wtorek, 29 czerwca 2010

Zwierzę w świetle - Comme des Garcons Guerrilla 1

.
O filozofii firmy Comme des Garcons pisałam już wielokrotnie, ale jakże nie pisać?
Trudno oprzeć się urokowi koncepcji handlowej partyzantki: nieoznakowane sklepy umieszczane w nietypowych miejscach. A to u szewca, a to w starej fabryce pasty do butów, innym razem na portowym nabrzeżu, w galerii, warzywniaku czy nawet w zwykłym garażu.

Pomysł bazuje na koncepcji Pop Up Stores, czyli sklepów pojawiających się znienacka i znikających równie niespodziewanie (u CdG jest to rok). Bez reklamy i klasycznego marketingu punkty takie, dzięki marketingowi szeptanemu i tworzeniu klimatu niezwykłości stają się kultowe. Albo znikają bez śladu, ale o tych przecież nie piszemy.
Ten typ działalności nazywamy handlową partyzantką, czyli guerrilla.


Zapach Guerrilla 1 ma odzwierciedlać zapach (a może raczej klimat) pierwszego z partyzanckich przyczółków Comme des Garcons: zlokalizowanego w Berlinie i mieszczącego się w lokalu będącym wcześniej sklepem mięsnym. Wedle słów twórczyni kompozycji Marie-Aude Couture Bluche, Guerrilla 1 ma przywodzić na myśl mięso, krew i czyste, wybielane fartuchy. Zapach jest "mięsożerny", ale dzięki dodatkowi spokrewnionego z magnolią kwiatu Champaca staje się jednocześnie zmysłowy, dzięki pomarańczy staje się owocowy, dzięki jaśminowi i gardenii - głęboki.

Przyznaję, że opis ten w zestawieniu z zapachem ma więcej sensu, niż się pozornie wydaje. Otwarcie Pierwszej Guerrilli jest ostre, syntetyczne, metaliczne i nie powstydziłby się go zapach z serii 6: Synthetic. Po chwili jednak pojawiają się ciężkie, przysadziste, zupełnie niekompatybilne z chemicznym wstępem, nuty kwiatowe i to jest moment, w którym człowiek zaczyna się zastanawiać, czy aby tym razem GdG nie przegina z dziwacznością.

A kiedy tak się zastanawia (człowiek, czyli ja), iście nienormalna kompozycja pani Couture Bluche funduje mu kolejną porcję umysłowej gimnastyki: niepewność.
Czy to możliwe, że w pierwszych akordach czułam to, co czułam, skoro teraz nie ma ani lizolowej ostrości otwarcia, ani starobabowych kwiaciszczy z drugiej linii, lecz jest... Coś nieprawdopodobnego!
Połączenie chemicznej jasności Dry Clean, naozonowanej przestrzeni demeterowego Rain oraz delikatnego aromatu perfumowanego, kwiatowego mydełka. A wszystko to razem jednocześnie współgra ze sobą i niepokoi.


A to wciąż nie koniec, bo oto pojawiają się nuty ciepłe. I to jest dopiero prawdziwa partyzantka.
Nie "wychodzą" one bowiem sukcesywnie i nieodwracalnie, jak to się dzieje w przypadku normalnych kompozycji opartych na klasycznej piramidzie nut, lecz przebłyskują spod świetlistej powłoki z niepokojąca nieregularnością.

Najpierw uwagę zwraca aromat słodkiej pomarańczy - próżno jednak liczyć na ewolucję w tym kierunku, bo jest to nuta - meteor. Pojawia się, rozbłyskuje błyskiem mocnym i nietrwałym, po czym znika bezpowrotnie. Zastępuje ją nuta - kometa. Pieprz. Czarny niejednoznacznie, eteryczny i gorzki. W każdym innym układzie byłby irytujący, tu jednak zdaje się mieć sens. Szczególnie w zestawieniu z kolejną warstwą tej niesamowitej olfaktorycznej układanki będącą pogłębionym, odsączonym ze światła odbiciem akordu, który zachwycił mnie pół godziny wcześniej.


W pieprzno - goździkową przestrzeń wpełza powoli czarne zwierzę. Pachnące ostrym, zwierzęcym piżmem, suchym drewnem i trawą. Zwierzę jest tu ewidentnie czynnikiem obcym i zwierzę wie o tym. Czai się po kątach, czasem znika z zapachowego horyzontu, a kiedy się pojawia ma najeżoną sierść i obnażone kły. Poziom niepokoju nie opada.

Czarny zwierz nie dominuje w zapachu. Wszystkie mroczne, ciężkie nuty (poza wymienionymi także ambra, lakierowany oud oraz benzoes) są do samego końca przykryte chemiczną kwiatowością, jak gdyby zalaminowane światłem.

Pisanie, ze to kompozycja interesująca i niezwykła uważam, w kontekście poprzednich akapitów, za całkowicie zbędne.
Nie wiem, czy potrafiłabym nosić, ale czapeczkę zdejmę i ukłonię się Twórczyni, bo stworzyła coś naprawdę oryginalnego. I, mimo ewidentnej dziwaczności Guerrilli 1, da się wyczuć, że zapach jest najpierw wymyślony, potem przemyślany, a na końcu poskładany odważnie i jednocześnie kunsztownie.

Druga pachnąca Partyzantka lada dzień.


Data powstania: 2006
Twórca: Marie-Aude Couture Bluche

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: gruszka, szafran, goździki
Nuty serca: kwiat Champaca, czarny pieprz
Nuty bazy: wetiwer, cedr, piżmo


* Pierwsze zdjęcie: Guerrilla Store w Los Angeles
** Ostatnia ilustracja pochodzi z zasobów użytkownika
xenonb na Flickr

4 komentarze:

  1. Guerrilli nie znam, niestety - ale to się niedługo zmieni. :) Jak dla mnie, zapowiada się interesująco: nie wiem tylko, w którą stronę. :) Dlatego tak się cieszę na spotkanie z tym zapachem. Ciekawe, co mi "wyjdzie" biorąc pod uwagę, że kwiaty nawet lubię?

    A teraz z nieco innej beczki: powiedz mi, Sabbbath, czemu nie odpowiadasz na mejle? Nie docierają czy jak?

    OdpowiedzUsuń
  2. Docierają, ale ja zdycham z przepracowania.
    Po pierwsze domykam program wiesz czego - mam zapierdziel po uszy, siedzę ciurkiem po 30 godzin przy kompie lub na telefonie. To jest w sumie ponad tysiąc godzin programu. Po drugie autoryzowałam duży artykuł, nagrywałam dźwięk do reklamy, byłam na trzydniowym konwencie, na którym robiłam punkty programu (co wymaga przygotowania), wcześniej robiliśmy całodniową imprezę dla miasta... A to wszystko w ciągu tygodnia. Poza praca i domem, oczywiście. Przepraszam. Po prostu sa rzeczy, których nie mogę odłożyć nawet o parę godzin. Paczki już w drodze.

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej Sabb, gdzie się podziewasz?
    P.

    OdpowiedzUsuń
  4. Przepraszam, naprawdę nie mam czasu pisać. Trochę się tłumaczę wyżej. Staram się, jak mogę, ale i tak sypiam po 3 godziny na dobę...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...