wtorek, 29 czerwca 2010

Zwierzę w świetle - Comme des Garcons Guerrilla 1

.
O filozofii firmy Comme des Garcons pisałam już wielokrotnie, ale jakże nie pisać?
Trudno oprzeć się urokowi koncepcji handlowej partyzantki: nieoznakowane sklepy umieszczane w nietypowych miejscach. A to u szewca, a to w starej fabryce pasty do butów, innym razem na portowym nabrzeżu, w galerii, warzywniaku czy nawet w zwykłym garażu.

Pomysł bazuje na koncepcji Pop Up Stores, czyli sklepów pojawiających się znienacka i znikających równie niespodziewanie (u CdG jest to rok). Bez reklamy i klasycznego marketingu punkty takie, dzięki marketingowi szeptanemu i tworzeniu klimatu niezwykłości stają się kultowe. Albo znikają bez śladu, ale o tych przecież nie piszemy.
Ten typ działalności nazywamy handlową partyzantką, czyli guerrilla.


Zapach Guerrilla 1 ma odzwierciedlać zapach (a może raczej klimat) pierwszego z partyzanckich przyczółków Comme des Garcons: zlokalizowanego w Berlinie i mieszczącego się w lokalu będącym wcześniej sklepem mięsnym. Wedle słów twórczyni kompozycji Marie-Aude Couture Bluche, Guerrilla 1 ma przywodzić na myśl mięso, krew i czyste, wybielane fartuchy. Zapach jest "mięsożerny", ale dzięki dodatkowi spokrewnionego z magnolią kwiatu Champaca staje się jednocześnie zmysłowy, dzięki pomarańczy staje się owocowy, dzięki jaśminowi i gardenii - głęboki.

Przyznaję, że opis ten w zestawieniu z zapachem ma więcej sensu, niż się pozornie wydaje. Otwarcie Pierwszej Guerrilli jest ostre, syntetyczne, metaliczne i nie powstydziłby się go zapach z serii 6: Synthetic. Po chwili jednak pojawiają się ciężkie, przysadziste, zupełnie niekompatybilne z chemicznym wstępem, nuty kwiatowe i to jest moment, w którym człowiek zaczyna się zastanawiać, czy aby tym razem GdG nie przegina z dziwacznością.

A kiedy tak się zastanawia (człowiek, czyli ja), iście nienormalna kompozycja pani Couture Bluche funduje mu kolejną porcję umysłowej gimnastyki: niepewność.
Czy to możliwe, że w pierwszych akordach czułam to, co czułam, skoro teraz nie ma ani lizolowej ostrości otwarcia, ani starobabowych kwiaciszczy z drugiej linii, lecz jest... Coś nieprawdopodobnego!
Połączenie chemicznej jasności Dry Clean, naozonowanej przestrzeni demeterowego Rain oraz delikatnego aromatu perfumowanego, kwiatowego mydełka. A wszystko to razem jednocześnie współgra ze sobą i niepokoi.


A to wciąż nie koniec, bo oto pojawiają się nuty ciepłe. I to jest dopiero prawdziwa partyzantka.
Nie "wychodzą" one bowiem sukcesywnie i nieodwracalnie, jak to się dzieje w przypadku normalnych kompozycji opartych na klasycznej piramidzie nut, lecz przebłyskują spod świetlistej powłoki z niepokojąca nieregularnością.

Najpierw uwagę zwraca aromat słodkiej pomarańczy - próżno jednak liczyć na ewolucję w tym kierunku, bo jest to nuta - meteor. Pojawia się, rozbłyskuje błyskiem mocnym i nietrwałym, po czym znika bezpowrotnie. Zastępuje ją nuta - kometa. Pieprz. Czarny niejednoznacznie, eteryczny i gorzki. W każdym innym układzie byłby irytujący, tu jednak zdaje się mieć sens. Szczególnie w zestawieniu z kolejną warstwą tej niesamowitej olfaktorycznej układanki będącą pogłębionym, odsączonym ze światła odbiciem akordu, który zachwycił mnie pół godziny wcześniej.


W pieprzno - goździkową przestrzeń wpełza powoli czarne zwierzę. Pachnące ostrym, zwierzęcym piżmem, suchym drewnem i trawą. Zwierzę jest tu ewidentnie czynnikiem obcym i zwierzę wie o tym. Czai się po kątach, czasem znika z zapachowego horyzontu, a kiedy się pojawia ma najeżoną sierść i obnażone kły. Poziom niepokoju nie opada.

Czarny zwierz nie dominuje w zapachu. Wszystkie mroczne, ciężkie nuty (poza wymienionymi także ambra, lakierowany oud oraz benzoes) są do samego końca przykryte chemiczną kwiatowością, jak gdyby zalaminowane światłem.

Pisanie, ze to kompozycja interesująca i niezwykła uważam, w kontekście poprzednich akapitów, za całkowicie zbędne.
Nie wiem, czy potrafiłabym nosić, ale czapeczkę zdejmę i ukłonię się Twórczyni, bo stworzyła coś naprawdę oryginalnego. I, mimo ewidentnej dziwaczności Guerrilli 1, da się wyczuć, że zapach jest najpierw wymyślony, potem przemyślany, a na końcu poskładany odważnie i jednocześnie kunsztownie.

Druga pachnąca Partyzantka lada dzień.


Data powstania: 2006
Twórca: Marie-Aude Couture Bluche

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: gruszka, szafran, goździki
Nuty serca: kwiat Champaca, czarny pieprz
Nuty bazy: wetiwer, cedr, piżmo


* Pierwsze zdjęcie: Guerrilla Store w Los Angeles
** Ostatnia ilustracja pochodzi z zasobów użytkownika
xenonb na Flickr

środa, 23 czerwca 2010

Comme des Garcons Series 7 Sweet - Nomad Tea


Niewiele zapachów sprawiło mi w życiu taką niespodziankę.

Nomad Tea poznałam dość dawno temu - za czasów krakowskiej Guerrilli, do której swego czasu zaprowadziła mnie Pani ponosząca odpowiedzialność za moje perfumeryjne narowy (znana na forum O Perfumach jako JoP). Była to znamienna wizyta - poznałam wówczas większość oferty Comme des Garcons, a sklep opuściłam z łupem w postaci czterech flakonów w wielkim, czarnym worze na śmieci. Ciekawe, czy ktoś zgadnie, jakie to były flaszki? :)


Pośród całego bogactwa oferty zapachowej CdG obwąchałam równieeż bardzo dokładnie serię Sweet i, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, najbardziej spodobała mi się nie Woodcoffee, lecz właśnie Nomad Tea. A przecież jestem kawoszem namiętnym i nie znającym umiaru.

Jakiś czas po tych pobieżnych testach zdobyłam próbkę, którą nosiłam na nadgarstku kilkukrotnie i zawsze z ukontentowaniem.
Kompozycja tworzyła niezwykły, urzekający melanż nut świeżych i dymnych z naturalną, nienachalną słodyczą. Świeże, przenikliwe aromaty dzikiej mięty i geranium łagodzi wyraźna, niszowo urodziwa woń podwędzanej birmańskiej herbaty oraz ciemniejące sukcesywnie nuty dymne. Towarzyszy temu niezwykłemu zestawowi woni słodycz przypominająca wąchaną z oddali watę cukrową - nieodparcie pociągająca i zupełnie w tym zestawieniu nieuciążliwa.
Brak wanilii, ambry i innych standardowych ocieplaczy i wypełniaczy zapachu sprawia, że mimo słodyczy i spożywczych konotacji jest Nomad Tea kompozycją surową i prostą.


