poniedziałek, 30 maja 2011

Warsztaty zapachowe: Jaśmin i róża

 .
Zanim wrócę do siebie po weekendzie pachnącym kwasem i prochem chcę przypomnieć zainteresowanym o kolejnych warsztatach zapachowych przygotowanych przez Perfumerię Quality.


Tematem kolejnego spotkania prowadzonego przez Annę Liwską - absolwentkę Wydziału Chemicznego Instytut Biotechnologii Politechniki Warszawskiej oraz współtwórczynię sławnej (a jeśli nawet nie sławnej, to na pewno wyjątkowej) Entropii  będzie

JAŚMIN I RÓŻA

piątek, 27 maja 2011

Winter Star Michael Storer

.
Zamierzałam czekać w recenzją Zimowej Gwiazdy do zimy, jednak zostałam przez ofiarodawczynię próbki poproszona o zrobienie tego teraz, już, natychmiast. No ok. Swój rozum mam i wiem, że: "Never say no to Panda". :)))


Ogr w kąpieli

 

Najbardziej w nos rzuca się piżmo. Kosmetyczne, mydlane, w sumie ładne - o ile ktoś lubi zapach mydła. 
Ta mydlana nuta podparta równie kosmetyczną lawendą i delikatnymi nutkami kwiatowymi stanowi zaletę i wadę jednocześnie. No bo czyż można za wadę kosmetyku uznać, że pachnie jak kosmetyk? No nie. Ale z drugiej strony, czy ów kosmetyk musi udawać inny kosmetyk?

czwartek, 26 maja 2011

Nagrody FIFI 2011 - czy o gustach się dyskutuje?

.
Wczoraj w Nowym Yorku odbyła się gala, podczas której ogłoszono wyniki głosowania na nagrody przyznawane przez The Fragrance Foundation: FIFI Award.

 

Dziś ograniczę się do podania wyników i krótkiego komentarza, bo przyznaję, trochę brak mi słów.
Na blogach i forach wrze, podnoszą się głosy, że nagroda schodzi na psy, że FIFI pożera własny ogon.

Ja napiszę tak: kiedy w 1973 roku Chanel No.19 został nagrodzony pierwszą FIFI w historii, doceniono rzeczywiście dzieło wybitne i nowatorskie. W latach siedemdziesiątych sławna Dziewiętnastka wyznaczała nowe trendy, tworzyła historię.
Od jakiegoś czasu nagradzane są perfumy nie przełomowe i wybitne, ale popularne. W tym niekoniecznie najlepszym znaczeniu.

Wiele Słońc

.
Kolejna nagroda, która sprawiła mi wielką radość.

Tym razem przed laureatami zadanie pozornie proste: należy wymienić rzeczy, które nas uszczęśliwiają.
Łatwizna, czyż nie? Otóż właściwie nie.

Spróbujcie zastanowić się nad tym, co napisać; jakiego dokonać wyboru; jak bardzo błahe lub wielkie rzeczy wybrać. 


Sunshine Award



środa, 25 maja 2011

Kadota Michael Storer

.
Staram się nie wpadać w ciągi. A już z pewnością unikam marudzenia w ciągu dłuższym, niż dwie recenzje. Dlatego dziś zdecydowałam się na testy perfumeryjnego pewniaka. Zapachu, któremu nikt się nie oprze. To jedne z bardzo nielicznych perfum, o których mogę napisać, że nie spotkałam człowieka, który poznałby i nie dał się uwieść.
Fakt, że niewiele osób go zna może nie być bez znaczenia... ;)


Kosz fig


Kadota od początku nie jest zielonym świeżakiem, którego podświadomie oczekiwałam. Łączy owocową słodycz dojrzałych fig i daktyli z niejednoznaczną zielonością figowych gałęzi. Zwróćcie uwagę, że nie napisałam "liści". Zapach nie jest bowiem liściasty - bardziej, niż zielonymi częściami rośliny pachnie świeżą korą zdartą z cieniutkich gałązek. 

Tło dla tej nietypowo ukazanej figi stanowi wyraźne, puszyste, miękkie, lecz odrobinę zadziorne piżmo. Nie piżmowy chomiczek, raczej fretka. Fretki mają intensywny zapach...

wtorek, 24 maja 2011

Perfumy do użytku wewnętrznego?

