sobota, 31 grudnia 2011

Złoty Pieprz Synesis


Czas temu jakiś na polskich blogach urodowych pojawiła się seria wpisów anonsująca współpracę z marką Synesis. Rodzima firma umiejętnie wykorzystuje ekologiczność swych produktów (w w sumie jednego, ale Ecolabel dla jednego żelu do mycia skutecznie opromienia cały asortyment) oraz fakt posiadania własnej plantacji róży damasceńskiej w Turcji (też pojedynczej, ale zabieg udany). Najskuteczniej jednak przemawia do mnie obietnica właścicielki firmy, pani Anny Garbaczewskiej, która deklaruje, że przy tworzeniu kosmetyków Synesis najbardziej zależało jej na ich skuteczności. "Nie na innych aspektach, kolorach, efektownych migotkach, lecz na działaniu."
W kwestii perfum nie ma to wielkiego znaczenia, ale u mnie zarobiło Synesis plusa już na wstępie: rzetelne spowiadanie się z zawartości słoiczków i buteleczek zamiast marketingowej ściemy... to też marketing oczywiście, ale taki marketing lubię.

Kiedy na przemiłym trójmiejskim zlocie perfumeryjnym znalazłam próbkę Złotego Pieprzu Synesis na kupce ze śmierdzielkami, których nikt nie chciał, skwapliwie skorzystałam z okazji i capnęłam atomizerek. I parę innych także, ale o tem potem.



Sadness No.5

 

Na rozczarowanie nie musiałam długo czekać. Obwąchany podejrzliwie wylot atomizera zapowiadał zapach bynajmniej nie pieprzowy. Zaaplikowanie płynu na skórę rozwiewa wszelkie wątpliwości: pieprzenie z tym pieprzem, zapach jest ewidentnie kwiatowy, bardzo retro. Tak bardzo, że po ulotnieniu się pierwszej, otwierającej nuty będącej klasycznym połączeniem ylang - ylang z odrobiną jaśminu i róży zaczęłam zastanawiać się, czy aby nie za bardzo...

czwartek, 29 grudnia 2011

Myrte L'Occitane

Lubię zapachy L'Occitane.

Miód z Cytryną L'Occitane pachnie jak miód z cytryną, Werbena jak werbena, Wetiwer też tak, jak powinien. Podobają mi się nawet kompozycje kompletnie nie moje - na przykład Kwiat Wiśni. Może z powodu naturalnej prostoty, która charakteryzuje większość zapachów tej marki?
Szkoda, że nie udało mi się trafić na źródło próbek. Wokół Eau des Baux chodzę już od dawna, ale nie kupię zapachu bez porządnych testów. Pewnie więc nie kupię i już.

Nie o korzennym Eau des Baux jednak dziś będzie, tylko o zapachu, którego mini odleweczkę dostałam swego czasu od Michasi. Wyużywałam całą niemal, pora napisać recenzję, bo wkrótce nie będę miała z czego. :)


 

Mirt był niegdyś bardzo popularną na Śląsku rośliną doniczkową. Każda rodzina mająca córeczkę hodowała krzaczek (albo kilka krzaczków) w celu sporządzenia z jego aromatycznych gałązek wianuszka komunijnego, kiedy przyjdzie pora. Moja rodzina wyjątkiem nie była. Będąc u babci często obrywałam pojedyncze listki z mirtowego krzaczka. Potajemnie, oczywiście. I nader ostrożnie, żeby przypadkiem nie tknąć stojącego na tym samym parapecie geranium...
Kiedy nadszedł dzień golenia roślinki, zamiast o wianku myślałam o tym, czy biedny, ogołocony krzaczek przetrwa tę hekatombę.

Inna kwestia, że w kościele okazało się, że mirtowe wianuszki niepostrzeżenie odeszły do lamusa i znakomita większość dziewczynek ma na głowach białe, ślubne stroiki, a na zadkach kiecki w typie bezy. Taki folklor. Naprawdę rozczarowały mnie dopiero prezenty... :]


sobota, 24 grudnia 2011

Tag 5 postanowień i życzenia. A raczej życzenie. :)


Dziś dzień wyjątkowy. Z okazji wyjątkowego dnia wyjątkowo będzie wpis osobisty. Kolejny tag.

Tym razem pamiętała o Mnie Kokosowa Panna, której bloga czytam od dawna już, obserwując jak zmienia się, rozwija i pięknieje. (Nie) tylko kosmetycznie u Kokosowej Panny to niezwykły przykład tego, że blog może być zarazem kompetentny, pożyteczny i osobisty - tknięty ciepłą osobowością Autorki.
Kokosowa Panno, dziękuję za pamięć. Jest mi bardzo miło.



Oto moja odpowiedź na taga pod tytułem 5 Noworocznych Kosmetycznych Postanowień (choć kiedy pisałam odpowiedzż byłam pewna, że tag nazywa się 5 Noworocznych Postanowień dla Urody):

 

Oczywiście, wiem doskonale, czego potrzeba mojej urodzie. Dokładnie tego, czego nie mogę jej dać.

piątek, 23 grudnia 2011

Puredistance M

.
Dostałam wiadomość. Zdarza mi się. :)

Dotyczyła perfum i zaczynała się tak:
Zamiast bawić się w ceregiele, pozwól iż od razu przejdę do meritum. Wiem - z lektury Twoich recenzji - że generalnie odrzuca Cię aura luksusu i ekskluzywności w perfumach, ale w tym przypadku, owa otoczka jawi mi się niczym nieistotny szczegół. Bowiem pachnidło o którym w tym miejscu piszę, po prostu zwaliło mnie z nóg.

Cóż mam rzec? Owszem, odczuwam jakąś podświadomą niechęć do zapachów li tylko ekskluzywnych. Nie lubię, kiedy zamiast konkretnego produktu próbuje mi się sprzedać styl życia, poczucie wyjątkowości. Nie potrzebuję i nie kupuję tego.

Zdaję sobie, oczywiście, sprawę, że taki antysnobizm też w pewien sposób wpływa na moje życiowe wybory - także perfumeryjne, ale część z Was zauważyła już (ku mojej przeogromnej radości), że nie zapieram się jak kozioł w kapuście i nie jestem głucha na argumenty.


Danielu, dziękuję.



Perfekcyjna niedoskonałość


Pierwszy wdech. To zawsze jest chwila ważna. Nie będzie drugiej szansy na zrobienie pierwszego wrażenia.

I tu pierwsze wrażenie jest wrażeniem. Zapach nie jest ładny. Nie jest ładny w normalny, łatwy sposób. Ten pierwszy przedakord, nie będący zwykle nawet kompletną wonią, lecz jedynie trzaśnięciem drzwi do nowego świata - tutaj ten pierwszy ton rzeczywiście skupia uwagę, wyostrza zmysły. Nie krzykiem - teatralnym szeptem.
Gorzka, trudna, apteczna kolendra, cierpka bergamotka, ślad cynamonu, ostre labdanum... nie wiem, co jeszcze. Trwa to ledwie parę sekund.

