niedziela, 31 października 2010

Odin 03 Century

.
Mogłabym napisać coś w stylu "zaczynałam już obawiać się, że żaden z zapachów tej pięknie nazwanej marki nie zachwyci mnie na tyle, by go zapragnąć...", ale byłoby to kłamstwo.
Od pierwszej lektury nut wiedziałam, że to Century okaże się moim ulubionym Odinem i że jeśli którykolwiek z zapachów tej marki ma szansę spowodować żywsze bicie mojego rozmiłowanego w aromatach drzewnych serca, to ten właśnie.


Obrazki z mitologii nordyckiej:

Yggdrasil


Od pierwszego momentu, pierwszego, czujnego wdechu Trzeci Odin jest "mój", choć opis producenta określający Century jako "nowoczesny szypr" bynajmniej na to nie wskazywał.

Pojawiający się od razu w otwarciu i trwający aż do końca tej perfumeryjnej opowieści zapach brzozowego drewna czyni lekko dymne, drzewno - mszyste Century kompozycją wyjątkową.
Zapach brzozy jest bardzo charakterystyczny: jasny, jak na drewno dość przestrzenny, przypominający nieco doprawione kamforą olibanum. Nie oznacza to, ze jest ostry, czy nieprzyjemnie chemiczny. Jest chłodny i gładki jak atłas. Albo brzozowa kora.

Tutaj niezwykłe właściwości brzozowego aromatu podkreślone zostały podbijającym przestrzenne nuty olejkiem cyprysowym oraz odrobiną ledwo wyczuwalnej w tym towarzystwie mięty, dodatkowo "ucywilizowanej" odrobiną suchej, niekwiatowej lawendy. 
Na drugim krańcu zapachowego spektrum odnajdujemy nuty ciepłe, słodko - dymne, otulające. Mieszanka aromatów drzewnych z wyraźnie wyczuwalnym cedrem podbita została złotą, łagodną ambrą i delikatnym piżmem.

Pomiędzy tymi dwoma, pozornie tylko sprzecznymi akordami spokojnie, jak dym w nieruchomym powietrzu snują się aromaty żywiczne i kadzidlane (mirra, olibanum, benzoes, być może odrobina opoponaksu) przepięknie współgrające zarówno z akordem otulającym, jak i z przestrzennym.
Ostateczny charakter kompozycji nadaje mech dębowy, genialnie tu pogłębiony paczulą i aromatem jasnej skóry. Nie wiem tylko, czy dodatek mchu dębowego i paczuli automatycznie czyni z Century szypr...


Definicje i klasyfikacje nie mają dla mnie znaczenia. W tym przypadku bardziej nawet, niż w innych. 
Trzeci Odin jest zapachem jednocześnie chłodnym i ciepłym. Wrażenia te nie mieszają się, nie równoważą - są odbierane jednocześnie, lecz "osobno". Przypomina to trochę jedzenie lodów z gorącą polewą, albo gorącej szarlotki z lodami. Nie wiem, czy to dobrzy przykład, bo Century nie ma żadnych cech kompozycji typu gourmand, ale inaczej tego zobrazować nie potrafię.

Kompozycja jest lekka, przestrzenna, niech będzie, że nowoczesna, ale jednocześnie pełna, wielowarstwowa, bogata. Napisałabym, że nieuciążliwa, ale byłby to dla Kevina Vespoora afront. Nie stworzył bowiem zapachu, który po prostu nie przeszkadza. Stworzył coś naprawdę interesującego i, z mojej perspektywy, pięknego.

Tym razem nie miałam najmniejszego problemu ze znalezieniem opowieści ilustrującej zapach. Właściwie... Nawet nie musiałam szukać.


Oto młody, jednooki już Odyn, wciąż pragnąc mądrości, wiedzy i prawdziwej władzy nad światem, dociera do wielkiego pnia Yggdrasila - axis mundi. Odkłada broń, zdejmuje zbroję, zrzuca odzienie i bezbronny, własną włócznią przybija się do drzewa łącząc w ten sposób z magicznym zdrojem mądrości. Nie na stulecie (century), lecz na dziewięć długich dni i nocy.

Trzeci zapach Odin to opowieść o oczekiwaniu, o pełnym treści bezruchu, przepływie magii. 
Przybity do potężnego pnia Drzewa Życia, swoje cierpienie i szczęście przeżywa nagi Bóg. Jego gładką skórę owiewa wiatr, jego wnętrze rozgrzewa wsączająca się weń magia. Pieśń po pieśni, runa po runie, opowieść po opowieści... Wiedza i moc czynią z Odyna boga, który zdolny będzie poznać ludzkie myśli i serca jak żaden inny.

Kiedy przestajemy wpatrywać się w błękitne tęczówki Boga Wisielców widzimy, że drzewo do którego przykuty jest Odyn jest siwe. Zupełnie.*
Bo w opowieści Vespoora Yggdrasil jest brzozą, nie jesionem.


Data powstania: 2009
Twórca: Kevin Verspoor

Nuty zapachowe:
srebrna brzoza, cyprys, mięta, wetiwer, mirra, paczula, piżmo, mech dębowy, ambra


* Parafraza zakończenia wiersza Zbigniewa Herberta "Apollo i Marsjasz"
** Pierwsza ilustracja:
"Yggdrasil" Margy Nelson
*** Druga ilustracja: "Yggdrasil" Claire Jones
**** Trzecia ilustracja pochodzi z albumu "Mirage" Borisa Vallejo

sobota, 30 października 2010

Odin 02 Owari

.
Pisałam już, że lubię pisać seriami. Lubię też snuć gawędy. Opowiadać historie, malować obrazy. Tym razem nazwa firmy jest tak nośna, że mogłabym stworzyć dziesiątki opowieści... Tylko zapachów nie ma aż tyle. :)

Owari to historyczna prowincja Japonii. Zapach opisywany jest jako transparentny, cytrusowy, słodki... Przyznaję od razu, że gdyby nie nazwa firmy, prawdopodobnie nawet nie wszedłby w fazę testów.
To źle, oczywiście, bo ileż można pisać o zapachach kadzidlanych i drzewnych. Zasób słów mi się kończy. ;)



Obrazki z mitologii nordyckiej:

Idun


Otwarcie zaskoczyło mnie nutą zielonej herbaty. Bardzo wyraźną i ładną.
Po kilkunastu dosłownie sekundach w herbaciany aromat wplatać się zaczynają cytrusy. Najpierw pojawia się naturalna i oczekiwana w tym kontekście bergamotka, później coraz wyraźniej brzmi niejednolity akord mandarynkowo - cytrynowy dający naprzemiennie wrażenie słodkiej kwaśności i kwaskowej słodyczy.

Po kolejnych kilku chwilach, kiedy nasz zmysł węchu przyzwyczai się do dziwnej, lecz przyjemniej cytrusowej przeplatanki - wraca aromat herbaty. Suche, niefermentowane listki sowicie doprawione bergamotową skórką, lekkie, jasne nuty drzewne i delikatna, transparentna baza - ten zapach mógłby nazywać się Nagoya Tea i być japońskim bratem Russian Caravan Tea I Hate Perfume! Rożni je słodka mandarynka i brak typowej dla zapachów Brosiusa nutki wędzarniczej w Owari. Reszta jest nieomal identyczna, choć przyznaję od razu, że kompozycja Odin jest zdecydowanie ładniejsza i mniej dziwna. I zarazem mniej interesująca.

Długo i tęsknie wyglądałam hegemonii nut bazy. Nie nadeszła. Panowanie lekkich, musujących cytrusów trwa aż po kres życia Owari na skórze. I tu przyznać muszę, że jak na kompozycję cytrusową, rzeczywiście transparentną i lekką jest ona dość trwała - zapach jest wyraźnie wyczuwalny przez trzy do czterech godzin, a ślad po nim nawet dłużej. Jeśli więc tego właśnie szukacie szukacie... Testujcie i radujcie się. :)


Zastanawiałam się, czy istnieje moment w życiu Odyna Płonącookiego, Dawcy Życzeń, Pana Poległych, który mógłby stać się ilustracją dla tej olfaktorycznej ślicznoty i... Niekanoniczny, ale znalazłam.

Wszyscy wiemy, że bogowie, nawet Ci najwięksi, nie są nieśmiertelni z natury. Nieśmiertelność nie jest immanentną cechą nordyckiego boga - uzyskuje ją dopiero dzięki jabłkom Idun, pięknej córki karła Iwaldiego. Skoro zaś Odyn wraz z towarzyszami wciąż czeka na Ragnarök - oczywiście musiał Idun odwiedzać nie raz.

Wyobraźmy więc sobie dzień, w którym Odyn Podstępny - Bilejgr Chytrooki - Grimr w Masce - Fałszywie Patrzący przybywa do ogrodów ślicznej Idun. Pamiętajmy, że pił Miód Skaldów i słowami czarować potrafił jak nikt. Pamiętajmy także, że jego urokowi nie oparła się nawet posiadaczka naszyjnika Brisingamen.

Przybywa więc Odyn Jaśniejący w lśniącej zbroi, przemawiając gładkimi słowy i niosąc szczodre dary. Wszak nieśmiertelność warta jest tego, by użyć każdej ze zdobytych z trudem umiejętności.. Czyż Bogini Wiosny mogłaby mu odmówić?


Data powstania: 2009

Nuty zapachowe:
Nuta głowy: mandarynka z Owari, zielona bergamota, liście grejpfruta
Nuta serca: pieprz, amyris, neroli
Nuta bazy: cedr, ambra, piżmo


* pierwsza ilustracja z enchantedcanvas.com
** druga z zasobów Wikipedii: "Idun i jabłka" J. Doyle Penrose

piątek, 29 października 2010

Odin 01 Nomad

Pojawienie się na polskim rynku kolejnej niszowej marki to zawsze powód do radości. Tym razem pretekstem do serii recenzji jest polska premiera zapachów Odin, którą zapowiedziała Neoperfumeria Galilu.



Odin to dość szczególna firma. Powstała w 2004 roku jako pojedynczy butik na nowojorskim Manhattanie i jest jednym z pierwszych na świecie "butików lifestyle'owych" (lifestyle boutique) - zindywidualizowanych, lansujących unikalny styl, proponujących szeroko pojęte doradztwo i kompleksową opiekę stylistyczną. Co ważne - Odin ofertę swą kieruje do mężczyzn.
Także perfumy Odin charakteryzowane są jako "kompozycje męskie, które mogą być noszone także przez kobiety". Kobiety dziękują. ;)

A poważniej - moim zdaniem "Odiny" to zdecydowanie unisexy, i to unisexy w najlepszym tego słowa znaczeniu: zmieniają swój charakter dostosowując się do chemii skóry, dobrze brzmią i na macho, i drobnej niewieście, doskonale asymilują się z nosicielem, nie odstają, nie sprawiają wrażenia przebrania.


