niedziela, 25 lipca 2010

What do I do with this fragrance? - Like This Etat Libre d'Orange


Ależ mamy szum wokół tego zapachu!
Jeszcze zanim ktokolwiek powąchał, wszyscy go pragnęli.
Poznać.


I oczywiste jest dla mnie, że to zasługa magnetycznej osobowości Tildy Swinton, nie zaś firmy Etat Libre d'Orange, która, moim skromnym zdaniem, do perfumeryjnych cudotwórców nie należy.

Ekipa sprytnych marketingowców nie zastąpi dobrego nosa u źródeł, a skandalizująca otoczka nie jest w stanie odwrócić uwagi od faktu, że kompozycje głośno okrzykiwane obrazoburczymi i nowatorskimi są... Po prostu przeciętne.



Ale ja nie o firmie i marketingu miałam, tylko o mojej wyczekanej i upragnionej flaszeczce Like This.
Rozdrapaliśmy ją wspólnozakupowo na drobne strzępy: po mililitrze, dwa, pięć. Mnie zostało aż dziewięć we flakonie - mogę więc testować do woli. Co niniejszym skwapliwie czynię.

Mój stosunek do perfum firmowanych przez celebrytów staje się coraz bardziej chłodny. Kilka razy miałam nadzieję: na przykład przy perfumach firmowanych nazwiskiem i twarzą (i resztą ciała też) przepięknej i bardzo zdolnej Halle Berry.
Zwykle jednak okazuje się, że do produkcji zamiast zapowiadanego arcydzieła wchodzą pop - perfumy. Z tym większym niepokojem wyglądałam testów Like This.

***

Już pierwszy moment rozwiewa wątpliwości, gasi niepokój: Like This nie są kompozycją pop. Nie są bezpiecznie nijakie i wyprane z charakteru. Nie giną w tłumie.
Ale czy to oznacza, że mamy tu do czynienia z dziełem sztuki?


Otwarcie jest trudne, nietypowe, fascynująco brzydkie. Połączenie niejadalnych, skórzastych cytrusów z surowym, cierpkim imbirem i mieszanką suchych przypraw daje efekt kojarzący mi się z zapachem składu zielarskiego w trakcie wymiany wykładzin. A może to tylko impregnacja starych? W każdym razie bardziej mnie ta faza zadziwia, niż zachwyca.

Na szczęście nie trwa to wiecznie. Like This jest jednym z zapachów - kameleonów. Przechodzi wielokrotną "pełzającą" ewolucję zmieniając się nie do poznania.


Kiedy czytałam opis nut zapachowych uświadomiłam sobie, że nie wiem, jak pachie dynia. Nic. Zero skojarzeń. Widziałam kiedyś dynię. Pewnie nawet nie tylko na obrazku, ale nie pamiętam, bym kiedykolwiek jadła.

Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy wreszcie zidentyfikowałam przyjemny zapach, który podstępnie przemienia dziwaczne otwarcie w coś... Miłego.
Siedzę, wącham, dumam i nagle - olśnienie. Wiem! Pestki z dyni! Świeże smakowite pestki dopiero co wyłuskane ze skórzastych łupin. Pestki jadłam. I oto mam "akord dyniowy". Pierwsza przyjazna nuta w Like This.

Jej obecność staje się początkiem pierwszej przemiany. Sukcesywnie pojawiają się niejednoznaczne nuty kwiatowe. Zmieszane, stopione z przyprawowym przybraniem, pobrzmiewające echem cytrusowych skórek wzmocnionych najprawdopodobniej czymś szyprogennym (na przykład mchem dębowym) nadają tej wciąż przecież dziwnej kompozycji jakiegoś klasycznego sznytu, przewrotnej elegancji.

I przyznaję, że przy pierwszych testach mnie ten etap zaniepokoił. Zdawał się zapowiadać kapitulację Tildy, która zapowiadała przecież, że będzie walczyła o to, by nie ugrzeczniono zanadto jej perfumeryjnej wizytówki.


Tymczasem wszystko to, co działo się dotychczas to jest nic - pestka. Z dyni, oczywiście.
To, co dzieje się z Like This w drugiej, trzeciej wspólnej godzinie to jest... COŚ.

I wcale nie napiszę, że to "coś pięknego", ani nawet niekoniecznie będę twierdziła, że mi się "podoba".

