czwartek, 3 lutego 2011

Ormonde Man Ormonde Jayne

 .
Tydzień temu na forum perfumeryjnym na Wizażu zachwycałam się Orris Noir Ormonde Jayne i zapowiadałam recenzję. Jednak swoją przygodę z zapachami tej firmy chciałabym zacząć inaczej. Od pozycji, którą na listę testowych marzeń wpisałam już ponad dwa lata temu.

Część perfum z tej listy udało mi się już odhaczyć; między innymi Exclusivy Le Labo, legendarny Fuel Donny Karan, Incense Matthew Williamson... Znakomita większość wciąż jednak pozostaje w sferze marzeń. Przede wszystkim cuda Dawn Spencer Hurwitz: Prophecy, Cathedral, Festive, Celestial Smoke, Hinoki czy Cafe Noir, dalej Sonoma Scent Studio: Fireside Intense i Encens Tranquille, poza nimi butikowe Chanele, Bois Fonce Ava Luxe, Black Vetyver Cafe Jo Malone, Agallocha Mutchhela Man i Zibermann Golden Adler. Trzeba będzie przeprosić się z nieszczęsnym Perfumed Court...

Dziś przyszła pora jeden z nielicznych "odhaczonych" zapachów, który znalazł się na liście głównie przez wzgląd na oud w składzie. Michasiu, dziękuję raz jeszcze. :)


Morderca 
w zielonych rękawiczkach


Pikantny akord przyprawowy otwierający kompozycję nabiera urody i lekkości dzięki dodatkowi ładnej, suchej, herbacianej bergamoty. Nadaje ona nucie głowy pewnego klasycznego sznytu, jednak nie odbiera jej charakteru. Wyraźny pieprz, kardamon, gałka muszkatołowa i kolendra przepięknie uzupełnione zostały zapachem jałowca: zarówno aromatycznych jagód wnoszących do tego akordu ślad słodyczy, jak i żywicznego drewna, którego goryczka świetnie współpracuje z ostrością świeżego pieprzu. Mam pewne podejrzenia, że twórczyni Ormone Man Linda Pilkington dorzuciła do tego skarbca składników także jakąś nietypową nutę kwiatową: geranium, może lawendę.
Całość jest doskonale zrównoważona, charakterna, lecz wbrew moim oczekiwaniom, dość klasyczna.

W sercu zapachu czai się oud. Gęsty, szlachetny i naprawdę piękny. Trochę go jednak mało, przykryty bowiem został charakterystycznym, bardzo przyjemnym aromatem pewnej szczególnej rośliny, która w kompozycjach Ormonde Jayne pojawia się na tyle często, że warto poświęcić jej chwilę uwagi. 

Hemlock to inaczej cykuta. Nazwa nie oznacza jednak jedynie szczwołu plamistego, zwanego w Polsce cykutą właściwą, psią pietruszką albo świńską wszą, ale całą rodzinę trujących roślin, w której skład wchodzi także bardzo pospolity w Polsce szalej jadowity czyli blekot. Obie te rośliny w niewielkiej dawce działają jak środki odurzające, w większej... Mogą zabić. Dla przestrogi zamieszczam zdjęcia obu, występują bowiem naprawdę powszechnie i warto wiedzieć, jak wygląda jedna z najskuteczniejszych trucizn naturalnych. 
Nie pozwalajcie swoim dzieciom zbierać tych kwiatków (szczególnie małym, które wkładają jeszcze rączki do buzi) i nie zrywajcie tych liści swoim królikom i świnkom morskim.

W każdym razie Black Hemlock - czarna cykuta ma być rzekomo odmianą kanadyjską, znacznie większą od naszych rodzimych, równie jednak trującą jak one.