Obrazki z mitologii nordyckiej:

Gunnlöd


Pierwszy zapach Odin jest opowieścią o odpoczynku wędrowca.

Otwiera go akord zielony, świeży, przestrzenny. Łagodne, pozbawione zarówno kwasku, jak i słodyczy nuty cytrusowe, szlachetny zapach jałowca oraz gniecione cedrowe gałązki tworzą świetlistą otoczkę okrywającą kremowe jądro kompozycji, na które składa się nie tylko przepięknie wydobyty aromat bobu tonka, ale także łagodne nuty drzewne i balsamiczne (ze wskazaniem na balsam tolu), odrobina wanilii oraz jasne, puszyste piżmo. Złożenie tych dwóch pozornie kontrastowych, a jednak tu idealnie do siebie dopasowanych aromatów tworzy nową jakość: zapach świetlisty i zarazem otulający. Puszysty, lecz przestrzenny.

Pomiędzy tymi niezwykłymi olfaktorycznymi warstwami, jak inkluzja w bursztynie tkwi nuta serca. Jak serce - przy przelotnym kontakcie niezauważalna, daje kompozycji życie, nadaje jej ostateczny charakter.
Nietypowe, idealne zbalansowane nuty przyprawowe bazujące nie na pieprzu, lecz na laurze, kardamonie i krztynie gorzkawych ziół, na męskiej skórze stają się lekko pikantne, ekspansywne, szorstkie, na kobiecej zaś łagodnieją, cichną, stając się ledwie zmysłowym szeptem. Lekko miodowy aromat heliotropu połączony z jasnym zapachem rumianku ujawnia się wyraźniej w zetknięciu z chemią kobiecego ciała, w żadnej jednak opcji nie czyni z Nomada perfum kwiatowych, czy klasycznych.

Nuty głowy, serca i bazy nie stanowią tu etapów rozwoju kompozycji, lecz brzmią jednocześnie tworząc niezwykły, niemożliwy do opisania akord. Nie liczy się czas, lecz jedynie przebyta droga. Wąchając 01 Nomad odnosimy wrażenie, jak gdybyśmy byli u początku i u kresu wędrówki jednocześnie. Odczuwamy nadzieję początku i spełnienie kresu.

A podróż nasza jest piękna, jak w pieśni skalda. Nie ma w Nomadzie zmęczenia, potu, bólu poranionych stóp, nie ma zbójców, burz i zimnych nocy pod gołym niebem. Jest mit.


W tej opowieści Odyn nie zasiadł jeszcze na swym tronie w Asgardzie. Jest wciąż bogiem młodym, pragnącym mądrości i piękna.

Tym razem znajdujemy go w jaskini Suttunga, w objęciach zakochanej, złotowłosej Gunnlöd. Dni płyną spokojnie, młoda olbrzymka nakładając bransolety na ramiona i wplatając we włosy kwiaty nie wie jeszcze, że jej kochanek nie przybył tu w poszukiwaniu miłości. 
Lada dzień pozwoli mu skosztować Miodu Skaldów i straci go na zawsze. Ale jeszcze nie dziś... Dziś szepcze mu do ucha najpiękniejsze wiersze i słucha miłosnych zaklęć.

Trwaj chwilo, jesteś piękna.*


Data powstania: 2009
Twórca: Kevin Verspoor


Nuty zapachowe:
Nuta głowy: cedr, bergamota, jagody jałowca
Nuta serca: tajemnicza palmerosa (która wedle wskazań mojego nosa popartych znalezionymi w sieci informacjami jest najprawdopodobniej po prostu trawą cytrynową), heliotrop, pieprz
Nuta bazy: piżmo, sandałowiec, bób tonka



* To oczywiście "Faust" Johanna Wolfganga von Goethego

** Druga ilustracja: Johannes Gehrts "Odin with Gunnlöd"
*** Portret Gunnlöd autorstwa Andersa Zorna

środa, 27 października 2010

Vamp à NY Honoré des Prés


Tuberoza.
Uprawa tej kapryśnej rośliny wymaga naprawdę sporo zachodu, a uzyskany z niej olejek jest jednym z najdroższych ekstraktów zapachowych na świecie. Ja nie wiem, naprawdę, czy warto się fatygować... :]

O ile marchewka czy kokos w składzie są w stanie mnie zachęcić, to Nowojorski Wamp załapał się na test wyłącznie prawem serii. I dobrze, że tak się stało, bo choć to wciąż zapach zdecydowanie nie dla mnie, to jednak jest to kompozycja warta kilku chwil uwagi. 

Układ nut równie prosty i bezpretensjonalny, jak w poprzednich zapachach z serii We Love NY: I Love les Carottes i Love Coco. Historia w sumie prosta, tylko temat...Cięższy. Tuberozowego aromatu nawet dwie afrykańskie jaskółki nie uniosą. W przeciwieństwie do kokosa. ;)


Jakie czasy
takie wampy


Otwarcie zaskoczyło nawet mnie, choć przecież poprzednie rozdziały nowojorskich opowieści Olivii Giacobetti powinny przygotować mnie na to, że kompozycja nie będzie barokowa.
Tym razem mamy do czynienia z tuberozą lekką, cytrusową nieomal, świeżą. Nie ma w nutach cytrusów, jednak ja skłonna jestem twierdzić, że sama tuberoza takiego otwarcia nie da: ożywiona została nutką przypominającą połączenie cytrynowej gumy do żucia (wiecie, ile zajęło mi zidentyfikowanie tego zapachu?!) z listkami melisy. Bardzo przyjemny kontrapunkt dla statycznego, ociężałego, kwiatowego aromatu.

Niestety, ożywiające kompozycję promyki szybko gasną, ślad pogodnej słodyczy znika, tuberoza obejmuje władzę absolutną. Nie jest to jednak tuberoza ujaśminiona, ozłocona ambrą, obciążona metaforycznymi zwałami zbytkownych dodatków. Pozbawiona irytującego dworu brzmi prosto, względnie przystępnie, znośnie dla niechętnego kwiatowym killerom nosa.
Towarzyszy jej systematycznie zyskująca na wyrazistości nuta ciepłej, mlecznej wanilii i ślad czegoś w rodzaju bananowego budyniu.

I to właściwie koniec rozwoju tego zapachu. Trwa sobie Vamp a NY na skórze, po trzech godzinach zostawiając po sobie powidok raczej, niż porządną bazę. Nie zabija, ale też nie zachęca do kontynuowania związku - być może dlatego, że panna Tuberoza ewidentnie nie jest w moim typie.


Jeśli kompozycja rzeczywiście symbolizować ma nowojorskiego wampa, to najpierw mamy okazję ucieszyć się, kiedy zamiast wychudzonej, bladej i śmiertelnie poważnej piękności, na olfaktorycznej schadzce spotykamy pulchną, biuściastą i roześmianą blondynę w typie świnki Piggy (to jest bardzo fajny typ - zawsze lubiłam tę postać i nie miałam pojęcia, co taka sexy świnia widzi w rachitycznym, wymoczkowatym Kermicie). Potem okazuje się, że charakter też owa panna ma w typie Piggy, i to pod tym najgorszym względem: zero dystansu i luzu. Ostatecznie stwierdzamy, że zupełnie nie mamy o czym z nią rozmawiać, bo słuchanie odmienianego przez wszystkie przypadki zaimka "ja" nudzi się człowiekowi nader szybko, nawet jeśli panna posługuje się językiem przejrzystym i zrozumiałym.
A taką niestety opowieść serwuje nam nowojorska tuberoza: trzeba po prostu kochać tę panią, by znaleźć przyjemność w jej monotonnym towarzystwie.



Vamp a NY w specyficzny sposób wpasowuje się w konwencję serii: jest kompozycją prostą, skupioną wokół jednej nuty, eksploatującą tę nutę w sposób nietypowy, choć niekoniecznie rewolucyjny. I tak, jak I Love Les Carottes jest ukłonem w stronę miłośników marchewki, a Love Coco celuje w fanów kokosu, tak Vamp a NY będzie najprawdopodobniej przyjemny dla wielbicieli tuberozy.
Ja wyznam, że żadna z powyższych olfaktorycznych etiud nie podbiła mojego serca. Veni, vidi, recessii.


Data powstania: 2010
Twórca: Olivia Giacobetti

Nuty zapachowe:
tuberoza, wanilia, żywica

wtorek, 26 października 2010

Love Coco Honore des Press

.
Lubię pisać seriami.
Kiedy zaczynam cykl powiązanych ze sobą recenzji lub artykułów, przyjemność sprawia mi "następstwo" postów, celowość działania i przy okazji, brak konieczności rozstrzygania dylematu: "co wybrać w pudła próbek".
Dziś drugi, po wczorajszym I Love les Carottes, zapach z serii We Love NY Honore des Press. Trzeci: Vamp a NY też będzie. :)


 Kokosowy sen


Olivia Giacobetti już raz pokazała, że potrafi pięknie oddać prostą, spożywczą nutę. Że aromatowi kojarzącemu się z przysadzistymi, wysokokalorycznymi słodziakami można dać oprawę szlachetną i delikatną.
Mam oczywiście na myśli cudowne, delikatne i niestety, niedostępne w Polsce Jour de Fete marki l'Artisan Parfumeur, w którym głównym składnikiem jest jasny migdał.

Dla kokosu Giacobetti napisała inny nieco scenariusz - pamiętajmy, że to seria nowojorska, więc perfumeryjna nirwana i błoga niewinność raczej nie zagrają w tej opowieści głównych ról.
Love Coco jest zapachem... Wyluzowanym. We wszelki możliwy sposób. Nie ma w nim potrzeby wywarcia wrażenia, przymusu pachnienia efektownie i atrakcyjnie. Nie ma napięcia, gonitwy nut i wątków, tłoku akordów do wygrania, parady kolejnych etapów perfumeryjnej opowieści, presji ukazania kolejnych niuansów i detali konstrukcji. Giacobetti potrafiła odpuścić, nie dowodzić po raz kolejny, jak misterne olfaktoryczne układanki potrafi tworzyć.

 

Love Coco zaczyna się nutą zieloną, ziołową, lekko pikantną: wymieniona w nutach świeża, zielona kolendra uszlachetniona dodatkiem lauru i krztyny irysa. Ten etap przypomina  mi nieco I Love les Carottes, o których pisałam wczoraj. Tym razem jednak nie chrupiemy marchewki wprost małego z warzywniaka na rogu, lecz w bialym T-shircie z napisem I NY spędzamy letni dzień w miejskim parku. Leżymy na ciepłej, lecz wilgotnej po niedawnym deszczu trawie. Pokojowo nastawione, leniwe miejskie mrówki chodzą nam po włosach, a kudłate, czyste i wyczesane psiaki ocierają się o stopy. Wyobraziliście sobie ten dzień?