To jest jak... Zapasy w orientalnym, słodko - pikantnym sosie.
Nagie ciała, napięte mięśnie, rozgrzana skóra. I wszystko to w zestawianiu z, kompletnie od czapy w tym kontekście, nutami spożywczymi. I to bynajmniej nie ujętymi w tradycyjnie perfumeryjny sposób: zero wanilii, karmelu, czekolady.

Nosząc Like This czuję się, jak gdyby po moim ciele spływał ciepły, roztopiony wosk (zmieszany z odrobiną półwytrawnego, gryczanego miodu), jak gdyby przyprawowy pył tarł po skórze szorstki jak piach, jak gdyby cenny szafran barwił moje nerwy na pomarańczowo...


A teraz to napiszę.

W sposób przewrotny, niewytłumaczalny i nienormalny podoba mi się ten zapach!
Pociąga mnie i niepokoi. Uwodzi i budzi podejrzliwość. Powoduje stan przyjemnego napięcia.

I zupełnie niespodziewanie - noszony globalnie i aplikowany obficie nie powoduje dyskomfortu, nie jest uciążliwy, nie sprawia wrażenia, że jest nie na miejscu w "normalnym" świecie.
Jest za to nadspodziewanie komplementogenny. Ale nie to zaskoczyło mnie najbardziej. Najbardziej zadziwia mnie fakt, że...

Chcę więcej.



Data powstania: 2010
Twórca: Mathilde Bijaoui

Nuty zapachowe:
zielona mandarynka, imbir, akord dyniowy, nieśmiertelnik, marokańskie neroli, róża z Grasse, wetiwer, heliotrop, piżmo

* Czy muszę pisać, kto jest na zdjęciach ilustrujących tekst?

sobota, 24 lipca 2010

Nie tylko w niedzielę: Jamais le Dimanche Ego Facto


Trochę idąc za ciosem, czyli podążając konopną ścieżką, dziś kolejne perfumy z nutą marihuany. Tym razem w wydaniu letnim.

Przyznaję, że szalenie ciekawa byłam koncepcji tego zapachu. Połączenie świeżych nut i ozonu z kadzidłem wydaje się sporym wyzwaniem nawet dla takiego wirtuoza, jak Alberto Morillas. Dodatek marihuany i nut balsamicznych zapowiadał albo koszmarną kakofonię woni, albo dzieło... Jeśli nie genialne, to przynajmniej nadzwyczaj oryginalne.

Nie będę się tu silić na cliffhangery i stopniowanie napięcia - Jamais le Dimanche urzekły mnie od pierwszych sekund po aplikacji.


Mój nos najpierw wyczuł aromat świeżych konopnych liści - tak urodziwy, że oryginał się chowa. Zapach jest zielony, jasny, wzbogacony słodko - kwaśną nutką przypominającą rabarbar. Wtulając nos w skórę nieomal czuję poranny Zefirek poruszający młodymi listkami.
A nie jest to koniec atrakcji, bo ten sam zapach wąchany nieuważnie i z dystansu zmienia się i przemiana ta jest jeszcze bardziej pociągająca, niż opisana wyżej zieloność. Jest to zapach... Zimnego kadzidła. Taki olfaktoryczny oksymoron: kadzidło jednocześnie chłodne i niesamowicie przestrzenne.

Połączenie tych nut daje obraz, który mój umysł wizualizuje jako ogród po letnim deszczu.
Listki uprawianych w nim konopi indyjskich, ziół i zielonych jeszcze mandarynek parują wydzielając intensywną woń świeżej zieleniny. Na wysypanych białymi kamykami ścieżkach porozstawiano niewielkie miseczki, w których powolutku tlą się grudki olibanum i mastyksu.

Chłodne palce wiatru łagodnie mieszają ze sobą jasny dym i eteryczne olejki unoszone w powietrze wraz z parą wodną. Promienie słońca przesączają się przez leniwie uchodzące za widnokrąg "baranki", ostatnie, ciepłe już krople spadają z drzew prosto za koszulę i... Jest pięknie.


Ogrzewając się na skórze Jamais le Dimanche nie traci swej urodziwej zieloności - po prostu zapach słodko - chłodnego kadzidła wzmocniony zostaje delikatnie dymnym akordem drzewnym i miękką, lekko miodową wonią nazwaną enigmatycznie nutami balsamicznymi.