.
To było nieuniknione. Na perfumeryjnych zlotach, upojona oparami wąchanego spirytusu i tknięta skutkami hiperwentylacji prorokowałam to już dawno: perfumy w tabletkach!

Japońska marka Pillbox proponuje zupełnie nowy sposób noszenia zapachów. Zamiast nanosić perfumy na skórę, możemy je... połknąć.

 

Izmir Neil Morris Fragrances

 .
Dziś, prawem ciągu, drugi zapach Neila Morrisa z kawą w składzie.

Izmir to, wedle opisu na stronie NMF, zapach ukazujący największe miasto w Turcji, znane z fig, róż, tureckiej kawy i lazburi (tradycyjny instrument strunowy, nie wiem, jaki ma związek z zapachem).
W składzie oczywiście figi, róże, kawa i... oud. Tym razem ciut więcej, niż w Café.


Trzy krople wakacji
 

Otwarcie wstrząsnęło mną jak nagłe wspomnienie. Turcja? Być może.

Wyobraźcie sobie dom. Piętrowy, murowany, niezbyt stary.
W domu tym zamieszkuje wielopokoleniowa arabska rodzina: starzy ludzie, młodzi ludzie, dzieci, a na pięterku, w niewykończonych, pozbawionych okien pomieszczeniach kozy (widziałam kozy na pięterku mieszkające - wiem, co piszę). 
W paradnej izbie rodzinna perfumeria: czerwone kanapy, aksamitne zasłony, złocenia, rzędy karafek z olejkami, kadzidełka, full wypas folklor dla turystów. 

poniedziałek, 23 maja 2011

Café Neil Morris Fragrances

.
O poszukiwaniach idealnej kawy w perfumach pisałam już wielokrotnie. Nie będę więc powtarzała wyznań anonimowego kawoholika, bo tych pojawiło się już sporo, na przykład przy okazji recenzji Santal Noble Maitre Parfumeur et Gantier, A*Mena Pure Coffee Thierry'ego Muglera, Coze Parfumerie Generale, New Haarlem Bond No.9, czy wreszcie ostatnio Kafeine L'Atelier Boheme i Black Vetyver Café Jo Malone.

Napiszę tylko, że moje poszukiwania kawy nie ustają i dziś, dzięki Piotrkowi zwanemu dotychczas tajemniczo Protem 72, wraz z Wami pokonuję kolejny etap kawowej pielgrzymki. :)

 

Firmę Neil Morris Fragrances stworzył pan, który nazywa się (zupełnie niespodziewanie) Neil Morris i jest (też Was zaskoczę) perfumiarzem. Wedle informacji na stronie, zanim zajął się tworzeniem "gotowych" perfum, przez lata pracował z indywidualnymi klientami tworząc dla nich zapachy osobiste i niepowtarzalne, będące zapisem szczęśliwych wspomnień i emocji.

Dziś, poza tworzeniem zapachów osobistych, proponuje nam kolekcję złożoną z ponad pięćdziesięciu zapachów ready-to-wear dostępnych wyłącznie na stronie neilmorrisfragrances.com.

Tyle tytułem wprowadzenia.


Straszny specjał

 

Zapach nazywa się najlepiej, jak tylko może: Kawa.

niedziela, 22 maja 2011

Perfumeryjny hermafrodyta - Euterpe Herr von Eden

 .
Dziś zapraszam Was w podróż niezwykłą. Niezwykłą w sposób odmienny, niż wczorajszego ranka, kiedy opowiadałam o Rewolucji Lisy Kirk, która to Rewolucja, przyznaję, zawładnęła moją wyobraźnią i do teraz tłucze mi się po głowie demolując kolejne wyobrażania o pięknie i własnym guście.

Dziś będzie zupełnie inaczej. Opowiem Wam o zapachu poza czasem, poza modą, poza stereotypem. Euterpe niemieckiej firmy Herr von Eden, która zaczynała w branży odzieżowej oferując kreacje dla nowoczesnych mężczyzn, a aktualnie rozszerzyła swoją ofertę także o nietypowe, androgyniczne kolekcje damskie i równie androgyniczne perfumy.