Tego właśnie leniwego, słonecznego dnia, leżąc na parkowym trawniku pijemy kokosowego shake'a z wielkiego, tekturowego kubka i patrzymy w niebo, po którym leniwie pełzają białe i puchate jak kokosowa pianka obłoczki.


W miarę jak zapach rozwija się, staje się coraz mniej zielony, akcent przenosi się na nutę kokosową.
Zasypiamy więc w ciepłym słońcu i śnimy o białych poduchach na białym tarasie, wachlarzach z białych piór, drinkach z Malibu i mleka, z białą palemką oczywiście... Dzień wczorajszy nie istniał, dzień jutrzejszy nas nie zaprząta, jest tylko leniwa chwila, intensywna jak senne marzenie i jednocześnie jak senne marzenie ulotna.

Bo testowane w warunkach sprzyjających Love Coco trwałość i moc ma zadowalającą, zaś w olfaktorycznym zgiełku rozpierzcha się jak sen właśnie. I to także upodabnia tę kompozycję do migdałowego starszego brata - Jour de Fete.

I to koniec historii. 
Śnimy nasz puszysty, lekki, kokosowy sen przez czas odpowiadający raczej długiej drzemce, niż solidnemu wypoczynkowi (ale któż wybrałby na miejsce solidnego wypoczynku parkowy trawnik?), budzimy się powoli i czujemy się swym snem ukontentowani.


Data powstania: 2010
Twórca: Olivia Giacobetti

Nuty zapachowe:
kolendra, kokos, wanilia



* Autorem pierwszego zdjęcia jest, jak zwykle, Nathan Branch i pochodzą one z jego bloga.
** Drugie zdjęcia pochodzi ze strony: togetlost.tumblr.com
*** Trzecie autorstwa Xenobbi Bailey z jej bloga

poniedziałek, 25 października 2010

I Love les Carottes Honore des Press

 .
O firmie Honore des Press pisałam już jakiś czas temu, kiedy jeszcze nie spodziewałam się, że zawitają do Polski. Do idei kosmetyków organicznych podchodzę z pewna rezerwą, ale tak, jak pisałam poprzednio, dopóki eko - marketing nie jest sposobem sprzedaży miernego produktu, nie ma powodu się złośliwić. A tym razem nie jest.
Nosem firmy jest Olivia Giacobetti - już samo to nazwisko jest dla wielbiciela perfumeryjnej niszy sygnałem, że warto poświęcić produktom Honore des Press chwilę uwagi. Mnie skusiło na tyle, że dwa zapachy z ich oferty sprowadziłam z zagranicy. Tym razem, dzięki mecenatowi i przyjaźni Perfumerii Quality miałam możliwość przetestowania kolejnych perfum tej interesującej marki.


Często spotykam się ze stwierdzeniem, że Unia Europejska świruje, bo w ich klasyfikacji marchew jest owocem. Zabawne, błyskotliwe, ale nie do końca jest to prawda.
Wedle klasyfikacji unijnych marchew to oczywiście warzywo, jednak słynny (i pyszny) portugalski dżem marchewkowy stał się powodem, dla którego w dyrektywie ustalającej parametry produkcji dżemów, marchew uznana została za owoc. W przeciwnym razie Portugalczycy nie mogliby sprzedawać go w krajach Unii.
Dla porządku dodam jeszcze, że dyrektywa nie dotyczy soków - o czym słyszałam wielokrotnie. Sprzedaż soków warzywnych jest w Unii jak najbardziej dozwolona.


Po tym wstępie wiadomo już, o których perfumach z repertuaru Honore des Press dziś napiszę.
Należący do We Love NY zapach I Love les Carottes - Kocham Marchewki. To coś dla mnie, bo uwielbiam chrupać soczyste, słodkie marchewki... Najlepiej nieduże i prosto z ogródka.



Dziś szef kuchni poleca...
Marchewki!



 Jeśli napiszę, że kompozycję otwiera intensywny i sugestywny aromat marchwi, to nikogo nie zaskoczę, prawda? :)
Nie jest to jednak po prostu marchewka.

Najpierw pojawia się zapach marchewki wyciągniętej wprost z wilgotnej ziemi. Świeża, marchwiowa nuta plus ziemista, zielona paczula i ta dokładnie mieszanka składników, której Christopher Brosius użył dla stworzenia Dirt Demeter Fragrance Library.
Potem, dzięki dodatkowi pomarańczy otrzymujemy drugi rozdział marchewkowej opowieści, nutę, która dosłownie ścisnęła mnie za serce: zapach domowego, marchewkowego soku; dokładnie takiego, jaki robiła moja mama: z przetartych, świeżych marchewek i pomarańcz wrzucanych do sokowirówki wraz ze złocistymi skórkami. Nie myślałam, że tak dobrze go pamiętam, nie myślałam, że to błahe wspomnienie wywoła takie uczucie tęsknoty...

Trzecia część marchewkowej opowieści to opowieść o marchewce, która nie została schrupana tuż po zbiorze i z której nie zrobiono soku. Ta marchewka trafia do piwnicy, gdzie pod warstwą ziemi czeka na wiosnę. Za lekko stęchłą nutę odpowiada niewątpliwie kłącze irysa - ślad woni, która tak okrutnie zeszpeciła Iris Silver Mist Serge Lutens, na szczęście tym razem to ledwie ślad - nienatrętny i rychło znikający.

 

Bo oto wiosna nadchodzi, marchewka zostaje wyniesiona z ciemnej piwnicy, otrzepana z ziemi i wyszorowana. W jasnej, chłodnej kuchni, pokrojona w plastry i zalana gorącą wodą gotuje się, mięknąc i nabierając charakterystycznej, lekko mdłej słodyczy marchewki gotowanej. Na stole kuchennym, na wielkich dechach pokrojone, obłędnie pachnące zioła czekają na dodanie do potrawy. Najintensywniejszy jest aromat świeżej mięty, ale pod nią wyczuwam też rozmaryn.

Kiedy już miękkie, złociste talarki zostaną doprawione zieleniną, zręczna, nucąca pod nosem gospodyni dorzuca do potrawy świeży imbir i nieco gałki muszkatołowej, i oto kompozycja przestaje być po prostu marchewkowa. Mdła nieco słodycz marchwi zostaje z jednej strony podkreślona dodatkiem paczuli i wanilii, z drugiej zaś przełamana pikantną nutą przyprawową.
Byłoby naprawdę przyjemnie, gdyby nie ślad wilgotnego irysa, który złożony z paczulą nie pozwala zapomnieć o tym, że jest to jednak marchew zeszłoroczna, a nie świeża. Dlatego moim zdaniem, jest to zapach dla miłośników marchewki będących jednocześnie miłośnikami paczuli (albo odwrotnie).

 

Całość robi na mnie wrażenie perfumeryjnego żartu, zabawy konwencją, jak gdyby poważna Giacobetti puszczała oko do odbiorcy. Bardzo NY. W końcu Nowy York uważany jest za miasto ekscentryków.


Data powstania: 2010
Twórca: Olivia Giacobetti

Nuty zapachowe:
marchew, pomarańcza, wanilia, irys, paczula



* Drugie zdjęcie pochodzi ze strony: www.rawfoodnation.org

sobota, 23 października 2010

Ambar Jesus del Pozo

 .
Przewiduję urodzaj recenzji tych perfum na perfumeryjnych blogach i nie tylko, bowiem jubileuszowy zapach Jesusa del Pozo promowany jest z wielkim rozmachem.
Flakoniki i materiały promocyjne rozesłano do kilku autorek polskich blogów o perfumach, a zakładam, że nasz rynek nie jest wyjątkowy i w tej samej formie zapach promowany jest także w innych krajach. Myślę, że to niezły sposób zachęcenia ludzi, do napisania paru słów o zapachu.

Pierwszy raz dostałam pełny flakon do recenzji i przyznaję, jest mi miło.
Wcześniej zdarzało mi się, że pisały do mnie przedstawicielstwa ekskluzywnych marek proponując flakoniki w zamian za "pozytywne recenzje". Oczywiście odmawiałam. Nie jestem w stanie zagwarantować, że recenzja będzie pozytywna. Z resztą... Nie muszę tłumaczyć, jak brzmi taka propozycja.
Tym razem materiały rozsyła niezależna firma, życząca adresatowi jedynie tego, by perfumy stały się "inspiracją do stworzenia nowych wiadomości". Ani słowa o wzajemności, pozytywnych, czy w ogóle jakichkolwiek, recenzjach i innych śliskich przysługach. Pełen profesjonalizm.

Dlatego kiedy rozpakowałam materiały i zapoznałam się z ich treścią poczułam... Żal.
Damskie perfumy, cytrusy w otwarciu, kwiaty w nucie serca, szałwia w bazie. To po prostu nie może mi się spodobać. Pomyślałam, że uczciwie napiszę, ze zapach nie mój i tyle. Egzekucję odłożyłam o kilka dni skupiając się na pracy, szkoleniu oraz graniu w Cywilizację V. :)



Bursztynowa łagodność ambry


Pierwszy raz do recenzji zasiadłam w czwartek wieczorem. Zacięłam zęby, spryskałam się Ambarem i... Osłupiałam. 
Daję Wam słowo, nie tego się spodziewałam. Siedziałam w nosem wciśniętym w zgięcie łokcia i usiłowałam dociec, co przypomina mi ten zapach. Szukałam wśród klasyków tropiąc stare miłości i dawne sentymenty. Kiedy dotarło do mnie, co znalazłam we flakonie zupełnie nieniszowych perfum, byłam szczerze zdziwiona. Do teraz jestem.


Ambar jest od pierwszej do ostatniej nuty aksamitny i otulający. Niebezpiecznie zbliża się do granicy, za którą stałby się "łatwy i ładny" a jednak, nie przekracza jej. Kremowy, lekko miodowy aromat daje wrażenie łagodnego ciepła i spokoju. Całość zaś rzeczywiście jest bursztynowa.
Szukaliście kiedyś bursztynów na plaży? Bywa ich wciąż sporo, szczególnie zimą, kiedy morze jest wzburzone. I właśnie zimą najłatwiej jest rozpoznać grudkę bursztynu po tym, że nawet wyłowiona z lodowatej wody jest ciepła. I to ciepło udało się w Ambarze uchwycić.


Cytrusy w otwarciu rzeczywiście są wyczuwalne. Jednak myliłam się oczekując kiczowatych świeżych nutek, które do kompozycji ambrowej pasują jak kwiatek do kożucha.
Niezwykły, lekko tylko słodki aromat mandarynkowego soku zdaje się tu spetryfikowany, zestalony do konsystencji bursztynu. Szlachetny zapach earl greyowej bergamoty, krztyna petitgrain oraz wpleciony w łagodne nuty pikantny, świeżo suszony kardamon dają mu charakter i pewną niejednoznaczność.

