poniedziałek, 1 listopada 2010

Coeur de Vetiver Sacre l'Artisan Parfumeur

.
Nowy zapach l'Artisan Parfumeur wszedł na perfumeryjne salony z wielkim hukiem. Budzi zachwyt powszechny, recenzje ma entuzjastyczne, na forach wrze.
Jako przekorna dusza, podeszłam do kompozycji Carine Vinchon (która wcześniej dała nam się poznać między innymi jako autorka L'Eau de Jatamansi) z dystansem, sądząc, że jeżeli coś zachwyca wszystkich, to z zasady musi być ładne i względnie bezpieczne. Kombinowałam więc, że mnie pewnie na kolana nie rzuci, bo przecież gust mam nieco nietypowy.

Potem, stojąc nad patelnią wypełnioną po brzegi smażonymi pieczarkami, wymyśliłam sobie, że jeszcze bardziej stylowo będzie, jeśli napiszę to, co powyżej i przyznam, że się myliłam...



Kochanek Bogini


Pierwszy akord nie pasował do żadnego z przewidywanych przeze mnie scenariuszy.

Coeur de Vetiver Sacre nie okazał się po prostu urodziwy i łatwy. Apteczna, ziołowa, gorzka nuta przypominająca nieco Rock Crystal Durbano od razu przetasowała mi w głowie wszelkie etykietki, którymi, na podstawie lektury dotychczasowych recenzji, opatrzyłam ten zapach.
Drzemiące pod nią nieupozowane, popieliste, szorstkie kadzidło podniosło mi włoski na skórze, rozdmuchało nadzieje, kazało oczekiwać rzeczy dziwnych.
Gdy pojawił się wetiwer wiedziałam już, że będzie dobrze.

Apteczne zioła zniknęły wtopione w coraz cieplejszy, coraz bardziej zwarty akord kadzidlany przepleciony przepiękną nutą przyprawową: laurem z kolendrą i dodatkiem eterycznego, czarnego pieprzu.
Pełny, mięsisty, wieloaspektowy wetiwer ukazuje na tym tle wszelkie swoje zalety: jest zielony i żywotny, szlachetnie orientalny i korzennie ziemisty jednocześnie. Arcygenialnie wygrana nuta!
A wszystko to razem pachnie jak... French Lover Frederica Malle.


Dzięki dodatkowi owoców i mirry po około godzinie od aplikacji Coeur de Vetiver Sacre staje się nieco słodszy, bardziej zwarty, kulisty.
Tworząca tło, kanwę kompozycji mocno garbnikowa, sucha, czarna herbata stanowi dla tej słodyczy idealną przeciwwagę i sprawia, że zapach jest głęboki, wielowarstwowy, że zdaje się skrywać jakąś niezwykłą tajemnicę... Nie wiem, czy taka właśnie była intencja Carine Vinchon, ale w tym właśnie momencie mojej olfaktorycznej pielgrzymki przez wetiwerowe pola zdałam sobie sprawę, jak doskonale wrażenie to koresponduje z nazwą zapachu: Jądro Świętego Wetiweru.

Jądro kompozycji Vinchon tli się spokojnie, jak czyste, szlachetne kadzidło. Jest ciemne, popieliste; skryty wewnątrz żar daje mu magiczną głębię.
Otacza je jasna poświata wetiweru, który w tym kontekście wydaje się symbolizować żywotność natury i dopełnia krystalizującą się powoli w moim umyśle wizję: jest Coeur du Vetiver Sacre rzeczywiście metaforą świętości. Świętości najgłębszej, najbardziej elementarnej. Dla mnie to olfaktoryczny portret Matki Ziemi, archetypicznej, prastarej Bogini będącej matką wszystkich boskich kultów; Czarnej Madonny, która rodzi życie... Jest w nim skryta tajemnica aktu poczęcia i moc  narodzin. Życie i przemijanie. Sacrum i profanum.


