środa, 31 sierpnia 2011

Trzy komplety próbek Divine do zgarnięcia!


Kochani, zanim pojawią się kolejne recenzje Divine, mam dla Was fenomenalną niespodziankę.

 

Perfumeria Niszowa Lu'lua, z którą od jakiegoś czasu jestem w bliskim i bardzo miłym kontakcie, ufundowała dla Was trzy zestawy próbek perfum Divine.

W skład zestawu wchodzi siedem zapachów:
Eau Divine
L’Etre Aime Femme
L’Etre Aime Homme
L'Homme de Coeur
L'Homme Sage
L'Infante
L'Inspiratrice

niedziela, 28 sierpnia 2011

L'Homme Sage Parfums Divine


To jedne z tych perfum, w których znajdujemy dokładnie to, co zapowiadają nuty, ale i tak jesteśmy niesamowicie zaskoczeni tym, jak fenomenalnie to wszystko razem pachnie.

Mężczyzna roztropny, bo tak chyba powinno się tłumaczyć nazwę, uwiódł mnie od razu. Teraz tylko pozostaje mi rozważyć dłuższy związek...



Mężczyzna Magiczny


Akord otwarcia ma tu za zadanie skupić uwagę, pobudzić zmysł percepcji, otworzyć nas na miłość...  Do Mężczyzny Roztropnego, oczywiście.

Szafran i kardamon - nuty pikantne, stymulujące, dumne, wysłodził Vasnier dodatkiem słodkiej, pozbawionej cytrusowej kwaskowości mandarynki i słodyczą liczi. Słodycz ta jest delikatna, stonowana, owocowa tylko na tyle, by dodać kompozycji życia i łagodności. Naprawdę, zero dosłowności, zero taniego efekciarstwa.

A teraz najlepsze: po chwili dosłownie, akord ten zaczyna ewoluować, nabierać miodowej gęstości i barwy i... Płynnie, początkowo niezauważalnie, potem już wyraźnie i czytelnie przechodzić w piękną, głęboką, uwodzicielską słodycz gwajakowca. Fantastycznie pełny, krągły, obezwładniający aromat. Jeśli gdziekolwiek gwajak brzmi lepiej, niż w Gaiac Micallef, to tu właśnie.

środa, 24 sierpnia 2011

Absolue Pour le Soir Maison Francis Kurkdjian


Dosłownie wczoraj, przy okazji dyskusji o duecie kochanków Divine, Ewa zwana Myszą zadała mi bardzo dobre pytanie: 
- Czy zdarzyło Ci się kiedyś poznać zapach oparty na ulubionym składniku (np. kadzidle), który został, Twoim zdaniem, kompletnie sknocony?
- Zdarzyło się, a jakże! - odrzekłam bez namysłu wymieniając jako przykład oparte na agarze Montalaki z Black Aoud - najbardziej bolesnym rozczarowaniem na czele, Statkusa czy Oud Wood Forda.

 

Po zastanowieniu głębszym dochodzę do wniosku, że określenie "sknocony" nie do końca oddaje moje odczucia. Bo o ile zapachy Montale rzeczywiście uważam za, w większości, toporne i pozbawione wdzięku, o ile Oud Wood uznałam za kpinę z odbiorcy spodziewającego się w piekielnie drogim flakonie oudu i drewna, o ile produkty Gezy Schoena postrzegam raczej jako antykompozycje, niż kompozycje, a potworki Damiena Basha budzą we mnie grozę bynajmniej nie swoją mrocznością, o tyle Borneo 1834 czy Musc Ravageur, mam wrażenie, po prostu nie współpracują z moją skórą. Ale obiektywnie ich nie oceniam, bo po prostu nie jestem w stanie. Nie "sknocone" więc, tylko "niekompatybilne" z sabbathową chemią.

I tym razem mamy na tapecie taki "niekompatybilny" zapach. Okazało się bowiem, że Mysza proroczo wyczuła temat. Jeszcze tego samego wieczora miałam okazję doświadczyć kolejnego bolesnego upadku z wyżyn swych nadziei na niziny rzeczywistości. :]



Mokry pies w miodowej polewie

 

wtorek, 23 sierpnia 2011

L'Être Aimé Femme i L'Être Aimé Homme Parfums Divine


Lubię pisać recenzje cyklicznie. I fakt, że poznając zapachy danej marki, szczególnie niszowej, gdzie często zdarza się, że kompozycje tworzone są przez jednego autora, mogę zbudować sobie jakiś szerszy obraz, wyrobić opinię o warsztacie i samym twórcy (jako twórcy, nie jako człowieku, oczywiście) nie jest tu wcale decydujący. Choć i to doceniam.