Lecz to tylko chwila. Ledwie arabeska na złocistej materii, z której utkany jest Ambar.
Bo bohaterką tej opowieści jest baza.

Baza ambrowo - drzewna, mleczna, orzechowa, z łagodną, jasną nutą dymną i wetiwerowym podbiciem. Obecna od pierwszego do ostatniego akordu; nienatrętna, lecz intensywna i, przede wszystkim, piękna.
Niejednoznaczny, rozproszony akord kwiatowy jest wyczuwalny, jednak nie skupia uwagi. Otoczone z jednej strony pikanterią cienkiej kardamonowej sieci, z drugiej gęsto tkanym, złocistym szalem, aromaty peonii i jaśminu zdają się uśpione, ukołysane, niezainteresowane ekspansją.
Bo Ambar patrzy wgłąb siebie, nie potrząsa lokami, nie śmieje się głośno, nie usiłuje uwodzić. Jeśli jest kobietą, to jest kobietą, która lubi siebie.

Wracam jednak do istoty, czyli nuty bazowej, głębokiej, która tutaj jest i sercem, i duszą kompozycji.
Akord drzewny najłatwiej mi opisać jako wzbogacone oleistym, kremowym sandałowcem drewno kaszmirowe, czyli mieszaninę cedru, ambry, piżma i wanilii (o tym, że drewno kaszmirowe nie istnieje pisałam przy okazji cyklu "Drewno w perfumach"), tyle, że tym razem balans przechyla się nieco na stronę ambry, nie drewna. Nie na tyle jednak, by zakłócić kruchą równowagę kompozycji, czy wpłynąć na ogólne wrażenie "kaszmirowości" tej mieszanki.



 

Łagodne nuty dymne oraz aromat przypominający mleczny zapach gniecionych ziaren sezamu i siemienia lnianego nadają tej kompozycji wyjątkowości i niezwykłej, obezwładniającej miękkości. I to właśnie ta mleczna, upojna nuta odpowiada za moje skojarzenie, do którego przyznaję się z pewnym skrępowaniem. Otóż Ambar przypomina mi Black Afgano.

Nie znaczy to, że jest to niszowe dziwadło, zapach trudny, nienormalny, czy, brońcie bogowie, męski. Znaczy to jedynie, że kremowa, upojna nuta przywołała wspomnienie altany z sandałowca i misy mlecznego bhang.

Tym razem w oplecionej kwiatami altanie odnajdziemy piękną, łagodną Parvati, ułożoną na miękkich poduszkach i z pełnym zadumy uśmiechem obserwującą świat. Jej uśmiech jest ciepły, jej oczy złote, a Ambar... Ambar chyba zostanie ze mną, choć nie wiem, czy będę potrafiła go nosić.


Data powstania: 2010
Twórca: Marie Salamagne


Nuty zapachowe:
Nuty głowy: bergamota, mandarynka, kardamon
Nuty serca: irys, zielona herbata, peonia
Nuta bazy: ambra (bursztyn?), cedr, szałwia



* Drugie zdjęcie jest laureatem konkursu "Migawka z wakacji 2007" na portalu:  kobiety-kobietom.com

poniedziałek, 18 października 2010

Po trzykroć Amen: A*Men, A*Men Pure Coffee i A*Men Pure Malt

 .
Niewiele pojawia się na moim blogu recenzji perfum powszechnie znanych i popularnych. Wcale nie dlatego, że uważam je za niewarte wzmianki.
Mam sporo pokory wobec cudzych sądów i zdaję sobie sprawę, że mając do wyboru czytanie o zapachu i powąchanie go osobiście - zwykle wybieramy to drugie. Jeśli już piszę o hitach typu Le Baiser du Dragon czy A*Men właśnie, to staram się, żeby mój post zawierał coś więcej, niż opis jednego zapachu. W przypadku Smoka było to porównanie trzech wersji (edp, edt i ekstraktu), którego od dawna mi brakowało, w przypadku A*Mena będzie to porównanie klasyka z dwoma wersjami limitowanymi będącymi wariacjami na temat tego niezwykłego paczulowego słodziaka.


Dodam, że na dwóch się nie skończy, bo zapowiedź kolejnej już się pojawiła: ma to być A*Men Pure Havane. O nutach na razie producent milczy, ale coś mi mówi, że bez rumu się nie obejdzie...


Thierry Mugler to niezwykła postać w świecie perfum selektywnych. Człowiek, któremu udało się na szczyt popularności wywindować perfumy o składzie predestynującym je raczej do zajmowania miejsca na półkach z niszą i to wcale nie płytką.

Paczulowo - czekoladowy Angel, w którym obdarzone bujną wyobraźnią panie doszukują się zapachu prosektorium (pozostaje tylko zazdrościć osobom, które nigdy w prosektorium nie były), jaśminowy ultrakiller Alien, który dowodzi, że kwiaty wcale nie muszą oznaczać delikatności, czy wreszcie najbardziej zawiesisty paczulowiec wśród selektywnych zapachów, nietypowo słodki A*Men.
Wszystkie kompozycje o niesamowitej mocy i genialnej wręcz trwałości, dodatkowo opakowane w charakterystyczne "kultogenne" flakony.


A*Men 
Thierry Mugler


Klasyczny A*Men to fenomen wśród męskich zapachów. Intensywny, gęsty nieomal, stał się wyznacznikiem nowego trendu w męskiej modzie - podarował mężczyźnie upojną słodycz, kojarzoną wcześniej raczej kobiecą stroną w perfumeriach (w 2005 roku usiłował ta droga pójść Olivier Cresp, ale bezjajecznemu Black XS daleko do A*Mena jak Scarlett Johansson do Marylin Monroe). Jednocześnie słodki i bezpardonowo paczulowy, przez wiele godzin otacza noszącą go osobę ścianą zapachu niemożliwą do pomylenia z czymkolwiek innym.


W otwarciu wyraźnie wychodzą nuty chłodne i przestrzenne: lawenda i dziwnie gorzka mięta walczą o dominację z paczulą i słodką, zawiesistą nutą karmelowo - kawową. Walka jest ostra, bezpardonowa, nuty napierają na siebie wzajemnie, trwając w pełnym napięcia bezruchu jak zawodnicy sumo w uścisku. Jeśli chcemy zobaczyć, jak wcielić w perfumy pojęcie "harmonii przeciwieństw" to jest to doskonały przykład tego ryzykownego zabiegu.

W A*Men nie ma wyraźnego przejścia między głową, a sercem zapachu. Nuty z centrum wychodzą już na początku, nuty otwarcia trwają długo, rozwijają się wraz z cała kompozycją - ich "górność" polega głównie na tym, że unoszą się nad słodką kipielą nut serdecznych jak chemiczny opar nad stygnąca lawą. Tyle, że tu opar jest kamforowo - eteryczny, nie obrzydliwie siarkowodorowy, zaś kipiel pod nim jest słodka, zawiesista i otulająca.
Stanowiąca, moim zdaniem, sedno zapachu paczula spaja obie nuty, wypełnia przestrzeń szczelnie i ściśle. A*Men zdaje się zapachem z meniskiem - nasyconym tak, że każda kolejna molekuła rozsadziłaby zapach, sprawiła, że kompozycja popękałaby na szwach.

 

Baza nie przynosi spadku napięcia, nie daje wytchnienia. Wciąż ściśle wypełniona nutami przenosi jednak akcent ze starcia nut chłodnych i ciepłych na nietypowe, niepokojące, nienormalne wręcz zestawienie skrajnie niespożywczej paczuli z lekko kawową nutą podpalanego karmelu. Kontrast woni trudnej z łatwą, turpistycznie niszowej ze spożywczo urodziwą, nieprzyjaznej z otulającą... To właśnie sprawia, że A*Men jest tak wyjątkowy, tak trudny do zaszufladkowania.

Trwałość kompozycji jest, jak już wspomniałam, powalająca. Wiele, wiele godzin nie słabnąc trwa na skórze ten niesamowity duet. I ta właśnie moc wybrzmienia czyni z paczulowo - karmelowej bazy trzon zapachu; najdłużej i najintensywniej odbierany etap. Bez względu na to, czy w danym konkretnym dniu w tych olfaktorycznych zapasach zwycięży czekolada, czy paczula - właściciel flakonu jest zawsze zwycięzcą. To naprawdę coś więcej, niż solidne perfumiarskie rzemiosło.


Data powstania: 1996
Twórca: Jacques Huclier

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: bergamota, helonial (przypuszczam, że chodzi tu o storczykopodobną roślinę Helonias Bullata, ale nie mam pewności), lawenda, mięta pieprzowa
Nuty serca: paczula, smoła, kawa, cedr
Nuty bazy: Bób tonka, wanilia, karmel, czekolada, piżmo


A*Men Pure Coffee
Thierry Mugler


Dwanaście lat czekał Mugler, zanim wypuścił pierwszą limitowaną wersję swego męskiego okrętu flagowego.
Podobieństwa do starszego brata Pure Coffee się nie wyprze, ale nie jest to jednocześnie tylko marketingowa sztuczka, klon obliczony na sprzedanie kolejny raz tego samego produktu.

A*Men Pure Coffee zaczyna się przepięknym aromatem lekko słodkiej kawy - intensywnym, wyraźnym, nie do pomylenia z czymkolwiek innym. Gdyby trwał do końca, byłby to chyba mój zapach wszech czasów.
Niestety, kawa najpierw zostaje "dosolona" nutką przypominającą mi nieco słony posmak skondensowanego mleka, potem zaś cofa się do drugiej linii łącząc z piżmowo - paczulowym, perfumeryjnym sercem zapachu.

I znów, jak w klasyku, nie ma wyraźnego przejścia między sercem i bazą; zapach nie osiada, nie przycicha, tylko tężeje powoli ewoluując od woni stricte kawowej, w kierunku kawowo - paczulowego orientu z wyraźniejszą, niż w klasyku z 1996 roku nutą piżmową.
Pure Coffee są łagodniejsze, niż wersja podstawowa. Mniej naturalistyczna i mniej ekspansywna jest tu paczula, nie tak zawiesista słodycz, nie ma tego niezwykłego, intensywnego wrażenie napięcia, sprężenia nut. Czekoladowo - karmelowa kipiel zastąpiona została ciepłą, nie gorącą półwytrawną kawą, która jest zdecydowanie moim ulubionym składnikiem tej kompozycji. Całość naprawdę przyjemna przez trzy, może cztery godziny. Samo wybrzmienie nieco rozczarowuje. Pachnie trochę jak zwietrzały A*Men ze zwietrzałą kawą. Nie jest to jednak wrażenie na tyle nieprzyjemne, żeby zniechęcić mnie do kupna flakonu.


