środa, 22 września 2010

Patchouli Mazzolari

.
Zapach ten, wraz z dwoma innymi próbkami, dotarł do mnie niespodziewanie, wprawiając mnie najpierw w osłupienie, potem w zakłopotanie, a ostatecznie sprawiając wielką radość. Same perełki, o których poznaniu marzyłam, przysłane na zasadzie "na nic się nie umawiałyśmy, ale prosiłaś o próbkę..." 
Rywko kochana - dziękuję!

Przy pisaniu recenzji pierwszy dylemat, jaki miałam to... Nazwa perfum. W serwisie Basenotes, na Makeupalley i na paru blogach (między innymi na doskonałym Now Smell This) widnieje jako Patchouly. Na LuckyScent, Fragrantica czy w katalogu Wizaż.pl jako Patchouli. Aby rozstrzygnąc tę kwestię, sięgnęłam na stronę producenta i oto nazwa najprawdopodobniej właściwa:


Libretto na primadonnę 
i chór tkliwych miłośników


Że paczula trudną nutą jest i czasem nie zachwyca powtarzam zawsze. I tym razem też powtórzę, szczególnie, że stężenie paczuli w Patchouli jest naprawdę wysokie i zapach moc ma potężną.

A jednak. Po pierwszym, trudnym akordzie, bardziej niż perfumy przypominającym ziołową, apteczną nalewkę, Patchouli zaczyna - nie zachwycać - raczej zadziwiać i budzić respekt.

Nuta przewodnia potraktowana została jak primadonna - wszystkie inne postaci tej zapachowej sztuki mają za zadanie podkreślać jej walory, akcentować wyjątkowość, stanowić atrakcyjne, ale tylko tło. Dano jej też wyjątkową swobodę ekspresji - pozwolono na śpiew pełnym, białym głosem, który nadaje tej kompozycji charakter i barwę.

Ciężki aromat zagęszczonego nieomal do granic turpizmu paczulowego olejku kojarzy się ze starością, zgrzybiałością nieomal. W połączeniu z kolosalną mocą daje to iście wampiryczny efekt. 


Paczulowej primadonnie towarzyszy dziwna, lekko kwaskowa nuta pachnąca jak sok ze świeżego szczawiu. Brzmi ona krótko - po godzinie nie zostaje ślad tego dziwnego wrażenia, ale na pewnym etapie równoważy ona nadprzyrodzoną moc paczulowej pieśni wzmocnionej, przesterowanej dodatkiem aromatów przyprawowych.

Drugi plan to domena ambry i nut zwierzęcych wnoszących w tę kompozycję tchnienie zdyscyplinowanej namiętności. Trochę jak gdyby ambrowy amant powściągał swe żądze lękając się rozdrażnić obiekt swych westchnień i zostać ostatecznie odepchniętym. Adoruje więc paczulę będąc na wyciągnięcie ręki i ani trochę bliżej.

Do gorących wyznań nie dochodzi, choć w momencie, kiedy ujawnia się akord miodowy i do chóru dołącza słodki głos kolejnego adoratora naszej primadonny, atmosfera nieco się zmienia: ociepla i łagodnieje. Nie na tyle jednak, by paczula przestała być sobą i by jej podbity goryczą przypraw charakterek stał się łatwy. To towarzystwo jest miłe. Ona nie. 

Mamy więc dominującą na scenie przedwieczną i chór nut otaczających ją z uwielbieniem. I z respektem - tak, by nie zasłaniać primadonny. 

Cóż jednak jest treścią tej sztuki? O czym z taką emocją śpiewają?
Może o tym, że miłość niespełniona boli, a bywa, że spełniona boli nawet bardziej?
 

Tutaj do spełnienia nie dochodzi. Status quo utrzymywane jest przez wiele godzin, aż po schyłek tej opowieści.

Nie jest to wszakże nudna i banalna historia niemocy - bowiem relacje między głównymi personami dramatu jednak się zmieniają. Rodzi się więź, ciepło, skrywana tkliwość. Paczula do końca pozostaje ekscentryczną dziwaczką, jednak w miarę zbliżania się do finału staje się coraz milsza, łatwiejsza, bardziej orzechowa. Niespełniony ambrowy kochanek znajduje ukojenie i spokój w platonicznej, ciepłej relacji ze swą bogdanką. Pozostali bohaterowie przestają nerwowo wyłamywać palce i robią swoje - śpiewają w chórze czyniącym z Patchouli kompozycję, nie duet nut.

I wyznam szczerze, że moim zdaniem, Patchouli Mazzolari zasługuje na oklaski. Zanim opadnie kurtyna, zanim zamilkną ostatnie nuty - jako nos obiektywny, bo na uroki paczuli dość odporny, powiem: brawo! 


