środa, 29 września 2010

Prezent dla obserwujących - Pink Quartz Olivier Durbano

Moi drodzy, jeśli ktoś ma ochotę przed polską premierą poznać Pink Quartz Oliviera Durbano, mam do oddania próbkę tego zapachu. Próbka ma ok 1 ml i atomizer.



Żeby Quartz nie podróżował samotnie, mogę dołożyć mu do towarzystwa próbki pozostałych kompozycji z serii Pierres Poemes:
Wszystkich, albo do wyboru. :)

Aby wziąć udział w losowaniu (bo pewnie trzeba będzie losować) wystarczy być jawnym obserwatorem SoS i zostawić komentarz pod tym postem.

Zabawa jest ekspresowa. Na zgłoszenia czekam dwa dni, do 2:32 w nocy z czwartku na piątek. W piątek też wysyłam paczuszkę.


* Zdjęcie ponownie z bloga: sorceryofscent.blogspot.com

wtorek, 28 września 2010

1740 - Marquis De Sade Histoires de Parfums

 .
Markiz de Sade - postać, którą znają wszyscy. Po dziś dzień wzbudza skrajne emocje: niechęć, obrzydzenie, czasem podziw, fascynację, niedowierzanie. Znakomita większość ludzi ma na jego temat własną opinię. Ba! Zadziwiająco wiele osób twierdzi, że był on piewcą wolności seksualnej, moralnej i intelektualnej, filozofem, wojownikiem w walce z kołtuństwem i zakłamaniem.

Doprawdy, ciekawa jestem, ile z tych osób czytało "Sto dwadzieścia dni Sodomy" opatrzone przez autora podtytułem: "szkoła libertynizmu".


Donatien Alphonse François de Sade wraz z Leopoldem von Sacher-Masochem uznawany jest za najważniejszy głos libertynizmu - ruchu społecznego propagującego szeroko pojętą wolność osobistą, ze szczególnym naciskiem na odrzucenie norm obyczajowych dotyczących seksu i nagości. Brzmi intrygująco, prawda?

Obaj pisarze tworzyli dzieła pełne seksualnej przemocy, łączące seks z bólem i upokorzeniem. Warto jednak podkreślić, że, w przeciwieństwie do Masocha, de Sade nie propagował wolności opartej na zgodzie dwóch stron relacji.
O ile najsławniejsze dzieło Masocha "Wenus w futrze" jest opisem perwersyjnego, ale momentami podniecającego eksperymentu, któremu poddał się dobrowolnie spisując umowę z kobietą, której miał służyć jako niewolnik przez pół roku, o tyle historie de Sade akcentują wolność jednej tylko strony tych przedziwnych relacji - a mianowicie strony czerpiącej przyjemność z zadawania cierpienia. Fakt, że ofiarami są osoby przypadkowe, uprowadzone, zniewolone, pozbawione możliwości wyboru, że często są to dzieci, że w wyniku rozrywek kata zostają one okaleczone, a nader często także w okrutny sposób zamordowane, dla mnie przynajmniej, nie jest bez znaczenia.

Czy czytałam "Sto dwadzieścia dni Sodomy"? Tak, czytałam. Przyznam jednak, że nie byłam w stanie sumiennie, akapit po akapicie przebrnąć przez całość książki, która opisuje tortury, przy których standardowe procesy inkwizycyjne zdają się być zabawą pozbawionych fantazji rzeźników. Nie tylko z powodu trudnej treści, ale też dlatego, że rzecz jest po prostu fatalnie napisana.
O ile w pierwszych rozdziałach de Sade sili się jeszcze na jakąś fabułę, o tyle pod koniec "Szkoła libertynizmu" jest tylko zbiorem opisów tortur i egzekucji. I o ile pierwsze pomysły z rodzaju podglądania siusiającej dziewczynki można jeszcze (teoretycznie wyłącznie) uznać za perwersyjnie fantazyjne, to już odcinanie młodemu chłopcu genitaliów, wypalanie w ich miejscu rozżarzonym prętem otworu umożliwiającego kopulację z oszalałym z bólu człowiekiem uważam za jednoznacznie odrażające i nie, nie uznaję tej metody przedstawiania cierpienia za "filozofię".

Na koniec napiszę coś oczywistego. Nie lubię pana Donatiena Alphonse'a Françoisa de Sade, nie szanuję wolności, którą propagował. Bo wolność jednostki powinna kończyć się w punkcie, w którym narusza wolność innej jednostki.


W świetle tego, co napisałam powyżej, nikogo chyba nie zdziwi, że na kompozycję z markizem w tytule nie rzuciłam się z entuzjazmem i pieśnią na ustach. Ponieważ jednak nieuniknione jest, że recenzji tego zapachu pojawi się coraz więcej, chciałam, żeby wśród nich była i moja. Z tym właśnie strasznym wstępem.

Porwanie się na zapach o takim imieniu jest, moim zdaniem, szaleństwem. Nie istnieje bowiem kompozycja, która zdolna byłaby "unieść" szaleńcze wizje de Sade'a. A gdyby nawet udało się stworzyć coś wystarczająco pokrętnego i mrożącego krew w żyłach - nie wyobrażam sobie (zdrowego psychicznie) człowieka, który to kupi i odzieje się w tę wizję.
Dlatego właśnie 1740 jest tylko marketingową sztuczką - prowokacją obliczoną na to, że ludzi pociąga występek, perwersja nawet, ale zdobywanie rzetelnej wiedzy jakoś nieszczególnie.


 De Sade nie jest zabawny. 
O tym nie chcieliście wiedzieć... 
Prawda?


Z wielką ulgą powitałam pierwsze nuty - fizjologiczne, nieświeże, z zakwaszonym karykaturalną bergamotą akcentem piżmowym i odrobiną kastoreum. Nie chciałam polubić tej kompozycji.
Druga warstwa tego zapachu również początkowo budziła we mnie wyłącznie niechęć: dokładnie tę woń czujemy, kiedy dzień po imprezie wkładamy do pralki ubrania, w których spędziliśmy wieczór w okropnie zadymionym pubie. Przez jakiś czas było wystarczająco źle.

Niestety, po upływie kwadransa, moja chemia zaczęła "mielić" ten olfaktoryczny koszmar, wydobywać z niego ciepłe nuty, uwalniać aromaty drzewne, ślad kwiatów dawana, piękną, miękką skórę i dymne labdanum.
Zapach nadal jest fizjologiczny, mocno cielesny, jednak na tym etapie przestaje być to cielesność rodem z obrazów Dudy - Gracza. Staje się występnie kusząca. Jak grzech. Cóż z tego, że jest brzydki w oczach Boga, skoro bywa tak przyjemny?

 

Piżmowo - paczulowy, wilgotny i słodki zapach spoconego ciała stanowi kanwę, na której Ghislain oparł całe serce zapachu (czyż serce w tym kontekście nie brzmi ironicznie?).
Na tym tle rozsnuł ślady aromatów kwiatowych i rozrzucił szczypty ziołowych przypraw. W tle, poza charakterystycznie skórzaną wanilią czają się lepkie nuty żywiczne. Przypomina mi ten etap mocno złagodzone  Musc Ravageur ozdobione kroplą Shalimara.