Zaznaczyć wypada, że pisząc o "ogrzewaniu się" nie mam na myśli jakiejś znaczącej zmiany temperatury kompozycji, lecz jedynie działanie ludzkiego ciała na perfumy. Zapach do końca pozostaje przestrzenny, chłodno - ciepły jak letni dzień po burzy. Urzekający od pierwszej do ostatniej chwili.



Jamais le Dimanche znaczy "Nigdy w niedzielę". Filmu nie znam niestety, ale odnosząc się do samej nazwy napisać mogę, że mogłabym nim pachnieć od poniedziałku do niedzieli włącznie. Szczególnie na urlopie, na który wybywam jutro.


I właśnie w związku z moim wyjazdem słów kilka pozwolę sobie tu napisać.
Tradycją na moim blogu stało się już, że co roku przed urlopem uskuteczniam mały perfumeryjny ekshibicjonizm i wklejam zdjęcia swoich pachnących zasobów. Niestety, w tym roku nie będę w stanie tego zrobić z powodu braku czasu. Jeśli ktoś czekał, to przepraszam. Postaram się dokonać aktualizacji we wrześniu, po Euroconie.

Tym razem na pożegnanie będzie specjalna recenzja. Zapach, o który sporo osób mnie pytało, wielki hit ostatnich miesięcy, kompozycja (i kampania) budząca najpierw wielkie nadzieje, a potem wielkie kontrowersje. Ale to jutro. :)


Data powstania: 2009
Twórca: Alberto Morillas

Nuty zapachowe:
nuty świeże, ozon, kadzidło, akord marihuanowy, nuty balsamiczne

czwartek, 22 lipca 2010

Wyprzedaże Juliette Has a Gun

Otrzymałam informację, że śląskie Douglasy wycofują ze swej oferty markę Juliette Has a Gun.


Miss Charming, Lady Vengeance oraz Citzen Queen można obecnie nabyć za połowę ceny pierwotnej.
Podobno na chwilę obecną wszystkie trzy zapachy jeszcze są.

Hungry Hungry Hippies Smell Bent



Oto założyciel i nos marki Smell Bent - Brent Leonesio zafundował nam kolejne perfumeryjne dziwadełko.
Przyznaję, że jego zapachy są dla mnie tym, czego oczekiwałam po perfumach Etat Libre d'Orange: kompilacjami nut ładnych i dziwnych. Może czasem nieco zbyt przyjaznymi dla nosa, ale ewidentnie ciekawszymi, niż w większość nijakich "Etatów" (Secretions Magnifiques jest poza wszelkimi kategoriami).



Czego głodny jest Brent?


Hungry Hungry Hippies to rzeczywiście zapach z kategorii gourmand - dokładnie tak, jak w opisie producenta. A jednak (znów dokładnie, jak w opisie) nie jest to spożywczak zwyczajny.
Pierwszy niuch - czekolada.

Drugi oddech... I oto mamy pełnię upalnego lata. Znajdujemy się w cienistej altanie obrośniętej gęsto krzewami porzeczek. Na blacie starego, drewnianego stołu ktoś porozkładał mnóstwo kostek gorących, wilgotnych brownies. Wokół, leniwie oparci o ażurowe ścianki altany ludzie palą niedosuszone, intensywnie aromatyczne konopie.

Skręty są duże, niedbale zwinięte, listki wysypują się gołą ziemię, mieszają z okruchami czekoladowego ciasta i resztkami fajkowego tytoniu.
W powietrzu unosi się ostry zapach gniecionych plecami i gołymi stopami listków i niedojrzałych owoców czarnej porzeczki. I dym.


Przy lekturze nut połączenie ciężkiego aromatu czekoladowego ciasta, zapachu zielonych porzeczkowych gałązek i konopnego dymu nie wydawało mi się szczególnie dobrym pomysłem. A jednak, jak miło się mylić w ten sposób.

Aromat jest intensywny, zawiesisty nieomal, rzeczywiście upalny, a jednak dzięki kontrastowej, kwaśnej nucie nie staje się upiornie ciężki i nieznośny. Zwraca uwagę, jego "dziwność" powoduje lekki dyskomfort, jednak towarzystwo Bardzo Głodnych Hippisów nie staje mi się ani na momant niemiłe. Nawet w upale, choć w chłodniejsze dni ta kompania sprawdza się lepiej.