Nuty zapachowe: 
indonezyjska paczula, przyprawy, nuty ambrowe, miód


* Na pierwszym i trzecim zdjęciu Helena Bonham - Carter
** Na drugim  szkocka sporanistka Janis Kelly w roli Reginy w operze "Prima Donna" Rufusa Wainwrighta

17 komentarzy:

  1. Jak zwykle zachwycił mnie twój opis. Owszem, brawo! Dla ciebie :)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Sok ze szczawiu?? Na mnie to perfekcyjnie stęchła, wilgotna, wiekowa piwnica, w której, jakby dobrze poszukać, nawet resztki Młota na Czarownice się znajdzie. Cudo! :D Albo chociaż niewypał z DWŚ. ;) Też się miałam pokusić dziś o recenzję Paczuli od Mazzolari. A tak... Byłaś szybsza. :)
    I faktycznie, zapach niemal wielki. Perfekcyjnie wyważony, głęboki, o zmiennym obliczu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ta paczula to faktycznie mistrzostwo świata, choć odbieram ją w sposób zupełnie inny, słodki i piaskowy zarazem. Bez cienia szczawiu, stęchlizny i typowych, turpistycznych cech paczuli.

    Ja wciąż czekam na sensacyjną wiadomość. I z ciekawości zapytam. Czy to jest związane z pewną rzeczą, którą masz robić poza granicami naszego kraju, i o której opowiadałaś (wspominałaś) jak się ostatnio widzieliśmy?

    OdpowiedzUsuń
  4. Ta paczula brzmi pysznie, a ja przecież kocham paczule wszelakie. To sobie gdzieś tej primadonny poszukam do powąchania :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Cammie, dziękuję. :*
    Nietrudno było opisać ten zapach - naprawdę zrobił na mnie wrażenie.


    Wiedźmo... Jakby tu rzec? Ja wiem, że szczawiu nie ma w tej kompozycji, ale nie wiedziałam, jak tę kwaskową nutę opisać - rabarbar nie, bo charakterystycznej spożywczości tu brak, cytrusy tym bardziej nie...
    A recenzję pisz, pisz - porównam Twoje wrazenia z moimi.
    Choć dla mnie perfekcja wyważenie Patchouli polega na balansowaniu na krawędzi brzydoty. I na nie przekraczaniu granicy. No po prostu zapach totalny. :)


    Escritoro, nie wiem, czy "pysznie" to właściwe slowo. ;) Chyba, ze w znaczeniu "dumnie" - bo dumnie rzeczywiście brzmi. Naprawdę czuję podziw dla twórców, którzy potrafia tak odważnie eksploatować tę trudną nutę i tak niezwykle ją przemienić... Nie zmieniając.
    Test polecam. Szczególnie Tobie, bo wiem, że trudne i mocne nuty potrafisz docenić.
    I jeszcze raz dziękuję za maila. :*

    OdpowiedzUsuń
  6. Oj, umknął mi Marcin, przepraszam.

    Marcinie, bardzo ciekawa jest twoja interpretacja Patchouli. Nie wiem, czy nawet trochę Ci tych wrażeni nie zazdroszczę... ;) Nie można jednak mieć wszystkiego.
    A sensacyjne wiadomości zostawię na czas, kiedy będą pewne. Nie chcę "doić" tematu. Ot - co będzie, to będzie. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. No tak, jak taki mały, że można mnie nie zauważyć.

    Sab, jeśli Ty do czegoś przykładasz rękę to chyba wszystko kończy się sukcesem, mylę się?

    Sam sięgnąłem po swoją recenzję paczuli Mazzolari sprzed półtora roku i pierwsze co pomyślałem to "O Boże- to się nazywa grafomania". Zostawiam jednak te stare recenzje jako pamiątkę i znak, że człowiek idzie do przodu. :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Mylisz się. Naprawdę, nie ma ludzi, którym udaje się wszystko. Ja uważam, że zwykle znaczy to, że niewystarczająco mocno chcieli, ale... Czasem nie watro aż tak chcieć. ;)

    A grafomańskie wypociny sprzed lat też zostawiam. Jako świadectwo emocji. Jak patrzę na swoją reckę Boids d'Encens czy Chergui to.... No uśmiecham się. Cóż mogę? :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Oj tam z paczulą to różnie jest,nigdy nie wiadomo czym człowieka tąpnie z fiolki/flaszki;)

    ps.To co dziś piszecie za jakiś czas też Wam się wyda "grafomańskie" kto wie, może ktoś już dziś tak to odbiera... ale czy warto się tym przejmować?

    OdpowiedzUsuń
  10. Ano prawda, że z paczulą bywa różnie, że wspomnę chociażby Villoresiego, czy koszmarnego paczulowego pleśniaka, który na mnie wychodzi z Perles.