Baza jest spokojna, jednocześnie leniwa i odrobinę pikantna. Jeśli pójść mam tropem erotycznych skojarzeń (a to chyba było intencją Twórcy, skoro nadał tej kompozycji takie właśnie imię), ostatnie godziny z 1740 są jak poranek po spędzonej z kochankiem nocy. Nie jest to jednak wrażenie jednoznacznie negatywne, jak w recenzji Frycka Szkodnika. To prawda, że wciąż towarzyszy nam zapleciony we włosy tytoniowy dym, to prawda, że pościel jest przepocona i wymięta, to prawda wreszcie, że raczej nie bralismy kąpieli przed... Snem. 
Tym razem jednak czujemy się spełnieni.

Za ukłon w stronę upodobań ojca sadyzmu uznaję dziwną, niepokojącą słodycz przypominającą mi nieco zapach krwi. Nie jest to jednak nuta, która krzyczy, wczepia się w świadomość i nie daje spokoju. Nie każe mi myśleć o bólu, strachu i upokorzeniu. Ot, odrobina bezpiecznej dominacji za zamkniętymi drzwiami.


Na koniec krótko i zwięźle napiszę, że 1740 nie są kompozycją na miarę swego patrona. Nie są występne, brutalne, perwersyjne. Na szczęście.


Data powstania: 2001
Twórca: Gérald Ghislain

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: bergamota, kwiat davana
Nuty serca: paczula, kolendra, kardamon
Nuty bazy: cedr, labdanum, brzoza,  skóra, wanilia, nieśmiertelnik


* Pierwsza ilustracja to portret de Sade'a z epoki
** Druga: okładka płyty "In the Name Of Marquiz de sade" zaspołu Sociopath
*** Trzecia i czwarta: zdjęcia reklamowe z przedstawienia teatru Grodek "Madame de Sade" Yukio Mishimy 
**** Ostatnia ilustracja: Aleksandra K. Nowak "Morning"

poniedziałek, 27 września 2010

1969 Histoires de Parfums

 .
Rok 1969. 


Pierwsze skojarzenie: Woodstock. Następne, na zasadzie naturalnej konsekwencji, niesławny grudniowy Altamont Festival ochraniany przez Hells Angels w zamian za 500 dolarów w piwie.

Dla mnie to także rok, w którym ruszył Latający Cyrk Monty Pythona - cykl, który w znacznej mierze definiuje moje poczucie humoru.
Nie sposób nie wspomnieć o pierwszym lądowaniu ludzi na księżycu, czyli misji Apollo 11, która to misja, z historycznej perspektywy, okazała się znacznie mniej znacząca, niż Latający Cyrk...


Ewolucja seksualna
czyli jakie owoce wydadzą te owoce?


Otwarcie jest rozczarowująco śliczne. Prawdziwie słoneczne owoce od razu postraszyły mnie wizją uśmiechniętych, nastoletnich hippisek potrząsających sznurami barwnych paciorków i błyskających nagimi, brzoskwiniowymi udami spad kwiecistych spódnic. Okropność! :)))

Myślałam sobie, że przyjdzie mi tu opowiadać historię radosną, pełną słońca i banalną. Na szczęście nie będzie aż tak dobrze.

***

Pierwszą dającą nadzieję nutą jest kardamon. Najpierw nawiana wiatrem szczypta ledwie, potem kolejna. I kolejna. Podbita goździkowym chłodem ostrość kardamonu to pierwsza rysa na sielankowym obrazku otwarcia. Jak gdyby spódnica podwinęła się zbyt mocno, nazbyt odważnie odsłaniając ciało. Mamy z jednej strony pikanterię wcale apetyczną, z drugiej, chłodne reakcje przyglądających się tańczącym w parku dziewczętom gapiów.

Któż jednak tańcząc boso na trawie dostrzega niechętne spojrzenia i zaciśnięte w wyrazie potępienia usta? Słońce grzeje coraz mocniej, robi się cieplej; atmosferę łagodzi i ogrzewa wyraźny, lecz nie uciążliwy aromat kwiatów i ślad pomarańczy (a może to kwiat pomarańczy?). Delikatne aromaty kwiatowe na chwilę równoważą akord przyprawowy; opowieść na moment zwalnia.
Tancerka waha się, przystaje, z przymkniętymi powiekami wystawia twarz do słońca myśląc o tym, że lato  jest tuż - leniwe, złociste dni, leżenie na kocu w pełnym słońcu, klomby pełne kwiatów, kompot z czereśni...

Chwila bezruchu przedłuża się: teraz i ja zaczynam się wahać. Czy przypadkiem Gérald Ghislain nie zostawi mnie na tym skwerku, w pełnym słońcu i w towarzystwie zadumanej, złotowłosej panny?


Stoimy tak chwil parę - bosonoga dziewczyna i ja. Ona ani drgnie, ja zaczynam się nudzić.

Na szczęście przewidując schyłek wiosny miałyśmy rację. Na ogrzanym nieistniejącymi słonecznymi promieniami ciele mojej olfaktorycznej wizji pojawiają się drobne krople potu. I właśnie z jedną z takich, przycupniętych nad obojczykiem, kropel poprowadzi nas Ghislain dalej.

Już sam widok lśniącego wilgocią ciała może być kuszący. Nuty piżmowe wplatają się w kwiatową wizję dyskretnie, lecz konsekwentnie. Śledzona przez nas kropla spływa powoli wzdłuż dekoltu cienkiej bluzki, pojawia się cień zmysłowej słodyczy: wytrawna, ciemna czekolada, której aromat nabiera mocy, jak gdyby naprawdę topiła się na skórze. Trwa to długo. Zapach rozwija się powoli, z pewną nieśmiałością.
Kiedy, wraz z wędrującą po ciele kroplą docieramy do krągłości dziewczęcej piersi na moment zatrzymujemy się ze zdziwieniem zauważając, że pikantny akord powrócił niosąc ze sobą róże, dzięki którym stał się cieplejszy, odważniejszy i bardziej zmysłowy.

A potem zmieniamy nieco tor - do kardamonu i harcujących goździków dołącza szafran i pieprz, nuty przyprawowe zaczynają brzmieć prowokacyjnie, a niepokojące złożenie ambry, ciemnego kakao i suchej jak pieprz paczuli prowadzi nas po aksamitnej skórze łagodnym łukiem między dziewczęce piersi. W miejsce zasłonięte, w które ja poprowadzić się Was nie ważę... Napiszę tylko, że robi się coraz bardziej pikantnie i u schyłku roku 1969 po owocowej słodyczy i białym kwieciu ślad nie zostaje.


W opisie kompozycji Ghislain postawił na rewolucję seksualną. Ja zamierzałam pójść tropem rockowych koncertów, ale... Po prostu nie byłam w stanie.

1969 rzeczywiście opowiada pewną historię: ewolucji bardziej, niż rewolucji; zmysłowej bardziej, niż seksualnej. Jest to opowieść o zmianie. Od banalnej, niewinnej radości życia, przez krztynę pikanterii, fazę budzącej się, niemrawej nieco kobiecości, po łagodną, lecz dojrzałą zmysłowość.

Kompozycja z definicji przeznaczona dla płci obojga w dwóch momentach zdaje mi się kobieca. W pozostałych, dzięki umiarowi w użyciu nut słodkich i brakowi typowych olfaktorycznych "pluszaków" typu wanilia i bób tonka, jest to rzeczywiście uniseks.


Twórca: Gérald Ghislain

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: słoneczne owoce, aksamitna brzoskwinia
Nuty serca: róża, białe kwiaty, kardamon, goździki
Nuty bazy: Paczula, czekolada, kawa, białe piżmo

 

* Drugie zdjęcie: Sienna Miller
** Czwarte: autentyczna fotografia z epoki dostępna na wielu różnych stronach w sieci. Nie wiem, kto jest autorem.

niedziela, 26 września 2010

Naiviris Huitième Art Parfum

.
Jeśli kompozycja opisywana jest jako jednocześnie pikantna i "dobrze wychowana", a do tego śmiertelnie czerwona... Oczywiście może okazać się kompletnym niewypałem.