Euterpe to perfumy promowane w sposób, który mnie osobiście bardzo się podoba. Producent starannie i konsekwentnie unika genderowego osadzenia zapachu nie kwalifikując go ani jako zapach męski, ani damski, ani nawet jako unisex. Nic. Ani słowa.

Reklama zaś symbolicznie zrównuje nie tylko kobiety i mężczyzn, ale też wszelkie orientacje seksualne. Oj, w Polsce by to nie przeszło...
Z resztą, sami zobaczcie.

Uprzedzam: osoby, które chcą uniknąć widoku nagich ciał, niech nie zaglądają. 

Nagrody i wyróznienia. Częśc 1: wykopaliska

.
Przyznaję się: w kwestii spełniania warunków stawianych przez przechodnie nagrody bloggerów jestem absolutnie beznadziejna. I nie chodzi wcale o to, że mam do w nosie, czy też w innej, większej części ciała, lecz o to, że właśnie nie mam!

Wyróżnienia takie wiążą się zwykle z jakimś questem do spełnienia. Wymieniałam już 10 rzeczy, które lubię, oraz więcej, niż 10 ulubionych utworów muzycznych i za każdym razem wymagało to ode mnie sporo namysłu. I tym razem dumam dłużej, niż wypada, co z właściwą sobie bezpośredniością (którą uwielbiam) wypomniała mi Wiedźma z Podgórza.



Oto więc mój plan:

1. Stworzę mini cykl tematyczny, w którym zeznam kto i co mi przyznał.
2. Poza informacją o nominacji tutaj, będę na Facebooku kontynuowała serię notek poświęconym blogom dziewczyn (tak wyszło, że tym razem towarzystwo jest wyłącznie damskie), od których wyróżnienia do mnie trafiły.
3. Postaram się sumienne wypełnić wszystkie zadania.
4. A na koniec będę będę zeznawać i nominować.

Dziś tagi, które najdłużej czekają na upublicznienie:  
One Lovely Blog Award i Versatile Blogger Award.

Oraz solidna porcja ekshibicjonizmu na koniec. ;)))

sobota, 21 maja 2011

Revolution Lisa Kirk


Dziś po raz kolejny mam potrzebę napisania specjalnych podziękowań. Tym razem dla czytelnika SoS ukrywającego się pod tajemniczym nickiem Prot 72 (imię znam, ale nie czuję się upoważniona do obwieszczania go światu).

Prot 72 - dziękuję! Za to, że bez urazy ponawiałeś propozycje podzielenia się swoimi skarbami, za to, że znalazłeś sposób, by mnie skusić, za Twoją bezceremonialną życzliwość i, jak sam napisałeś: "radość dzielenia się pasją". 
Cóż jeszcze mogę napisać? Chyba tylko po raz kolejny, że największą radością, jaką mam z tego bloga są ludzie. :)


A teraz do rzeczy.
Dziś recenzja zapachu, który miał mnie skłonić do szaleństwa: zakupu w ciemno. Poważnie. Na mojej liście must have z Indiescents widniał tuż za Viktem i Roots. Bez testów!


It's time to change
It can't stay the same
Revolution is my name*


Pomysł efekciarski, ale przyznaję się bezwstydnie, że mnie rusza. Kompozycja pomyślana jako zapach nowoczesnej rewolucji, buntu, niepokojów społecznych: dym, benzyna, gaz łzawiący, palona guma i gnijące zwłoki... Protest przeciw konsumpcji, snobizmowi i politycznym ograniczeniom. Pierwotnie zapakowany w pojemniczek wyglądający jak bomba rurowa. 
Chciałoby się wykrzyknąć: Bomba!

piątek, 20 maja 2011

Sugarwood Costamor

.
Zamawiając próbki do testów rzadko decyduję się na kompletny set zawierający wszystkie produkty oferowane przez daną firmę. Zwykle ograniczam się do zapachów najbardziej dla mnie interesujących.

Wspominam o tym dlatego, że wśród zapachów Costamor, na które zdecydowałam się przy ostatnich zakupach na LuckyScent z rozmysłem pominęłam na przykład Beachwood, choć nazwa kusiła. Jednak mandarynka, bergamota, neroli i jaśmin w składzie okazały się na tyle zniechęcające, że nie uwiodła mnie ani nazwa, ani kokos.