Data powstania: 2008
Twórcy: Jacques Huclier / Christine Nagel

Nuty zapachowe:
kawa Arabica, paczula, piżmo, mech, cedr, wetiwer


A*Men Pure Malt
Thierry Mugler


Nuty dymne w składzie i leżakowanie w dębowych beczkach w opisie procesu produkcji spowodowały u mnie przyspieszone bicie serca (w przenośni, tak naprawdę nie przyspiesza mi tętno od samej lektury) i intensywne pragnienie natychmiastowego zapoznania się z zapachem. Nie było to trudne zadanie, Pure Malt pojawił się bowiem w Douglasach nieomal jednocześnie ze światową premierą.

Pierwszy test wypadł pomyślnie, ale też, jako wielbicielka A*Mena nie przewidywałam niczego innego. Kolejne testy nie zmieniły mojej pozytywnej opinii o limitowanej wersji z 2009 roku, ale też nie spowodowały żądzy posiadania flakonu.

Pure Malt to najłagodniejsza z dotychczasowych wersji tego zapachu. Wytłumiona została zarówno mordercza paczula, jak i ciężka słodycz. Woń jest wciąż słodka i wciąż paczulowa, jednak zamiast spalonego karmelu mamy miękkie krówki, zamiast paczulowego killera paczulową ślicznotę, zamiast starcia tytanów przyjęcie dla dobrze wychowanych kawalerów i panien.

Nieco charakteru dodaje tej wersji wpleciona między bazowe akordy nuta przydymionego słodu, jednak to wciąż tylko grzeczny młodszy brat potężnego klasyka. Trzymając się metafory z poprzedniego akapitu - na przyjęciu, w eleganckim, zbytkownym salonie siedzą młode damy i gentlemani, ręce trzymają przy sobie spięci pod czujnym okiem siedzącej w kącie ciotki. Urocze uśmiechy pań i znaczące spojrzenia panów krzyżują się nad stołem, komplementy i słodkie słówka przelatują między miłymi biesiadnikami, ale na tym koniec. Jedynie czasem udaje się kapnąć do kawy whisky z piersiówki, ale i ta szybko się kończy, zostawiając po sobie efekt w postaci lekko rozpalonych policzków i lekko lśniących oczu. I tyle.

Akuratna, pozbawiona upiornej mocy klasyka baza okraszona została wanilią i brzmi trochę "po damsku" - jest w sam raz orientalna i nieuciążliwa. Whisky w niej nie ma, nie ma też pazura, który uczynił z klasycznej wersji fenomen na skalę światową.

Podsumowując: Pure Malt to najładniejsza, najbardziej przystępna z A*Menowych wariacji. Urodziwa, słodka i zupełnie nie niszowa - odniosła wielki sukces komercyjny i nie dziwi mnie to wcale. Podobnie jak nie dziwi mnie fakt, że częściej i chętniej niż panowie noszą ją panie - mimo kuszącej, "męskiej" nazwy.


Data powstania: 2009

Nuty zapachowe:
nuty owocowe, nuty drzewne, słód, nuty orientalne, torf, akcent dymne


 

Gdybym miała pokusić się o jakiś ranking, to, moim zdaniem, żadna z wersji limitowanych nie dorównuje klasykowi. Ale to chyba istota limitowanek i wariacji - są zabawą tematem, grą z odbiorcą, dodatkiem w rodzaju bonus tracka z powszechnie znanym coverem.
Jako wielbicielka zapachu kawy wybrałam dla siebie Pure Coffee, obiektywnie jednak uważam, że Pure Malt jest bardziej indywidualna, mniej kopiuje oryginał, niż wariacja z kawą w tytule. Z drugiej strony, niewiele w niej whisky i pod tym względem twórca nie wywiązał się zadania postawionego przez "tytuł utworu".

Gdybym miała typować, co warto poznać koniecznie, a co niekoniecznie, to zabijać warto się tylko za klasykiem. Pozostałe do cienie geniuszu Jacquesa Huclier.
Teraz pozostaje nam z nadzieją wyglądać Pure Havane. 


piątek, 15 października 2010

Wywiad z twórcą Histoires de Parfums cz.3

.
Dziś trzecia i jednocześnie ostatnia już część rozmowy z Geraldem Ghislain. Mam nadzieję, że Was nie znudziłam.
Tym razem o blogach, rozterkach moralnych i planach na przyszłość. Myślę, że ta część pozwoli Wam ostatecznie zrozumieć, dlaczego tak łatwo jest polubić tego człowieka. 
Miłej lektury. :)


 

Sabbath of Senses - Co myślisz o blogach perfumeryjnych?
Gerald Ghislain - Pomagają bardzo branżom niszowym. Bardzo.
Myślę, że w którymś momencie musimy znaleźć sposób na to, żeby obniżyć ceny naszych produktów, przynajmniej dla ludzi naprawdę kochających perfumy. Jest wiele takich osób i nie zawsze mają one pieniądze na to, żeby je kupować. Nie każdy może sobie pozwolić na kupowanie flakonu co miesiąc. Właściwie... Właśnie przyszedł mi do głowy pomysł wypuszczenia specjalnej edycji Histoires dla bloggerów. Nie wiem, czy rozumiesz, co mam na myśli. Zwykle jeśli blogger jest miłośnikiem perfum i poświęca wiele czasu na poznawanie zapachów, pisanie o nich i ich promocję, może nie mieć czasu na zarabianie pieniędzy. Zdaję sobie sprawę z tego, że za pracę nad blogiem nie dostaje się pieniędzy. Nie wiem, jak to wygląda u was w Polsce, ale u nas we Francji dziennikarze pracujący jako free lancerzy często nie dostają za swoją pracę pieniędzy, bo przecież nie pracują dla konkretnych tytułów. Myślę, że pora wymyślić sposób na to, żeby zacząć współpracować z bloggerami, którzy pomagają nam promować nasze marki.
Histoires ma duże szczęście do blogów. Jesteśmy obecni nieomal wszędzie.
SoS - Bo pomysł jest dobry. Łatwo jest pisać o zapachu, za którym stoi gotowa opowieść.
GG - Pewnie! Wszystko, co robię musi mieć drugie dno, jakąś głębię. Opowiadałem ci już o przyjęciach dla dzieci, podobnie jest w przypadku moich restauracji. Nie są to typowe francuskie restauracje serwujące wszystko, lecz bary tematyczne.
Pracuję teraz nad nową linią perfum, które nie będą niszowe. Opowiem Ci tę historię. Otóż dwa - trzy lata temu w podróży, czekając na samolot przyglądałem się oznaczeniom poszczególnych portów lotniczych na mojej walizce. Siedziałem sam, nudziłem się i przyszło mi do głowy, że te znaki graficzne są po prostu ładne. Pomyślałem więc o stworzeniu zapachu dla każdego z wielkich lotniczych portów; takiego, który byłby sprzedawany wyłącznie w sklepach bezcłowych na tym jednym, konkretnym lotnisku. Butelka byłaby ozdobiona dokładnie takim samym znakiem graficznym, jaki jest wizytówką lotniska i który symbolizuje konkretne miasto, zaś jej zawartością byłyby perfumy to miasto wyobrażające. Zacząłem od Paryskiego CDG i ciągle nad nim pracuję, bo to trudny zapach. Paryż jest trudny. Ale na przykład Nowy York jest łatwy: będzie to kompozycja kwiatowa z nutą jabłka. Wczoraj byłem zajęty, ponieważ uzgadniałem szczegóły kolejnego projektu, jakim będzie zapach Mediolanu. Będzie pachniał kawą, czekoladą i migdałami, dlatego, że Mediolańczycy często dodają migdał do ciastek, także na lotnisku. Na Warszawę nie mam jeszcze pomysłu. (śmiech) Jaka jest twoja koncepcja zapachu waszej stolicy?
SoS - To musiałby być skomplikowany zapach. Użyłabym suchej paczuli i aldehydów, może słonecznych nut hesperydowych, połączyłabym nuty ziemiste i lekkie.
GG - Ale dlaczego? Jaki jest związek zapachu z miastem?
SoS - Jesteśmy krajem balansującym między przeszłością, a przyszłością. Przeszłość symbolizuje paczula. Czasy realnego socjalizmu niekoniecznie były nieszczęśliwe, były jednak w pewien sposób surowe, trudne. Współczesność i przyszłość symbolizują jasne, przestrzenne nuty. Jesteśmy krajem, który się rozwija, gonimy Europę, odnajdujemy się w zglobalizowanym świecie i myślę, że robimy to z dobrym skutkiem.
GG - Rozumiem. To bardzo dobry pomysł. Zapamiętam go sobie.
Perfumy dla miast to całkiem nowa koncepcja. Projekt ma się nazywać The Scent of Departure (Zapach odjazdu/odlotu). Pomysł na display też jest oryginalny: chcemy eksponować flakony na miniaturze karuzeli bagażowej, żeby jeździły w kółko jak walizki na lotnisku. Zabawne, czyż nie? W ogóle mnóstwo radości daje mi ten projekt. (śmiech)
SoS  - Widzę. (śmiech)
Na koniec pytanie dziwne. Czy jest coś, co chciałbyś powiedzieć w wywiadzie, ale nikt o to nie pyta? Jakiś temat, którego nikt w wywiadzie nie porusza, a chciałbyś, żeby został poruszony?
GG - Nie. Jeśli chcę coś powiedzieć, mówię o tym, nawet jeśli nikt nie pyta. (śmiech)
Wywiady bywają różne. Zawsze mówię prawdę, oczywiście, ale nie zawsze mówię to samo. Wiele zależy nie tylko od treści pytań, ale od mojego nastroju, od tego, jak bardzo osoba prowadząca wywiad jest poważna, od tego, kto nam w czasie wywiadu towarzyszy... Czasem zachowuję się jak dziecko i mówię głupstwa, nigdy jednak jeśli jest przy tym moja partnerka; w jej obecności boję się tego, co powiem zanim jeszcze powiem cokolwiek. (śmiech) Czasem się spinam. Na przykład dwa tygodnie temu rozmawiałem z wydawcą Vanity Fair - to ważna persona i nie chodzi mi o to, że ty jesteś nieważna, wszyscy są ważni, ale przy nim byłem tak spięty, że właściwie nie pamiętam, co mówiłem. Wiem tylko, że opowiadałem o wszystkim, tylko nie o perfumach. (śmiech)
Nie mam pomysłu na pytanie, ale jeśli chcesz, wyślę ci moje wywiady dla innych pism i blogów na maila. Będziesz miała komplet moich zeznań do wykorzystania u siebie. Zrobię to z przyjemnością.

***

Potem podziękowałam za wywiad, wymieniliśmy się wizytówkami oraz standardowymi uprzejmościami, po czym syta wrażeń pojechałam do domu.
Właściwie, to przed opuszczeniem gościnnych progów Quality odbyłam jeszcze jedną miłą pogawędkę i dokonałam pewnego zakupu, ale nie miał on związku z tematem spotkania, więc sza...