***

Po około godzinie zapach staje się ciemniejszy, jak gdyby słońce chyliło się ku zachodowi. Ciastka zostały zjedzone. Nastrój zmienia się: ktoś niedbale trąca struny gitary, ktoś nuci tęskną melodię bez słów, dziewczęta opierają głowy na ramionach chłopców, cichną chichoty.

Słodycz i kwaskowość nut otwierających kompozycję wreszcie splatają się ze sobą tworząc akord przypominający smak piernika posmarowanego kwaśnym, owocowym dżemem. Wciąż wyczuwalny konopny dym przestaje odurzać - zaczyna pachnieć jak wąchany z oddalenia lub przyczajony we włosach i tkaninach.

Coraz wyraźniej wyczuwam paczulę, nuty, które określiłabym jako mszyste i ziemne oraz sporo suchego, przydymionego cedru. Pojawiają się także korzenne przyprawy - delikatnie drzewny cynamon, wyraźna gałka muszkatołowa, sporo niestabilnego, zanikającego momentami pieprzu i coś, co kojarzy mi się z zapachem suszonej szałwii. Dzięki tym dodatkom czekolada wydaje się bardziej wytrawna, kakaowa, mniej spożywcza.

Podejrzewam, że ten etap może być dla normalnego odbiorcy trudniejszy, mniej przyjazny, niż smakowite otwarcie. Mam jednak głębokie przekonanie, że właśnie tak sobie to pan Leonesio umyślił - otwarcie jest efektowne, efekciarskie nieomal, łatwe do zapamiętania, ale na dłuższą metę najprawdopodobniej trudne do zniesienia. Dlatego ewolucję w kierunku woni ziemnej i bardziej stonowanej witam z radością.


Baza jest naprawdę warta grzechu! Pachnie prawie tak, jak wyobrażałam sobie Borneo 1834 Serge Lutens: półwytrawne, suche kakao, mnóstwo niełatwej, lecz pięknej paczuli, poddymione nuty drzewne w tle.
"Prawie" bierze się stąd, że w Borneo bynajmniej nie oczekiwałam indyjskich konopi, które w Hungry Hungry Hippies są wyraźnie wyczuwalne od początku do końca. A koniec ów piękny jest i konopie (które same w sobie nie pachną przecież jakoś cudnie) brzmią w nim naprawdę dobrze.

Zamierzam zwrócić baczniejszą uwagę na tę markę.
Brent, zaskocz mnie jeszcze. :)


Data powstania: 2009
Twórca: Brent Leonesio

Nuty zapachowe:
konopie (najprawdopodobniej indyjskie), meksykańska czekolada, liście porzeczki, paczula, roztwór nut ziemnych


* Na pierwszym zdjęciu sam twórca
** Drugie pochodzi z bloga Letting go znajdującego się pod adresem: louisey.wordpress.com
*** Brownies z trzeciej ilustracji upiekła Alexandra: www.alexandracooks.com
**** Autorką ostatniego zdjęcia jest Hanna Dianow i można je podziwiać na stronie: per-sempre-amore.deviantart.com

wtorek, 20 lipca 2010

Nie taka znów klęska czyli: Calamity Jane Juliette Has a Gun




Marketingowcy Juliette Has a Gun zapowiadali perfumy bez kwiatów. A w składzie co? Irys.

Na szczęście jest go tu jak na lekarstwo, a Calamity Jane jest, zgodnie z zapowiedzią, zapachem ewidentnie ambrowym. Ambrowym od pierwszego akordu. Ambrowym bursztynowo i ślicznie.

***

Niezwykłe w ambrze jest to, że nawet surowa, nieozdobiona brzmi... Zbytkownie, bogato, efektownie. Drugą nutą o tak niesamowitych właściwościach jest agar. Oba te składniki uważane są za trudne, wymagające dla nosa. Być może. Jednak kiedy nauczymy się je doceniać ich niezwykła woń staje się źródłem prawdziwej przyjemności.