    Grafomańskie teksty w sumie lubię. Serio. :DDD
    Lubię czytać recenzje (i nie tylko recenzje), w których są emocje, w których autor potrafi dodać do opisu nut coś od siebie (czasem obraz, czasem żart, z resztą Ty Skarbku to doskonale wiesz ;)) i nadać im indywidualny rys. Więc dzisiejszą grafomanię za jakiś czas też pewnie będę lubiła. :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Odezwę się jako stara grafomanica. :) Myślę, że tym, co odróżnia grafomanię dobrą od złej, jest podejście autora/autorki do własnej twórczości: jeśli ktoś dostaje orgazmu nad kartką papieru albo klawiaturą, w zasadzie już widząc siebie podczas odbierania nagrody Nobla, albo jeśli tworzy teksty marne i kiczowate, ale szczerze i cynicznie to olewa, bo się świetnie sprzedają, a "ciemny lud to kupi", to to jest grafomania; najżałośniejsza z możliwych. Kiedy jednak twórca bawi się własnym dziełem, jeśli obiema łapami czerpie z estetyki kiczu, a jednak jakoś tak ów kicz przemieli, że wychodzi mu prawdziwa Sztuka (jak Tarantino czy Almodóvar), wtedy może być dumny. Bo przecież byle idiota potrafi nakręcić przeintelektualizowany film, napisać wulgarną powieść czy namalować, za przeproszeniem, Chrystusa z gołą dupą, dorabiając do tego ideologię długą jak stąd do Katmandu, ale nie każdy może być Dalim czy Warholem. Tak to rozumiem. :)

    Sama tworzę teksty grafomańskie, ale robię to, ponieważ uważam, że tylko cieniasy wstydzą się emocji. ;) A w ogóle to jestem dziwna i taki, a nie inny styl pisarski wynika z szerszego spojrzenia na sztukę i nieco mniej standardowego definiowania tandety. To tyle. Oburzona świętość przemówiła. ;) :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Ciekawe, jezeli "brawo" to trzeba sprawdzic... M

    OdpowiedzUsuń
  13. Wiedźmo, czekaj! Nie czuj się w obowiązku bronić grafomanii, bo po pierwsze używam tego sformułowania z przymrużeniem oka, po drugie z sympatią w tym kontekście. Jasne, że emocje mają znaczenie - dlatego "grafomańskie" wpisy takie są fajne - bo są w nich zatrzymane emocje chwili, olśnienie, zaskoczenie, czasem rozczarowanie, czasem wstrząs. ;)

    Zabawę kiczem też lubię, choć tu naprawdę zdaję sobie sprawę z ryzyka. Ogromne trzeba mieć wyczucie, żeby kiczem się bawić nie tonąc.

    Nie zgodzę się tylko w kwestii tego, że jak ktoś tworzy dobrze sprzedający się chłam i ma w nosie jego poziom, póki przynosi zysk to jest grafomania. Dla mnie to jest zarabianie. Na życie, na waciki, na Jaguara... na co tam kto chce. Głupcami są Ci, którzy chłam kupują. A tych nigdy nie braknie. :]



    Mamsan, tak szczerze, to nie namawiam do zabijania się za tym zapachem. jest trudno dostępny i trudny. Tak myślę. Jeśli chcesz oswajać paczulę, zacznij od Patchouli Micallef. Pisałam, że to paczulowa miss świata i podtrzymuję. Jest cudowna.

    OdpowiedzUsuń
  14. Sabb, zabiłaś mi ćwieka, muszę ja powąchać.
    I to zdjęcie Heleny - boskie :)
    Szukam mhrrocznej i potężnej paczuli - może to będzie to.

    A ja lubię tą pleśń z Pereł, strasznie lubię. :)
    Tylko Perły takie ulotne na mnie są niestety...

    OdpowiedzUsuń
  15. Lady Poison, Helena w ogóle jest boska.
    Jeśli szukasz mrocznej, potężnej paczuli, to może być to. Albo Patchouly Profumum, które dla nie są jednak zbyt dosłowne. To jest paczula umiejscowiona doskonale pomiędzy turpizmem a pięknem. Myśle, że byłaby dla Ciebie. Jeśli się Ładnie ułoży, oczywiście. Bo z paczulą to nigdy nie wiadomo. Z resztą nie tylko z paczulą. :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Oj, nie dla mnie ta patchula :). Już sam wizerunek wiodący, czyli Helena Bonham - Carter wywołuje dystans, a już Twój opis upewnia, że od tej pani trzymamy się z daleka. :D Ale napiszę Sabbath, że czarujesz słowami. Dzięki Twojemu opisowi Patchouli Mazzolari ma dla mnie swoisty, pociągający urok. Nie chciałabym jej wąchać, rozsądek każe trzymać się z daleka. Ale trujący bluszcz ma w sobie coś fascynującego, zaś turpizm nieodparty urok prawdy o bebechach świata.

    Z przyjemnością czytałam Waszą wymianę zdań o grafomanii. I ukłony dla Wiedźmy za tekst: "Tylko cieniasy wstydzą się emocji". :)))))

    OdpowiedzUsuń
  17. Nie ukrywam nigdy, że do paczuli należy podchodzić ostrożnie, z dystansem, jak piszesz.
    Ta paczula "prawdy o bebechach świata" (rozbrajające określenie!) co prawda nie opowiada, ale przewrotnego uroku odmówić jej nie potrafię.

    Komentarze Wiedźmy zaś często są bardzo stymulujące. Nie tylko "do rzeczy", ale także treściwe, prowokujące do myślenia i rozmowy. Lubię to. :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...