Zanim zdążymy rozpoznać nuty, zanim zdołamy zdziwić się i obruszyć - kompozycja zwija się jak akrobata w powietrzu i płynnie zmienia tor: nie szybuje w górę, w stronę ziołowo - przyprawowych przestrzeni, lecz pikuje w mrok.

czwartek, 22 grudnia 2011

Nie płać zabijaczowi - Loewe 7


Pisałam, ze lubię pisać recenzje zapachów, które wiążą mi się z opowieścią, są w jakiś sposób osadzone w szerszym kontekście. To prawda. Jednak i od tej reguły są wyjątki.
Czasem kontekst jest tak nieprzyjemny, że trudno mi sklecić te obowiązkowe kilka rozsądnych zdań. Dlatego do recenzji bardzo w sumie udanego zapachu Loewe 7 zabierałam się tak długo...

Nieprzypadkowo zebrałam się przed świętami - widok umęczonych, półżywych karpi duszących się w foliowych reklamówkach co roku wyprowadza mnie z równowagi. Wczoraj prawie popłakałam się w hipermarkecie.


O Korridzie pisałam już przy okazji recenzji perfum Satelite o tej nazwie. Nie mam siły ponownie mierzyć się ze szczegółowym opisem tej odrażającej, potwornej rozrywki. Proszę Was, przeczytajcie TEN WPIS
I proszę, jeśli kiedyś ktoś nazwie to zboczone widowisko kulturą - protestujcie.

wtorek, 20 grudnia 2011

A New Perfume Comme des Garcons

Od kiedy pamiętam  wąchałam wszystko: każdy aspekt rzeczywistości uzupełniałam o zapach. 

Moja mama dostawała białej gorączki, kiedy po postawieniu przede mną talerza z jakimkolwiek jedzeniem obserwowała jak skwapliwie i z ukontentowaniem "obwąchuję paszę", kiedy siedziałam dosłownie z nosem w gazecie czy książce z entuzjazmem systematyzując zapachy farb i dzieląc je na te, którymi drukowane były gazety codzienne, książki oraz wydawnictwa ekskluzywne (intensywnie pachnący, barwny kalendarz astronomiczny miał skutek uboczny w postaci poważnego zatrucia), a także kiedy przy czytaniu wtulałam nos w poduszkę, na której spałam. Starałam się wszystko to robić dyskretnie, choć bogów na świadków biorę, że niczego zdrożnego w wąchaniu świata nie widzę. 

 

Pasja perfumiarska nie "trzasnęła we mnie jak grom" u zarania moich dni głównie dlatego, że po prostu nie miałam kontaktu z prawdziwymi perfumami. Trzasnęła później i też nie jak grom.
Dopiero odkrycie perfumeryjnej niszy: kompozycji będących malowanymi zapachem obrazami, opowiadających historie wzniosłe i całkiem zwyczajne sprawiło, że świat zapachów porwał mnie i zauroczył. Eksplorując z fascynacją i emocją wielką fascynujące światy malowane w mojej wyobrażni przez dzieła spod znaku Comme des Garcons, I Hate Perfume czy Demeter Fragrance Library stworzyłam swój mini - manifest perfumeryjnego ekscentryka: "Nie lubię perfum pachnących perfumami".
W obecnej chwili, po kilku latach poświęconych (częściowo, oczywiście) poznawaniu kompozycji dziwnych i mniej dziwnych stwierdzić mogę, że manifest ten, choć nadal efektowny, nieco się zdezaktualizował. Po pierwsze dlatego, że jak adept sztuk plastycznych uczy się doceniać wielowymiarowość prac Picassa, tak ja uczę się powoli doceniać kompozycje abstrakcyjne: rozumieć ich wymowę, odbierać ich magię. Po drugie zaś dlatego, że wśród zapachów dosłownych - perfumeryjnych obrazków udało mi się wyodrębnić szeroką i pojemną kategorię, której nie lubię. Nie lubię mianowicie, kiedy perfumy malują mi w umyśle tort. Albo galon budyniu. Albo górę ciastek - szczególnie takich nafaszerowanych sztucznymi polepszaczami.

O początkach pisałam już nie raz. Dziś wracam do tematu, dlatego głównie, że przede mną spoczywają fiolki z Nowymi Perfumami Comme des Garcons reklamowanymi jako zapach kleju i taśmy klejącej. Klej i taśma klejąca to jest coś, na co łapię się równie niechybnie jak "normalna kobieta" na jaśmin i różę.

Skąd ten wstęp?

Ano... jakoś niezręcznie było mi przechodzić od razu do wąchania kleju. ;)

piątek, 16 grudnia 2011

Usprawiedliwienie


Tak, wiem, powinnam. Usprawiedliwiam się więc i proponuję okup: dokumentację fotograficzną tego, co zajmowało mnie przez ponad tydzień. Tydzień wyjęty z szarej rzeczywistości i przeniesiony w żółtą rzeczywistość, który to tydzień teraz mozolnie odpracowuję. 

Oto kawałek mojego nieperfumeryjnego żywota, manifestacja pasji starszej i większej, niż perfumy, pomost między Sabb perfumeryjną, a jej nieperfumeryjnym (choć wciąż pachnącym) wcieleniem.
Poprzedni taki wyłom uczyniłam pokazując Wam nakręconą wraz ze Staszkiem Mąderkiem reklamę Euroconu 2010


Posta rozwijacie na własną odpowiedzialność. Uprzedzam, przyjdzie Wam obcować z wariatami. Ale pozytywnymi. :)


piątek, 2 grudnia 2011

Nie - recenzja Oud Secret Ramon Molvizar

Opisywanie serii Secret Ramon Molvizar zaczęłam zgodnie z taktyką Alfreda Hitchcocka: od trzęsienia ziemi. I zgodnie z tą samą maksymą, stopniowałam napięcie tak, by rosło i rosło, najlepsze zostawiając na koniec.

Oud Secret - dla tego zapachu w ogóle się za tę serię zabrałam. Chciałam go zrozumieć, osadzić w kontekście, celebrować. Osnuty wokół oudu Black Cube jest majstersztykiem. Oczekiwania miałam więc niebotyczne i niebosiężne. No... Piekłosiężne w tym kontekście.


Od razu, bez podchodów i mydlenia oczu piszę: drugiego Black Cube nie będzie. To dobrze, bo po cóż nam kopia? To źle, bo ponoć seria Secret ma być przystępniejsza cenowo, więc może Magiczna Czarna Kostka Bejara byłaby wówczas w zasięgu moich możliwości...?

Gorzej, że recenzji też nie będzie. Będzie subiektywny i pełen zastrzeżeń zbiór impresji.




To nie są te doznania, których szukacie...
To znaczy... Których ja szukam


Po pierwsze, gdyby nie obietnica, nie pisałabym niczego o tym zapachu. Dlatego, ze od pierwszej nuty wiedziałam, że mój odbiór będzie subiektywny i niesprawiedliwy.