I wcale nie opis sprawił, że znalazł się Naiviris w pierwszej trójce recenzowanych przeze mnie zapachów Huitième Art Parfum. Po prostu, wraz z Fareb znalazł się on w trójce zapachów, które przy pierwszych testach zrobiły na mnie najlepsze wrażenie. I o ile te dwa były do przewidzenia, to trzeci wybraniec Was zaskoczy... Ale o tym następnym razem.

Dziś "intymna schadzka pikantnego aromatu afrykańskiego Czerwonego Irysa i ciepłej, pulsującej woni drewna Zebrano".


Niepokojąca pikanteria bytu


Otwarcie jednocześnie intryguje i niepokoi.
Intrygujący jest wyraźny, niejednoznaczny aromat przydymionego drewna, pachnącego jak lekko podpalana mieszanka palisandru, sandałowca i pastowanego cedru. Niepokojące zaś są nuty irysa -  mój nos doskonale zapamiętał przygodę z innym irysem pana Guillume'a: Cuir d'Iris i perspektywa powtórnego jej przeżycia nie jest mu miła. Reszcie mojego organizmu również.
Na szczęście dziwna, słodkawa woń irysowego kłącza nie rozwinęła się tym razem w znanym z tamtej kompozycji kierunku.

Po niespełna kwadransie, do dwunutowego pierwszego akordu dołączają kolejne składniki: przede wszystkim wielopłaszczyznowy, bogaty, delikatnie kwiatowy szafran, po szczypcie pieprzu i pikantnego kardamonu, gałka muszkatołowa, kilka gęstych kropel olejku różanego, który może tłumaczyć wrażenie obecności palisandru w otwarciu. 
W tle brzmi kremowa wanilia, najprawdopodobniej odrobina ambry i... Nie wiem, czy zmysły mnie łudzą, czy drewno Zebrano, którego zapachu nie znam mnie mami, czy rzeczywiście... Agar. Nadający kompozycji nietypowej gładkości składnik X. Przy pastowanym otwarciu powinnam była przewidzieć, że go tu odnajdę.

Naiviris to kompozycja rzeczywiście łącząca w spójną, harmoniczną całość nuty pikantne i łagodne; aksamitny aromat róży z nietypowym, dość trudnym akcentem drzewnym; nuty przyprawowe z kremową, śmietankową nieomal wanilią, dziwacznego, guillame'owego irysa z czającym się w tle perfumeryjnym orientem. 
I tak, napiszę to: nie myliłam się, to jest zapach, który może zrobić wrażenie.


W miarę układania się na skórze, wchodzenia w reakcję z chemią ludzkiego ciała zapach łagodnieje. Pikantne nuty nadal stanowią jeden z ważnych elementów kompozycji - łagodność objawia się całkowitym niemal zanikiem bagnistego nieco irysa, wyjściem do przodu róży, ewolucją nut drzewnych w kierunku czegoś, co nazwać można orientalną bazą: cenne drewna z agarem włącznie, wanilia, niewyczuwalne nieomal, lecz nadające kompozycji charakterystycznego złocistego ciepła nuty zwierzęce (nie wiem tylko, czy to ślad ambry, czy piżma, czy raczej obu).

Całość pachnie jak gdyby charakterystyczne dla agarowców typu Midnight Oud Juliette Has a Gun czy Aoud Micallef złożenie róży i drewna było punktem wyjściowym, kłębkiem nut, na który Guillaume nawinął dodatkowo dwie antagonistyczne nitki: pikantną i kremową. I jakimś cudem te niepasujące do siebie elementy układanki tworzą całość. Niejednolitą, pozornie niestabilną, a jednak harmoniczną.

Nie wiem sama, jak opisać ten finalny efekt. Z jednej strony niewątpliwie jest to kompozycja bogata, nosząca cechy orientu, z drugiej strony pikantne nuty dają jej niezwykłą... Lotność. Wrażenie, jak gdyby była lżejsza od powietrza i niepilnowana mogła ulecieć, jak wypełniony helem barwny, bogato zdobiony balon.

Czy potrzebna jest pointa? Czy ktokolwiek nie przejrzał mnie jeszcze?


Data powstania: 2010
Twóraca: Pierre Guillaume

Nuty zapachowe:
enigmatyczne

* Pierwsze zdjęcie: Isaac Lonestree "Purple Black Iris" 
*** Ilustracja numer trzy: "The launch of the Montgolfier Balloon over Paris" z kolekcji Harry'ego F. Guggenheima

sobota, 25 września 2010

Odpowiedź na pytania o ofertę Maison Francis Kurkdjian i mało znana marka Ramon Molvizar


Otrzymałam Quality wyczerpujące informacje dotyczące oferty Maison Francis Kurkdjian. 

 

Wieść brzmi:
Quality będzie prowadziło pełną ofertę Francis Kurkdjian: zarówno perfumy, jak i świece zapachowe, płyny do płukania tkanin oraz pachnące bańki mydlane. 
Pachnące bańki mydlane? Chyba się skuszę. :)

A wiecie, co jest najmilsze w tej wiadomości? Że nie pytałam. 
Po prostu jedna z Właścicielek przeczytała Wasze komentarze i chciała możliwie szybko zaspokoić Waszą ciekawość. To się nazywa "wyjście do klienta". Czyż nie miłe?

***

Druga informacja dotarła do mnie wyłącznie dzięki  reklamie, która pojawiła się... Na moim blogu.
Co prawda niezrównany Forevermore pisał o tej marce na forum O Perfumach już prawie rok temu, ale może ktoś (tak, jak ja) przeoczył.


Na firmamencie polskiego rynku perfumeryjnego zabłysnęła nowa gwiazda. I słowo "zabłysła" użyte  zostało przeze mnie z premedytacją.


Ramon Molvizar to dom perfumeryjny założony przez Hiszpańskiego kreatora perfum Ramóna Bejara. Ma on być kwintesencją szlachetności i luksusu łącząc piękno zapachu i jego oprawy.

Flakony Ramon Molvizar to małe dzieła sztuki jubilerskiej, zaś w ich wnętrzu, poza perfumami oczywiście, znaleźć możemy, między innymi, drobiny złota.


Polska strona firmy: www.ramonmolvizar.pl (ładny link w panelu sponsorskim).

Inspirowane orientem perfumy Ramon Molvizar dostępne są w perfumeriach stacjonarnych w 11 miastach w Polsce (lista na stronie dystrybutora). 
Firma zaś zaczęła kampanię reklamową na szeroką skalę. I dobrze. :)

Przyznaję, że poznanie Black Cube kusi mnie...  

Fareb Huitième Art Parfum

.
Dziś drugi zapach Huitième Art Parfum z nutami skórzanymi.
Tym razem kompozycja zachwyciła mnie od pierwszego momentu. Wąchana z koreczka pachniała nieco nostalgicznie jak męska wersja Daim Blond. Pomyślałam, że to spełnienie marzeń...
Jednak zaaplikowany na ciało Fareb okazuje się wcale nie być łagodnym romantykiem, którego oczekiwałam.


Pozwólcie zaprosić się daleko...