Zaprogramowany nazwą mózg podświadomie tworzy analogie między treścią, czyli zapachem, a "tytułem utworu" i przyznaję, tym razem nie wymaga to wielkiego wysiłku. Wystarczy zbliżyć nos do skóry i przymknąć oczy. Szerokie, trawiaste równiny i skaliste szcztyty na horyzoncie wizualizują się w wyobraźni niemal natychmiast. Jasne jurty za plecami, stada puszystych jaków w oddali i kubek letniej, doprawionej miętą herbaty z mlekiem w dłoni dopełniają obrazu.

Tak mieszczuchy wyobrażają sobie życie nomadów. Sielanka.

Przyznaję, że zauroczył mnie ten zapach na tyle, że w końcu, po latach przyszedł czas na odlewkę (na cały flakon zachwytu jednak nie starczyło).
I teraz czas na wytłumaczenie się z pierwszego zdania. Otóż użyta "globalnie", czyli jako jedyny i całościowo otulający zapach Nomad Tea jest... Nijaka. Nieładna po prostu.


Jej prostota przestaje cieszyć; brak klasycznej bazy sprawia, ze nos szuka oparcia, tła dla obrazka; intrygujący jako ciekawostka zapach wędzonej herbaty zaczyna być uciążliwy; świeża słodycz zamiast orzeźwiać drażni. Dwa razy próbowałam odziać się w Herbatkę Nomadów i dwa razy żałowałam próby.
Czułam się... Niedoperfumowana.

Jednak koczownicze życie nie dla mnie. Jakiś okazyjny wypad, folklor dla turystów, krótka ekskursja, test nadgarstkowy - owszem, chętnie. Ale kompletny zestaw: nocleg pod szorstką derką, brak wody do mycia, piach w jedzeniu i herbacie plus dojenie niepranych jaków... Yyy... Dziękuję, postoję.


Data powstania: 2005

Nuty zapachowe:
nuty głowy: dzika mięta, bylica
Nuty serca: birmańska zielona herbata, liście geranium
Nuty bazy: biały cukier, dymne nuty drzewne

* Zdjęcia z rodzinnego archiwum

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Kawka z Bondem. Bond No.9 New Haarlem


New Haarlem to jeden z pierwszych niszowych zapachów, jaki poznałam. To właśnie kompozycja Maurice Roucela zainspirowała mnie do poszukiwania kawy w perfumach. Szukam nadal, ale przyznaję, że ciekawiej wyeksponowaną tę nutę trudno znaleźć.
Choć to nie kawa jest główną bohaterką tej opowieści...

Żeby więc nie było, że się czepiam Bondów jak leci i bez dania racji - dziś perfumy tej firmy, które uważam za kompozycję naprawdę udaną.


Otwarcie to prosty, surowy nieomal akord złożony z ciemnej, niesłodkiej kawy zestawionej z niespożywczą, suchą lawendą. Intrygujący balans między ciepłem aromatu świeżej kawy i chłodną, przestrzenną lawendą skupia uwagę, niepokoi.

Przez pierwsze kilkadziesiąt sekund zdaje się, że starcie wygra ciemna strona mocy, że to kawa nada kompozycji charakteru. Przyznaję, tego właśnie pragnęła moja mroczna perfumeryjna natura... Niestety, w tej opowieści zwycięża świetlista, ostra jak promienie słońca w chłodny poranek lawenda, która rozwiewa kawowy mrok i moje nadzieje na spełnienie marzeń o zapachu czarnym jak noc i gorącym jak piekło (wedle powiedzenia idealna kawa powinna być jeszcze słodka jak anioł, ale za tę cześć akurat chętnie podziękuję).

Na tym etapie New Haarlem jest obcy, nieprzyjazny: zbyt surowy, zbyt ascetyczny i, przede wszystkim, zbyt zimny. Dobrze, że perfum nie da się odrzucić, jak nietwarzowego kapelusza, czy ciasnych pantofelków, bo ani chybi, New Haarlem skończyłyby na półeczce, na której umiejscowiłam na przykład nowy Chaos Donny Karan.


Tymczasem warto dać mu chwilę na stopienie się ze skórą: ogrzany staje się bardziej przyjazny, wielopłaszczyznowy, złożony.
Metamorfozę zwiastuje pojawianie się stonowanych nut przyprawowych i niejednoznacznej słodyczy, która nabierając mocy powoli, lecz konsekwentnie przechyla zapach od ascezy w kierunku... Nie, nie rozpusty. Przyjemności. Rozpusty nie stwierdza się.

Tło dla wciąż dominującej, przybranej nutami spożywczymi lawendy stanowi drzewno - ambrowa baza zmiękczona puchatym połączeniem bobu tonka z wanilią. I to właśnie akord ambrowy czyni tę kompozycję wartą uwagi: lawenda w perfumach to przecież żadna rzadkość, ale już lawenda zestawiona z tak bogatym, zmysłowym drugim planem jest czymś niespotykanym.
I naprawdę mistrza trzeba, żeby to połączenie zagrało. Tym razem u źródła zapachu mistrza mamy i przeoczyć tego nie sposób. Kompozycja jest kompletna, wyważona - dziwna, ale bynajmniej nie dziwaczna.


Mimo wszystkich ciepłych słów pod adresem mojego dzisiejszego bohatera nie będę udawała, że zapach jest "mój" i że pożądam flakonu. Nie jest i nie, nie pożądam. Nie tylko dlatego, że lawenda nie należy do moich ulubionych nut.
Chodzi bowiem nie tyle o nuty, co o temperament. A temperament New Haarlem nie współgra z moim, jak woda nie współgra z ogniem.

Należę do kawoszy niecierpliwych - kawę wypijam gorącą, póki parzy usta i rozgrzewa trzewia. Kiedy wystygnie przestaje być dla mnie atrakcyjna. A New Haarlem to kawa chłodna - pita niespiesznie, najlepiej na tarasie, z dłońmi złożonymi na kolanach i twarzą zwróconą w stronę pierwszych promieni słońca.
A ja pierwsze promienie słońca oglądam zwykle zagrzebując się w pościeli i szykując do snu, a nie pijąc kawę.


Data powstania: 2003
Twórca: Maurice Roucel

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: lawenda, bergamota, zielone liście
Nuty serca: kawa, cedr
Nuty bazy: ambra, wanilia, bób tonka


* Pierwsza ilustracja pochodzi z posta pod tytułem "Lavender in Italy" na www.lifeinitaly.com
** Zdjęcie lawendowej kawy pobrane z: www.recipezaar.com

Wszystko na sprzedaż czyli: Bond No.9 The Scent of Peace




Firma Bond No.9 jakoś nie zdobyła mojego serca. I wcale nie przez swoje kontrowersyjne poczynania marketingowe.
O domaganiu się od The Perfumed Court zaprzestania sprzedaży dekantów tej marki za pośrednictwem serwisu Twitter (tak, zrobili to publicznie, zamiast jak cywilizowani ludzie napisać pismo), czy o uzurpowaniu sobie prawa do wyłączności na użycie słowa "peace" w nazwie perfum pisało się sporo dość niedawno, tymczasem mnie Bondy nie leżały od początku.

Nie wiem, czy to przez szczególną estetykę opakowań, czy przez skojarzenia z amerykańską popkulturą, czy może przez ceny, które kilka lat temu wydawały mi się mocno zaporowe (w porównaniu do l'Artisanów czy Etro, które były wówczas szczytem moich marzeń). W każdym razie Bond No.9 do moich ulubieńców nie należy, choć niektóre ich zapachy uważam za interesujące.