Tak więc ostatecznie... Nie myliłam się. Oczywiście nie myliłam się dopiero spekulując, że napiszę, że się myliłam. :)

Nowy l'Artisan okazał się wart testów, wart każdej pełnej zachwytu linijki tekstu, chyba nawet wart zakupu. Jest, co prawda, w pewien sposób wtórny w stosunku do French Lover Frederica Malle, ale po pierwsze nie jest identyczny (choć nie wiem, czy różnica przemawia za l'Artisanem czy jednak za Frederikiem), po drugie jest równie trwały, po trzecie jego cena jest znacznie bardziej przyjazna dla kieszeni, niż cena Francuskiego Kochanka. 
Kiełkuje we mnie żądza...


Data powstania: 2010
Twórca: Carine Vinchon

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: bergamota, pomarańcza, limonka, kardamon, czarna herbata, imbir, szafran, kolendra

Nuty serca: różowy pieprz, daktyle, suszone morele, kadzidło, osmantus, róża, irys, fiołek, wetiwer, cedr, bób tonka, estragon
Nuty bazy: wetiwer z Haiti, sandałowiec, gwajak, nuty skórzane, labdanum, ketmia piżmowa (ambrette), wanilia, kastoreum, ambra, piżmo


* Pierwsza ilustracja: "St Ibis" Liiga Smilshkalne, znalezione na: www.elfwood.com
** Druga: "The Gate" Christophe Vacher
*** Trzecia znaleziona została TU, ale jestem przekonana, że właścicielka strony nie jest autorką pracy. Niestety, żadnych danych identyfikujących grafikę nie znalazłam.

22 komentarze:

  1. W nutach nie widze wetiweru, pewnie Ci umknął?

    OdpowiedzUsuń
  2. Kurczę. Pewnie na stronie, z której je tłumaczyłam nie był wymieniony. To się zdarza.
    Czasem czuję czegoś mnóstwo, a nie ma w składzie. Tu jednak wetiwer musi być - przecież jest w nazwie... Nie wiem, czy dopisywać. Dziękuję za zwrócenie uwagi - poszukam tej strony.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pięknie zilustrowałaś swój opis. Moje wyobrażenie o zapachu stało się pełniejsze :)

    OdpowiedzUsuń
  4. No i niestety, kolejna entuzjastyczna recenzja, do tego moje ulubione nuty, podobny do French Lover'a i jako wisienka na torcie - dostępny już w Quality. Czy ja mam jakiś wybór teraz?

    OdpowiedzUsuń
  5. Też nie mam wyboru - ani krzty. Znów zacytuję Wilde'a i powiem, że najlepszym sposobem na pokonanie pokusy, jest ulegnięcie jej. ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Sprawdziłam na stronie Quality i wypisanych nut jest co najmniej dwa razy więcej, choć ja nie wiem na ile rzetelne informacje oni tam mają.

    OdpowiedzUsuń
  7. Muszę potupać do perfumerii, żeby powąchać. Z opisu brzmi zachęcająco, wręcz kusząco, a nawet bardzo "mojo" ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Zaintrygowałaś mnie tym opisem. Kompozycja może nie do końca "moja" nie mniej bardzo chętnie bym sprawdziła jak się nosi.

    OdpowiedzUsuń
  9. Zaczarowany Pierniczku - jednak edytowałam nuty. Jeszcze raz dziękuję. :*


    Cammie, dziękuję. Staram się dobierać ilustracje tak, żeby oddawały nastrój kompozycji.


    Dominko, Wiedźmo, Escrotoro - tym razem z pełnym przekonaniem piszę, że warto, a nawet należy testować. Zapach trzyma się na mnie od kilkunastu godzin, a jestem po prysznicu. Jest intensywny i piękny. Oj, flakon przywędruje do mnie, i to prędko...

    OdpowiedzUsuń
  10. Katalino, to jest zapach bardzo nietypowy. Myślę, że może się spodobać nawet komuś, kto kadzideł nie lubi. Może też nie urzec kogoś, kto lubi. :)

    OdpowiedzUsuń
  11. kolejny must niuch :-P
    I jak ja uwielbiam obrazy Vachera! :D
    Maja102

    OdpowiedzUsuń
  12. Vacher był już u mnie kilka razy. To trochę kicz jest, moim zdaniem, ale i tak nie potrafię mu się oprzeć. Szczególnie obrazowi, którym ozdobiłam Kozę.