Intensywny, ostry, korzenny aromat, zaproponowany nam przez Pierre'a Guillaume'a w cyklopowym flakoniku z żółtą źrenicą otacza nosiciela ekspansywnie, szorstko, bezpardonowo. Jego woń to żywcem przeniesiony z Afryki aromat egipskiej knajpki - obraz odtworzony, nie skonstruowany.

Żywiczne kadzidełka, aromatyczny dym shishy, ciemno palona kawa w tle, skórzane kanapy, suchy kurz, orientalne olejki wtarte w żylaste męskie ciała, gdzieś daleko, za zapachowym horyzontem ślad nut zwierzęcych. Fantastyczne!

I tak, jak reklamom nie wierzę, tak tutaj przyznać muszę, że rzeczywiście jest coś pierwotnego, archetypicznego w tym zapachu. Jak gdyby nie był on celową, przemyślaną kompozycją, lecz skroplonym wycinkiem rzeczywistości. Realnym w sposób, który równie dobrze nazwać można pięknem, jak i brzydotą.

Dla mnie to fenomen przypominający nieco Kyoto, a nieco Ouarzazate. Tylko bez konotacji świątynnych.


W miarę jak rozwija się na skórze, ślady orientalnego przepychu brzmiące w otwarciu zostają stłumione i dominować zaczyna kwartet nut ciemnych: dym fajkowy, ciemna skóra, pieprz i... Moim zdaniem to lukrecja. Z czasem, u schyłku zapachu, znów wyraźniej wychodzi kawa.

W tle pobrzmiewa wysuszone, stare drewno;  nie podejmuję się oceniać, czy to aromat drewna nieśmiertelnika, bo nie znam jego zapachu. Dla mnie baza brzmi jak połączenie wyrzuconego przez morze i wysuszonego w słońcu cedru z balsamem kopaiba.

Ostatni europejczycy dawno już opuścili lokal - jest głęboka noc, odziani w szare galabije arabscy mężczyźni w milczeniu palą fajki. Jest cicho, panuje półmrok, powietrze przesycone jest odurzającym dymem. Niektóre głowy opadły już na piersi, gdzieniegdzie rozlega się ciche pochrapywanie, ale nikt nie rusza się z miejsca.
Fareb jest jak nazwa dziwnego obrzędu. Nikt nie wychodzi, dopóki trwa...


Data powstania: 2010
Twórca: Pierre Guillaume

Nuty zapachowe:

* Pierwsza fotografia autorstwa Michaela Setbouna pochodzi z Corbis Images.
** Drugie zdjęcie autorstwa użytkownika jusplaintheme na Flickr

piątek, 24 września 2010

Ambre Ceruleen Huitième Art Parfum


Mój próbkowy zestaw Huitième Art Parfum dotarł wreszcie, potraktowany przez Pocztę Polską bez atencji i brutalnie. Nie chcę wyobrażać sobie, co działo się z nim przez dziewięć dni, podczas których pokonał te 280 kilometrów z hakiem...

Oto przede mną osiem atomizerków, na które czekałam. Po pobieżnych testach uznałam, że trzy zapachy mi się podobają bardzo, dwa są owszem, dwa nie, a jeden... Jeden nie wiem.
I ten właśnie, który wzbudził ambiwalentne uczucia, choć powinien urzec, uznałam za pierwszego kandydata do testów globalnych.

Nikogo chyba nie zdziwi wybór.


Ambra zmieszana


Moja słabość do ambr staje się coraz bardziej widoczna. Nie zamierzam się z nią kryć: długo dojrzewałam do tej nuty, teraz jestem dojrzała. Następna faza to będzie mania. :)
Mieszane uczucia wzbudził we mnie właśnie niedobór ambry w otwarciu. Pierwszy akord jest pudrowo - zamszowy. Ma wyraźną fakturę, jak miękko wyprawiona skórka wywrócona szorstka stroną do wierzchu. Woń jest delikatna i nieuchwytna nieomal jak w Daim Blond, szczególnie kiedy przez skórzaste nutki przesączać zaczyna się delikatny aromat kwiatowy. Werbena.

Początkowo ledwo wyczuwalna, szybko podnosi głos, zaczynając dekoncentrującą melorecytację sukcesywnie przekształcającą się w jękliwy zaśpiew. Monotonny, lecz irytujący. 
Kwiatowo - cytrusowa woń skutecznie zagłusza pierwszy, intymny akord, zmieniając Ambre Ceruleen w coś... czym być nie powinny.

Na tym etapie zaczęłam się niepokoić, zastanawiać, cóż ten Guillaume nazywa Bladobłękitną Ambrą, skoro ja czuję żółtą werbenę. Nawet jeśli wiem, że kwiaty werbeny nie są żółte - zapach jest. A już na pewno do błękitu mu daleko.

 

Na szczęście testując perfumy nie można się zniechęcić i odrzucić ich jak rozczarowującą książkę, czy wyłączyć jak nie odpowiadającą nam muzykę. Aplikując zapach na własną skórę zawieramy pewną umowę z jego Twórcą. Brzmi ona: i nie opuszczę cię aż po bazę.

Rzadko zdarza mi się zrywać tę umowę i czynię to tylko w sytuacji zagrożenia swego zdrowia i równowagi psychicznej. Tym razem zagrożenia nie było - nawet trudna werbenowa pieśń wciąż nie stanowiła kakofonii nut ani olfaktorycznego hałasu atakującego zmysł węchu ponad miarę.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy wyczułam wlewający się w kompozycję jak ciepłe mleko sandałowiec. Piękny, oleisty, ciepły.
Tuż za nim pojawił się zapach gorzkich migdałów. Nuta nie należąca do moich ulubionych, tu jednak działająca jak magiczny składnik inicjujący kolejną woltę. Przeobrażający Ambre Ceruleen w aromat drzewno -  migdałowy, ciepły, żywiczny i kremowy.

Kompozycja znów nabiera charakterystycznej lekko skórzastej szorstkości, która w połączeniu z kremowo - żywicznym akordem tworzonym przez bób tonka, opoponaks, balsam peru i nuty balsamiczne daje wrażenie, które najłatwiej mi przyrównać do odczuć podczas masażu rozgrzanego ciała szlachetnym olejkiem z dodatkiem drobin mielonych migdałów. Stłumiony, nieco mydlany aromat werbeny, który gdy ochłonęłam z zadziwienia udało mi się ponownie odnaleźć, dodatkowo potęguje wrażenie "kosmetyczności" zapachu.

Kiedy kompozycja wyciszy się i zakończy cykl przemian, czuję się rozgrzana i... czysta.
Trochę jak podczas wizyty w hammamie, kiedy po masażu w kremowej pianie i stymulującym zmysły peelingu leżę na nagrzanym kamieniu wdychając woń szlachetnych olejków i aromatycznego mydła.
Zapach jest łagodny, nieco "arabski". Wreszcie pojawia się ślad ambry, złocisty jak blask świec. Bardzo ładny.


Cóż jeszcze mogę dodać? Kompozycja jest niewątpliwie interesująca, ruchliwa, niezwykła. Poza etapem wyjącej werbeny - także urodziwa. Perfumeryjna, otulająca, budząca pozytywne skojarzenia. 

A jednak nie będzie moją. Testy polecam. I naprawdę ciekawa jestem innych opinii na temat Bladobłękitnej Ambry, która nie jest ani błękitna, ani szczególnie ambrowa. 
Ani trwała, niestety.