Dziś o perfumach interesujących nie ze względu na zapach, tylko ze względu na nazwę i dosztukowane do niej przesłanie.


Otóż wyobraźcie sobie, że wypadki z 11 września 2001 roku tak niesamowicie wstrząsnęły właścicielką marki panią Laurice Rahme, że pięć lat po zdarzeniu postanowiła włączyć do swej oferty zapach z pokojem w tytule i przeznaczyć zawrotną sumę 2$ (słownie: dwóch dolarów) od każdego sprzedanego flakonu tych perfum na UNICEF.

No po prostu czapki z głów: flakony The Scent od Peace chodzą w cenach od 150$ za zwykłą pięćdziesiątkę po 480$ za zdobioną kryształkami Swarovskiego setkę, łatwo więc policzyć, że w przypadku najtańszej wersji mamy darowiznę wysokości nieco powyżej jednego procenta ceny, w wersji najdroższej zaś sporo poniżej pół procenta. Swojego umiłowania pokoju pani Rahme nie ceni raczej zbyt wysoko. I po co było wycierać sobie twarz taką tragedią? No po co?

***

W posiadanie próbki Scent of Peace weszłam na jakimś zlocie. Leżała na stole w puli próbek "do wzięcia" i nikt, ale to nikt jej nie chciał. Teraz już rozumiem, dlaczego: zapach, należący podobno do najlepiej sprzedających się Bondów, jest do bólu zębów zwyczajny. Nieskomplikowany owockowy słodziak bez znaków szczególnych.

Słodkie, owocowe otwarcie plasuje się gdzieś pomiędzy cukierkowymi Harajuku Lovers Gwen Stefani, a Niną Niny Ricci.
Drugi oddech to dodatek lekkich kwiatków z wyraźną, jasną nutą hedionu - znów bez jakichś specjalnych wrażeń.
Jako trzeci element układanki pojawia się piżmo - czyste, kosmetyczne, nieco mydlane. Zanim docieramy do jakiegokolwiek śladu cedru jestem do cna znudzona.

Jeśli mam napisać coś pozytywnego o tej kompozycji Michela Almairaca, najłatwiej będzie mi uczynić to przez analogię: a mianowicie The Scent of Peace zmierza od Niny w stronę Light Blue.
Nie czuję się jednak ani zauroczona, ani zaintrgowana, albowiem pierwszy, ninopodobny akord wydaje mi się dziwnie spłaszczony, jak gdyby brakowało w nim górnych, świeżych rejestrów, a naturalna, owocowa słodycz zastąpiona została syntetycznym słodzikiem, natomiast na przypominającym Light Blue wybrzmieniu ciągle kładzie się przyciężkawy i nużący już na tym etapie cień cukierkowego otwarcia.

Realna ewolucja zapachu nie przebiega aż tak wyraźnie, jak mógłby sugerować opis. Zapach Pokoju jest niemal zupełnie statyczny, zmienny jedynie stopniu, w jakim żywe, ciepłe ciało musi wpływać na zapach perfum.

Całość zupełnie nie przystaje do nazwy i dofastrygowanej do niej ideologii. Jeśli ma to być zapach pokoju, to chyba chodzi o pokój niezbyt bystrej sześciolatki.


Wybaczcie proszę mój brak entuzjazmu, ale z taką historią u źródła i za taką cenę spodziewałam się czegoś o kilka klas lepszego.


Data powstania: 2006
Twórca: Michel Almairac

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: grejpfrut, czarna porzeczka
Nuty serca: hedion (dihydrojaśminat metylowy), konwalia
Nuty bazy: piżmo, cedr

sobota, 19 czerwca 2010

Trzy Smocze Pocałunki


Le Baiser du Dragon Cartier

edt, edp i ekstrakt - porównanie

Wpis dedykuję Dzikiej Truskawie, która namawiała
i Aragonte, która obdarowała mnie Smokami do testów.


Zapach, który obrósł legendą.
Aż dziw, że nie wycofano ani nie przesunięto go jeszcze jak Black Cashmere, Organzę Indecence, Feminite du Bois, Chaos czy Fuel. Może dlatego, że Smoki Cartiera najbardziej smocze są z nazwy...


Pierwszy kontakt z Le Baiser du Dragon był dla mnie przeżyciem wielkim. Naprawdę.
Perfumy te, jak większość perfum w moim życiu, odkryłam nużając się w internetowych skarbnicach perfumeryjnej wiedzy - na Basenotes, Fragrantica i forum Wizaż. Smok w nazwie od razu zadziałał na moją nadpobudliwą wyobraźnię generując plastyczne wizje zapachu będącego symbolem niebezpiecznego pocałunku. Genialnie zaprojektowany flakon przypominający żółte oko z pionową, gadzią źrenicą tylko pogorszył sprawę.

Gnana żądzą osobistego poznania Jego Wspaniałości Smoka natychmiast ustrzeliłam na Allegro próbki (chyba z pięć na raz) i czekałam... Pierwszy kontakt zapadł na długo w mą pamięć, bowiem przyznaję, nieczęsto zdarza mi się hańbić zapachowo publicznie. Tym razem jednak zaaplikowany obficie drżącą z emocji ręką tuż przed wyjściem z domu Smok okazał się wyjątkowo przewrotną bestią. A był to Smok w formie wody toaletowej.

Taka jest bowiem natura Smoczych Całusów, że im bardziej stężone, tym bardziej stabilne, przewidywalne i łagodne.


Le Baiser du Dragon edt


Le Baiser du Dragon w wersji wody toaletowej to smok schizofreniczny, kapryśny, miotający się ze skrajności w skrajność.

Zwykle zachowuje się dość kulturalnie, można rzec, że jest miły. W otwarciu pachnie łagodnym, pełnym akordem kwiatowym z przewagą gardenii i róży, ogrzanym dodatkiem pięknego, słodko - gorzkiego Amaretto. W miarę podnoszenia się temperatury związku Smoka z tulącym go do skóry człowiekiem nuta gorzkich migdałów staje się nieco wyraźniejsza, a uzupełniają ją macerowane w likierze owoce. Na tym tle, początkowo dość intensywny, akord kwiatowy zdaje się jasny i delikatny (przypuszczalnie za sprawa irysa).

W tle pojawia się nuta przypominająca zapach stygnącej kawy oraz neroli - tu właśnie, w samym sercu zapachu, nie w otwarciu pokazuje się z najpiękniejszej strony: łagodnie świetliste, niejednoznaczne, ogrzane i dopełnione bogactwem innych nut.

Cała ta niezwykła i fascynująca olfaktoryczna mozaika oparta została na dość klasycznej, drzewno - ambrowej bazie nieco tylko zarysowanej dodatkiem paczuli i cierpkich nut żywicznych. I dobrze, bo dzięki temu Alberto Morillas uniknął przeładowania zapachu, stworzenia potwora.



A jednak... To tylko jedno z oblicz Smoka edt. Ten sam Smok, na tej samej skórze, o tej samej porze dnia i roku potrafi wywinąć swej kochance (lub kochankowi, bo mężczyźni bez kompleksów z powodzeniem mogą przeżyć romans ze Smokiem) całkiem wredny numerek.
Potrafi się Dragon toaletowy skwasić niemiłosiernie, pokazać ostre zębiska, drzeć zmysły pazurami gorzkich cytrusowych skór podbitych cierpkim, nieznośnym zapachem gorzkich migdałów marynowanych w uderzającym w zmysł powonienia alkoholu. Żadne kwiaty nie ratują wówczas sytuacji - kompozycja jest trudna do zniesienia i na tyle inwazyjna, że moi przyjaciele, którzy mieli okazję wąchać na mnie sfoszonego Smoka lat temu ze trzy do dziś ze mnie kpią.