Zdecydowałam się natomiast na Sugarwood i decydująca okazała się chyba figa, która w perfumach sprawdza się doskonale.


Zapach Sugarwood jest dla mnie zaskoczeniem. Nazwa sugeruje słodkiego drewniaka i przyznaję, liczyłam na coś w rodzaju Sweet Woodcoffee Comme des Garcons. Trochę tak głupio przyznawać się do naiwności, bo przecież w nutach jak byk stoi piwonia i jaśmin, ale czyż grzechem jest mieć nadzieję? ;)


czwartek, 19 maja 2011

Tabacca Costamor

.
Tytoń w perfumach nie jest nutą, do której mam szczególne upodobanie, choć być może recenzja Tabac Aurea na to nie wskazuje (za to poprzednie tytoniowe wskazują). I zdaję sobie doskonale sprawę, że powodem nie jest sam zapach tytoniu jako takiego, lecz skojarzenia...

O ile tytoniowe liście, czy to w formie zwiniętego cygara, czy pocięte na drobne kawałeczki tworzące tytoń fajkowy rzeczywiście intrygują niezwykłym, złożonym aromatem, o tyle przetworzone przez organizm palacza już wyłącznie śmierdzą. A niestety, kontakt z roztaczającymi woń przepalonego tytoniu ludźmi zdarza się zwykłemu, niepalącemu zjadaczowi chleba częściej, niż okazja do wąchania tych aromatycznych, preparowanych liści.


Nie tropię więc tej nuty, nie szukam jej w perfumach, choć wiązana jest zwykle z zapachami mrocznymi, dekadenckimi, buntowniczymi.  Po tabaczaną kompozycję Costamor sięgnęłam na zasadzie kontynuacji podjętego w ubiegłym tygodniu tematu. A skoro już sięgnęłam...



Tabacca zorientowana na tytoń


Po pierwsze i najważniejsze: od pierwszych chwil testu zastanawiam się nad powodami, które skłoniły Costamor do zakwalifikowania tabaczanej kompozycji Elizabeth Wright do kategorii "dla kobiet".
Tak jednoznaczna klasyfikacja nie tylko zawęża target, ale też trochę zniechęca do testów - perfumy niszowe rządzą się innymi nieco prawami, niż kosmetyczny mainstream i tak się jakoś utarło, że niszowce definiowane jako stricte damskie to zwykle kompozycje kwiatowe lub słodkie.

Tymczasem Tabacca to od początku do końca unisex. Zapach jest orientalny i zawiesisty, ale też zdecydowanie tytoniowy, z nutą wytrawnej ambry i wyraźnym akcentem przyprawowym. Jeśli uznajemy istnienie kategorii "męski orient" (a trudno z tym polemizować), to Tabacca mieści się w niej równie dobrze, albo i lepiej, niż w kategorii "orient damski".

sobota, 14 maja 2011

Kłopoty z Bloggerem

 .
Kochani, z powodu kłopotów z serwisem Blogger poznikały komentarze z ostatnich kilku dni.

Dziękuję niniejszym pięknie za wszystkie "zniknięte" literki. Daję słowo - nie usuwałam ich i przykro mi z powodu ich utraty.
Jeśli stanie Wam chęci - proszę o ponowne wpisanie. Jeśli nie, i tak dziękuję za poprzednie próby.

Tabac Aurea Sonoma Scent Studio

.
Już sama lektura nut wystarczy, by się podniecić. 
Drewno, tytoń i skóra jako pierwsze, najważniejsze składniki, absolut labdanum, paczula i wetiwer w drugiej linii, goździki z wanilią jako tło oraz ambra jako ostateczny powód kapitulacji... Próbkę pożądliwie i pieszczotliwie obracałam w dłoniach przez kilka dni, z perwersyjną wręcz przyjemnością przedłużając napięcie.

