Dziegciowi, czyli smole brzozowej poświęciłam osobny post.


Cynamon


Cynamon jest nie tylko jedną z najstarszych (wedle niektórych źródeł w ogóle najstarszą) przyprawą świata, ale też jednym z najczęściej opisywanych składników perfumeryjnych. Zupełnie mnie to nie dziwi, bo aromat kory cynamonowca uwielbiają niemal wszyscy. I to, że uwielbiają też mnie nie dziwi.

Nazwa tej niezwykłej rośliny pochodzi z języka fenickiego, z którego najpierw zapożyczyli ją Grecy, a potem cały świat i w oryginale brzmi kinnámōmon z długim pierwszym o.

Przez wiele wieków olejek cynamonowy ceniony był przede wszystkim jako afrodyzjak i składnik podniecających kadzideł, nie jako przyprawa.

W "Pieśni nad Pieśniami" cynamon oraz inne wonności służą jako metafora dla opisu wrażenia, jakie oblubienica wywiera na swoim ukochanym:

Ogrodem zamknionym jesteś, siostro moja, oblubienico moja! źródło zamknione, zdrój zapieczętowany.
Szczepki twoje są sadem jabłek granatowych z owocem wdzięcznym cyprysu i szpikanardu;

Szpikanardu, i szafranu, kasyi, i cynamonu, ze wszystkiemi drzewami kadzidło przynoszącemi!
myrry, i aloesu, ze wszystkiemi osobliwemi rzeczami wonnemi.


W "Księdze Przysłów" dla odmiany nierządnica kusi młodzieńca takimi słowami:

Kilimem swe łoże wysłałam,
kobiercem wzorzystym z Egiptu,
swą pościel mirrą skropiłam,

aloesem i cynamonem.


W starożytnej Grecji cynamonowiec był rośliną poświęconą Apollonowi - bogu miłości, a jego zapach uważano za potężny afrodyzjak (co w sumie ma sens, bo aromat olejku cynamonowego jednocześnie powoduje odprężenie psychiczne i pobudza krążenie).

O cynamonie pisał ponoć w swym mitycznym zielniku chiński cesarz Shennong, jego nazwę i opis właściwości znajdujemy na sumeryjskich tabliczkach, a także w pismach Herodota i Pliniusza Starszego.

Wenecjanin Marco Polo w swoim "Opisaniu świata" sprytnie zataił fakt, że na wyspie Cejlon, która „zaprawdę jest wyspą największą na świecie” rosną drzewa, z których pochodzi cenna, aromatyczna kora, co pozwoliło Wenecji utrzymać monopol w handlu cynamonem przez kolejne sto lat.
Co ciekawe - kora cynamonowca chińskiego uznawana była w owych czasach za produkt dla szlachetnych nosów i podniebień nieakceptowalny. Mówiono nawet, że charakteryzuje go "aromat pluskiew".
No proszę! Obecnie niektórzy opisują w ten sposób charakterystyczny zapach whisky.

Ale dość dygresji - o cynamonie można przecież godzinami, a ja nie powinnam...


Cynamonowiec (Cinnamomum verum) jest wiecznie zielonym drzewem, z którego średnio raz na dwa lata zdejmuje się aromatyczną korę, która po podzieleniu na cienkie paski poddawana jest dwudziestoczterogodzinnemu procesowi suszenia gorącym powietrzem, podczas którego to procesu zwija się ona w charakterystyczne ruloniki. Cynamon przyprawowy to po prostu sproszkowane najlepsze części kory, zaś w celu uzyskania olejku cynamonowego poddaje się parowej destylacji grubsze lub mniej czyste jej kawałki.

Za najszlachetniejszą odmianę cynamonu uznawany jest cynamon cejloński, którego kora jest jasna i miękka, aromat aksamitny, zaś smak określany jest jako słodki (na ilustracji powyżej po lewej). Można go jednak kupić rzadko i właściwie wyłącznie w ekskluzywnych, specjalistycznych sklepach. Znacznie częściej spotykany jest cynamon cassia, którego kora jest twardsza i ciemniejsza, aromat bardziej pikantny, zaś smak lekko gorzkawy, przypominający mocno uprażone ziarna kakao (na ilustracji po prawej).

Jestem niemal przekonana, że w Santalum Profumum występuje właśnie ta odmiana. Podobne podejrzenia mam wobec Eau Lente Diptyque, choć tu owa szorstkość wynikać może z dodatku innych nut przyprawowych.

Najpopularniejszą chyba perfumeryjną kompozycją z dominującą nutą cynamonu jest Organza Indecence Givenchy i w niej z kolei wyczuwam cynamon łagodniejszy, aksamitny, czyli najprawdopodobniej cejloński. Łagodny cynamon mamy także w Baume du Doge Eau d'Italie i być może nawet w cynamonowej burzy, czyli Rousse Serge Lutens, która moc czerpie raczej z czystości i mocy nuty, nie z jej szorstkości.

Dla porządku wymienię jeszcze przykład cynamonu, który na mojej skórze układa się wybitnie brzydko, a mianowicie Musc Ravageur Frederica Malle - tak na wypadek, gdyby komuś wydawało się, że tej pięknej nuty nie da się zepsuć.