Przyznać jednak muszę, że Smoczysko sprytne jest i od czasu, kiedy zaczęłam przymierzać się do recenzji ani razu nie opuściło gardy, na każdej randce jest cudownie urokliwe, uwodzicielskie i piękne niemiłosiernie.
Bestia liczy na to, że uśpi moją czujność i znów wrobi mnie w publiczną kompromitację. Przyznaję szczerze, że jeśli dalej tak się będzie starać, to użyję "do ludzi" w końcu...


Le Baiser du Dragon edp


Le Baiser du Dragon w wersji wody perfumowanej jest wymagający, może nawet zarozumiały, ale bardziej stabilny emocjonalnie i możliwy do okiełznania.

Bardziej esencjonalny od swojego młodszego brata Smok perfumowany jest kompozycją wyraźnie retro. Otwarcie to nieomal wyłącznie nuty kwiatowe: ciemniejsze, intensywniejsze, dojrzałe jak mocne wino. Wyraźniej niż róża wyczuwalna jest, potwierdzająca tu swój związek z jaśminem gardenia, której w wersji edt nie zauważałam.
Typowa dla Le Baiser du Dragon edp jest także nuta pudrowa nadająca tej wersji charakteru bardziej klasycznie perfumeryjnego. Nuta ta czasem przyjmuje postać kremową: nie śmietankową, lecz kosmetyczną, która mnie akurat nie odpowiada. Ale zdaję sobie sprawę, że to kwestia upodobań.

W sercu zapachu pojawia się nieśmiało znany z wersji edt jasny irys i cień migdałowej goryczki. Jedno i drugie zbyt delikatne, by ożywić wciąż intensywne nuty otwierające.

Klasyczna, drzewna baza pojawia po wielu godzinach kwiatowej dominacji i, moim zdaniem, dzieje się to zdecydowanie za późno, bo dopiero wzbogacony lekko wilgotnym żywczno - paczulowym akordem smok edp nabiera pełni wyrazu i staje się interesujący.

Na korzyść tej wersji przemawia jej niesamowita trwałość. Kiedy już kwiatowa Smoczyca rozwinie skrzydła, jej lot jest długi i spokojny. Choć przyciężkawy nieco...




Le Baiser du Dragon extrait de parfum


Trzeci Smok - ekstrakt perfum - jest leniwy, grubawy i nieskłonny do figli. Nie przeszkadza mu to jednak wcale być smokiem pięknym.

Łagodna, statyczna kompozycja zdaje się ciepła i senna jak letnie popołudnie.
Ten Smok układa się na skórze jak gdyby szykował się do sjesty: sennie mruży złote ślepia i z wyraźną przyjemnością zastyga w bezruchu.

Najwyraźniejszą, najbardziej stymulującą zmysły nutą tej kompozycji jest pojawiające się natychmiast po aplikacji Amaretto - słodka, likierowa woń wywołuje pozytywne skojarzenia, buduje nastrój sybarytyzmu. I tego pogodnie leniwego nastroju nie burzy żaden z kolejnych akordów.

Kwiaty pachną tu ciężko, jak gdyby znużone upałem wyczekiwały wieczora. Migdały utraciły swą gorycz, ich aromat jest ciepły, orzechowo - oleisty i przyjazny. Wyraźnie wybrzmiewa suchy, jasny, listewkowy cedr przypominający nieco Bois Blond i Cedre Sandaraque Parfumerie Generale. Paczula i nuty żywiczne poległy wysuszone ciepłem bijącym z tej kompozycji. Nawet ambra zachowuje się jak nie ona: jest piękna, ale tym razem zbyt senna, by prowokować zmysłowo i zadziornie, jak to ma w zwyczaju.

U schyłku żywota Smoczy Ekstrakt pachnie niemal spożywczo - za sprawą słodkiej wanilii przypominającej zapach ciepłego ciasta. Tym razem bez syntetycznych polepszaczy, bez nadmiaru cukru.

Naprawdę wiele uroku ma ta kompozycja, choć na smoka to ona mi się nie bardzo nadaje. Chyba, że to Falkor z "Niekończącej się opowieści". W dodatku w chwili, kiedy śni słodkie sny...



Na czym polega fenomen Smoczych Pocałunków?

Moim zdaniem kluczem jest nazwa. Smoki przeżywają swój renesans od jakiegoś czasu: smocza literatura fantasy święci triumfy, smocza biżuteria i smocze ubranka są nieustająco na topie - czemuż z perfumami ze smokiem w tytule miałoby być inaczej?

Same kompozycje (bo to jednak trzy zupełnie różne zapachy z pewnymi elementami wspólnymi) uważam za udane, choć osobiście inaczej wyobrażałabym sobie realizację tego tematu. Ale narzekać się nie odważę. Uznam tylko, że Smoki Cartiera są niezupełnie z mojej bajki.
Smok na miarę moich potrzeb czai się w Black Tourmaline Oliviera Durbano.



Le Baiser du Dragon edp:

Data powstania: 2003
Twórca: Alberto Morillas

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: amaretto, gardenia, neroli
Nuty serca: irys, piżmo, cedr, bułgarska róża
Nuty bazy: wetiwer, paczula, benzoin, ambra

O dziegciu słów kilka


Przy okazji pisania o drewnie w perfumach wspominałam o dziegciu, jednak od początku towarzyszy mi przekonanie, że składnik ten zasługuje na więcej, niż kilka słów.
Dziś się z pokusą napisania o brzozowej smole uporam. Ulegając oczywiście. Bo najlepszym sposobem na to, by zwalczyć pokusę jest jej ulec.*

Dziegieć, inaczej smoła brzozowa to lepka substancja o konsystencji smaru i charakterystycznym zapachu, uzyskiwana w procesie suchej destylacji kory brzozy (tej białej, najzwyklejszej).
Brzmi dumnie, a proces całkiem prosty. Chodzi o to, żeby doprowadzić brzozową korę do bardzo wysokiej temperatury bez dostępu tlenu. Proces ogrzewania doprowadza do wydzielenia i zagęszczenia półpłynnych soków roślinnych, zaś brak tlenu chroni drewno przed spaleniem.
Dawniej robiło się to w przypominających dymarki smolarniach, ewentualnie we wkopanych w ziemię glinianych naczyniach. Współcześnie... Współcześnie można sobie sprokurować dziegieć nawet w zwykłej puszce. Wystarczy wypchać puszkę (po ciastkach na przykład) z przykrywką brzozową korą, zamknąć szczelnie, obłożyć chrustem i chrust podpalić. Po kilku godzinach podsycania ognia i ogrzewania puszki wydzieli nam się regularny, ekologiczny, aromatyczny (albo śmierdzący, zależy od upodobań) dziegieć.

Dziegciem nazywana bywa także smoła bukowa. I tę interpretację akceptuję. Ale już smoła sosnowa stricte dziegciem nie jest - pachnie bardziej jak terpentyna i ma inny skład chemiczny. Nazywamy ją dla odmiany, smołą drzewną (jak gdyby brzoza drzewem nie była).