Data powstania: 2010
Twórca: Pierre Guiillaume

Nuty zapachowe:
enigmatyczne


* Pierwsze zdjęcie ze strony: www.travel-destination-pictures.com
** Druga ilustracja: "Verbena in a Vase" Susan McCormick
*** Na trzecim hamam przy Peace Road w Sharm El Sheikh

środa, 22 września 2010

Patchouli Mazzolari

.
Zapach ten, wraz z dwoma innymi próbkami, dotarł do mnie niespodziewanie, wprawiając mnie najpierw w osłupienie, potem w zakłopotanie, a ostatecznie sprawiając wielką radość. Same perełki, o których poznaniu marzyłam, przysłane na zasadzie "na nic się nie umawiałyśmy, ale prosiłaś o próbkę..." 
Rywko kochana - dziękuję!

Przy pisaniu recenzji pierwszy dylemat, jaki miałam to... Nazwa perfum. W serwisie Basenotes, na Makeupalley i na paru blogach (między innymi na doskonałym Now Smell This) widnieje jako Patchouly. Na LuckyScent, Fragrantica czy w katalogu Wizaż.pl jako Patchouli. Aby rozstrzygnąc tę kwestię, sięgnęłam na stronę producenta i oto nazwa najprawdopodobniej właściwa:


Libretto na primadonnę 
i chór tkliwych miłośników


Że paczula trudną nutą jest i czasem nie zachwyca powtarzam zawsze. I tym razem też powtórzę, szczególnie, że stężenie paczuli w Patchouli jest naprawdę wysokie i zapach moc ma potężną.

A jednak. Po pierwszym, trudnym akordzie, bardziej niż perfumy przypominającym ziołową, apteczną nalewkę, Patchouli zaczyna - nie zachwycać - raczej zadziwiać i budzić respekt.

Nuta przewodnia potraktowana została jak primadonna - wszystkie inne postaci tej zapachowej sztuki mają za zadanie podkreślać jej walory, akcentować wyjątkowość, stanowić atrakcyjne, ale tylko tło. Dano jej też wyjątkową swobodę ekspresji - pozwolono na śpiew pełnym, białym głosem, który nadaje tej kompozycji charakter i barwę.

Ciężki aromat zagęszczonego nieomal do granic turpizmu paczulowego olejku kojarzy się ze starością, zgrzybiałością nieomal. W połączeniu z kolosalną mocą daje to iście wampiryczny efekt. 


Paczulowej primadonnie towarzyszy dziwna, lekko kwaskowa nuta pachnąca jak sok ze świeżego szczawiu. Brzmi ona krótko - po godzinie nie zostaje ślad tego dziwnego wrażenia, ale na pewnym etapie równoważy ona nadprzyrodzoną moc paczulowej pieśni wzmocnionej, przesterowanej dodatkiem aromatów przyprawowych.

Drugi plan to domena ambry i nut zwierzęcych wnoszących w tę kompozycję tchnienie zdyscyplinowanej namiętności. Trochę jak gdyby ambrowy amant powściągał swe żądze lękając się rozdrażnić obiekt swych westchnień i zostać ostatecznie odepchniętym. Adoruje więc paczulę będąc na wyciągnięcie ręki i ani trochę bliżej.

Do gorących wyznań nie dochodzi, choć w momencie, kiedy ujawnia się akord miodowy i do chóru dołącza słodki głos kolejnego adoratora naszej primadonny, atmosfera nieco się zmienia: ociepla i łagodnieje. Nie na tyle jednak, by paczula przestała być sobą i by jej podbity goryczą przypraw charakterek stał się łatwy. To towarzystwo jest miłe. Ona nie. 

Mamy więc dominującą na scenie przedwieczną i chór nut otaczających ją z uwielbieniem. I z respektem - tak, by nie zasłaniać primadonny. 

Cóż jednak jest treścią tej sztuki? O czym z taką emocją śpiewają?
Może o tym, że miłość niespełniona boli, a bywa, że spełniona boli nawet bardziej?
 

Tutaj do spełnienia nie dochodzi. Status quo utrzymywane jest przez wiele godzin, aż po schyłek tej opowieści.

Nie jest to wszakże nudna i banalna historia niemocy - bowiem relacje między głównymi personami dramatu jednak się zmieniają. Rodzi się więź, ciepło, skrywana tkliwość. Paczula do końca pozostaje ekscentryczną dziwaczką, jednak w miarę zbliżania się do finału staje się coraz milsza, łatwiejsza, bardziej orzechowa. Niespełniony ambrowy kochanek znajduje ukojenie i spokój w platonicznej, ciepłej relacji ze swą bogdanką. Pozostali bohaterowie przestają nerwowo wyłamywać palce i robią swoje - śpiewają w chórze czyniącym z Patchouli kompozycję, nie duet nut.

I wyznam szczerze, że moim zdaniem, Patchouli Mazzolari zasługuje na oklaski. Zanim opadnie kurtyna, zanim zamilkną ostatnie nuty - jako nos obiektywny, bo na uroki paczuli dość odporny, powiem: brawo! 


Nuty zapachowe: 
indonezyjska paczula, przyprawy, nuty ambrowe, miód


* Na pierwszym i trzecim zdjęciu Helena Bonham - Carter
** Na drugim  szkocka sporanistka Janis Kelly w roli Reginy w operze "Prima Donna" Rufusa Wainwrighta

poniedziałek, 20 września 2010

...I jeszcze jedna niszowa marka w Polsce

 .
Jestem ostatnio zwiastunem dobrych nowin. :)

Kolejną niszową markę wprowadza na polski rynek Perfumeria Quality.

Tym razem jest to Francis Kurkdjian - firma stworzona przez człowieka, który pierwotnie miał komponować muzykę. Nie perfumy.


Maison Francis Kurkdjian powstała w 2009 roku, jednak sam twórca znany jest w perfumeryjnym świecie od kilkunastu lat. Tworzył dla firm takich jak Elizabeth Arden, Christian Dior, Emanuel Ungaro, Gianfranco Ferre, Jesus Del Pozo, Jean Paul Gaultier, Juliette Has A Gun, Kenzo, Guerlain, Salvador Dali, Versace, Lancome, czy... Demeter Fragrance Library. 
To naprawdę człowiek - orkiestra. 


Jego firma, poza wodami kolońskimi, toaletowymi i perfumowanymi, oferuje także zapachy do wnętrz, aromatyzowane świece, kadzidełka (w formie nasączonego substancjami zapachowymi papieru), firmowe bransolety, płyny do kąpieli oraz... Płyn do prania i płukania tkanin.

Odwiedzenie strony firmowej polecam nie tylko ze względu na możliwość zapoznania się z historią firmy i jej ofertą, ale także ze względu na  tło muzyczne...

Molecule 02 Escentric Molecules

.
Nad tworami Gezy Schoena załamywałam ręce już przy okazji Molecule 01, które nie pachną (albo pachną rosołem), Escentric 01, które dla odmiany pachną rosołem z cytryną, Wode Boudicca i Intelligence and Fantasy, które są przykładem tego, jak genialny marketing sprzedaje kiepskie perfumy.


Ogólnie uważam Schoena za geniusza, ale nie w kategorii "nos". Dzisiejsze dzieło także nie mieści się w pojęciu "kompozycji perfumeryjnej".

Tym razem we flakonie za 480 zł zamknięta została syntetyczna substancja imitująca część widma aromatu ambry: [3aR-(3aα,5aβ,9aα,9bβ]-Dodecahydro-3a,6,6,9a-tetramethyl naphto[2,1-b]furan zwany częściej ambroksanem.