* Zdjęcie autorstwa Joanny Missali

czwartek, 14 października 2010

Wywiad z twórcą Histoires de Parfums cz.2

.
Część drugą wywiadu zaczynamy dokładnie w momencie, w którym przerwaliśmy poprzednią. Przypominam, że bohaterem jest twórca marki Histoires de Parfums - Gerald Ghislain. 



Sabbath of Senses  - Twierdzisz, że jesteś hedonistą. Jakie szczególne przyjemności lubisz celebrować?
Gerald Ghislain - Największą przyjemnością jest dla mnie jedzenie. Nie wyobrażam sobie życia bez jedzenia. Lubię pójść do restauracji i zjeść bardzo smaczny posiłek w samotności. Dla mnie najważniejsze jest delektowanie się jedzeniem. Jeśli nie mam czasu na to, żeby zjeść w spokoju, by nacieszyć się smakiem potraw, to właściwie jest mi obojętne co będę jadł i czy w ogóle będę jadł. Muszę zjeść przynajmniej jeden bardzo dobry posiłek dziennie. Ułatwia mi to fakt, że jestem też właścicielem restauracji.
SoS - Jak nazywa się Twoja restauracja?
GG - Jest to więcej, niż jeden lokal. Są to bary tematyczne, z normalnymi, przygotowywanymi od podstaw potrawami oczywiście. Jeden z nich to bar hiszpański "Les Piétons", drugi lokal to spaghetti bar. To dziwny spaghetti bar; nie ograniczamy się do włoskich przepisów, robimy ze spaghetti co tylko przyjdzie nam do głowy. Można u nas zjeść makaron z sosem czekoladowym i kurczakiem, ze ślimakami, czy spaghetti przyrządzone na sposób orientalny. Nie są to typowo francuskie lokale. Nie są typowe w żadnym sensie. Zdarza się, że mam ochotę na jakąś szczególną potrawę, której nie ma w karcie, idę wówczas do rzeźnika, kupuję mięso i kucharz przyrządza je tak, jak chcę.
Kiedy mówię, że jestem hedonistą oznacza to, że lubię wszystko, co przyjemne i piękne. Perfumy, jedzenie, ubrania, uroki miejskiego życia... Na przykład uwielbiam Nowy York, to piękne miasto. Sprawia mi przyjemność oglądanie nowych rzeczy, jedzenie smacznych potraw, obcowanie z pięknymi przedmiotami. Potrafię chodzić po butikach odzieżowych, przymierzać ubrania i czerpać z tego przyjemność, nawet jeśli wcale nie zamierzam ich kupować. Nie frustruje mnie to, bo to po prostu przyjemne.
Może to zabawne, ale lubię na przykład czytać przepisy kulinarne. Prenumeruję pisma o gotowaniu i potrafię docenić dobry pomysł, dobrą koncepcję potrawy, opowieść dobrego kucharza, nawet jeśli nie zamierzam tej potrawy przyrządzać ani jeść. Sprawia mi to przyjemność.
SoS - Świetnie rozumiem. Lubię czytać nuty perfum, których nie znam i wyobrażać sobie zapach na ich podstawie.
GG - No właśnie! Wyobraźnia czasem dostarcza wrażeń równie ciekawych, co zmysły.
A nawet jeśli już coś poznajemy i doświadczamy, to wciąż nie musimy tego mieć. Stąd pomysł na szczególną formę eksponowania perfum Histoires de Parfums - rozproszenie zapachu w lejku pozwala go doświadczyć i docenić, choć przecież nie musimy go od razu kupować. To metoda wybitnie niekomercyjna. Nie ma zachęcać do zakupu. Nie ma też do niego zniechęcać. Ma po prostu dawać możliwość nacieszenia się zapachem.
Nie musimy kupować wszystkiego, co nam się podoba. Ani perfum, ani ubrań. Lubię wędrować po sklepach i po prostu zwiedzać. Oglądać, co przyszło nowego, przyglądać się, jak wykonano poszczególne piękne przedmioty, przymierzać. Wchodzę do sklepu, podziwiam i nie czuję, że muszę wszystko mieć. Nie jestem zachłanny, ani zazdrosny. Żyję po swojemu i tworzę w głowie moje historie. (śmiech)
SoS - Jaki jest Twój ulubiony składnik perfumeryjny?
GG - Wetiwer. Nie wiem dlaczego, ale urzeka mnie zapach wetiweru, czy paczuli. W przyszłości, kiedy będę tworzył kolejne perfumy, chciałbym skomponować coś prostego. Zdaję sobie sprawę z tego, że moje zapachy bywają bardzo skomplikowane i może dlatego, że staję się coraz starszy, marzy mi się zapachowa prostota, coś oczywistego.
SoS - Czy zamierzasz komponować kolejne zapachy poświęcone konkretnym postaciom? Jeśli tak, to czy będzie to Baudelaire, o którym pisałeś na blogu, Marcel Proust, czy ktoś inny? Czy w ogóle będzie ktoś jeszcze?
GG - Nie, nie będzie nikogo więcej. Myślę, że w perfumiarstwie, tak samo jak w każdej innej dziedzinie sztuki czy działalności, twórczość dzieli się na okresy. Okres tworzenia perfum dla konkretnych postaci zakończył się dla mnie.
SoS - Czy to oznacza, że dzieło jest skończone?
GG - Dzieło nigdy nie jest skończone. Po prostu w tym momencie nie chcę iść dalej tą drogą. Częściowo kontynuacją tematu są perfumy przyszłości. Opisują historię postaci, która nie istnieje. Nie potrafię wyobrazić sobie tego, co będzie w przyszłości, ale potrafię wyobrazić sobie zapach przyszłości, o jakiej marzę. Być może kiedyś wrócę do postaci, jednak na razie nie czuję takiej potrzeby.
Na początku, kiedy byłem początkującym perfumiarzem tworzenie zapachów o konkretnym charakterze było sposobem kontrolowania tego, co robię. Teraz już nie potrzebuję wizji konkretnej osoby by utrzymać się w ryzach. Myślę, że mogę pójść dalej, dać sobie więcej swobody, tworzyć kompozycje bardziej abstrakcyjne, osobiste.
Innym ograniczeniem jest to, że pracując w małym laboratorium nie mam takich możliwości, jak wielkie koncerny, które na własne potrzeby kreują zupełnie nowe molekuły zapachowe. Ja po prostu nie mam wszystkich tych nowych składników.
SoS - Chciałabym jeszcze zapytać Cię o trendy w perfumiarstwie. Kiedyś trendem było kadzidło, ostatnio modne stało się drewno agarowe.
GG - Z drewnem agarowym to nie jest do końca moda. Przynajmniej nie w znaczeniu takim, jak ja ją rozumiem. Myślę, że w tym przypadku źródłem trendu jest rynek, nie świadome działanie kreatorów perfumeryjnych trendów. Obecnie wszystkie niszowe marki chcą mieć oud w swojej ofercie, bo wiedzą, że jest na ten składnik popyt. Nie mam tu na myśli Amouage, bo to arabska marka, ale w pozostałych przypadkach jest to nie tyle trend, co strategia handlowa.
SoS - A jaki składnik typujesz na kolejny trend, zapachowy bestseller?
GG - Myślę, że następnym trendem będzie dokładnie to, nad czym teraz pracuję. I oczywiście wcale nie jestem pierwszy. Na przykład Escentric Molecules specjalizuje się w syntetykach.
SoS - I pojedynczych składnikach, nie kompozycjach.
GG - No tak, pojedynczy składnik to nie kompozycja, ale ja próbuję stworzyć z tych składników kompozycję. Juliette Has a Gun wypuściło dwa tygodnie temu Not a Perfume, które wykorzystują dokładnie ten sam pojedynczy składnik, co Molecule 02 i myślę, że to będzie trendy. Ludzie pragną surowych składników, czystych nut. Kłopot w tym, że czysty składnik to nie perfumy. To nie tylko nie jest sztuka, ale to nawet nie jest ładne. Dzięki syntetykom perfumiarstwo zyskuje nowe możliwości; syntetyk wcale nie jest czymś złym, nie jest nawet tani - bywają syntetyki, które kosztują tyle samo co esencja róży czy tuberozy.
4070 zamierzam stworzyć wyłącznie ze składników syntetycznych dlatego, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy za tysiąc lat wciąż będziemy w stanie pozyskiwać te same surowce, nie tylko perfumeryjne, które pozyskujemy teraz. Może jest to pogląd nieco kontrowersyjny, ale używając wielu naturalnych esencji mam czasem skrupuły, zastanawiam się, czy używanie drogich, trudnych do pozyskania składników jest etyczne. Uprawa roślin potrzebnych do ich wyprodukowania zajmuje tereny, które można byłoby przeznaczyć na produkcję żywności dla ludzi, którzy głodują. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę z tego, że uprawy wetiweru na Haiti czy tuberozy w Indiach są dla pracujących przy nich ludzi źródłem utrzymania; mówiąc trywialnie, pozwalają im na zakup jedzenia.
SoS - Nie zamierzasz więc stworzyć perfum składających się z jednego składnika.
GG - Na pewno nie. To przecież nie jest kompozycja. Mógłbym kupić jakiś składnik, nadać mu nazwę... (śmiech) Ale przecież nie podpiszę się jako autor substancji, która istniała już wcześniej. Pewnie mógłbym coś takiego sprzedać, ale to nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek twórczością. Choć myślę, że ludzie będą chcieli płacić za zapachy tego typu.
Nie sądzę, by to, co dwa tygodnie temu wypuściło Juliette Has a Gun było jakimś przełomem czy przejawem geniuszu. Comme des Garcons zrobili to pięć lat temu** wypuszczając Odeur 53. Zaczęli wprowadzać do kompozycji syntetyki nie udające niczego innego.


Zakończenie rozmowy w następnym odcinku.


* Zdjęcie pochodzi ze strony LA Times Magazine
** Tak naprawdę  Odeur 53 Comme des Garcons weszło na rynek aż 12 lat temu. Czas płynie szybciej, niż myślimy...

środa, 13 października 2010

Wywiad z twórcą Histoires de Parfums cz.1

 .
Zapraszam do przeczytania wywiadu z Geraldem Ghislain - twórcą i jednocześnie "nosem" Histoires de Parfums - marki, o której pisałam już na tym blogu wiele. 

Opis spotkania z tym niezwykle interesującym perfumiarzem, a także sekretne i zupełnie niesekretne opowieści o poszczególnych stworzonych przez niego zapachach znajdziecie w relacji ze spotkania z Geraldem Ghislain, które odbyło się 7 października w Perfumerii Quality, reprezentującej tę markę w Polsce.

Dziś pierwsza część zapisu mojej rozmowy z Geraldem.
Treść nie została poddana modyfikacji, jedynie podzielona na części - po to, aby ułatwić Wam przebrnięcie przez tę masę tekstu i okrojona z fragmentów bez znaczenia  dla tego samego celu.