Jak pachnie dziegieć?
Eterycznie.
Poziomem inwazyjności przypomina kamforę, jest wszakże znacznie mniej chłodny. Pod względem ostrości balansuje gdzieś między pieprzem, a olejkiem cynamonowym, jednak różni go od nich nietypowa, chemiczna nuta przypominająca bardziej smary czy bituminy, niż klasyczną smołę. Dodatkowo jest w dziegciu woń drewna. Nietypowy, ostry zapach palonych świeżych, wilgotnych gałęzi trzaskających i prychających w płomieniach.
Opis nie jest zachęcający, ale słowo daję, że dla mnie zapach dziegciu jest piękny.

Za to smak podobno ma dziegieć okropny wręcz. To właśnie intensywna gorycz dziegciu uczyniła go niesławnym bohaterem porzekadła mówiącego, że łyżka dziegciu potrafi zepsuć całą beczkę miodu.
Pomimo krążących o pochodzeniu tego przysłowia legend, wśród których są opowieści o niezdyscyplinowanych wojach, którzy tak skutecznie upijali się miodem pitnym, że zaniepokojone dowództwo w desperacji doprawiło wszystkie beczki dziegciem, oraz takie o sabotujących kuchnie najeźdźców bednarzach dostarczających zanieczyszczające jadło beczki, najprawdopodobniejszym wyjaśnieniem zdaje się być lekarstwo o nazwie "miód dziegciowy", w którym dziegieć był substancją czynną, zaś słodki miód służył złagodzeniu smaku.

Cokolwiek by o tym składniku nie pisać - to jedna z najbardziej oryginalnych i niezwykłych nut w perfumach.
Najwyraźniej wyczujemy ją w Patchouli 24 Le Labo. Poza tym w skomponowanym przez Christophe Laudamiela Askew Humiecki & Graef, No.2 z drugiej serii Six Scents oraz w Lonestar Memories Tauer Perfumes. Ślad zapachu, który przypomina mi nieco brzozową smołę odnajduję też w Bvlgari Black, które polecam szczerze nie tylko z tego względu.


* Autorem przytoczonego aforyzmu jest Tristan Bernard.
** Pierwsze zdjęcie: Michał Kurc
*** Drugie zdjęcie: Krzysztof Kopeć


czwartek, 17 czerwca 2010

Diptyque L'Eau czyli: Ty... Ty jesteś smoczycą!


Wbrew aurze i nadciągającym upałom: kolejna odsłona cynamonu.


Pierwsze, co czuję po użyciu L'Eau Diptyque to ciemna, ciężka, dojrzała róża obsypana świeżym, ostrym cynamonem. Albo inaczej - zmieszane ze sobą esencjonalne olejki: różany i cynamonowy. I nie sposób nie przyznać, że złożenie to jest interesujące.

Już same te dwa nieprzeciętnie inwazyjne składniki potrafiłyby "zrobić" otwarcie godne smoka, tymczasem tu pogłębiono jeszcze efekt olfaktorycznej "fali uderzeniowej" dodatkiem pachnących przejmująco i kwiatowo goździków, gałki muszkatołowej, ziela angielskiego i diabli wiedzą czego jeszcze. Mocne wejście.

Jednak dzięki wyraźnej, szlachetnej róży smok zamieszkujący L'Eau nie jest bagiennym plebejuszem, lecz prawdziwym Draco Nobilis. I to płci żeńskiej niewątpliwie.



Pamiętacie scenę ze "Shreka", w której osioł zostaje osaczony przez smoka?
Tak właśnie zachowuje się L'Eau: najpierw napiera na przeciwnika przyprawowym podmuchem, porykuje i trochę straszy, a potem mruży oczy i mruczy zalotnie.
Takie zalotne mruczenie w wykonaniu cynamonowego smoka niewiele ma wspólnego z łagodnością, ale niewątpliwie zmienia charakterystykę zapachu, który przestaje być przyprawowym brutalem i staje się trudnym, ale jednak towarzyszem.

Towarzyska smoczyca nie ewoluuje szczególnie efektownie - ot, z czasem oswaja się, przytula do skóry.
Wyłaniająca się spod ekspansywnego otwarcia baza jest względnie klasyczna: opiera się na połączeniu suchego, drzewnego sandałowca z łagodną, zdrową paczulą. Stonowane tło dla wciąż wyczuwalnych nut przyprawowych (na tym etapie już bezsprzecznie prym wiedzie cynamon i goździki) i ciężkiej, lecz stonowanej róży.

Nutą, która nieco ożywia tę statyczną kompozycję jest geranium - na tyle nietypowe, że bez podpowiedzi w postaci listy nut nie zidentyfikowałabym go z pewnością. Przyczajone gdzieś pomiędzy nutami pierwszego kontaktu, a bazą pachnie trochę jak połączenie bergamoty z koprem albo anyżem - jest niejednoznacznie zielone, cierpkawe.
Lekko żywiczne wybrzmienie tej fazy zapachu każe mi podejrzewać obecność w składzie galbanum i benzoesu. Niewątpliwie jest wśród składników ambra - fizjologiczna i niejednoznaczna oraz agar - wyczuwalny raczej pośrednio, niż wprost.

Prześledzona od początku do końca opowieść pod tytułem L'Eau Diptyque tworzy historię oswajania smoczycy żywcem ze "Shreka" wziętą. Kompozycja Desmonda Knox-Leet łagodnieje jak ukochana Osła, choć do końca nie traci smoczych... gabarytów. Jej uroda jest nietypowa, ewidentnie niszowa, dla koneserów dziwolągów. Dla mnie jak najbardziej.



Zastanawia mnie koncepcja zapachu.
Nie bardzo rozumiem dlaczego perfumy tak mocne, ciężkie, korzenne nazwano L'Eau - Wodą. Może na zasadzie, zgodnie z którą eau forte to stężony kwas, a eau de vie - woda życia to nazwa dla mocnego alkoholu (najczęściej koniaku lub brandy, ale zdarza się także określanie w ten sposób czystej wódki)?
W każdym razie L'Eau zapachem "wodnym" ani odświeżającym na pewno nie jest.

Warto wszakże wspomnieć, że jest pierwszą kompozycją perfumeryjną Diptyque. Pomysł oparto na szesnastowiecznej recepturze opisującej sposób sporządzania... Bynajmniej nie pachnidła do ciała. W oryginale było to potpourri.
Jako perfumy zapach jest niezwykły i odważny nawet teraz. W latach sześćdziesiątych to musiało być naprawdę COŚ.


Data powstania: 1968
Twórca: Desmond Knox-Leet

Nuty zapachowe:
cynamon, geranium, drewno sandałowe, róża, goździki

środa, 16 czerwca 2010

Próbkobranie - wyniki


Za każdym razem, kiedy wpadam na pomysł loterii cieszę się, że będę mogła komuś coś podarować.
I również każdorazowo, kiedy dochodzi do losowania odczuwam zawód, że tylu osobom nie jestem w stanie niczego wysłać. Nie czuję się z tym najlepiej...

Oto mój steampunkowy cylinder oraz steampunkowy królik z kapelusza:


  • W wyniku cnej działalności królika pakunek z próbkami wyślę do Lele. Witaj na moim blogu, cieszę się, że zaglądasz. :)
  • Zapowiadaną w komentarzach do postu loteryjnego niespodziankę - miniaturę Encre Noire otrzymuje Natala.
  • Za niesprawiedliwe zrządzenie losu uważam fakt, że królik z nie-sierotką nie wylosowali nikogo z obserwatorów, zrobiłam więc małą dogrywkę, w wyniku której pięć dodatkowych próbek (nie Czech & Speake, ale do uzgodnienia) wyślę Wiedźmie z Podgórza.