W otwarciu Calamity Jane, poza wspomnianą już urzekającą ambrą, odnajduję nuty przyprawowe (szafran, pieprz, kardamon) oraz nienatrętną, nadającą zapachowi głębi paczulę. W tych pierwszych minutach ambra sprawia wrażenie ledwo przybranej, naturalnej, mocno niszowej. I przyznaję, zaskoczyło mnie to bardzo, bo Juliette Has a Gun specjalizuje się raczej w kompozycjach bogatych, mocno perfumeryjnych.

Na szczęście nie musiałam trudzić się rewizją poglądów - już po chwili kompozycja zmienia się, wypełnia, zyskuje na klasycznej perfumeryjnej urodzie. Ambrowy, surowy akord stanowi ledwie przygrywkę. Rychło dołączają do niego składniki dające perfumom Romano Ricciego aksamitne wykończenie, głębię właściwą kompozycjom tej marki.



Ładna, niespożywcza wanilia, sandałowiec, cedr, bób tonka i po chwili sukcesywnie zyskujące na znaczeniu piżmo.
Warto zwrócić uwagę na ten ostatni składnik, bo o ile Calamity Jane zaczyna się stricte ambrowo, o tyle finał jest piżmowy. Przemiana następuje sukcesywnie, a ostateczne przeniesienie akcentu z ambry na piżmo dokonuje się po dobrych kilku godzinach kiedy zapach powoli gaśnie na skórze.

Zanim to nastąpi możemy delektować się bardzo akuratną kompozycją ambrową przypominającą wzbogacone piżmem i dyskretnymi nutami żywicznymi (mirra, opoponaks, może balsam Tolu) Ambre Extreme l'Artisan Parfumeur. Także rozwój zapachu jest podobny - przebiega od pozornej surowości po ciepłą puszystość. Wyraźne różnice pojawiają się dopiero przy piżmowym zmierzchu.


Calamity Jane to uniseks, jednak koncepcja marketingowa bardziej chyba celuje w kobiety.
W końcu nie przypadkiem perfumy Juliette Has a Gun noszą imię kobiety - rewolwerowca: niepokornej, wyzwolonej, czerpiącej z życia w sposób zarezerwowany dotychczas wyłącznie dla mężczyzn. Mają stanowić stymulujące wyobraźnię połączenie androgynicznej męskości z kobiecą zmysłowością. I to się chyba udało.

Nie udało się natomiast stworzenie kompozycji rewolucyjnej, czy choćby nawet wyjątkowej.
Jeśli uznamy, że wystarczy by zapach był ładny, nieuciążliwy i trwały - możemy obwieścić sukces. Jeśli oczekujemy dreszczu zachwytu... No cóż. Nie tym razem.


Data powstania: 2009
Twórca Romano Ricci

Nuty zapachowe:
paczula, irys, ambra, piżmo, wanilia

* Na ilustracjach:
1. Lou Doillon - twarz kampanii marketingoewj Calamity Jane Juliette Has a Gun
2. Martha jane Cannary-Burke czyli prawdziwa Calamity Jane
3. i 4. Doris Day jako Calamity Jane w komedii Davida Butlera pod tym samym tytułem

Moim zdaniem do zapachu najbardziej pasuje Doris Day. :)))

poniedziałek, 19 lipca 2010

Oh shit!


Khe, khe...

Jestem zakłopotana i nie bardzo wiem, jak napisać to, co mi się na klawiaturę pcha.
Spróbuję wprost. Osoby wrażliwe proszę o zaprzestanie lektury w tym momencie.


Oto zapach będący idealną ilustracją uniwersalnego okrzyku, który zawarłam w tytule:

Horny Little Devil
Smell Bent


Zapowiadane w opisie na stronie producenta "brudne, zwierzęce piżmo" jest... No, bardzo brudne. A jeśli mam oceniać, czym jest ubrudzone, to wszystko wskazuje na kupę. Niechaj będzie, że zwierzęcą - nie jestem znawcą tematu.
W każdym razie kupa w Citrus Paradisi Czech & Speake to Pikuś w porównaniu z Małym Rogatym Diablikiem Smell Bent.