    OdpowiedzUsuń
  13. Mam przyjemność przyznać Twojemu blogowi "One Lovely Blog Award" :) Za całokształt wspaniałości, które na nim zamieszczasz. Szczegóły znajdziesz tutaj:
    http://katalina-sugarspice.blogspot.com/2010/11/one-lovely-blog-award.html

    OdpowiedzUsuń
  14. Hm, to śmieszne - ja też nazywam Coze (które ostatnio nabyłam i lubię pasjami) Kozą. But then - who wouldn't? Trudno się oprzeć tej językowej pokusie. Szczególnie w kontekście obrazu.

    OdpowiedzUsuń
  15. Z przyjemnością nagradzam:)
    http://no-to-pieknie.blogspot.com/2010/11/rosne-w-uszach.html

    OdpowiedzUsuń
  16. Katalino, Cammie, dziękuję!
    Mam jeszcze zaległości z poprzednim wyróżnieniem, spróbuję w najbliższym czasie ogarnąć to hurtem.
    Dziękuję serdecznie. :*


    Xiaoxiongmao, no tak... "Kupiłam Coze, uwielbiam Coze, testowałam dziś Coze." Koza sama się nasuwa. :)
    Dla mnie Coze było tak niezwykłe, że stało się pierwszym zapachem PG na moim blogu. To chyba o czymś świadczy. Tylko o czym? O tym, że jestem kozolubna. Przyznawałam się już przy okazji Victrixa. :)))

    OdpowiedzUsuń
  17. Mam w końcu odrobinę rzeczonego dzieła i nurzam się z lubością :)
    Po raz kolejny dziękuję za zachętę!

    OdpowiedzUsuń
  18. Magdo, wierzę, ach wierzę. Szczególnie latem... Ja wciąż dumam nad flakonem. Może kiedy skończy mi się Encre Noire...

    OdpowiedzUsuń
  19. Cześć !
    W moim prywatnym rankingu Coeur De Vetiver Sacre, znajduje się w ścisłej czołówce najwybitniejszych pachnideł minionej dekady. A Karine Vinchon - Spehn popełniając jednego roku takie dzieła jak Memoir Man dla Amouage i właśnie Coeur De Vetiver Sacre, dołączyła moim zdaniem do ścisłej czołówki współczesnych perfumiarzy ( mam nadzieję, że utrzyma poziom przy nadchodzącej Batucadzie ). Co o mnie tak urzekło w C.D.V.S. ? Powiem krótko; wszystko. Przede wszystkim jednak ta nieuchwytność, niemożność uchwycenia tego tańca ingrediencji w kadrze. No i ten - nie obawiam się uderzyć w patetyczny ton - mistyczny charakter kompozycji. Owszem , jest w pewien sposób pokrewny z Bois D'Orage ( nienawidzę nazwy europejskiej ...), ale nie jest to jakieś ewidentne podobieństwo, a raczej pokrewieństwo charakterów właśnie. Nie ukrywam, że dla mnie , to także jedno z najbardziej psychodelicznych pachnideł; zupełnie jakbym słuchał " De-Loused In The Comatorium " mojej ukochanej Mars Volty. Dla mnie ten zapach to ta sama liga co Cristal De Roche, Encre Noire czy Memoir Man, czyli outstanding. I na koniec moja wielka radość; od dzisiaj cieszę się swoją własną " setką " Jądra Świętego Wetiweru.
    Pozdrawiam gorąco -
    Cookie
    P.S. Sabbath, ilustracje jakie dobrałaś do powyższej recenzji, są po prostu perfekcyjne. A samą recenzję uważam za jedną z Twoich najbłyskotliwszych. Gratuluję !

    OdpowiedzUsuń
  20. Od wczoraj cieszę się własną butlą CdVS i trudno wyrazić mój pełen zachwyt tą kompozycją. To chyba mój numer jeden w ofercie L'Artisan Parfumeur (konkuruje z Dzongkhą).

    OdpowiedzUsuń
  21. Od wczoraj posiadam butelkę tej pięknej kompozycji i brak mi słów na wyrażenie zachwytu. Dla mnie to chyba numer jeden z kolekcji L'Artisan Parfumeur (rywalizuje z Dzongkhą).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie konkuruje z Timbuktu. :) Ale też wydaje się mieć przewagę. Gratuluję i zazdroszczę flakonu. :)

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...