Dziękuję Wam wszystkim za udział. Przepraszam, że nie wszyscy wygrali. :(
Obiecuję, ze to nie ostatnia taka zabawa.

Osoby, które miały szczęście w losowaniu proszę o kontakt na maila.


* Cylinder jest nieco złachany, owszem, ale łachałam go zgodnie z konwencją. A nawet kilkoma konwencjami. :)))

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Satellite Corrida - bezmyslność, czy bezduszność?

Podchodzę do tego zapachu... Od dwóch lat chyba.
Recenzję odkładam, choć testowałam wielokrotnie. Powód jest oczywisty. Nazwa.

Nazwa, która budzi we mnie obrzydzenie i złość, powoduje, że przechodzą mnie ciarki.
Lekki, owocowy słodziak ochrzczony imieniem, które kojarzy się z torturowaniem i zabijaniem zwierząt ku uciesze gawiedzi.

Corrida. Widowisko, które święci sukcesy dokładnie na tej samej zasadzie, która przez wieki czyniła z publicznych tortur i egzekucji jedną z ulubionych rozrywek ciemnych, durnych mas. Zabawa równie niewinna i celowa jak podpalenie psa.


Wypuszcza się byka na arenę. Nieprzywykłe do zgiełku zwierzę odczuwa strach, kiedy gra muzyka, a zgromadzeni za bezpieczną bandą widzowie głośno wyrażają swój entuzjazm dla oczekiwanego widowiska.

Najpierw jeszcze bardziej dezorientuje się zwierzę wywijając mu przed oczami barwnymi płachtami, a ponieważ przerażone zwierzęta często nadal nie chcą atakować, tylko stoją nieruchomo lub usiłują uciekać szukając schronienia, którego na okrągłej arenie po prostu nie ma, zmusza się je do wzięcia udziału w "zabawie" wbijając w dobrze unerwiony, wrażliwy na ból garb zwierzęcia długą lancę. Potem, kiedy pozostawiona w ciele broń przy każdym poruszeniu rozrywa kolejne partie tkanek, kaleczy się byczka włóczniami - także zostawiając je w ciele po to, żeby każdy kolejny ruch powodował coraz większe tortury.

Wtedy do dzieła przystępuje mistrz ceremonii, bohaterski matador, który najpierw zmusza okaleczone, oszalałe z bólu i przerażenia zwierzę do kolejnych szarż powodujących wciąż kolejne fale bólu, a potem, kiedy ofiara opada z sił i przestaje być zdolna do obrony - zabija udręczonego zwierzaka przy aplauzie przyglądającego się tej potwornej zabawie motłochu.

Czasem przy okazji tej zboczonej rozrywki giną też rozpłatane rogami oszalałego byka konie. Zwolennicy Corridy nazywają to kulturą...


Wybaczcie. Pointy nie będzie. Gdybym miała napisać, co myślę o takich rozrywkach i czego życzę uczestniczącym w nich dewiantom z pewnością przekroczyłabym granice dobrego smaku.
Będzie o zapachu, którym nie potrafię się cieszyć.

A jest on... Kpiną chyba. Pogodny, lekki, urodziwy - samego zapachu nie sposób nie polubić, bo ma w sobie radość życia godną zupełnie innej nazwy.

Otwarcie ewidentnie owocowe i to wcale nie z przewagą kwaśnej czarnej porzeczki, lecz brzmiące pełnym, smakowity akordem czerwonych owoców: aksamitnych malin, świeżych, suchych, pokrytych jeszcze włoskami truskawek, czerwonych, trzaskających w zębach porzeczek, okrągłych śliwek... Po prostu cud, miód i orzeszki!
Owocowy akord złagodzony, wygładzony został delikatnymi, jasnymi nutami kwiatowymi i upojną wanilią pachnącą jak skropiona miodem orchidea. Dzięki temu kompozycja od początku zachowuje się z klasą i nie przewala się po człowieku jak owocowa lawina, lecz otacza pogodną, efektowną aurą.

Rozwój zapachu przebiega statycznie, bez niespodzianek i gwałtownych wolt. Nuty waniliowo - kwiatowe pogłębiają się, wychodzi więcej miodowej słodyczy, miękki sandałowiec rodem z Le Boise Ginestet i gwajak żywcem przypominający Gaiac Micallef. Ciągle jest radośnie lecz łagodnie. Leniwie nieomal.
Perlisty śmiech otwarcia przechodzi cichnie, staje się uśmiechem. Jest jednak do ostatniego akordu pogodny, ciepły, słoneczny i... Młody.

Pisałam już, że trudno nie polubić tego zapachu. Ba! Wyznam, że jestem w stanie nim pachnieć globalnie, co w przypadku innych podobających mi się owocowych słodziaków kończy się nerwowym myciem.

Nie kupię jednak.
Nie chcę mieć na półce czegoś, co nazywa się jak sadystyczny, barbarzyński obrzęd polegający na publicznym pastwieniu się nad niewinnym zwierzęciem.

Nie kupię też raczej żadnego innego zapachu firmy, która używa tej kontrowersyjnej nazwy w celach marketingowych. Bez względu na to, czy powodem jest bezmyślność, czy świadome przekonanie, że Corrida to po prostu rozrywka. Pewnych słów nie sposób używać bez kontekstu znaczeniowego.
Nie nawołuję tu do bojkotu i zwierania szyków, nie narzucam wyborów - w końcu to ciągle tylko perfumy. Niechaj więc każdy decyduje we własnym sumieniu.


Data powstania: 2006
Twórca: Sandrine Dulon

Nuty zapachowe:
czarna porzeczka, neroli, róża, konwalia, jaśmin, akordy kwiatowe, drewno sandałowe

środa, 9 czerwca 2010

Próbkobranie





Tym razem proponuję
kompletny, firmowy pakiet zapachów Czech & Speake
wraz z książeczką opisującą każdy z nich.

Nie lada gratka, bo w Polsce nie do kupienia.

Zasady takie, jak poprzednio:
wśród osób, które zadeklarują zainteresowanie zabawą (i próbkami) i poinformują mnie o tym w komentarzach pod postem moja "bynajmniej-nie-sierotka" wylosuje farciarza, do którego na własny koszt wyślę paczuszkę zawierającą dokładnie to, co na zdjęciu poniżej.


Drobna modyfikacja polega na tym, że jeśli tym razem zwycięzcą okaże się osoba obserwująca bloga (w chwili obecnej) - dostanie ode mnie specjalny bonusik - niespodziankę.


I w ten miły (mam nadzieję) sposób żegnam się z Wami na dni parę.
Jadę pielęgnować swoje pozaperfumeryjne pasje. :)))

Parfumerie Generale Intrigant Patchouli

Perfumy z paczulą w nazwie musi, po prostu musi mieć w ofercie każda prawdziwie niszowa firma.
Paczula podniesiona do rangi wiodącej nuty to zabieg tak niszowy, że bardziej niszowego sobie nie wyobrażam. Nawet zapach smoły czy asfaltu nie robi na ludziach tak piorunującego wrażenia, jak stęchły, pleśniawy aromat paczulowego olejku. O nutach w tak oczywisty sposób urodziwych jak kadzidło czy oud nawet nie wspominam...

Pierre Guillaume nie gęś i swoją paczulę ma.