Dla wyjaśnienia formy tej rozmowy - nie jesteśmy z panem Ghislain kumplami, nie jedliśmy razem owsianki w przedszkolu - po prostu wywiad był prowadzony po angielsku, więc forma "ty" wyszła naturalnie. A ponieważ Gerald nie stwarza dystansu, jest bezpośredni i w naturalny sposób zabawny - nasza rozmowa nie brzmiała tak, by tłumaczenie jej na "pan" i "pani" było konieczne.


Sabbath of Senses - Witaj Gerald, dziękuję, że zgodziłeś się udzielić wywiadu dla perfumeryjnego bloga Sabbath of Senses. Jak zapewne się spodziewasz, chciałabym zadać Ci kilka pytań.
Gerald Ghislain - Witaj. Słucham.
SoS - Pierwsze pytanie, które chciałabym zadać jest oczywiste. Opowiadasz swoimi zapachami historie. Dlaczego sam zapach, czysty, pozbawiony opowieści Ci nie wystarcza? Skąd pomysł na perfumy opowiadające historie?
GG - Bo w taki sposób żyję, taki jest mój styl.
Ponieważ kocham życie, lubię mówić i opowiadać historie. A że jestem wielkim marzycielem, często układam opowieści w swojej głowie i one tam pozostają. Opowiadanie historii jest moim sposobem na tworzenie perfum. Także dlatego, że kiedy myślę o czymś, często wyobrażam sobie zapach. Podam Ci przykład, jak to działa. W ubiegłym miesiącu stworzyliśmy limitowaną edycję zapachu, specjalnie na Tydzień Mody w Nowym Yorku. Perfumy nazywają się Defilé - czyli wybieg i, dla mnie przynajmniej, trudne jest wyobrażenie sobie zapachu wybiegu dla modelek, ale historia, opowieść jest zawsze gotowa. Wyobraziłem sobie więc Bryant Park - stąd nuty zielonych liści i świeżo skoszonej trawy. Jednocześnie mamy w kompozycji zapach czekolady i toffi, bo wyobraziłem sobie wszystkich tych wydawców, miłośników mody, fotografów czekających na pokaz z kubkami kawy ze Starbucksa w rękach. W taki sposób wyobrażam sobie zapachy.
Podobnie jest w przypadku zapachu przyszłości. Życie w piątym tysiącleciu wyobrażam sobie jako bardzo komfortowe, stąd perfumy tworzyć muszą nuty łagodne i przyjazne. Nie mogą to jednak być kwiaty, czy owoce znane z innych zapachów, bo przecież nie wiemy, co wydarzy się w przyszłości. Za moim zapachem zawsze ukryta jest historia. Nie potrafię wyobrazić sobie perfum bez opowieści.
Od dawna rozmyślam, o stworzeniu perfum drzewno - orientalnych, ale nie zrobiłam tego jeszcze, ponieważ nie miałem dla nich opowieści. Ostatnio jednak czytałem o Ibn Battucie, nie wiem, czy go kojarzysz, to czternastowieczny podróżnik, który podróżował więcej, niż Marco Polo. Nie zamierzam więc tworzyć jednych perfum, lecz pięć zapachów - każdy dla jednego z miast, które opisał.
To naprawdę jest sposób na życie. Opowiem Ci historię, która nie ma nic wspólnego z tworzeniem perfum. Z okazji Bożego Narodzenia przygotowuję specjalny posiłek dla swoich dzieci, ale nie jest to typowy świąteczny posiłek, tylko posiłek tematyczny. W ubiegłym roku przygotowałem spotkanie inspirowane historią o Królewnie Śnieżce - nie tylko zadbałem o odpowiedni wystrój, ale też przygotowałem posiłek, w którym każde danie zawierało jabłka. Piliśmy więc sok jabłkowy, jedliśmy wątróbki z jabłkiem i tartę z jabłkiem... Dom był ozdobiony jabłkami. Pamiętam, że kupiłem wtedy 500 jabłek. Wszystko, co robię musi mieć jakąś myśl przewodnią.
SoS - Co sprawia, że dokonujesz takich, a nie innych wyborów swoich inspiracji? Dlaczego wybierasz te właśnie konkretne postaci, daty, opowieści? Czemu nie Woltaire, czemu nie Baudelaire na przykład?
GG - Pierwsze perfumy, jakie skonstruowałem to zapachy czterech postaci kobiecych i jedna męska. A że był to początek mojej pracy z perfumami, kiedy wybierałam zapach dla mężczyzn, szukałem czegoś łatwego, ładnego po prostu. Nie myślałem o zapachu dla siebie, bo jako miłośnik perfum jestem w stanie nosić każde nieomal perfumy, i te dla kobiet, i kwiatowe, i wszelkie inne. Ponieważ jednak nie miał to być zapach dla mnie, musiałem stworzyć coś, nie tyle komercyjnego, co przyjaznego odbiorcy, a więc świeżego i nieprzesadnie oryginalnego.  Kiedy już miałem w ręku te cztery kobiece kompozycję i jedną jedyną męską uznałem, że to nie wystarcza, nie wyczerpuje tematu. Zdecydowałem więc, że męskość wymaga większej ilości opcji, możliwych interpretacji. Tak więc uznałem, że skoro mężczyzna ma być wysportowany, romantyczny i emanować erotyzmem, odpowiednimi patronami zapachów będą Casanova i markiz de Sade.
I tak, jak Ci mówiłem, nie chodziło mi o ideę postaci, jak w przypadku kobiet, gdzie zapach jest opowieścią o konkretnej kobiecie rozumianej całościowo, lecz o pewną część osobowości, jedną, najważniejszą cechę. Być może dlatego, że jestem mężczyzną, nie pociągają mnie męskie osobowości, skupiam się tylko na zalecie, którą chciałbym posiadać. Być romantycznym, sexy i wysportowanym. Kiedy myślałem o tych cechach zorientowałem się, że nie potrafię im przypisać patrona, konkretnej postaci. Zacząłem więc szukać i rozmyślać i uznałem, że dla mnie markiz de Sade jest oczywistym wcieleniem mężczyzny erotycznego.
SoS - Czy czytałeś jego prace?
GG - Nie, nie. Kiedy wybieram imię pisarza jako nazwę perfum, to zawsze jest pewnego rodzaju przypadek, ponieważ jedynym z "moich" pisarzy, którego książki czytałem jest Juliusz Verne. W pozostałych przypadkach jest to tylko inspiracja, rodzaj intuicyjnego wyboru.
SoS - Markiz de Sade jest wyborem dość ryzykownym. Rozumiem jednak, że to tylko symbol.
GG - Tak, to tylko symbol. Nie dokonuję wyborów intelektualnych, nie rozważam długo, zdaję się na impuls. Nie badam tematu metodycznie i naukowo, chcę operować na płaszczyźnie emocji.
Nie jestem intelektualistą. Gdybym potrafił pisać swoje historie za pomocą słów - zapewne to właśnie bym robił. Ale nie mam talentu, więc piszę w sposób, który rozumiem - zapachem.
SoS - Mówiłeś, że mógłbyś używać dowolnych perfum. Których jednak rzeczywiście używasz? Jakie są Twoje ulubione zapachy? Zarówno własne, jak i te, stworzone przez innych kreatorów.
GG - To zależy od momentu, od mojego nastroju. Na przykład nie używam tych samych perfum o poranku, na wielkie wyjście i wtedy, gdy zamierzam uwodzić. Mam w domu sporo perfum, a jedną z tajemnic wyjaśniających tę obfitość jest to, że tworząc jakąś kompozycję dokonuję wielu, wielu prób i zdarza się, że używam własnych perfum, które mi się podobają, ale nie pasują do opowieści. Wtedy je zatrzymuję.
Czasem przychodzi mi do głowy na przykład "praca z grejpfrutem", zabawa ideą single note, które oczywiście wcale single note nie są. Mam więc w łazience litr wody kolońskiej o zapachu grejpfruta i jeśli biorę w nocy prysznic, używam jej obficie.
Kiedy planuję spotkanie towarzyskie i mam czas po pracy wrócić do domu, wziąć prysznic i dobrze ubrać, mam zwyczaj mieszania perfum. Najczęściej używam miksu Casanovy z Marquis de Sade. Teraz uświadomiłem sobie, że używam tej perfumeryjnej mieszanki romantyzmu i erotyki właśnie po to, by uwodzić. To zabawne, wcześniej nie zdawałem sobie z tego sprawy. (śmiech) Ale one naprawdę pachną razem świetnie.
Najciekawsze jest to, że pierwszy raz zdarzyło mi się to przez przypadek. Użyłem jednego zapachu, zapomniałem o tym i użyłem ponownie drugiego. Innego. W ogóle, kiedy używam perfum, używam ich obficie - muszę je czuć na sobie. Oczywiście rozumiem, że są ludzie, który wolą by zapach ich perfum był delikatny, intymny. Jednak kiedy ja pachnę, pachnę tak, by wszyscy to zauważyli. (śmiech) Kiedy używam perfum, najpierw po prysznicu spryskuję się cały, potem nakładam ubranie i perfumuję ponownie. Wtedy po prostu pomyliłem się i użyłem 1725, a potem 1740. Nie miałem zamiaru ich mieszać.


Ciąg dalszy nastąpi :)

Sabbath of Senses na Facebooku

 .
Post z serii aktualności blogowych. 
Wiem, że to śmieć - przepraszam i obiecuję, że to jednorazowy wyskok.

Założyłam trzy dni temu stronę SoS na Facebooku. 
Nazywa się:

Sabbath of Senses - zmysłowe opowieści o perfumach

Mam nadzieję, że nie przesadziłam z tytułem. :)

Strona wygląda tak, jak poniżej:


W założeniu ma służyć zamieszczaniu błahych, drobnych notek, którymi nie chcę zaśmiecać bloga, który usiłuję prowadzić w miarę przejrzyście i w sposób zdyscyplinowany. Przynajmniej tematycznie.

Wszystkim klikającym "Lubię To" dziękuję serdecznie.
Zapraszam do wpisywania się na stronie, wklejania zdjęć, zakładania dyskusji, udzielania rad, proponowania tematów... Do współtworzenia bloga w stopniu jeszcze większym, niż robicie to już w tej chwili, dzięki swoim pomysłom i mądrym, czasem zmuszającym do myślenia, a czasem zabawnym komentarzom. 

Dziękuję Wam wszystkim. 
Dajecie mi radość życia. A ja bardzo lubię radować się i żyć. :)

poniedziałek, 11 października 2010

Rozstrzygnięcie konkursu Ramon Molvizar

Zgodnie z obietnicą dziś rozstrzygam konkurs o kompletny zestaw próbek Ramon Molvizar : 11 zapachów, 33 ml perfum.

Zestaw wędruje do Dominkib. Gratuluję!