Przyznaję, że trudno mi stwierdzić jednoznacznie, czy większa była moja ciekawość badacza, czy żądza zmysłowych rozkoszy obiecywanych przez nietypowy skład. Z nadziei na wiele godzin przyjemności tłumaczyć się nie muszę - po to wszak są perfumy. Ciekawość moją podsycała natomiast często w sieci spotykana opinia, że Tabac Aurea jest jednym z zapachów bardzo mocno indywidualizujących się na skórze, tworzących przeróżne konfiguracje nut: od skórzastego monstrum, przez tytoniowego Adonisa, po piżmowo - waniliowego pluszaka.



Szeptem do mnie mów...


Od pierwszej chwili miałam ochotę, jak nasz były marionetkowy premier wołać "Yes, yes, yesss!".

poniedziałek, 9 maja 2011

Perfumeryjne ekstrema

.
 

Dziś post częściowo obrzydliwy.
Omijałam dotychczas ten temat, staram się bowiem nie szukać tanich sensacji, perfumiarstwo "naturalistyczne" zdobywa jednak coraz większą popularność i pora chyba napisać słów parę o perfumach "opowiadających" ludzkie ciało w sposób dosłowny, pozbawiony poetyckich metafor i symbolizmu.

Jak Marsjasz w wierszu Zbigniewa Herberta:
A
w istocie
opowiada
Marsjasz
nieprzebrane bogactwo
swego ciała
łyse góry wątroby
pokarmów białe wąwozy
szumiące lasy płuc
słodkie pagórki mięśni
stawy żółć krew i dreszcze
zimowy wiatr kości
nad solą pamięci


My Liquid
Philippe Di Méo


Prekursorem tego trendu jest Philippe Di Méo, który w 2005 roku, z okazji setnej rocznicy istnienia Quest International stworzył niezwykły i rewolucyjny wówczas projekt: My Liquid.

My Liquid to linia składająca się z trzech zapachów "biologicznych soków związanych z konkretnym doświadczeniem emocjonalnym".

niedziela, 8 maja 2011

Contre Pouvoir Brecourt

.
Tym razem postanowiłam, że serię recenzji "firmowych" rozpocznę od zapachu, który zaintrygował mnie najbardziej. 
Usiłowałam sama siebie nakłonić do wzięcia się najpierw za recenzje letnie. Pokusa opowiedzenia wam o tym ostatnim, budzącym największe żądze zapachu motywuje mnie do szybszego rozprawiania się z pozostałymi. Jednak czyż można oprzeć się kompozycji, która tak się nazywa?! Czyż JA mogłabym się jej oprzeć?!

Osoby, które pamiętają najpiękniej ilustrowany post w historii tego bloga znają odpowiedź na to pytanie...


Moc silnika


Otwarcie to najpierw błysk bergamoty. 

Po dosłownie kilku sekundach dołącza do niej kardamon, za którym nadciąga herbaciany opar. I tym razem jest to prawdziwa rosyjska herbata: brudna, podtęchła, poddymiona. Taka, jaką być powinna zgodnie z jej prawdziwą, niepodkolorowaną w celach marketingowych historią, o której dawno temu pisałam przy okazji Herbatki Rosyjskich Karawan I Hate Perfume. 

piątek, 6 maja 2011

Coeur de Vanille Antonio Visconti



Od czasu pojawienia się dwa i pół roku temu na łamach SoS Waniliowego Bestiariusza część osób uznała, że jeśli zabieram się za zapach z wanilią w roli głównej, to na pewno będzie szydera i fujanie. A przecież ze szczerą życzliwością pisałam o waniliach Lutensa, Annick Goutal czy Le Labo... Że już o cudownych Amber Vanilla Reginy Harris nie wspomnę! (Właśnie wspomniałam. ;))

Tym razem też wcale nie mam niecnych planów - moje intencje są czyste, a nadzieja przyświeca mi jak energooszczędna żarówka typu long life. :)


Sybarytka bez pretensji


Od pierwszej chwili, od pierwszego wdechu wiedziałam, że zapach jest nie mój. I jednocześnie bardzo mi się podobał.

czwartek, 5 maja 2011

Akaba Antonio Visconti

.
O mądrej satrapini

Akaba reklamowana jest jako zapach hipnotyczny i feromonowy. Może to i prawda. Nie znam się na hipnozie, a do feromonów w perfumach mam stosunek (delikatnie mówiąc) sceptyczny.