Co mnie tak przestraszyło?

czwartek, 1 grudnia 2011

Queen Secret Ramon Molvizar

.
Czym różni się sekret króla od sekretu królowej?

Cóż za świetne zagajenie! - pomyślałam, gdy przyszło mi do głowy to pytanie. O tajnym gabinecie Ludwika XV Secret du Roi większość z nas słyszała. Wrzucając w wyszukiwarkę internetową hasło "sekret królowej" i "queen's secret" spodziewałam się czego równie tajemniczego, lecz bardziej pikantnego.

Kiedy jednak zobaczyłam, co wyrzuca Google po wpisaniu "Tajemnica królowej" uznałam, że rozwijanie tego tematu nie jest najszczęśliwszym pomysłem. Szczególnie, że zapach zasługuje na naprawdę dobrą historię.



Koronę Carów
Sen taki jak ten może Ci z głowy zdjąć*


W Queen Secret, podobnie jak w przypadku King Secret: pierwsza nuta "ustawia" zapach. Dobitnie i przekonująco oznajmia: banału nie będzie. To nie jest Sekrecik Królewny, Pamiętnik Księżniczki, opowiastka bez znaczenia.

Geranium, bergamota i najważniejsza nuta otwarcia: intensywny aromat herbacianego suszu. I jest to rzeczywiście zapowiadany w nutach cierpki, ożywczy zapach herbaty zielonej. Akord bardziej stymulujący, niż urodziwy. Naprawdę fenomenalny sposób "przedstawienia" kompozycji.

wtorek, 29 listopada 2011

Zapachy Roku 2011 według użytkowników serwisu Fragrantica


Fragrantica ujawniła wyniki głosowania swych użytkowników na najlepsze perfumy 2011 roku. Oto one:


Najlepsze Perfumy Roku 2011:


Dla kobiet:

  • Taj Sunset Escada
  • Daisy Eau So Fresh Marc Jacobs
  • Miss Dior Cherie Eau de Parfum Dior
  • Shalimar Parfum Initial Guerlain
  • Mon Jasmin Noir Bvlgari
  • Very Irresistible Givenchy L’Intense Givenchy
  • Prada Candy Prada


sobota, 26 listopada 2011

King Secret Ramon Molvizar oraz zapowiedzi


Ramon Bejar ruszył do ofensywy. Na polski rynek wchodzą jednocześnie trzy serie perfum jego autorstwa. 

 

Pierwszą z nich jest złożona z trzech zapachów seria Secret. Tworzą ją damski Queen Secret, męski King Secret oraz kolejny owoc szalejącej mody na agar: Oud Secret.

Druga kolekcja koresponduje nieco z mającymi premierę w sierpniu tego roku opartymi na trzech odmianach kwarcu "eliksirami mineralnymi" Vibrational Perfumes. Zwie się Cuarzo Sinature Gems Collection i składa się z trzech kompozycji inspirowanych barwą i naturą trzech szlachetnych kamieni: rubinu, szmaragdu i szafiru. W każdym z flakonów z tej serii znajdują się dwa kamienie: jeden w stanie naturalnym, surowym, drugi oszlifowany. I analogicznie są to rubiny w Ruby, szmaragdy w Emerald i szafiry w Sapphire.

Trzecia ekskluzywna propozycja Ramona Bejara to duet zapachów 4 Elements i 5 Elements.

W ręku mam wszystkie powyższe cuda, na razie nie w formie oryginalnych próbek, lecz w formie małych odleweczek z testerów, muszę jednak przyznać polskiemu dystrybutorowi, firmie Szmaragd i Diament, że tak starannie, z troską o estetykę produktu i wygodę osoby testującej przygotowanych "zestawów testowych" nie spotkałam nigdy. Dotyczy to oczywiście także wysyłanych przez Szmaragd i Diament próbek firmowych, ale w przypadku odlewek robionych metodą "domową" oznaczone estetycznymi etykietkami, pojedynczo w zgrzewaną folię opakowane, opatrzone dodatkowymi firmowymi naklejkami atomizerki robią wrażenie. Zestaw starannie zapakowanych firmowych blotterków dołączany do każdej partii próbek tej firmy też ma znaczenie. Luksus? Prawdziwy luksus zaczyna się od staranności i szacunku dla klienta.


Dobra. Koniec wstępów, przechodzę ad rem.
To, która seria mnie skusi jako pierwsza było oczywiste od początku. Ta, w której znajdziemy cokolwiek z oud w tytule. O pułapkach na Sabbath już było. :) Dziś pierwszy z trzech sekretów, które zdradza nam Ramon Bejar swoimi zapachami.




Król życia


Pierwszy wdech, pierwsza nuta, pierwszy błyskawiczny "transfer danych" do mózgu... I ożywcza myśl: nie będzie banału.

czwartek, 24 listopada 2011

Missala Qessence - recenzja wyczerpująca


Atomizer z tymi perfumami przeleżał u mnie wiele, wiele dni.

Najpierw otrzymałam niespodziewaną przesyłkę od Pani Missali zawierającą list i atomizer bez nazwy. Długo zabierałam się do testów, a kiedy wreszcie się zabrałam, poczyniłam notatki. Mogę je Wam udostępnić, jeśli chcecie, ale od razu przyznam się, że część nut pomyliłam.

 

Czas jakiś później pojawił się na blogu Missala tajemniczy konkurs. Nie wymagało szczególnej bystrości skojarzenie nut podanych na stronie z zawartością anonimowego atomizera. A potem dostałam maila, który wszystko wyjaśnił. Quality Missala ma własne, stworzone w Grasse perfumy!

Obiecałam jednak, że dochowam tajemnicy. I zgodnie z obietnicą, puszczam parę dopiero po premierze, która miała miejsce dziś o godzinie 18:00.

Ciastkarnia u Sabbath, czyli Subiektywny Ranking Przystojniaków


Po pierwsze: Petera Steele nie będzie!

Wiem, że wszyscy mnie o niego podejrzewają, ale nie będzie, bo mi się mieści w rankingu ładnych skorupek, a ja odczuwam silny imperatyw, żeby mi się ciastko z nadzieniem zgadzało. Muzyka, którą ten pan był nadziany nie jest "moja". Sorry.



Subiektywny Ranking Przystojniaków

Zaczęło się tak...

Zaglądam na bloga Kataliny. Żadna nowina, wiem. Na blogu owym, dni temu parę Kat wrzuciła posta rozrywkowego, którego nazwała Subiektywnym Rankingiem Przystojniaków. Jako, że kuszenie jest moją specjalnością, natychmiast zaczęłam namawiać Ją, do puszczenia tego pomysłu dalej w formie taga. A jako, że Kat pokusom ulega chętnie i z wdziękiem... Zostałam akuszerką nowej blogowej zarazy. Tym razem bardzo smakowitej.