Ponieważ chętnych było bardzo wielu, postanowiłam ufundować nagrodę pocieszenia w postaci  pięciu próbek z moich zasobów. Wygrywa je Zaczarowany Pierniczek. :)
Operację przeprowadzimy jak zwykle: proszę o maila, w odpowiedzi podam dziesięć lub więcej propozycji, z których wybierzesz sobie pięć interesujących Cię zapachów.

Wybaczcie ciszę na blogu.
Pracuję nad wywiadem. Idzie mi opornie nieco, bo po forsownym weekendzie ciągle jestem w kiepskiej formie. Ale nie obijam się.

piątek, 8 października 2010

Gerald Ghislain w Quality - relacja i zapowiedź czegoś więcej

.
Miałam wczoraj (to znaczy w czwartek 7 października) okazję uczestniczyć w bardzo miłym wydarzeniu.

Na zaproszenie Perfumerii Quality uczestniczyłam w wewnętrznym szkoleniu prowadzonym przez założyciela, właściciela i jednocześnie twórcę kompozycji Histoires de Parfums, Pana Geralda Gishlain. Ale zacznę od początku, bo słowo "szkolenie" nie do końca oddaje istotę tego spotkania. A już na pewno nie oddaje jego atmosfery.


W niezwykle ciepłej, rodzinnej nieomal atmosferze, Pani Joanna Missala zapoznała mnie z nowym wystrojem perfumerii i nowymi zapachami z oferty, podzieliła się pomysłami i planami na najbliższe miesiące, Pani Stanisława z czarującym uśmiechem dbała o to, by nikt nie unikał skosztowania pysznych, domowych wypieków, które są tradycyjną już częścią spotkań organizowanych w Quality, Pan Marek zabawiał wszystkich okołoperfumeryjnymi anegdotami (nie wiem, czy mogę przytoczyć, ale były naprawdę zajmujące i zabawne). Gość honorowy początkowo zdawał się nieco zaskoczony poczęstunkiem i ciepłymi relacjami między właścicielami, a współtworzącymi klimat Quality pracownicami, wkrótce jednak, podobnie jak ja, dał się urzec i bawił się równie dobrze, jak my.

Samo szkolenie polegało na tym, że wszyscy (tak, wszyscy) zasiedliśmy w kręgu, otrzymaliśmy starannie na polski przetłumaczone materiały, ołówki do robienia notatek oraz... Testy kompetencji. 
Pan Ghislain zapowiedział, że szkolenie zakończy się kartkówką, zaś zwycięzca otrzyma w nagrodę flakonik perfum.
Od razu napiszę, że kartkówka owszem, była, ale wygrali wszyscy i każdy z uczestników szkolenia otrzymał niewielki flakonik Histoires de Parfums wedle własnego wyboru.

A potem, z uroczym francuskim akcentem, po angielsku Gerald Ghislain opowiedział nam najpierw o swojej pasji, potem o każdym zapachu ze swojej kolekcji.

I tak dowiedziałam się, że jego przygoda z perfumami zaczęła się od potrzeby snucia opowieści. Ponieważ jednak, jak twierdzi sam zainteresowany, nie został obdarzony talentem literackim, postanowił opowiadać swe historie w sposób właściwy dla siebie - tworząc kompozycje wierne konkretnemu tematowi. A żeby zachować związek z pierwotną koncepcją, dał swojej kolekcji formę mającą kojarzyć się z biblioteką: charakterystyczne pudełka, możliwość złożenia flakonów w ciąg przypominający stojące obok siebie tomy.

 

Pierwsze perfumy Histoires de Parfums to zapachy z serii Characters: cztery zapachy mające stać się zapachowym hołdem dla czterech niezwykłych postaci kobiecych (George Sand, Eugenie de Montijo, Colette i Maty Hari) oraz zapach symbolizujący jedną z trzech najważniejszych cech, które powinien posiadać mężczyzna: romantyzm, uwodzicielskość (Casanova).
Na kolejne dwie pożądane męskie cechy przyszedł czas nieco później. Seksualną atrakcyjność, czy potocznie mówiąc seksowność symbolizuje Marquis de Sade, zaś uosobieniem ducha przygody jest Jules Verne.
W bardzo sprytny sposób wytłumaczył Ghislain powody, dla których damskie zapachy są personifikacją konkretnych postaci, zaś męskie symbolizują cechy. Otóż... "Mężczyźni mnie nie interesują, nie chcę opisywać mężczyzny, jako postaci. Wiem za to doskonale, jakie cechy powinien mieć idealny mężczyzna. Wiedzy o tym, jakie cechy powinna posiadać idealna kobieta nie posiadłem ani ja, ani nikt inny."

Wyjawił nam Gerald Ghislain także tajemnicę niezwykłych zestawień kolorów z roślinami w serii Kolory i Emocje.
Otóż paczula w Noir Patchouli jest czarna, ponieważ historia opowiadana tym zapachem "dzieje się" nocą. Podczas pobytów na Ibizie, wracając ciemną nocą z szalonych imprez wstępowali zwykle na Hippy Market - hippisowski targ, na którym można było o tej porze zrobić zakupy, zjeść i zabawić się. Noir Patchouli jest zapachem tego właśnie miejsca.
Historia fiołka w Blanc Violette jest prosta. Urodzony na południu Francji, na terenach gdzie fiołki uprawia się powszechnie, jako dziecko nie znosił tego zapachu. Łagodny, zmiękczony aromatem ryżu Biały Fiołek miał stać się sposobem przełamania tej niechęci.
Piwonia w Vert Pivoine jest zielona z powodów romantycznych. Gerald Ghislain wyznał, że był to ulubiony kwiat jego pierwszej wielkiej miłości, jednak dziewczyna lubiła tylko piwonie zielone jeszcze, zwinięte w pąki. Urocze, czyż nie?

 

Najbardziej chyba popularną serią Histoires de Parfums jest seria zapachów erotycznych obejmująca 1969, Ambre 114 i nowość: 1889 - Moulin Rouge.
Pierwsze dwa mają być metaforą czystego erotyzmu, 1969 w stylu europejskim, Ambre 114 w orientalnym i Ghislain scharakteryzował tę kompozycję, jako zapach haremu.
1889 ma zaś pachnieć jak... Pomadka do ust. Lśniąca i koniecznie czerwona. Wedle twórcy, Moulin Rouge to zapach francuskiego pocałunku. "Wiecie, co to jest francuski pocałunek? Jeśli nie - mogę nauczyć." Cytat dosłowny. :)

 

Ostatnie tomy w zapachowej bibliotece HdP to Tuberozowa Trylogia stworzona ponownie, by oswoić zapach.
Opowiadał Ghislain, że kiedy jako młody adept perfumiarstwa pierwszy raz powąchał olejek tuberozowy uznał jej zapach za paskudny. Nie wracał do niego przez wiele lat, jednak już jako dojrzały perfumiarz odkrywał na nowo porzucone niegdyś wonie i tym razem stwierdził, że roślina ta, choć trudna, ma ogromny potencjał. Postanowił go wydobyć, ale nie potrafił zdecydować się na opowiedzenie jednej tylko historii i tak powstało to, niespodziewane nawet dla niego samego, trio.
Tubereuse Capricieuse (Tuberoza Kapryśna) to opowieść o tuberozie samej. Kapryśnej tak w uprawie (poznaliśmy szczegóły trudnej uprawy tej rośliny), jak i w odbiorze. Wedle interpretacji twórcy, zapach jest brązowy: nieco ziemisty, nieco mroczny, z wyrażna nutą (brązowej) czekolady.
Do skomponowania Tubereuse Virginale, czyli Tuberozy Dziewiczej zainspirowały go opowieści o włoskich mieszczanach, którzy zabraniali swym młodym córkom wychodzić do ogrodu w przekonaniu, że upojny aromat tuberozy powoduje u dziewic szaleństwo i pęd do rozpusty. W trosce o cnotę swych córek ojcowie trzymali je więć z daleka od tego niebezpiecznego (choć niezbyt ładnego) kwiatu.
Z kolei Tubereuse Animale (czyli Zwierzęca) takich skrupułów nie ma. Jest kontynuacją opowieści o Tuberozie Dziewiczej, ty razem jednak bohaterką jest kobieta dojrzała już. Wedle opowieści Gerarda Ghislain sprytne Włoszki nosiły kwiaty tuberozy ukryte miedzy fałdami sukni (najczęściej pod spódnicą) po to, by budzić męskie żądze i... Sami wiecie. :)

W charakterze sekretów dla sprzedawców, które tu zaraz bezwstydnie wyjawię (ale Ghislain powiedział mi, że mogę pisać wszystko, co chcę, bo nie ma niczego do ukrycia, z którego to pozwolenia skwapliwie korzystam), dowiedziałyśmy się, że bestsellerem marki jest 1969, że wśród kompozycji damskich najlepiej sprzedaje się Colette, a wśród męskich Casanova.

Ostatnią rzeczą, jaką udało nam się wyciągnąć z Gerelda Ghislain była zapowiedź nowego zapachu. Ma on nazywać się 4070 i być zapachem postaci z przyszłości.
W całości złożona z syntetycznych składników kompozycja jest na razie w fazie wstępnych testów i pachnie lekko, świeżo, jak połączenie nut owocowych, ze świeżymi ziołami (koperek? anyżek?), słodką śmietanką i ambroksanem. Podczas testów na skórze wychodzi sporo mandarynki i akord bergamotkowy. Oczywiście żadnego z wymienionych składników (poza ambroksanem być może) wśród nut nie ma - to czysty syntetyk, bowiem autor tej ciekawej koncepcji twierdzi, że nie wiemy, jakie naturalne składniki bedzie można pozyskiwać za dwa tysiące lat, nie wiemy nawet, czy w ogóle będą jeszcze jakieś normalne, znane nam rośliny i zwierzęta.


Osławione "lejki", w których Histoires de Parfums prezentuje swoje zapachy okazały się fantastycznym pomysłem - wąchany z nich zapach jest przestrzenny i pełny. Bez wpływu skóry pozostaje co prawda nieco powierzchowny, nie ma głębi, brak w nim nut ciepłych, ale moment, kiedy zaczyna się "serce" kompozycji można ocenić doskonale.
Gerald Ghislain ma naprawdę urocze wytłumaczenie dla tego usprawnienia, ale o tym, o syntetykach w perfumach, o limitowanym zapachu Defile i o wielu innych rzeczach opowie Wam własnymi słowami.


Myślę, że teraz już mogę zapowiedzieć ekskluzywny wywiad, którego udzielił Sabbath of Senses twórca Histoires de Parfums. Właściwie... nie był to stricte wywiad, lecz przemiła, godzinna prawie pogawędka przy kawie. Gerad Ghislain to naprawdę uroczy, bezpośredni człowiek i zajmujący rozmówca. Zobaczycie sami. :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...