Ja najpierw czuję miód. Gorzki, nieczyszczony, drapiący w gardle. Towarzyszy mu charakterystyczny zapach suszonych borowików. Nie jest to bynajmniej woń odpychająca, ale w świetle opisu... Zaskakuje.

I przyznam się, że tu prawie już postawiłam krzyżyk na Akabie, prawie zamknęłam dokument tekstowy, prawie poszłam spać. Prawie!
Bo jednak tkwi we mnie przekonanie, ze rezygnacja to forma porażki. Przecież, cokolwiek by o tym otwarciu nie mówić, zapach nie okazał się nijaki, banalny, miałki. Głupio tak dzielnie podkulić ogon i zwiać.

Zaprawdę powiadam Wam, błogosławieni wytrwali, albowiem oni Akabą cieszyć się będą.

środa, 4 maja 2011

Extra de Cedra Antonio Visconti

.
Dziś będzie elegancja - Francja, a właściwie elegancja - Italia.


 

Włoska firma Antonio Visconti istnieje już od ponad półtora wieku, nie znaczy to jednak, że ma bogate tradycje perfumeryjne. 
Protoplasta tego rodzinnego interesu był bowiem garbarzem i kaletnikiem. Wedle informacji marketingowych wyroby Viscontiego cieszyły się wielkim wzięciem wśród ówczesnej arystokracji i duchowieństwa, a oferta, poza standardowymi towarami czyli odzieżą, paskami, torbami czy ekwipunkiem do jazdy konnej obejmowała także garnitury na biurka i perfumowane rękawiczki.

Perfumiarstwem przodkowie obecnego właściciela firmy: Antonio Martino zainteresowali się na początku XX wieku, kiedy to rodzina przeniosła się na Lazurowe Wybrzeże do Grasse. Tam od ponad stu lat twórcy zapachów Antonio Visconti zgłębiają tajniki sztuki perfumeryjnej. Znów wedle informacji oficjalnych.
Nazwiska właściciela marki strona firmowa nie podaje, poznałam je dzięki informacji pochodzącej od polskiego dystrybutora marki (w komentarzu pod tekstem, który w oparciu o tę informację został edytowany i uzupełniony na przełomie lat 2011/2012).
Strona nie wyjaśnia także, dlaczego sto lat zajęło wprowadzenie na rynek pierwszych perfum.


Przedstawiam pierwszy z serii zapachów Antonio Visconti: kompozycję z cedrem w tytule i agarem w składzie.
W ogóle w składzie tego zapachu polski dystrybutor zapowiada cuda: na przykład coś, co zwie się litsea kubeba, a wedle mojego szybkiego rozpoznania jest rośliną znaną u nas jako chiński pieprz górski, owoc cedru który na mój rozum jest szyszką oraz liście cedru, choć cedr, jak wiadomo, jest drzewem iglastym.

Dość wstępów,  przechodzę do rzeczy.

poniedziałek, 2 maja 2011

Ambre Noir Sonoma Scent Studio

.
Ukrywanie, że jestem miłośniczką dzieł tej Pani nie ma sensu. Jestem.
Laurie Erickson to matka tytanów. Jej zapachy są potężne: zarówno w sensie dosłownym (ekspansywna woń trwa na skórze dziesiątki godzin), jak i metaforycznym, gdyż wielką mają moc oddziaływania na wyobraźnię.

Tym razem z drżeniem serca przedstawiam zapach od pewnego czasu niedostępny. Skąd to drżenie? Przeczytajcie sami.


Zło w ciemności


Otwarcie zadziwia bardziej, niż zachwyca. Gęsta, lepka ciemność. To pierwsze skojarzenie.

Najsilniej uwagę skupia nie ambra, lecz gęste, smoliste, brudne labdanum. Jego zapach jest ekspansywny, ostry, trudny jak w Incense Normy Kamali, jednak nie tak beznadziejny i bolesny. O ile w niesamowitej kompozycji Kamali mrok pożerał nas jak Venom Spidermana, o tyle tu obłapia nas czule nieomal. 
Zapach jest nie z tej ziemi,  nienormalny, obłędny wręcz,  ale jest to szaleństwo ciche. 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...