Z punktu widzenia człowieka, który nie lubi być wykorzystywany w sposób bezczelny różnica między Molekułami pierwszymi, a drugimi polega głównie na tym, że skoro już nie płacę za umiejętności i talent twórcy, to przynajmniej w drugim przypadku zawartość flakonu jest droższa i trudniej dostępna. 
Iso E Super jest tanie i łatwe do zdobycia. Można zamawiać je w ilościach hurtowych płacąc kilkadziesiąt dolarów za litr. Ambroksan jest znacznie trudniejszy do uzyskania i o wiele droższy. Przynajmniej pod tym względem kalkulacje wychodza mi lepiej, bo... Zaprawdę powiadam Wam - pragnę flaszki.


Formuła absolutu

 
To jeden z tych zapachów, które trudno mi ubrać w słowa, bo odbieram je głównie na poziomie emocji. Na mojej skórze ambroksan tworzy swoistą aurę - delikatny, miękki woal otaczający ciało tak, jak puch dmuchawca otacza środek owocostanu.
Zapach jest tak osobisty, że wszelkie słowa, które potrafię z siebie wysnuć opisują mój zachwyt, nie perfumy.

Aromat ambroksanu jest aksamitny, drzewny i rzeczywiście ma w sobie coś ambrowego, jednak jest to nuta w fenomenalny sposób zmiękczona, pozbawiona szorstkości, fizyczności, naturalizmu. Czysty, wyidealizowany abstrakt - jak gdyby udało się uchwycić i w chemicznym wzorze, jak w magicznej formule, zakląć ideę ambrowej duszy.

Zapach jest ciepły i świetlisty jednocześnie. Subtelny i trwały. Niewinny, bezcielesny i nieodparcie pociągający zarazem. Podniecający i emanujący niezwykłym spokojem. Nieosiągalnie idealny i intymnie bliski.
Tak prosty i oczywisty, że nie do opisania - jak uśmiech matki, pocałunek składany na czole dziecka, muśnięcie ust kochanej osoby, poczucie bezpieczeństwa i spełnienia. Jak gdybym ujrzała anioła...


 Nie wiem, jak Molecule 02 rozwiną się na innej skórze. Nie wiem, jakie emocje obudzą w innym człowieku. Nie wiem, jakie obrazy namalują w innej głowie. Wiem jednak, że dla chwil, godzin, dni w otoczeniu tej molekularnej aury warto dać Schoenowi szansę.

I choć wciąż nie uważam go za perfumiarza, to łatwiej mi teraz wybaczyć mu te wszystkie marketingowe sztuczki. Bo okazuje się, że przypadkiem dotknął czegoś wielkiego. Szkoda, że Pierwsze Molekuły nie chciały mi się pokazać z tej strony...


Data powstania: 2008
Twórca: Geza Schoen

Nuty zapachowe:
Hmmm... W tym przypadku powinnam raczej napisać:
Skład:
ambroksan, alkohol

 
* Pierwsza ilustracja - wiedomo, reklama Escentric Molecules
** Druga pochodzi ze strony: www.fototapety.org
*** Na trzeciej fragment obrazu Leonardo da Vinci "Virgin of the Rocks"

sobota, 18 września 2010

Atelier d'Artiste Nez à Nez

.
Chciało mi się czegoś... Charakterystycznego. I z charakterem.

Rum, koniak i tytoń w nutach zapowiadały atmosferę fine de siecle'u. Przybrana tymi mocnymi nutami, nie schłodzona lawendą kawa kusiła obietnica mocy i mroku. Tymczasem... Podczas testów pierwsze przyszło mi do głowy to zawsze irytujące stwierdzenie: "przecież ja to znam". I jeszcze przeświadczenie, że ktoś zapomniał w nutach wymienić ambrę, której jest w Atelier d'Artiste naprawdę sporo.
Mój mózg mnie czasem irytuje: okropnie samowolna z niego bestia.


Barbarzyńca okiełznany


Uwaga... zaczynam.
Stukam w wielkie, zbite z grubych desek drzwi, czekam w napięciu, nerwowo poprawiając włosy, wygładzając niedostrzegalne fałdy na ubraniu... Drzwi otwierają się z modulowanym skrzypnięciem i oto z niepokojem i nadzieją wchodzę do Atelier Artysty.

Aromaty mocnych trunków i parzonej po turecku kawy łączą się ze słodkawym zapachem nieco zawilgoconego fajkowego tytoniu; niecodzienna, chemiczna mieszanka przypraw (kmin, jałowiec, liść lauru, olejek cynamonowy, odrobina kamfory) i owocowej słodyczy pozwala wyobrazić sobie pędzle moczące się w kubku ze skwaśniałym winem; ciężkie, aksamitne kotary odcinają dopływ słońca i powietrza dorzucając do iście artystowskiej palety woni także charakterystyczny zapach paczulowej stęchlizny.
Czynnikiem, który czyni ten bogaty melanż znośnym i intrygującym jest pięknie szorstka, sucha, dyskretnie słonawa ambra.


Artysta wita mnie niedbale; w wymiętym, niezbyt świeżym odzieniu przysłoniętym wielkim, skórzanym fartuchem. Zza jednej z kotar podgląda nas bladoskóra niewiasta w purpurowym gorsecie - nie zagrzewa jednak długo miejsca, dyskretnie usuwając się w cień, zostawiając za sobą ledwie smugę... Kobiecości. Ślad miękkiego, zmysłowego piżma.

Nasz gospodarz nie jest mistrzem towarzyskiej pogawędki. Głos ma chrapliwy, niski, "przepalony", jego ciało jest żylaste, a cera śniada. Podczas urywanej konwersacji śledzę go wzrokiem usiłując wyłowić z mroku jego rysy, zajrzeć w oczy, rozpoznać. I wreszcie wiem, skąd znam tego człowieka i ten zapach.


Daję słowo - tak mógłby pachnieć imć Nawalony Ruski, o którym pisałam dawno temu, jeszcze przed założeniem tego bloga. To nadal "szalenie atrakcyjny typ", jednak w tym wcieleniu cywilizacja okiełznała go, stłumiła nieco.

Atelier d'Artiste jednoznacznie kojarzą mi się z Ambre Russe i właściwie mogłyby nazywać się Ambre Française. Od bezpardonowej i jednocześnie porywającej kompozycji Corticchiato różni się nie tylko nieco innym "kontekstem kulturowym" układu nut, ale też mniejszą mocą.

Skutkiem lat edukacji i europeizacji naszego perfumeryjnego bohatera jest nie tylko zmiana broni, którą wojuje i zestawu używek, którymi się posiłkuje, ale też rezygnacja, głęboko skrywane rozgoryczenie, które dostrzegam tu jako... Brak cukru do kawy. Rosyjska herbata była słodka.


Twórca: Karine Chevallier

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: rum, koniak, czarne winogrona
Nuty serca: jałowiec, paczula, wetiwer, maliny
Nuty bazy: tytoń, ziarna kawy, wanilia


* Na ostatnim zdjęciu oczywiście Daniel Olbrychski, tym razem jako Karol Borowiecki w "Ziemi Obiecanej" Andrzeja Wajdy

piątek, 17 września 2010

Pink Quartz Olivier Durbano

.
- Czy wiecie, jak pachnie róża?
- Czy wyobrażacie sobie, jak pachnieć będzie przybrana bergamotową skórą?
- Czy chcielibyście wiedzieć, jak pachnie zaostrzona musującym, cierpkim imbirem?
- Czy możecie poskładać w wyobraźni zapach róży złożonej z akordem żywicznym?