 

Sama jestem zaskoczona, jak przyjemnie zapach tego roślinnego zabójcy wybrzmiewa w perfumach. W połączeniu z wetiwerem i nutami drzewnymi tworzy charakterystyczny dla perfum Ormonde Jayne akord, który zwraca uwagę i uwodzi. Ciekawe, czy ten cierpkawy, łagodny aromat wpływa jakoś na mózg wąchającego. jest bez wątpienia stymulujący i ma jakiś podejrzany magnetyzm. Siedzę, wciskam nos w nadgarstek i zastanawiam się, czy się "nawącham" czy nie. ;)

Najpiękniejszym momentem rozwoju Ormonde Man na skórze jest etap, kiedy czarne i podstępne serce zapachu bije jeszcze mocno, jednak jego hipnotyczny rytm łagodzi miękkie brzmienie  bazy. Klasyczne, wielokrotnie w perfumach sprawdzone połączenie sandałowca i cedru z miękkim piżmem rozjaśnione zostało dodatkiem, też wielokrotnie w tej roli sprawdzonego, wetiweru. Jest w sam raz miękko i aksamitnie, w sam raz lekko i zielono. Ślad nut dymnych też jest przyjemny, ale znów: rewolucji nie robi. Gdyby nie serce były standard i nic więcej.

 

Jeśli spojrzymy na kompozycję Pilkington całościowo, rzeczywiście jest to coś więcej, niż standard. Jest nieco pikanterii w otwarciu, mocne, ciekawe serce i urokliwa baza z dymnym wetiwerem w roli głównej. 
Zapach naprawdę może, a nawet powinien się podobać, jednak mnie nie uwiódł. Pewnie wpadłam w pułapkę własnych oczekiwań, ale mimo cykuty w sercu brakuje mi tu tajemniczości, głębi, intrygującego olfaktorycznego mroku, którego spodziewam się po kompozycjach z agarem w składzie.
Mnie kojarzy się z Poison Ivy z komiksowego uniwersum Batmana DC Comics, która nie tylko jest zbyt urocza, by być prawdziwym czarnym charakterem, ale nawet nie jest naprawdę zła, tylko...Zagubiona. Dlatego, mimo skojarzeń z Black Cube w otwarciu i French Loverem w bazie, bardziej prawdopodobne jest, ze powiększę swój harem Francuskich Kochanków, niż że kupię flakon Ormonde Man.


Data powstania: 2004
Twórca: Linda Pilkington

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: jagody jałowca, bergamota, różowy pieprz, kardamon, nasiona kolendry
Nuta serca: oud, cykuta kanadyjska (black hemlock)
Nuty bazy: wetiwer, cedr, drewno sandałowe, piżmo


Na ilustracjach do tekstu:
* 1 - "My Name is Poison Ivy" Carine Grasset. Pełne potrfolio tej tworzącej za pomocą Photoshopa artystki: carine.art.free.fr
** 2 i trzy odpowiednio: szczwół plamisty i szalej jadowity
*** 22 strona z komiksu "Batman" z maja 2006 wydanego, oczywiście, przez DC Comics

6 komentarzy:

  1. Jak kiedyś znajdę, to chętnie powącham :)

    A próbek zapachów Sonoma Scent Studio nie wolisz zamówić u źródła? Fireside Intense jest piękny (tak piękny, że już mam flakonik), zatem poznać po prostu musisz ;)) Incense Pure też Ci się powinien spodobać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wolę. Jasne. Powiem Ci, co mnie powstrzymuje. Góry próbek, które już mam i które latami już nieomal czekają na recenzje, albo przynajmniej solidne testy.
    Jeśli zamówię kolejne, to góry będę jeszcze większe, bo moce przerobowe mam ograniczone. :(

    OdpowiedzUsuń
  3. A swoją drogą, gdzie kupowałaś FI?

    OdpowiedzUsuń
  4. No tak, ja tego problemu nie mam, bo jak wyjeżdżałam, zostawiłam próbki w prezencie (pudło z próbkami nie zmieściło mi się niestety do walizki :( ), zatem teraz gromadzę od początku.
    A FI też kupiłam ze strony SSS. Małe 17 ml, ale przy moich pozostałych (mili)litrach to i tak dużo :)

    OdpowiedzUsuń
  5. :D świetne porównanie z Poison Ivy i jeszcze błyskotliwe rozłożenie charakteru batmanowej przeciwniczki jednym zdaniem :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Escri, ja kupię więcej. Akurat FI na pewno więcej... Mimo wszystkich pozostałych mililitrów.


    Left Side of the Moon, cieszę się, że postrzegasz ją podobnie. To w sumie fajna postać. Ale wolę Catwoman. Wizualnie.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...