"Tlący się" (wedle opisu na stronie LuckyScent) cynamon oraz pieprz ledwo przebijają się spod nut... Powiedzmy zwierzęcych. I nie mam tu na myśli ambry, którą chyba mogłabym uznać za ładną, gdybym tylko była w stanie się w nią wwąchać dłużej bez odrazy. Bo brudne piżmo sowicie okraszone cywetem "robi" na mojej skórze właściwie cały zapach. I doprawdy nie jestem w stanie zmusić się do szukania drugiego dna tej kompozycji.


Opis producenta zapowiada, że flakon Horny Little Devil to "konieczność dla poszukiwaczy zapachu ciemnej strony". Jeśli uznamy, że poszukiwanie ciemnej strony zaczynamy od dupy strony to owszem, coś w tym jest.


Data powstania: 2009
Twórca: Brent Leonesio

Nuty zapachowe:
cynamon, ambra, piżmo, pieprz



* Ilustracja z komiksu Harris Comics. Szczerze mówiąc prosiła się inna, ale nie mogłam...

piątek, 16 lipca 2010

Elfie menu czyli Elf-Fulfilling Prophecy Smell Bent


To niezwykłe, jak bardzo Tolkien wpłynął na ludzką wyobraźnię.
Cherlawe kurdupelki z przezroczystymi, muszymi skrzydełkami, czyli elfy takie, jakimi przedstawiają je ludowe podania odeszły w niepamięć za sprawą nieodparcie pociągającej wizji stworzonej przez autora "Władcy pierścieni".
Wizji tak wspaniałej, że aż nieznośnej.


Szczerze: nie wyobrażam sobie bardziej wylizanej, nadętej rasy, niż tolkienowskie Elfy: olśniewająco piękne, arcymądre, do tego supermocarne i hiperzgrabne. Mają wszelkie talenty oraz żadnych wad czy słabości. Niezrównane w sztukach wszelakich ze sztuką wojny (i sztuką miłości?) włącznie. I do tego oczywiście nieśmiertelne.
O czymś zapomniałam? O pięknych, czerwonych mundurkach? Ach nie. To nie ten film. ;)

Cały ten wstęp nijak się ma do zapachu. Dotyczy go jedynie o tyle, że od czasu kiedy piękny Orlando utożsamił się w masowej wyobraźni z tolkienowskim Legolasem, "Elf" w nazwie czegokolwiek przyciąga kobiety.
Stąd też kilka plączących się po Polsce próbek tej właściwie nieznanej u nas firmy.


Elf-Fulfilling Prophecy pachnie piernikiem. Intensywny, mocno skondensowany zapach korzennego ciasta przebija mocą wszystkie olfaktoryczne pierniki, o których pisałam wcześniej (i te, o których nie pisałam też). Cynamon, kardamon, gałka muszkatołowa, kolendra i czarny pieprz dopełnione wyraźną, lecz nie uciążliwą miodową słodyczą dają znajomy i przyjemny efekt.

Od początku tropiłam zapowiadany w opisie producenta tytoń i... Nic.
Do czasu.

Najpierw pojawia się coś, co z rozpędu zinterpretowałam jako... Spaleniznę. Jak gdyby krople miodu spłynęły na blachę pieca, w którym nasz piernik upieczono i powoli skwierczały i czerniały w żarze. Po chwili jednak zorientowałam się, że umysł płata mi figle usiłując konsekwentnie kontynuować ciąg skojarzeń.
Tymczasem ta intrygująco gorzkawa nuta to jedna z najładniejszych odsłon dymnego tytoniu w perfumach. Zestawiony z intensywnymi nutami przyprawowymi tytoniowy aromat zdaje się delikatny, nieomal aksamitny. Pachnie jak świeży tytoń fajkowy ledwo co rozpalony w cybuchu z pociemniałego sandałowca. Przyjaźnie.


W miarę rozwoju nuta tytoniowa zmienia nieco odbiór kompozycji - zapach wcześniej typowo spożywczy staje się... Metaforyczny. Dom, świeże ciasto, fajkowy dym, ślad aromatu kawy.
Pojawia się wanilia i drzewna baza z nutami sandałowca i mieszanki, którą identyfikuję jako drewno kaszmirowe. Podejrzewam też dodatek agaru (nutka, która momentami przypomina mi Incense Noir Axa Luxe) oraz suchej, orzechowej paczuli.

I to jest moment, który podoba mi się najbardziej. Kiedy złagodnieje słodycz, kiedy zapach ułoży się na skórze - jest tak piękny, że (mimo niewątpliwej piernikowości) prawie mój.