Prawda jest bardziej prozaiczna. Jak to prawda. Ja po prostu głupieję od nadmiaru próbek. Setki recenzji, które chciałabym napisać wiszą nade mną jak metaforyczny miecz Damoklesa i zwykle zanim wklepię pierwsze zdanie marnuję mnóstwo czasu na podjęcie decyzji, o czym pisać. Seria mi ten problem rozwiązuje. Przynajmniej częściowo, bo nawet w seriach zdarzają się zapachy, o których pisać nie chce mi się tak bardzo, że najpierw zacinam się, a potem odpuszczam. To jednak nie jest ten przypadek. :)

Marka Divine miała u mnie początek kiepski. Ale przynajmniej zabawny.
Dziś będzie niekiepsko.

 

Przedstawiam Wam dwie kompozycje, za którymi stoi Yann Vasnier - perfumiarz wszechstronny i płodny. Dość rzec, że pracował  dla takich firm jak Marc Jacobs (m.in Lola, Bang i dwa najfajniejsze zapachy z serii Splash: Figa i Imbir), Tommy Hilfiger, Donna Karan, Elizabeth Arden, Parfums DelRae, Keiko Mecheri, Le Labo, Comme des Garcons, Seven New York (sławne Six Scents) i wielu innych. Ba! Nawet dla Avonu czy Sarah Jessici Parker tworzył! Prawdziwy człowiek - orkiestra.

Dlaczego dwie na raz? Ano dlatego, że jest to jedyny wśród perfum Divine przypadek stworzenia pary zapachów: damskiego i męskiego o tej samej nazwie. Pomyślałam, ze skoro pozostałe kompozycje nie są tak łączone, to musi w tym tkwić jakiś zamysł. Nie wiem, czy moja interpretacja (na końcu) jest dobra, ale koncept uszanuję.

Eau Divine Parfums Divine

Poszukiwanie rzetelnych wiadomości o francuskiej marce Divine to zadanie, które może przyprawić o nerwicę.


Na stronie firmowej sekcji "o nas" brak, w odsyłaczu "the art of perfume" same bardzo ładne komunały. Poza tym typowo reklamowe opisy zapachów i nic więcej.
Nieco wieści o historii firmy znajdziemy na LuckyScent. Czytając notkę poświęconą Divine dowiedzieć możemy się między innymi, że w Bretanii, a konkretnie w uznawanym przez niektórych za najbardziej brytyjskie z francuskich miast Dinard, Yvon Mouchel stworzyła zapach o nazwie Divine - zachwycający tak bardzo, że ludzie przekazywali sobie wieść o nim z ust do ust i teraz zapachy tworzone przez Yvon Mouchel sprzedawane są w największych miastach świata, takich jak Londyn, Berlin i Monachium.

Wiadomości enigmatyczne, ale pozornie sensowne. Dlaczego pozornie? Ano dlatego, że żadna inna strona, z firmową włącznie, nie potwierdza faktu, ze autorką którejkolwiek z kompozycji Divine jest Yvon Mouchel. Wedle opisu na Fragrantice autorami wszystkich kompozycji Divine są perfumiarze Yann Vasnier i Richard Ibanez. Potwierdza to Basenotes, z tym wyjątkiem, że akurat autora założycielskiej kompozycji nie podaje.

Daty też się nie zgadzają. Wedle informacji na stronie perfumerii Lulua, która jest polskim dysrybutorem marki, Divine postały w roku 1986. Natomiast Fragrantica podaje, że zapach powstał cztery lata później - w roku 2000. Aby było jeszcze ciekawiej, ta sama strona, w opisie producenta, datuje pierwsze chronologicznie perfumy Divine na rok 2002.


Dalsze tropienie nieścisłości sobie daruję, skupię się na zapachu. I utrzymując surrealistyczny klimat komedii pomyłek napiszę, że wcale nie będzie to Divine. :)

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Bois Blonds Atelier Cologne


Ulubiona pocztówka już była, kolej na ulubiony zapach. Zakładam, że ktokolwiek zaglądał do mnie choć raz, nie będzie miał problemu z wytypowaniem sabbacinego ulubieńca. Niezrecenzowane zostały tylko Grand Neroli i Bois Blonds. Noż doprawdy, ciężki dylemat. ^^ 

Kadzidło, pieprz, nuty drzewne i "bois" w nazwie. Oraz najwyższa koncentracja (20% ekstraktu) i oczywiście najwyższa cena. Gdyby nie okoliczności, o których niżej, czułabym się predysponowana do zbytku. :)


Boys Blonds


Otwarcie jest... Trawiaste? W perfumach o innej nazwie pewnie uznałabym je za ładne, ale tu jednak oczekiwałam czegoś mniej zielonego.
Na szczęście wiaterek znad łąki rychło zastąpiony zostaje charakterystycznym dla Atelier Cologne akordem cytrusowo - kwiatowym. Nie wiem, skąd oni biorą ten olejek neroli, ale zdecydowanie powinni ukrywać swojego dealera przed resztą świata, bo naprawdę nieczęsto zdarza się, żeby ta nuta brzmiała tak ładnie i pomarańczowo, jak w zapachach stworzonej przez Sylvie Ganter i Christophera Cervasela firmy.

sobota, 20 sierpnia 2011

Nowe szaty...