Kamfora

Kamfora to silnie aromatyczny terpenoid o wzorze chemicznym C10H16O.
Najbardziej chyba (oprócz zapachu) charakterystyczną cechą kamforowych kryształów jest to, że w pokojowej temperaturze sublimują, to znaczy ze stanu stałego przechodzą bezpośrednio w stan gazowy, z pominięciem fazy stanu ciekłego. Stąd powiedzenie "znika jak kamfora".
Kamforę naturalną otrzymuje się z drewna cynamonowca kamforowego - długowiecznego drzewa z rodziny wawrzynowatych zwanego również laurem kamforowym. Kamforę syntetyczną można destylować z terpentyny.

Nazwa kamfora pochodzi z sanskrytu, a którym brzmiała karpoor. Przejęta została przez dawnych Arabów (kafur), a od nich z kolei przez Europejczyków (łac. camfora). Obecnie we wszystkich właściwie językach brzmi podobnie.

Największą chyba karierę zrobił ten składnik w Hinduizmie, gdzie uważany był za jedną z ważniejszych substancji alchemicznych mającą ułatwiać osiąganie stanu koncentracji i duchowego wyzwolenia, a nawet opuszczenie ciała czy osiągnięcie śiwaloki czyli raju.

Ciekawostką dla mnie osobiście jest kulinarne zastosowanie kamfory. W kuchni hinduskiej traktowana jest jak przyprawa, zaś w przedislamskim świecie arabskim powszechnie stosowano ją do aromatyzowania napojów i deserów. Przyznaję, że trudno mi wyobrazić sobie spożywanie pachnących trimetylobicykloheptanonem smakołyków.

W perfumach wyciąg z cynamonowca kamforowego najwyraźniej wyczuwalny jest oczywiście w Hinoki Comme des Garcons i w Esprit du Tigre Heeleya. Ja postawiłabym na obecność tego składnika także w innych eterycznych, chłodnych zapachach, takich jak na przykład Spiritus Land Miller et Bertaux.




Paczula / Paczuli

Jeden z perfumeryjnych fenomenów: roślina, która nawet świeża pachnie stęchlizną.
Zapach olejku z paczulki wonnej najczęściej charakteryzowany bywa jako zapach starej piwnicy. Oczywiście oficjalnie tak się tego nie ujmuje. Oficjalnie to zapach zielony, ziemisty i mszysty, jednak szczerze mówiąc, nie dla zieloności i ziemności zachwycają się nim miłośnicy paczuli w perfumach. To, co czyni paczulę wyjątkową to dekadencki urok mrocznych kazamatów.

Sporo już zapachów skomponowanych wokół paczulowego krzaczka na tym blogu opisywałam i choć nie czuję się szczególnym ambasadorem tej nuty (moje ulubione paczule: Patchouli 24 Le Labo i Patchouli Micallef wcale paczulą nie pachną) z czystym sumieniem i szczerym entuzjazmem polecam testy Patchouli Empire I Hate Perfume, które jest przykładem prostej, czystej paczulowej kompozycji z wyciągniętą do przodu nutą suchej rośliny oraz Patchouly Profumum Roma, które są dla odmiany konstrukcją monumentalną jak loch pod katedrą.

Ładnie, ciepło przybrana paczula "robi" nam perfumy Etro o 'zaskakującej' nazwie Patchouly. A jeśli ktoś chciałby zmierzyć się z paczulą naprawdę stęchłą - zapraszam do testów Patchouli Villoresiego na przykład.

Ciekawą kompozycją bazującą z znacznej części na paczuli jest Borneo 1834 Serge Lutens. Dla mnie jest to swego rodzaju test dający odpowiedź na pytanie, czy nasza skóra lubi paczulę, czy nie lubi. Na dobrze współpracującej z paczulą skórze jest to zapach suchy, kakaowy, cudownie głęboki (wiem, czułam to), na skórze paczulę psującej - po prostu paskudztwo.



Wetiwer


Czyli po polsku wetiweria pachnąca - to gatunek tropikalnej trawy z rodziny Poaceae wykorzystywanej do produkcji olejków eterycznych oraz w medycynie jako środek rozszerzający naczynia krwionośne.

Karierę w perfumiarstwie zrobiła ta niepozorna roślina dzięki niesamowitemu aromatowi uzyskiwanego z brzydkich, burych korzeni olejku, który jest jedną z bardziej niezwykłych i złożonych woni w naturze. Łączy w sobie świeżą zieloność oraz aromaty drzewne, dymne nieomal, dodatkowo wzbogacone ciemną nutą przypominającą nieco zapach mokrej ziemi. Co ciekawe, stężony olejek wetiwerii pachnie też trochę bergamotą. Po prostu fenomenalna roślina!

Perfum o zapachu wetiweru jest mnóstwo. I bynajmniej mnie to nie martwi.
Gdybym miała szukać tej nuty w najpiękniejszej sukience, musiałabym wymienić klasyczne, męskie Encre Noire Lalique oraz prostą, ładną kompozycję Le Labo: Vetiver 46. Wetiwer ziemisty w wersji ładnej mamy na przykład w Absinth Nasomatto, a w wersji nieładnej w China White tej samej firmy. Wetiwer podwędzany, dymny pięknie brzmi w Bois d'Ombrie Eau d'Italie.
Ale najbardziej niesamowity i zaskakujący jest wetiwer wyłaniający się zza kłębów ciężkiego dymu w Fumidusie Profumum. W sumie polecam wszystkie wetiwery świata. :)


Cdn.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...