***

Jeśli ktoś szuka zapachu będącego aromatem domowego piernika i jednocześnie "dorosłego" - takiego, który mimo, iż wywołuje sentymenty da się jednak nosić bez posądzenia o dziecinadę, to niech już nie szuka.
Elf-Fulfilling Prophecy jest kompozycją łączącą te pozornie sprzeczne cechy w sposób, który powinien zadowolić najbardziej wybrednego konesera. I to nie tylko kobietę, bo w tym konkretnym pierniku bez problemu wyobrażam sobie mężczyznę.



Data powstania: 2009
Twórca: Brent Leonesio

Nuty zapachowe:
cynamon, tytoń, nuty drzewne

* Wszystkie ilustracje pochodzą z trylogii "Lord of the Rings" Petera Jacksona
** Ostatnia została "ulepszona" przez Izabelę Kamińską publikującą swoje prace pod pseudonimem Elenai

Reklama :)))

W ramach usprawiedliwienia i prywaty pokażę Wam, co pożera mi ostatnio gros wolnego czasu.
Mam na myśli organizację imprezy, nie kręcenie reklam. :)))

Proszę po dwakroć klikać w okienko, inaczej nie widać całości. :]

środa, 14 lipca 2010

Perfumeryjny księżyc: Bois 1920 Come La Luna



Próbka tych perfum wpadła mi w ręce przypadkiem. Nie, nie będę twierdzić, że znalazłam na ulicy. :)

Podczas ostatnich zakupów na LuckyScent przysłano mi Come La Luna zamiast Bois Naufrage PG, które akurat "wyszły". Nie tryskam entuzjazmem z tego powodu, ale też rozpaczać nie będę. Zdryfowane Drewno pana Guillaume'a i tak w końcu zdobędę, a po Come La Luna pewnie nie sięgnęłabym.

***

Najbardziej obawiałam się otwarcia.
Czegóż można się spodziewać po otwarciu pachnącym mandarynkami i słodkimi pomarańczami? Nie mam nic do mandarynek, ale Mandarine Tout Simplement czy Mandarine Basilic już znam i nie pożądam kolejnych wcieleń.
Ogólnie cytrusy nie należą do moich ulubionych składników perfumeryjnych.

Tymczasem na mojej skórze Come La Luna w ogóle nie ma nuty głowy. Nie ma pomarańczowego otwarcia.
Zaczyna się delikatnym tchnieniem różowego pieprzu ledwie muśniętego ziołami. I to nie kolendrą, lecz głównie rozmarynem: suchym, eterycznym i zupełnie niespożywczym.


Na to, by zalśnić pełnym blaskiem księżycowa kompozycja Guido Galardiego potrzebuje ledwie kilku chwil.

Najpierw następuje delikatne zachwianie - smuga niespodziewanie szorstkiego kadzidła pojawia się jak wieszczba, omen, który rozwiewa wszelkie wątpliwości: obawy, albo nadzieje na to, że będzie to kompozycja słodka i lekka.
Ale znów trwa to ledwie przez moment, chwilę niewystarczającą na to, by przygotować się na kolejne nuty.

Pełne, kompletne brzmienie serca kompozycji olśniło mnie i... Zaskoczyło.
Palisander, laur, spokojne i jasne kadzidło zespolone z przepięknym wetiwerem, nieco dymnymi nutami drzewnymi i ciepłą ambrą. Znam ten zapach. Toż to brat rodzony Gucci Pour Homme (w pierwszej godzinie) i Cashmere For Men Cristiano Fissore (kiedy nieco przygaśnie). Dokładnie to samo jasne, spokojne kadzidło, dokładnie ta sama aksamitna drzewność, to samo perfekcyjne, kompletne połączenie nut... Tyle, że to już było.

Różnice są nieznaczne i raczej na korzyść starszych kompozycji. Come La Luna jest nieco lżejszy, łagodniejszy; jego baza jest nieco mniej drzewna, z wyraźnie wyczuwalnym, ładnym wetiwerem i przyprawowym akcentem rzucającym na schyłek kompozycji odrobinę chłodnego światła. Są to jednak drobne detale nie niweczące wrażenia deja vu.