Jeśli nie możecie, to już nie musicie.


Winna jest róża...

Nowy zapach z kolekcji Pierres Poemes Oliviera Durbano jest dokładnie tym, co zapowiadał opis i... I jeszcze czymś więcej. 


Pierwsze muśnięcie Różowego Kwarcu to rzeczywiście delikatny, jedwabisty zapach róży. Zaprogramowana nazwą wyobraźnia maluje pudrowo - różowe wizje... Które po dosłownie kilkunastu sekundach zaczynają zyskiwać fakturę i głębię.

Aromaty suchych bergamotowych wiórków i świeżego, cierpkiego imbiru rzucają na różową, jedwabistą kanwę zapachu fantazyjne cienie. Goryczka narynginy tnie miękkie płatki jak cienkie ostrze uwalniając charakterystyczny, intensywny aromat różanego olejku. Bogata i jednocześnie surowa woń skoncentrowanego szafranu nadaje temu akordowi garbnikowej szorstkości.

U szczytu olfaktorycznej mocy Pink Quartz staje się nieznośnie piękny. Odurza jak zbyt łapczywie pite wino: wytrawny trunek o pełnym aromacie; trudny i uwodzicielski jednocześnie; dojrzały i przez tę dojrzałość pozbawiony słodyczy; okrągły, oleisty nieomal w smaku... Tyle, że nie powstał on z winogrom, lecz z najszlachetniejszych różanych płatków.


Za winne skojarzenia odpowiadają nie tylko pochodzące z grejpfruta garbniki, ale też ekspansywne, żywiczne aromaty labdanum i elemi tworzące forpocztę akordu bazowego tej kompozycji.

Kiedy znikną garbnikowe cytrusy i przycichną cierpkie nuty przyprawowe różowa kompozycja Durbano wysładza się, ociepla, gęstnieje. 
Motywem przewodnim, trzonem zapachu wciąż pozostaje róża, zmienia ona jednak swoje oblicze, dojrzewa, nabiera manier wytrawnej uwodzicielki.

Otoczona wonią mirry i opoponaksu, dumnie wsparta na aromacie mahoniu i palisandru, zasznurowana dębowym mchem dla mojego mózgu przestaje być różowa. Staje się różą purpurową, samotną, bez przybrania. Bez wstążek wanilii i słodkich uśmiechów. Dzięki wyczuwalnemu dopiero u samego kresu tej różami usłanej podróży chłodowi olibanum - wyniosłą i majestatyczną.


Kompozycja jest pełna, lecz nie ciężka, bogata, ale nie zbytkowna, kobieca, lecz bez ostentacji.

Więdnie po siedmiu, czasem ośmiu godzinach - spokojnie i godnie, nie opuszczając głowy i nie tracąc płatków.


Data powstania: 2010

Nuty zapachowe:
róża, grejpfrut, imbir, żywica

środa, 15 września 2010

1804 - George Sand Histoires de Parfums


George Sand to typowy przykład postaci, z której historia zadrwiła. Doprawdy, niezbadane są wyroki wydawane przez ludzkie masy.

Urodzona w 1804 roku Aurora Dupin, która pod męskim pseudonimem wydała ponad sto powieści i sztuk zapamiętana została głównie jako prowokatorka odziewająca się w męskie ubrania. Niektórzy pamiętają jej także liczne romanse, ale czy ktoś w ogóle czyta jej książki?


W encyklopedycznych notkach poświęconych Sand pojawia się zwykle standardowe stwierdzenie, że jej pisarstwo było nowatorskie na tle dzieł współczesnych oraz starannie sporządzona lista znanych kochanków.
Nie chcę iść tym tropem, ale ze wstydem przyznać muszę, że twórczość George Sand i mnie bliska nie jest. Opowiem więc o zapachu. A ponieważ sama Sand twierdziła, że "Najlepsze słowa to słowa najkrótsze" - postaram się streścić.


Opowieść o człowieku,
którego nie było...


Perfumeryjna George Sand jest ładna. Zamiast bezkompromisowej i pewnej siebie emancypantki z cygarem w zębach dostajemy młodą kobietę w szykownej sukience; nawet jeśli niekoniecznie nieśmiałą, to z pewnością milczącą.

Aurora była śliczną dziewczyną. Czarnowłosa, wielkooka, smukła i ciekawa świata doprawdy mogła wzbudzać zainteresowanie. Wydana w wieku osiemnastu lat za bogatego barona Casimira Dudevanta przemęczyła w niedopasowanym małżeństwie osiem lat, po czym wybrała wolność. W kompozycji Ghislaina nie ma wolności. Olfaktoryczna Aurora dała się upozować na uroczą i potulną żonę arystokraty.


Słodkie, nieomal dziewczęce, owocowe otwarcie płynnie, lecz dość szybko traci miękkość i łagodność ewoluując w kierunku bogatych, lecz dzięki dodatkowi goździków nieco ostrych nut kwiatowych. Jaśmin z różą dosłodzony przebłyskującą w tle brzoskwinią daje efekt przypominający nieco Ninę Niny Ricci, z tym że tutaj towarzyszą mu nuty wychładzające kompozycję, odbierające jej nieco przytulności: poza wspomnianymi już goździkami jest to imbir oraz wyraźnie wyczuwalny, surowy, musująco cierpki ananas.

Ten nietypowy w kwiatowej bądź co bądź kompozycji ananasowy akcent uważam za najciekawszy element tej układanki. Nie wiem, czy mi się podoba, nie wiem, czy mnie prekonuje, ale przynajmniej zaburza przewidywalność kompozycji, wytraca zmysły z torów, którymi podążały już tak wiele razy...

Znów jednak, nie jest to zmiana, jakiej dokonała dwudziestoszescioletnia Aurora. Ananasowy akcent nie zmienia charakteru kompozycji, dodaje jej jedynie nieco uroku - może baronowa Dudevant znalazła sobie jakieś miłe hobby? Może dostała miłego, psotnego kotka? Może po prostu przyszła wiosna?


Jeśli to wiosna, to ociepla się i przemienia w lato. Jeśli kotek, to staje się on puszystym, rasowym kocurem. Jeśli hobby - przemienia się w towarzyską atrakcję i, nie tracąc atrakcyjności, traci jednak świeżość.
Nos oswaja się z niespodziewaną nutą, ożywczy zastrzyk zadziwienia przestaje działać, Aurora staje się znów uroczą baronową; może tylko nieco bardziej żywą i bystrą, niż spodziewaliśmy się po pierwszych wspólnie spędzonych chwilach.

Tym razem, to nie subtelnie kwiatowa, ocieplona piżmem baza jest moim ulubionym etapem. Choć i jej nie odmawiam urody, doceniając zestawienie nut korzennych, wanilii, sandałowca i odrobiny paczuli z ułożonym na nich bukietem zapachów kobiecych i zbytkownych.


Mam nieodparte wrażenie, że kompozycja Ghislaina jest nie na temat. Że autor nie odrobił lekcji, a może raczej uniknął tematu. Bo George Sand w tym zapachu nie ma.

Jest Aurora, baronowa Dudevant, która nigdy nie stała się George Sand. Nigdy nie wyzwoliła się z gorsetu powinności wobec towarzystwa i etykiety, nigdy nie zdecydowała się na spełnianie własnych pragnień; mam wrażenie, że nie odważyła się nawet marzyć. Brakuje bowiem w 1804 Histoires de Parfums nie tylko niezależności i siły charakteryzującej George Sand przez wiele lat jej życia, ale nawet tajemnych pragnień, marzeń o wolności nie znalazłam...