Zapraszam Was więc do mojej ciastkarni na degustację sabbacinych ciach wszech czasów i wszech światów. Z podziałam na kategorie.
Sponsorem wypieków jest Katalina, która dostarczyła Sugar & Spice. ;)))


Edycja:
Z przyjemnością dodaję drugą nominację. Pamiętała o mnie Piękność Dnia, której odpowiedź na taga można zobaczyć tu: KLIK.
Jeden pan nam się powtarza. Hura!

środa, 23 listopada 2011

Tiger's Eye i Amethyst Vibrational Perfumes


Zgodnie z zapowiedzią, dziś dwa pozostałe zapachy Vibrational Perfmes. Po Różowym Kwarcu pora na Tygrysie Oko i Ametyst. 
Nie przeciągając: przeczytajcie sami i czujcie się ostrzeżeni. :]



Tiger's Eye



"Tygrysie oko wzmacnia energię osobistą, ugruntowuje, otwiera dostęp do kreatywności. Tygrysie oko pomaga ludziom zestresowanym i smutnym, przywraca naturalny przepływ energii i równowagę pomiędzy ciałem i psychiką."*

W tym kontekście opis zapachu wręcz zadziwia powściągliwością:

Tiger's Eye oferuje Ci ochronę w życiu pełnym wyzwań i dynamicznej codzienności naszych czasów. Przynosi wewnętrzną siłę i wolność. Uznawany jest za kamień przyciągający dobrą passę...



Kim jest Majda Bekkali...?

...W projekcie pod tytułem Majda Bekkali?



Już tłumaczę się z pytania. Głupiego tylko pozornie.

Otóż na Fragrantice pojawił się właśnie artykuł Sandry Raicevic Petrovic dotyczący perfum sygnowanych nazwiskiem Bekkali. W artykule wyraźnie i jednoznacznie napisano, że twórcą perfum Songe Pour Femme jest Dorothee Piot, zaś wersji Pour Homme współpracująca wcześniej między innymi z Givenchy i Diorem Marina Jung-Allegret.

Pytam więc pozornie głupio, jaką rolę pełni w tym projekcie sama Majda Bekkali, której imię nosi firma, i której śliczne zdjęcia towarzyszą promocji perfum, skoro ani nie stworzyła zapachów, ani nie zaprojektowała flakonów?
I odpowiadam sobie, że pewnie jest spiritus movens projektu, ikoną, wizytówką i żywą reklamą. Jak Tom Ford. Tylko Toma Forda kojarzę jako projektanta, a Majdy nie. 

A piszę o tym dlatego, że moje recenzje obu Songe bazowały na przekonaniu, że Bekkali jest młodą, zdolną perfumiarką. Okazuje się, że nie jest. A mnie się nie chce zmieniać tekstów... 

Dodam do nich na końcu linka do tej notki. Jestem sprytna. :)

wtorek, 22 listopada 2011

Rose Quartz Vibrational Perfumes


Moja mama robiła nalewkę z bursztynów. Oczywiście nalewka, jak to nalewka, bardziej niż z bursztynów, składała się ze spirytusu, ale nie jest to w tym przypadku kwestia najważniejsza. Istotne jest to, że nalewka owa miała rzekomo posiadać właściwości prozdrowotne.
Nie wiem, jak stosowali ją dorośli, na mnie jednak, jako nieletniej praktykowano tak zwane "nacierania" polegające na naniesieniu odrobiny płynu na skórę i energicznym wtarciu go do sucha. Nie byłam entuzjastką tej kuracji, jednak w porównaniu z innymi metodami leczenia praktykowanymi przez moją mamę ta była całkiem znośna. :]

Czemu o tym piszę?

Na litoterapię (leczenie kamieniami) powołują się materiały dotyczące Vibrational Perfumes - najnowszego projektu Ramona Bejara znanego nam już dzięki zapachom Ramon Molvizar.

Oczywiście świadoma jestem tego, ze bursztyn nie jest kamieniem, ale czyż skojarzenie nie jest oczywiste?




Urodziny Quality z niespodzianką

.
 

Perfumeria Quality Missala świętuje w tym roku dwudziestolecie swego istnienia. Z okazji okrągłej tej rocznicy Pani Stanisława Missala wraz z rodziną zaprasza klientów i sympatyków Quality na urodzinowe spotkania, które odbędą się 24 listopada w Perfumerii w Hotelu Marriott i 26 listopada w Blue City. 25 listopada natomiast świętować będzie się w perfumeriach Quality w Opolu, Wrocławiu, Poznaniu i Toruniu. Szczegóły znajdziecie na stronie perfumerii.

Lista atrakcji i niespodzianek długa, ale nie pisałabym o tym, gdyby nie to, że mam okazję zabawić się w donosiciela i zdradzić Wam, że zapowiadana "niespodzianka" to będzie naprawdę COŚ. Pachnącego. 

Niestety, mogę być tylko półdonosicielem (jak półprzewodnikiem) i nie napiszę, co konkretnie, ale do udania się na spotkanie zachęcam. 

A w czwartek puszczę parę. Z gwizdem. :)

poniedziałek, 21 listopada 2011

Black Jade Lubin


Istnieje coś takiego, jak zestaw pułapek na Sabbath. Perfumeryjnych rzecz oczywista. A przynajmniej o tych zamierzam dziś wspomnieć. Do innych się nie przyznam. :)

Wśród słów - sideł, w które łapie się trudny do oswojenia i niemożliwy do wytresowania futerkowiec Sabbathus Olfacerus wyróżnić możemy wszelkie odmiany o źródłosłowie "wood", "oud" i " incense". Świetnie też zanęcić można to ciekawe stworzonko wszelkimi barwami czerni. "Noiry" i "Blacki" są nieomal tak skuteczne, jak substancje drewnopochodne. Łapie się za każdym razem łatwo, jak myszka na serek.
Tym razem nasz płochliwy okaz wpadł w pułapkę piętrową: "black" w nazwie i "incense" w nutach. Trzask!

***

Oto w nasze ręce trafia kolejny zapach powiązany z postacią Marii Antoniny  - francuskiej królowej, która dla współczesnej popkultury stała się ikoną luksusu, materialnego rozpasania i dekadencji.

 

Oczywiście, dwór Ludwika XVI, męża niesławnej austriackiej księżniczki musiał mieć swojego własnego perfumiarza. Równie oczywiste jest, ze perfumiarz ów: Jean-Louis Fargeon po prostu musiał dla pięknej królowej stworzyć perfumy, które to perfumy, rzecz oczywista po raz trzeci, z założenia musiały być arcybogate, arcykosztowne i arcypiękne.

Oud Les Nombres d'Or Mona di Orio

Długo czekałam na zapach Mony di Orio, który otworzy tej pięknej pani drogę do mojego serca.