Trudno mi w tych okolicznościach silić się na obiektywne podsumowania. Bo zapach jednocześnie zachwyca mnie i rozczarowuje.
I nie wiem, czy fakt, że serce nie bije mi mocniej wynika z jakichś defektów kompozycji, czy z dywersyjnej działalności mojej podświadomości, która zamiast Come La Luna chce widzieć Cashmere i Gucci PH.

W każdym razie jedno się zgadza: Come La Luna znaczy "jak księżyc" i rzeczywiście, kompozycja Galardiego świeci odbitym światłem.


Twórca: Guido Galardi

Nuty zapachowe:
Nuta głowy: sycylijska mandarynka, sycylijska słodka pomarańcza
Nuta serca: palisander, różowy pieprz, kolendra
Nuta bazy: indonezyjska paczula, ambra, kadzidło


* Wszystkie ilustracje pobrane z Flickr:
- pierwsza: "Smoke Tinged Halloween Moon" z zasobów użytkownika peasap
- druga: "Moon Behind Rosemary" z zasobów użytkownika alexss
- trzecia: "Moonlight of Gold" z zasobów użytkownika bobesh14

czwartek, 8 lipca 2010

Seryjni cudotwórcy nie istnieją czyli Comme des Garcons Guerrilla 2


Czy można dwukrotnie przeprowadzić rewolucję?
No można w sumie. Rewolucji mamy w historii sporo, kilka nawet "wielkich", ale jakoś nie występują seryjnie.
Tymczasem CdG usiłowało upchnąć dwa partyzanckie, rewolucyjne zapachy w jednym roku i... I raz im się udało. O czym pisałam.

Druga zapachowa Partyzantka rozczarowuje. Nie brzydotą bynajmniej, bo w konkursie piękności zajęłaby prawdopodobnie pozycję znacznie wyższą, niż Jedynka. Rozczarowuje wtórnością. I urodą właśnie.

Pierwszy, cytrusowo - imbirowy akord zabrzmiał na mojej skórze tak klasycznie, normalnie, że odruchowo sprawdziłam napis na fiolce, z której aplikowałam płyn na skórę. Wszystko się zgadza: Guerrilla 2.

Chwilę nadziei, przeżyłam kiedy przy wyciszaniu się musującego, świeżego otwarcia zapach zachwiał się, jak gdyby zawahał na moment skłaniając się w stronę nut syntetycznych pogłębionych ładnym, drzewnym cynamonem. Niestety, jak już wspomniałam, była to ledwie chwila, mgnienie oka, po upływie którego kompozycja podreptała w stronę mieszanki zwiędłych malin, tuberozy i mydlanego piżma.
Odrobinę pikanterii temu zestawowi dodaje pieprz, jednak pikanteria nie wystarczy, by uczynić ten niezbyt rewolucyjny związek nut godnym nazwy.

To nie partyzantka. Raczej oficerska umywalnia. Jak najbardziej mundurowa - co najwyżej z kilkoma nieregulaminowymi chudymi pannami... Powiedzmy, że łaziennymi na wyposażeniu.

Trzon kompozycji to akord krągły i kompletny; łączący oszałamiający aromat tuberozy z szorstkimi nieco nutami przyprawowymi i jasnym piżmem, którego kosmetyczny charakter podkreśla tu mydlący się imbir (o tej niezwykłej właściwości imbiru pisałam, między innymi, przy okazji Fresh Ginger Demeter).
Kiedy pojawia się bazowy akord drzewny Guerrilla 2 zaczyna przypominać złagodzone i rozjaśnione Cedre Serge Lutens (perfumy wprowadzone na rynek nieco ponad rok wcześniej). Bez charakterystycznej dla większości zapachów SL zawiesistości i bez charakteryzującego tamtą kompozycję rozmachu. Jest ładnie i miło.

No sorry, ale taka partyzantka mogłaby co najwyżej sabotować wroga kradnąc mydło i papierowe ręczniki.


Data powstania: 2006
Twórca: Nathalie Feisthauer

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: bergamota, różowy pieprz, imbir
Nuty serca: czerwony pieprz, kurkuma, malina, tuberoza
Nuty bazy: wetiwer, cedr, piżmo



* Ilustracje pochodzą z musicalu "Bathhouse": www.bathhousethemusical.com
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...