Dlatego pozwalam sobie twierdzić, że jest to sentymentalna opowieść o kimś, kogo nie ma w tytule; urocza historia młodej damy, która wcale nie chce stać się kimś więcej, niż jest. I perfumy Ghislaina też nie są niczym więcej, niż "zapachem dla pań". A z taką historią w tytule - powinny być.


Data powstania: 2001
Twórca: Gérald Ghislain

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: ananas, brzoskwinia, gardenia
Nuty serca: jaśmin, róża, konwalia, goździki (przyprawa)
Nuty bazy: sandałowiec, paczula, benzoes, wanilia, piżmo



* Tekst ilustrują portrety George Sand wykonane przez różnych artystów.
Autorem świetnego pierwszego zdjęcia jest Gaspard-Félix Tournachon.

Skrót z materiałów Huitième Art Parfum


Oto skrót z materiałów, który zapowiadałam wczoraj. Tłumaczenie szło mi opornie, nie tylko dlatego, że tekst jest trudny, pisany językiem łączącym chemię ze sztuką marketingu i ogólną kwiecistością, ale też dlatego, że trudno jest zachować spójność wypowiedzi wycinając informacje oznaczone jako tajne (choć zaprawdę powiadam Wam, nic powalająco odkrywczego w nich nie było).


Dwie strony kreatywności.

Od końca XVIII wieku po dzień dzisiejszy pojęcie sztuki ogarniało kolejne sztuki piękne: architekturę, rzeźbę, malarstwo, muzykę, taniec i poezję (a przez to także literaturę ogólnie). W wieku XX dołączyła do nich siódma muza: kino.
W 2010 roku, z okazji ósmej rocznicy powstania Parfumerie Generale, kreator perfum Pierre Guiillaume połączył swe siły z krytykiem Octavianem Coifan, z którym wspólnie nadali nowy kształt idei postrzegania perfum jako dzieł sztuki i prezentują nowe zapachowe kreacje Pierre'a pod nazwą Huitieme Art Perfume.

Już na początku XX wieku kreator Chanel No.5 Ernest Beaux przewidział, że kolebką nowoczesnego perfumiarstwa staną się laboratoria chemiczne, zaś przyszłością tej sztuki wonne molekuły. Dysponujący nowymi składnikami perfumiarze będą w stanie kreować nowe emocje tak, jak malarze odkrywający nową paletę barw.
Schyłek XX wieku to okres, w którym mile widziane było nagłaśnianie obecności w formule zapachu niezwykłego składnika pochodzącego spoza perfumeryjnego universum, użytego niezgodnie z pierwotnym przeznaczeniem i twórczo wykorzystanego. Użycie wonnych molekuł stało się synonimem nowych trendów, nowych dróg i nowych perspektyw dla kreatorów perfum.

Współczesne perfumiarstwo, zarówno autorskie, jak i mainstreamowe, wciąż ulega wpływom odkryć na polu chemii zapachów. Czy kolejną ścieżką współczesnego perfumiarstwa okaże się biotechnologia?
Nowe metody ekstrakcji substancji zapachowych i możliwość wykonywania "olfaktorycznych fotografii" umożliwiających analizę i przełożenie na język chemii aromatu żywej materii mogą sprawić, że unikalne dotychczas rośliny, korzenie, kwiaty, gatunki drewna czy owoce staną się dla kreatorów perfum powszechnie dostępne.

Huitième Art Parfum wykorzystuje te uchwycone aromaty jako punkt startowy swoich kompozycji nadając im życia i blasku dzięki połączeniu woni będącej inspiracją dla zapachu rośliny z nowoczesną perfumeryjną technologią, ujmującej naturalności z oryginalnością i wyrafinowaniem. Oto Nowoczesne Fitoperfumiarstwo.*


Przełom w sztuce designu...

Kreacje:
Bazowa kolekcja ośmiu wód perfumowanych, z których każda oparta została "olfaktorycznej fotografii" konkretnej rośliny. Wszystkie te schwytane aromaty użyte zostały po raz pierwszy jako składniki perfumeryjnej kompozycji, wszystkie też zostały przybrane wyłącznie substancjami roślinnymi zgodnie z wymogami kosmetologii organicznej.

Flakon: Ceramica Cyclope
Futurystyczny, biały, ceramiczny Cyklop jako talizman albo amulet.
Jego sylwetkę zdobi symbol. Oko spoglądające w przyszłość, gwiazda jako znak szczęścia, kompas wskazujący drogę?

Zasada:
Dwie, do trzech nut (czyste składniki lub złożone akordy), brak podanej odgórnie piramidy zapachowej aby każdy mógł doświadczyć własnej olfaktorycznej podróży.
Przykład: FAREB = Bois d'Immortelle (akord) + żeń-szeń (składnik)


Kolekcja:

Ciel d'Airain - drzewne, owocowe, świeże, miękkie
Zapomniany sad na brzegach jeziora Como pod złowieszczym i ciemnym burzowym niebem... Naturalne ekstrakty ze świeżych owoców, liści i kory gruszy przybrane gałązkami oliwnymi i szara ambrą.




Vohina - słoneczne, świeże, swawolne, orientalne
Słoneczne popołudnie wśród pól. Aksamitny i kwiatowy z nutami kwiatu brzoskwini i lawendowego miodu ułożonymi na złotym sianie.






Aube Pashmina - zielony, owocowy, delikatny, subtelny
Wschód słońca w lśniącym rosa ogrodzie: bazylia, rozmaryn, liście pomidorów, geranium i ekstrakt ze świeżej czarnej porzeczki nadają wibracji jasminowo - pomarańczowemu aromatowi satynowego drewna.




Manguier Metisse - drzewne, kwiatowe, słodkie, bogate
Drzewna metafora, łagodny kwiatowy nektar z nutką ekstraktu świeżego mango... Podwójny akcent pudrowego aromatu kory mangusodrzewa i herbacianych listków ogrzany egzotyczną słodyczą kwiatów frangipani.




Ambre Ceruleen - zamsz i nuty balsamiczne, pudrowe, przestrzenne
Pudrowy balsam ze zwiewną ambrą... Opoponaks, bób tonka i sandałowiec delikatnie rozjaśnione aromatem marokańskiej werbeny.





Naiviris - pudrowe, pikantne, subtelne, dobrze wychowane
Namiętne i drzewne, śmiertelnie czerwone... Intymna schadzka pikantnego aromatu afrykańskiego Czerwonego Irysa i ciepłej, pulsującej woni drewna Zebrano.






Fareb - skórzane, pikantne, drzewne, mineralne
Świeże, aromatyczne, żywiczne, pikantne i drzewne. Perfumy pierwotne. Zwarta nuta bazująca na czystych, surowych składnikach. Podwójny akord złożony z drewna nieśmiertelnika (Bois d'Immortelle) uzupełnionego nutą skóry i ciepłego piasku oparty na ekstrakcie żeń-szenia dodającym niezwykłej bazie kompozycji namiętnej i
mrocznej mocy.

Sucre d'Ebene - matowy cukier, złożona wanilia
Delikatna pieszczota pasatów... Piżmowe tchnienie brązowego cukru z nutą włoskiego orzecha i benzoinu.







I to z grubsza tyle. Następny wpis będzie już "pachnący", nie informacyjny. Mam nadzieję...


* W oryginale phytoperfumery - od greckiego "phyto" oznaczającego roślinę.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...