 

Testowałam (bardziej lub mniej pobieżnie) wszystkie chyba jej zapachy przed serią Les Nombres d'Or, jednak żaden z nich nie zaintrygował mnie na tyle, bym zdecydowała się poświęcić mu więcej czasu i recenzję. Wyznam z poczuciem wstydu, który towarzyszy perfumaniakowi "odpuszczającemu" kolejne zapachy, że chyba postawiłam już kreskę na perfumach Mony di Orio.

Nawet za drastycznie drogim i z pompą reklamowanym Oud się nie zabijałam. Osmantus i hesperydy w składzie oraz cena 1680 zł za flakon? Do zakupu próbki mógłby przekonać mnie tylko nos, któremu ufam. A Monie nie ufam nic a nic.

 


Pierwszy test nie wypadł pomyślnie. To, co powiedziałam Michasi podczas naszego spotkania, gdy skropiła mi skórę cennymi perfumami pięknej Mony nie nadaje się do publikacji. Najgorsze jednak jest to, że i teraz, testując na spokojnie, bez obciążenia w postaci przewąchanych wcześniej kilkudziesięciu zapachów, wciąż czuję ślad tamtego, nieprzyjemnego wrażenia. Są to, oględnie mówiąc, nuty odzwierzęce. A raczej pozwierzęce. :]


sobota, 19 listopada 2011

L'Edition Imperiale Courvoisier


Dziś zapraszam Was do poznania zapachu, który zupełnie nie jest nowością. Powiedzmy, że to recenzja "dla kurażu", jak mawiała moja babcia. Nie o recenzjach, rzecz jasna. :)


L'Edition Imperiale Courvoisier to zapach, który chodzi za mną od dawna. Od lat, rzec mogę nawet, bo poznałam go dzięki Nat podczas pierwszego naszego spotkania lata temu. Podczas ostatnich moich zakupów w Quality (wysyłkowych niestety) poza flaszką, nabyłam także próbkę perfumeryjnej manifestacji luksusu, za jaką uznawany jest ten zapach.

Lubię zapach koniaku. Bardziej, niż smak, uczciwie mówiąc.

 

Szerokie spektrum aromatów: od delikatnej, jaśniejszej lub ciemniejszej wanilii wanilii, przez słodkawą woń podsuszonych śliwek, ślad wytrawnych borówek, a nawet nuty przypominające świeży piernik nad kieliszkiem, po zapach trufli, ciemnego drewna czy prażone orzechy w czaszy kieliszka... Doprawdy, różne rzeczy da się wywąchać w koniaku. Niestety, moment, gdy płyn dotyka języka jest dla mnie zapachowo najmniej atrakcyjny. Za to pierwszy wydech po przełknięciu trunku koniecznie trzeba zrobić przez nos: wtedy cała ta paleta olfaktorycznych barw wygrzana już ciepłem naszego ciała przesuwa się po naszej śluzówce naciskając zmysły jak ciężki aksamit.


poniedziałek, 7 listopada 2011

Tell Me About Yourself


Trafił do mnie kolejny łańcuszek. Tym razem zwie się "Siedem przypadkowych faktów o mnie" i nietrudno wydedukować, jakie są wymagania.
Poprzednio ujawniałam wiadomości tajemnicze, tym razem zupełnie nietajemniczo trochę się pochwalę, a trochę pogrążę.  Sabbath, jakiej nie znacie i jakiej, być może, wcale nie chcieliście poznać. ;)


Najpierw jednak słowo o nominacji samej. 

Po raz kolejny pamiętała o mnie Katalina, niezwykle utalentowana Autorka bloga Sugar & Spice, o której pisałam kiedyś, że jest dla mnie największą radością blogosfery. :) 
Jak zawsze, zamiast suchej informacji o tym, kto przyznał nominację, słów kilka o Autorce i creme de la creme: zdjęcia dwóch makijaży Kataliny. Tym razem propozycje na Halloween: "Pęknięta Lalka" i Lydia Deetz z "Beetlejuice".




Pisałam w komentarzu pod którąś z prac na Sugar & Spice, że poza techniką wykonania, zachwyca mnie u Kat twórcze podejście do każdego makijażu: maluje swoje prace jak płótna, konsekwentnie realizując koncepcję, tworząc spójny obraz. Nie ulega manierze, nie ogranicza się do jednego stylu, nie kontentuje się raz wypracowaną metodą. Talent, zmysł obserwacji, pracowitość i dystans do siebie. Jeśli ta dziewczyna nie zrobi kariery, to świat będzie miał czego żałować.
Kat, dziękuję!


Ad rem:
Dziś objawię Wam garstkę swoich kompletnie nieprzydatnych umiejętności. I nie do końca jest to wpis samochwalczy. :)

Zacznę łagodnie. Pogrążę się troszkę później. :)

sobota, 5 listopada 2011

Wiadomości w sprawie Sonoma Scent Studio i nowe źródełko


Dostałam ostatnio od Laurie maila dotyczącego dostępności Jej zapachów w Polsce. Na życzenie Imbry i Poli, za zgodą Laurie podaję do wiadomości jego treść (bez imponderabiliów).


Nowe pudełka dla perfum Sonoma Scent Studio wreszcie są i wyglądają tak, jak powinny, można więc zamawiać na: sonomascentstudio.com

piątek, 4 listopada 2011

Royal Oud Creed

Dziś debiutuje u mnie kolejna świetnie znana firma, z którą jakoś nie do końca było mi po drodze. Creed. Marka o wielkiej renomie i długiej tradycji. 

 

Perfumiarze z rodu Creedów od XVII wieku tworzą i sprzedają swe zapachy miłośnikom pachnącej elegancji i luksusu. Na stronie marki znaleźć można informację, że umiejętności perfumiarskie Creedów w ciągu przeszło 250 lat istnienia marki służyły ponad 10 dworom królewskim oraz, że aktualnie wśród klienteli firmy znajdują się członkowie rodów królewskich, gwiazdy Hollywood, przywódcy polityczni, legendy biznesu, sportu i muzyki, a także koneserzy (wyrobieni odbiorcy), którzy cenią piękno i wysoką jakość zapachu. 

I ja, oczywiście, nie będę polemizowała. Tyle, że dla mnie to nie do końca zaleta. Ani wada, oczywiście.
Problemem, który skupia moją uwagę jest pewna redundantność kompozycji tej marki. Klasyczna elegancja posunięta do granic nijakości. Sama nie wiem, jaki mam stosunek do tego typu zapachów: w pewnych sytuacjach to szalenie praktyczne... Ja jednak jestem zwolenniczką personalizowania wizerunku. Dlatego perfumy tej marki nie skupiają mojej uwagi.


Nietrudno zgadnąć, czemu to właśnie Royal Oud stał się pierwszym zapachem Creed, który zamiast obojętnie ominąć wzięłam na tapetę. :)
Sam fakt, że perfumy na bazie drewna agarowego pojawiły się u Creedów w momencie, kiedy agarowy trend dawno już minął szczyt i powoli gaśnie doskonale pokazuje, jak działa firma. Creedowie nie gonią za modą - oni statecznie i niespiesznie kroczą szerokimi ścieżkami nie tylko przetartymi, ale wręcz wybrukowanymi przez innych.