Pisałam już, że do paczulofilów nie należę. Nutę tę postrzegam jako atrakcję przeznaczoną trochę dla turpistów. Zaiste trzeba być wielkim olfaktorycznym oryginałem, by lubić paczulę czystą, wyciągniętą do przodu.
Osobiście cenię paczulę za zdolność "zacieniania" kompozycji, nadawania im niejednoznacznej głębi, niepokojącego drugiego dna. Sama jednak charakterystyczna "woń stęchłych lochów" jest dla mnie zbyt niepokojąca. I to wcale nie ze względu na mrok.
Moje ulubione perfumeryjne paczule (Le Labo i Micallef) lubię nie za paczulowość, lecz właśnie za jej brak. Najczystsze paczulowce (Profumum czy I Hate Perfume) są mi emocjonalnie obojętne. Doceniam, ale nie miłuję.

Intrygująca Paczula skomponowana przez Pierre'a Guillaume'a znajduje się gdzieś pośrodku skali. Jest paczulowa wyraźnie, ale bez ostentacji. Charakterystyczny paczulowy odeurek ;) wyczuwamy raczej przy zbliżeniu nosa do skóry nosiciela, w odległości raczej intymnej. Z dystansu Intrigant Patchouli całkiem sprawnie symuluje normalne perfumy. Dziwaczne, intrygujące rzeczywiście, ale niewątpliwie perfumeryjne.

Inną kwestią jest, że na poziomie przechodnia czy rozmówcy odbierane są często jako "perfumowana stara baba". Ale czyż zapach perfumowanej baby, obojętne czy starej, czy młodej nie jest zapachem perfumeryjnym? Jest! :) W końcu sztandarowe "stare baby" w perfumach to Chanel No.5 i No.19... Przyznaję, że Dziewiętnastka edp mnie w tym kontekście boli, ale o tym może innym razem.


Aby jednak nie być gołosłowną, najpierw opiszę w miarę dokładnie, skąd wzięło mi się pozycjonowania paczuli PG wśród paczulowców, a potem zajmę się tropieniem starej baby.

Otóż pierwsza kwestia jest prosta: otwierający, mocno paczulowy, trudny akord wybrzmiewa co prawda długo i statycznie, jednak dominuje tylko w pierwszych chwilach rozwoju zapachu. Po dosłownie paru chwilach Intrigant Patchouli sypie nam w twarz garść cynamonu i zgrzyta w zębach suchymi nutami przyprawowymi (kardamon, kmin, gałka muszkatołowa i prawdopodobnie szafran). W zestawieniu z ewidentnie wilgotnym zapachem paczuli efekt jest naprawdę intrygujący.

Potem zaczyna być nieco normalniej - pojawia się sporo (i pisząc sporo mam na myśli naprawdę spoooro) ambry oraz dobrze się z ambrowym złotem komponujący czerwony sandałowiec wzięty żywcem z Santal de Mysore. Kiedy po krótkim czasie pojawia się gęsta wanilia oraz nuty miodowe i woskowe - na myśl przychodzi mi kolejna kompozycja firmowana nazwiskiem Serge Lutens, a mianowicie Arabie. Tylko tym razem jest to Arabie podpleśniałe i pleśń ewidentnie karmiła się tu cukrem. Intriguant Patchouli jest mniej słodkie, mniej wyraźnie urodziwe, za to zdecydowanie bardziej wilgotne i... No wiecie. Nic odrażającego - biały, czysty grzybny meszek.


Obserwowane z dystansu perfumy Guillaume'a zyskują dodatkowy wymiar - niespodziewane tchnienie klasyki. Zakładam, że to owe cytrusy/Hesperydy, czymkolwiek by nie były. Wedle niejednoznacznych informacji wygrzebanych przeze mnie w sieci hesperydy z małej litery mogą być albo szczególnym gatunkiem przypominającym cytrynę, albo alternatywną, poetycką nazwą grupy cytrusów.
W każdym razie tę właśnie nutę podejrzewam o nadanie kompozycji szczególnego, nieco szyprowego wykończenia, które najprawdopodobniej tworzy efekt "starej baby". Efekt, który mnie akurat wydaje się interesujący i nie pozbawiony pewnego przewrotnego uroku, ale przyznaję, że doceniać go uczyłam się długo i opornie mi szło.

Pointy z fajerwerkami nie będzie. Intrigant Patchouli gaśnie powoli przez wiele godzin trzymając się na skórze.
Właściwie trudno mi zarówno polecić testy, jak i je odradzić. Kompozycja nie jest ani brzydka, ani piękna; nie jest miałka i nijaka, ale chyba jeszcze bardziej nie jest odkrywcza. Powiedziałabym, że jest nietypowa jak na Parfumerie Generale, jednak w ogólnej perfumeryjnej perspektywie nie wytycza nowych ścieżek, nie tworzy nowej jakości.
Parafrazując: bez tej paczuli można żyć...


Data powstania: 2005
Twórca: Pierre Guillaume

Nuty zapachowe:
paczula, sandałowiec z Mysore, benzoin, cytrusy/hesperydy (Hesperydy??), cynamon, ambra, piżmo, wanilia, miód

* Ostatnia ilustracja: Witold Pruszkowski "Zaduszki"

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Serge Lutens Iris Silver Mist

Zostałam poproszona o tę recenzję już dawno temu.
Trudno mi było spełnić tę prośbę, bo po pierwszych przymiarkach do tego zapachu nie pożądałam kolejnych testów, a myśl o globalnym zlaniu się lutensowskim Irysem nie była mi szczególnie miła.

Ponieważ jednak doskwiera mi nieustający brak czasu (albo raczej nadmiar zajęć) wpadłam na sprytny koncept, że jeśli przedmiotem recenzji uczynię coś, co odbieram jednoznacznie negatywnie, to trzasnę wredną reckę w minut pięć i będą miała z głowy, a blog "podrygnie".


Skończyłam robotę (też hobbystyczną w sumie) o 5:30, uciapałam się ISM z lanej próbki i... Może to przemęczenie, ale wpadłam w stupor.
Czuję się, jak gdybym siedziała na wielkiej kupie zgniłej włoszczyzny. Obraz brudnych, obsypanych czarną, wilgotną ziemią gnijących płodów rolnych jest tak sugestywny, że zamiast rozważać strukturę kompozycji, chwytać nuty i analizować akordy zastanawiam się, co sprawia, że są ludzie, którzy chcą tak pachnieć.
Bo w sumie w to, że zapach męskich gatek ktoś lubi jeszcze ostatecznie uwierzę, ale to?

Otwarcie jest naprawdę trudne. Do zniesienia też.
Zakładam, że to kłącze irysa odpowiada za zapach przypominający początkowo butwiejące w ziemi grube korzenie marchwi (charakterystyczna słodycz marchewki podbita podejrzaną słodyczą zgnilizny), potem zaś wzbogacony o nuty zwiędłej naci i ewoluującej w kierunku brunatnej mazi sałaty. Przyczajone między sałacianymi liśćmi trupy gąsienic też "ewoluują".

Perfumy nie powinny TAK pachnieć, siedzę więc i wyczekuję jakiejś zmiany.
Nie wiem, co jest źródłem mojego gorącego pragnienia, żeby Iris Silver Mist jednak okazały piękne. Przecież na zdrowy rozum - nie istnieje poziom piękna, który sprawiłby, że ponownie zmierzę się z tym upiornym (to dobre słowo) otwarciem.