Skład wystarczający, by obudzić wielkie nadzieje: oud, nuty drzewne i przyprawy. Pomyślałam, że tego nie da się schrzanić.

Teraz powinnam napisać, że jednak się dało i skrytykować zapach. Ale nie napiszę.

czwartek, 3 listopada 2011

Un Air d'Arabie Ambre Maison Dorin


Wierzę w bezinteresowną życzliwość.
W to, że ludzie sprawiają innym radość nie dla korzyści. Wierzę też w to, że są ludzie, którzy kochają swoją pracę i wykonują ją z pasją i radością.

Czemu to piszę?
Jakiś czas temu otrzymałam z perfumerii Lu'lua próbkę Un Air d'Arabie Oud Maison Dorin z informacją, że zapachy marki są raczej zbyt dziwne, by wprowadzić je do oferty, ale może mnie zainteresuje kompozycja z drewnem aloesowym w składzie. 
Zainteresowała, a jakże!
I oto czas temu jakiś dotarły do mnie próbki pozostałych zapachów marki. W tym Ambre, którego skład wywołuje u mnie nieomal odruch Pawłowa. ;)

Pani Magdaleno, dziękuję.
I mam cichą nadzieję, że może jednak Maison Dorin trafi kiedyś na polskie półki.


Vivere necesse est*


Otwarcie jest najciekawszą częścią kompozycji.

Najpierw w nozdrza uderza wyraźna, zdecydowanie orientalna, ciężka woń benzoesu i ambry. Namacalnie nieomal gęsta i tłusta. Ale to chwila ledwie, bo w ciągu sekund dosłownie, statyczne serce zapachu obudowane zostaje lekką konstrukcją złożoną z nut, czy może raczej nutek eterycznych.

Jasny akord złożony z cierpkiego nieco geranium i słodkiego zapachu iglastych żywic nie przykrywa ciemnego, "arabskiego" jądra zapachu, oplata go jedynie misterną arabeską światła.


sobota, 29 października 2011

Serge Lutens Collection of Exception


Wybaczcie nieobecność. Przechodzę aktualnie silną falę ludziowstrętu i nie nadaję się do pisania. Do wielu rzeczy się nie nadaję...

W ramach przeprosin i znaku życia mam dla Was coś bardzo ładnego.

 

Na stronie sergelutens.com pojawiła się kolekcja wyjątkowych flakonów firmy, o których wspominałam w poście "Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu - cz. 3.1".

Wszystkie flakony (oraz pudełka) z Collection of Exception zobaczyć można tu: KLIK.
Miłego oglądania.

***

Przy okazji dziękuję za wszystkie wiadomości. Staram się odpisywać. Na razie mi nie idzie, ale zmierzam ku światłu. Chyba...Oczekujcie więc wkrótce kolejnego znaku życia.

Pozdrawiam ciepło.

piątek, 14 października 2011

Carbone Balmain i dobra nowina w finale


Dziś rarytas.
Czarne figi, pieprz, elemi, kadzidło, benzoin... Sama lektura nut zastąpiła mi poranną kawę.

Odkładając na bok pilny artykuł sięgnęłam po próbkę i słowo Wam daję, wysuwając ją delikatnie z kartonika, potem obwąchując jeszcze zamkniętą (szczelna - nic) i wreszcie uważnie wyciągając koreczek i nanosząc kilka cennych kropel w zgięcie łokcia minę miałam jak pięciolatka rozsupłująca kokardę z wieeelkiego prezentu.

Jednak naprawdę pod wrażeniem jestem dopiero teraz, kiedy spirytus wywietrzał i mogę podziwiać zapach.


Pieprzona symfonia


Carbone najpierw uderza falą ciemnego pieprzu. Gorzki, ciężki pieprz podbity został nutą spopielonego kadzidła przesuwającą otwierający akord ze sfery doznań "przyprawowych" w "kadzidlaną". Choć to wciąż pieprz.

Po niedługiej chwili z tym zadziwiającym akordem zaczyna dziać się coś jeszcze bardziej niezwykłego: wydaje się, jak gdyby statyczny, ciężki obłok złożony z pieprzu i popiołu opadł na taflę oleju. Zapach nabiera szczególnego, tłustego połysku, kremowej głębi, jak gdyby nasiąkał pikantną wanilią. Lecz to wciąż pieprz!

środa, 12 października 2011

Un Air d'Arabie Oud Maison Dorin

Ktoś ma siłę na kolejny oud z różą?

Dotarła do mnie próbka perfum firmy, której tradycja sięga XVIII wieku: Maison Dorin. Nie jest to typowy dom perfumeryjny - na stronie i w butikach Maison Dorin kupić można szeroką gamę kosmetyków pielęgnacyjnych i kolorowych, jednak perfumy wydają się istotną częścią wizerunku i oferty firmy.  W sekcji poświęconej historii na stronie Maison Dorin przeczytać możemy między innymi o tym, że od 1870 roku była ona oficjalnym dostawcą perfum dla francuskiego dworu, a dzieła pracujących dla MD perfumiarzy znaleźć można między innymi w Carnavalet Musée w Paryżu i Miejskim Muzeum Historii i Sztuki w Colombes.


Seria Un Air d'Arabie jest próbą połączenia europejskiego perfumiarstwa z arabską tradycją. Oto jedna z najstarszych francuskich firm perfumeryjnych proponuje nam cztery kompozycje, złożone tak, by nowoczesnymi metodami uzyskać aromat klasycznego, orientalnego pachnidła. W skład serii wchodzą cztery wody perfumowane: Rose of Taif, Musk, Amber i Oud. Nazwy podpowiadają nam, którym klasycznym, arabskim woniom poświęcone są poszczególne zapachy.

Un Air d'Arabie Oud to, wedle opisu, róża i jeszcze raz róża na bazie drewna aloesowego. Na szczęście mój nos widzi to inaczej...



Arabian Love Song


sobota, 8 października 2011

Chalayan Airborne Comme des Garcons



 

Najpierw oddajmy głos pomysłodawcy kompozycji:
Wszyscy kojarzymy zapach z poczuciem miejsca, czasu, z konkretnymi doświadczeniami. Gdy dorastałem, przenosiłem się z miejsca w miejsce dostosowując się do nowych okoliczności i zapach był ważnym znakiem tych zmian otoczenia.

Airborne to także nazwa mojej jesienno - zimowej kolekcji z 2007 roku. Stworzony we współpracy z Comme des Garcons zapach jest próbą uchwycenia uczuć towarzyszących mojej podróży z Cypru do Londynu. Proces tworzenia zaczęliśmy od zebrania wszelkich możliwych zapachów północnego Cypru: od kwiatów, zielska i warzyw, po zapach powietrza, morza, ziemi i drewna - jeśli tylko się dało zarówno w formie świeżej, jak i palonej.
Po wybraniu składników, takich jak neroli, cytryna i mastyks z Cypru, zaproponowałem wyimaginowany scenariusz zmian, jakie składniki te mogą przejść w trakcie powietrznej podróży ze śródziemnomorskiego Cypru do wielkiego miasta Londyn.

W zurbanizowanym otoczeniu składniki te zabrzmią bardziej eklektycznie, czy nawet syntetycznie, wciąż jednak pozostaną mostem łączącym urzekające wspomnienia swojskiej przeszłości z nieznanym światem przyszłości.

Aiborne może stać się wszechobecnym, synestetycznym doświadczeniem zacierającym granice między miejscem, czasem i ruchem. Może też stać się katalizatorem nowych skojarzeń, które nosząca zapach osoba stworzy na bazie nowych doświadczeń.
Opis, jak zwykle w takich przypadkach, nieco nawiedzony, ale przyznać muszę panu Husseinowi Chalayanowi, że jest w jego słowach coś, co oddaje istotę zapachu. Nie w ostatnich wersach. W części o zbieraniu wszelkich możliwych zapachów natury, obrabianiu ich ogniem i przenoszeniu w "wielki świat".



Pomarańcze w trawie


Pierwszy oddech, pierwszy moment z Airborne nie zaskakuje. 
Rzeczywiście zielsko. Zielsko w sensie jak najbardziej pozytywnym: rwane liście, zieloność trawy, soczystość łamanych tuż przy ziemi źdźbeł. Trochę jak w Papyrus de Ciane Parfumerie Generale, ale bez utrudniającej tamtą kompozycję intensywności, gwałtowności.

piątek, 7 października 2011

Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu cz.5: Spirit Level


Dziś będzie przyziemnie. 
Choć narzędzie, które mnie zainspirowało nazywane bywa spirit level - w wolnym tłumaczeniu poziomem duchowym. Tak naprawdę chodzi jednak o poziomicę, zwaną u nas na Śląsku z niemiecka waserwagą. 


Czemuż miałabym pisać o budowlanym przyrządzie pomiarowym?
Oczywiście dlatego, że i on ma związek z perfumami. 

czwartek, 6 października 2011

Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu cz.4: Flakony nieistniejące


Dziś post przewrotny podwójnie.
Na blogu o perfumach zaprezentuję Wam flakony perfum nieistniejących. Może nie powinnam, ale kiedy zobaczycie projekty, które dla Was wybrałam - zrozumiecie, dlaczego uległam pokusie. I, mam nadzieję, wybaczycie.

Jako pierwszy pokażę Wam flakon koncepcyjny, którego projekt wykonał znany francuski projektant Dzmitry Samal. Zaprezentowany w 2010 roku na stronie www.samaldesign.com jako propozycja flakonu "nowego męskiego zapachu Domu Mody Dior" projekt nie zdobył uznania stylistów Diora i do produkcji nigdy nie wszedł.

 

Przyznam, ze ja osobiście żałuję. 

środa, 5 października 2011

Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu cz.3.2


Nie ma nad czym się rozwodzić: dziś druga część wpisu poświęconego interesującemu  i konsekwentnie realizowanemu designowi firm perfumeryjnych. Dla odmiany będzie nowocześnie.


Poza podium i poza listą flakony, które zachwycają wszystkich chyba, z wyjątkiem mnie. 



IV
Agonist

Zaprojektowane przez tworzącą dla specjalizującej się w produkcji artystycznego szkła firmy Kosta Boda Asę Jungelius ręcznie dmuchane flakony do mnie osobiście nie trafiają (może dlatego, że jak zauważył jeden z komentatorów, nigdy nie miałam ich w ręku). Nie wiem. Są dziwne, niewątpliwie. I nowoczesne. I chociażby z tych powodów zasługują na pokazanie. Ale ładny wydaje mi się tylko pierwszy z projektów: flakon do Infidels.

 

wtorek, 4 października 2011

Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu cz.3.1


Witam Was po weekendzie. Przedłużył mi się nieco, ale przyznaję, że po 2,5 doby nieomal bez snu (w sumie 1h i 20 minut) w niedzielę wieczorem po prostu padłam. Nie, żebym narzekała... :)

Mój węch powoli wraca, wciąż jednak swoje doznania traktuję z dystansem, dlatego dziś kolejna część cyklu flakonikowego. Tym razem bardzo obszerna, poświęcona stylistyce firm - konsekwentnie budowanym wizerunkom marek, które znalazły u mnie uznanie.

Na pierwszy ogień idą flakony tradycyjne, charakteryzujące się urodziwymi zdobieniami. Raczej nie rewolucyjne - po prostu bardzo ładne.
 
Ciekawa jestem, czy Wam też się spodobają.



IV
Kilian


Poza podium, ale w ścisłej czołówce znalazł się Kilian Hennesy - dziedzic tradycji i fortuny rodziny Hennesy od 1765 roku zajmującej się produkcją najwyższej jakości koniaków. Kształcony pod okiem największych perfumiarzy świata przystojny Francuz stworzył własną linię perfum: eleganckich zarówno kompozycyjnie, jak i wizualnie.

czwartek, 29 września 2011

Ogłoszenie zwycięzców losowania COMME des GARCONS


W nocy z wtorku na środę skończyliśmy zbieranie komentarzy w konkursie o flakon i próbki Comme des Garcons ufundowane przez krakowską Perfumerię Niszową Lu'Lua, która w ten sposób świętuje wprowadzenie tych niesamowitych zapachów do swojej oferty.

 

Przypominam, że zwycięzcy losowania mają możliwość wyboru, zarówno flakonu, jak i próbek.


wtorek, 27 września 2011

Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu cz.2


Angina, zapalenie zatok i kompletny brak węchu to świetna okazja do tego, by wrócić do cyklu poświęconego najpiękniejszym i najbardziej oryginalnym flakonom.

Dziś nisza, czyli niekoniecznie najładniej, ale z pewnością interesująco. Trzy flakoniki, które z różnych powodów, urzekły mnie, zapadły w pamięć.


III
Le Boise
Ginestet


niedziela, 25 września 2011

Idole de Lubin edp


To jedna z najbardziej wyczekiwanych niszowych premier tego tysiąclecia.
Remake genialnego, rumowego Idole stworzonego dla Lubin przez wirtuoza pipety: Olivię Giacobetti.


Pierwsza wersja Idole błyskawicznie stała się kultowa. Wielkie słowo, ale doprawdy w latach 2007-2009 "Idol z Lublina" był dyżurnym tematem na perfumeryjnych forach i mocną pozycją w wątkach dotyczących perfumeryjnych marzeń.

Nie ma się czemu dziwić: kompozycja jest wyrazista, efektowna i zarazem absolutnie genialnie poskładana. Bez kantów, bez dysharmonii, bez fałszu. Po prostu nie sposób jej nie podziwiać, a trudno nie uwielbiać. Sama przyznaję się, że uległam urokowi wstawionego pirata i od razu, po pierwszym teście nabyłam flakon.
Dlaczegóż więc nie ma Idole w moich zbiorach obecnie? Ano dlatego, zę wersja edt nie chciała się na mojej skórze trzymać dłużej, niż godzinę, półtorej. Mocniejsza wersja fenomenalnej kompozycji Giacobetti chodziła mi po głowie od lat.