Niestety, po paru godzinach wciąż nie jest ładnie. Inaczej - owszem. Zgniła słodycz przeszła do defensywy, przyczaiła się w tle, ziemistość zniknęła zastąpiona przez, mniej sugestywną lecz również podejrzanie niezdrową, nutę kwaśną.
Pod tą niemiłą memu nosowi warstwą wyczuwam galbanum, namoknięte nuty przyprawowe (z wyraźnym cynamonem przypominającym nieco ten z Messe de Minuit), paczulę, ziemisty korzeń wetiweru i piżmo.


Chłód kadzidła frankońskiego i charakterystyczny, jasny zapach kłącza irysa tworzą rzeczywiście pewną mglistą świetlistość, która daje mi pewne wyobrażenie o tym, jak może rozwijać się ta kompozycja w innym miejscu i czasie. I na innej skórze, bo na mnie nie współpracowała przy żadnym z testów.

Zamiast Silver Mist wychodzi na mnie co najwyżej Silver Pitchfork - czysta, metaliczna nuta tkwiąca wśród naturalistycznie organicznych składników jak nowe widły na stosie roślinnego kompostu.
Niechaj będzie, że w mglisty poranek.


Data powstania: 1994
Twórca: Maurice Roucel (nie Sheldrake i nie Lutens!)

Nuty zapachowe:
kłącze irysa, galbanum, cedr, sandałowiec, goździk, wetiwer, piżmo, benzoes, kadzidło, chińska żywica balsamiczna, biała ambra



* Autorem pierwszego zdjęcia jest Grumpy Bastard.

czwartek, 3 czerwca 2010

Etro Messe de Minuit




Messe de Minuit jest kadzidłem nietypowym.
Ma typowe dla Etro, ale w kontekście "kościelnej" nazwy dziwaczne nuty otwarcia: pomarańczowa skóra na skórzastym labdanum. Trwa ten pierwszy akord krótko, niemal natychmiast przykryty zostaje nutami przyprawowymi i paczulą, jednak dla obudzenia zmysłów nastawionych na kolejną zaklętą we flakonie bardziej lub mniej urodziwą świątynię wystarczy.

Drugi akord kompozycji składa się z dwóch warstw: pierwszą tworzy wciąż wyczuwalne labdanum, do którego dołączają pozostałe nuty żywiczne: mirra, opoponaks, odrobina galbanum i oczywiście kadzidło frankońskie, które w tym ekspansywnym towarzystwie traci swą jedwabistą jasność; drugą zaś dziwnie niepokojące połączenie wilgotnej, a właściwie wręcz stęchłej paczuli z cynamonem, który na tym tle robi wrażenie namokniętego.



Uznałabym ten akord za nieładny, gdyby nie niezwykła potęga podświadomości, która nakarmiona tym olfaktorycznym dziwolągiem zaczyna budować wizję:

Wyobraźcie sobie zimę. Umiarkowanie białą, umiarkowanie mroźną, wcale nie baśniową, tylko taką zupełnie zwyczajną; z białymi łachami śniegu na szarych polach, z gołymi, czarnymi gałęziami drzew wyciągającymi się żałośnie ku niebu, ze smętnie pełzającymi pod cienkim lodem strumyczkami brudnej wody...
Jest noc.

W starym kościółku w niewielkiej wsi - takim normalnym, częściowo murowanym, częściowo z drewna - właśnie skończyła się Pasterka. Wierni wrócili już do ciepłych domów.
Śnieg, który wnieśli ze sobą na butach i okryciach już dawno się rozpuścił i zamienił w błoto pokrywające matową posadzkę. Świece ciągle płoną, trybularz wypełniony ciepłym, aromatycznym popiołem jeszcze stoi u stóp ołtarza, drewniane ławki i klęczniki są wciąż wilgotne od mokrych płaszczy i kurtek. Wyśpiewane z głębi serca hymny już przebrzmiały, została po nich skroplona na chłodnej powierzchni tabernakulum para. Jest cicho.


Gdyby zdarzyło mi się znaleźć w takim kościółku w tę noc - może poczułabym zapach zbliżony do Messe de Minuit. Zapach wcale nie piękny i nawet nie wzniosły, a jednak w jakiś sposób poruszający, intymny.
Bo jest coś intymnego w tej ciszy miejsca, które zwykle odwiedzamy tłumnie i z rumorem. Jest coś osobistego w obserwowaniu starego kościelnego, który powolutku składa obrusy, wynosi lawaterz i puste ampułki, cichutko, podtrzymując serca dłonią chowa dzwonki.


Po kilku godzinach na skórze zostaje piękna, lekko miodowa ambra pogłębiona wciąż wybrzmiewającymi żywicami i postarzona, "utrudniona" tą ewidentnie brzydką, a jednak w tym kontekście fascynującą, stęchłą paczulą.

Nie jestem obiektywna, bo mnie się ten zabieg podoba. Obiektywnie napisać mogę jedynie, że ten zapach naprawdę, naprawdę warto poznać.

***

A teraz jeszcze jedna kwestia. Dla maniaków. :)
Podobno są dwie Messe: stara wersja z okrągłą nalepką na flakoniku (poniżej) i nowa, z nalepką kwadratową (pierwsze zdjęcie). Oczywiście nie piszę o tym ze względu na kształt nalepek, tylko z powodu krążących na perfumeryjnych forach wieści, że zawartości flakonów różnią się zapachem: okrągła ma być bardziej cytrusowa w otwarciu i mniej kadzidlana w rozwinięciu, kwadratowa jest analogicznie mniej cytrusowa, mocniej paczulowa i żywiczna.

I to mogłoby tłumaczyć różnicę w moim odbiorze Messe niegdyś, a teraz. Bo pierwsze moje wrażenia po powąchaniu Messe de Minuit były takie, że to zapach jasny, łagodny, chłodno urodziwy i nie mój. Zarówno czas testu, jak i moje wspomnienia wskazują na starą wersję.


W chwili obecnej posiadam próbkę opisaną "Messe kwadratowa" oraz odlewkę i owszem, są minimalne różnice w odbiorze zapachu. Myślę jednak, że wynikają one po pierwsze z wieku perfum (moja odlewka ma kilka lat, więc siłą rzeczy została namieszana z innej partii składników), po drugie (i najważniejsze) ze sposobu aplikacji na skórę: z próbki kapię, z atomizera mogę psikać.

W wyniku tego porównania wersja atomizerowa w pierwszej fazie rozwija się nieco szybciej, prędzej następuje pogłębienie zapachu i "wejście" kadzidła. W bazie zdaje się nieco pełniejsza, ale za to szybciej gaśnie.

Nie są to jednak różnice, na które zwróciłabym uwagę, gdybym z paranoicznym uporem nie usiłowała ich wytropić. Jeśli rzeczywiście istnieją różnice miedzy wersją okrągłą i kwadratową to obie moje Messe są kwadratowe.

Coś, co pachnie jak okrągła zachowałam ledwie we wspomnieniach i, szczerze mówiąc, dopuszczam możliwość, że są to wspomnienia fałszywe, bowiem kiedyś wyczuwałam cytrusy w perfumach znacznie intensywniej, niż teraz. Teraz mój nos tropi nuty drzewne - resztę nauczył się traktować jako dodatek. ;)



Data powstania: 2000
Twórca: Jacques Flori

Nuty zapachowe:
Nuta głowy: pomarańcza, bergamotka, labdanum, tangerynka
Nuta serca: kadzidło, mirra, cynamon
Nuta bazy: paczula, piżmo, miód, ambra



* Autorem obrazu "Zimowy krajobraz" użytego przeze mnie jako druga ilustracja jest Jacob van Ruisdael

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...