I oto jest! Na koniec roku Lubin zapowiedział premierę nowego, silniej skoncentrowanego Idole!


Wiadomość ta pewnie niewiele osób zaskoczy - na forach i blogach trąbi się o tym od dawna. Może jednak będzie jakąś niespodzianką fakt, że recenzję nowego Idole mogę Wam zaprezentować już dziś.


Jo ho ho!
I butelka rumu!

 
Od pierwszej chwili dostrzegamy rodzinne podobieństwo: młodszy brat idolowego marynarza twarz ma równie urodziwą, tak samo uczernione powieki, a na splecionych w długie warkoczyki włosach fantazyjny kapelusz. Nie są jednak bliźniakami.
Różnią się tak, jak mężczyzna różni się od chłopca.

sobota, 24 września 2011

Dodatkowe nagrody w rozdaniu COMME des GARCONS


Jako, że zainteresowanie rozdaniem w którym zdobyć można wymarzony flakon perfum Comme des Garcons ufundowany dla czytelników Sabbath of Senses przez Perfumerię Niszową Lu'Lua jest bardzo duże, dorzucamy do puli dwie nagrody pocieszenia.

 

Nagrody pocieszenia to zestawy 
pięciu dowolnie z oferty Lu'Lui wybranych próbek 
zapachów Comme des Garcons.  

Nagrody odebrać będzie można osobiście w perfumerii przy ulicy Józefa 22 w Krakowie lub otrzymać pocztą.  Dotyczy to, oczywiście, także flakonu.

Przypominam, ze zgłaszać się można do wtorku, do godziny 23:59. Wszystkie zgłoszenia z datą wtorkową biorą udział w losowaniu. Oczywiście o ile uczestnicy spełniają pozostałe warunki zabawy.

Więcej wiadomości w poście głównym rozdania: KLIK

 Zapraszam!

 ***

Przy okazji ściskam weekendowo i obiecuję w ten weekend hit recenzyjny. Sama już przebieram kopytkami z niecierpliwości, ale nie zmieszczę, póki nie wykonam kolejnych testów. :)))

piątek, 23 września 2011

Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu


W odniesieniu do perfum cytat ten nabiera dodatkowego znaczenia. 
Perfumiarstwo to sztuka nie dla zmysłu wzroku przeznaczona. Widzialna część produktu - flakon jest tylko opakowaniem, ramą dla właściwego dzieła.

Jednakże jakoś tak się składa, że od zawsze chyba perfumy próbowaliśmy (my - ludzie) oprawiać w ramy piękne, stanowiące konsekwentne uzupełnienie zawartości.

Na Wasze specjalne życzenie, super post flakonikowy. Wielka Trójca, czyli najpiękniejsze flakony, jakie napotkałam na perfumeryjnych półkach. Dzieła sztuki designu, które dalece wykraczają poza pojęcie "opakowania".
Całkiem nieprzypadkowo są to trzy zapachy selektywne, dostępne niegdyś w sieciówkach typu Sephora czy Douglas. Tym razem mają to być kształty znajome, oswojone, a jednak wciąż zadziwiające. Swoistym signum temporis jest fakt, że do dnia dzisiejszego ostało się w produkcji tylko jedno z tych małych arcydzieł.

Wiem, że to nie do końca to, czego oczekiwaliście, ale zdjęcia samodzielne będą jak tylko się ogarnę z obowiązkami. 


III
Le Baiser du Dragon 
Cartier

 


Pardon... Dziś będą tylko zdjęcia :)


Tym razem post obrazkowy. Tego jeszcze nie było!


O tym, ze flakony Nasomatto są urodziwe wszyscy wiedzą. Ze zwieńczonym czarnym, chropawym korkiem Black Afgano żaden chyba inny ich flakon się nie może równać, ale moim zdaniem urozmaicony fantazyjnymi pęknięciami mahoniowy korek Pardon niewiele mu ustępuje. 

Moim skromnym zdaniem, zdjęcia dostępne w sieci nie oddają jego urody, pokusiłam się więc o obfotografowanie mojej nagrody - niespodzianki. Oto skutki tej prowizorycznej, amatorskiej sesji zdjęciowej:

Nagroda:



środa, 21 września 2011

Citrine - Parfums de Pierres Poémes Olivier Durbano


Olivier Durbano to czarodziej. Sygnowane jego nazwiskiem dzieła mają moc. Poruszają wyobraźnię. Mówią do nas.

 

Durbano nie jest właściwie perfumiarzem, tylko jubilerem. Jego biżuteria jest apoteozą piękna kamienia. Nie więzi go w prostej geometrii, nie przerabia na ludzką modłę, lecz jedynie uwydatnia to, czym jest w istocie.

W efekcie powstają twory niezwykłe i niepowtarzalne. Niepokojąco nierytmiczne, fascynująco nieoswojone.
I dodatkowo frustrująco nienoszalne.

Naszyjniki Durbano, które miałam okazję podziwiać są po prostu za duże, by w normalnym życiu unieść ich ciężar. Dosłownie i w przenośni. Kreacje francuskiego jubilera zdecydowanie nie są adresowane do przeciętnych ludzi.

 

Podobnie jest z zapachami: omnipotentne kadzidła, pogańskie obrzędy, dzikie krajobrazy... Nawet w kompozycji opartej na nutach owocowych soczyste winogrona i maliny skwierczą w płomieniach.
To nie są zapchy dla ludzi zagubionych, nieświadomych siebie. Oswajanie kamiennego poematu jest próbą, która stawia przed nami pytanie o to, jaki metaforyczny kamień stanowi metaforyczny balast utrzymujący naszą metaforyczną duszę w niemetaforycznym ciele. Czy jest to wzniosły, chłodny kryształ górski, brzydki lecz ciepły i pełen niespodzianek turmalin, uwodzicielski i niewinny zarazem ametyst, wsłuchany w naturę turkus, zmysłowy, nieustająco rozkochany różowy kwarc czy wreszcie pogodny, promienny cytryn.

Ja już wybrałam (choć w moc kamieni nie wierzę, a ich symbolikę traktuję wyłącznie jak ciekawostkę obyczajową). A Wy? :)

 

Citrine opowiada o tym, że nawet najbardziej romantyczny i uduchowiony człowiek czasem po prostu się uśmiecha. Bez goryczy, bez poważnej refleksji nad losem swoim i wszechświata, bez troski o rzeczy wielkie.
Ostatnim zapachem z genialnej serii Parfums de Pierres Poémes Durbano uśmiecha się do świata. I jest to uśmiech niezwykły. Pamiętajmy - to jednak wciąż Durbano...

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...