Ahoj!
Zauważyliście zapewne, że SoS nieco inaczej dziś wygląda.

Niestety, poprzedni szablon, którego używałam od początku blogowania był już tak przestarzały, że nie działała na nim znaczna część bloggerowych udogodnień i gadgetów. Od jakiegoś czasu szukałam sposobu, by zwiększyć funkcjonalność bloga, nie zmieniając oszczędnej formy, którą bardzo polubiłam. Jak sądzicie? Udało się?

Efektem zmiany są dwa panele boczne, zamiast jednego, szersza kolumna tekstu głównego oraz kilka nowych udogodnień pod postami. Dzięki nowym funkcjom można teraz nie tylko jednym kliknięciem wysłać posta w świat via e-mail, Twitter, Facebook czy Google Buzz, ale też docenić go klikając +1 - googlowy odpowiednik "lubię to".
Proszę, klikajcie także +1 pod starymi postami, które lubicie (jeśli jakieś lubicie). Pozwoli mi to stwierdzić, które recenzje uważacie za dobre, które pamiętacie, które uznajecie za ciekawe bądź przydatne. Zapraszam serdecznie - to mniej kłopotliwe, niż pisanie komentarza i przechodzenie przez weryfikację. :)


Zapraszam Was także do testowania nowych funkcji i ewentualnego informowania mnie, jeśli coś nie działa, albo działa nie tak, jak powinno. Albo jest brzydkie, niepotrzebne, nieudolnie zrobione. Lub na przykład rozjeżdża się w Waszej przeglądarce. Testy przeprowadzałam na Firefoxie, Operze i Internet Explorerze. Mam wrażenie, że wszystko wygląda względnie normalnie, ale jestem tak zmęczona, że mogłam coś przeoczyć.

A zmęczona jestem, bo okazało się, że w poprzednim szablonie wiele funkcji formatowania działało zupełnie inaczej i efekty zmiany przeszły moje oczekiwania. W wyniku tego musiałam ręcznie edytować setki postów i, także ręcznie) usuwać krzaki i luki, które się w nich pojawiły. Mam nadzieję, że udało mi się posprzątać największy bałagan. Jeśli coś przeoczyłam - najmocniej przepraszam i proszę o zwrócenie uwagi.

 

I na koniec pytanie najważniejsze:
Co myślicie o nowym układzie i nowych funkcjach? Jak wam się podoba zmodyfikowana szata?

Do poprzedniego szablonu nie dam rady wrócić, nawet gdybym chciała, bo jest już niedostępny. Ale mogę pożonglować resztą wedle Waszych rad i życzeń. :)


Miłego weekendu!
A ja idę w końcu spać. Druga noc zarwana ciurkiem... To jest głupota, nie pracowitość. :]


* Grafika pochodzi z "A Girl's Guide To Geek Guys"opublikowanego na stronie szkoły internetowej maximus.pl

piątek, 19 sierpnia 2011

Oolang Infini Atelier Cologne

.
Dziś pokażę Wam moją ulubioną pocztówkę z serii martwych natur Atelier Cologne.
Czemu ulubioną? Czyż wymaga to wyjaśnień?!


Maszyna do pisania, wieczne pióro, książki, dziennik (wygląda to na dziennik, prawda?), globus, pamiątki z podróży i... No i szklaneczka szlachetnego trunku. Lód wskazuje na whisky. Ja wolałabym koniaczek, ale poza tym detalem, nieład w takim stylu jest mi bardzo bliski. Nawet charakterystyczny brelok - oko kiedyś posiadałam.

Patrzę na tę urokliwą stylizację i dumam nad tym, jak bardzo komputery osobiste zmieniły nasz świat. Zastępują maszyny do pisania, mapy, encyklopedie; nawet pióra i dzienniki odchodzą powoli w niepamięć zastępowane przez pamiętniki internetowe, czyli blogi.
I pomyśleć, że w 1943 roku Thomas Watson (ówczesny Prezes IBM) powiedział: "Światowe zapotrzebowanie na komputery szacuję na może pięć maszyn". Wyjątkowo mu się ta prognoza nie udała.


Smok w kolorze herbaty

 

Lubię zapach herbaty. Nie herbatę samą, lecz właśnie jej aromat. Najpiękniej pachnie sam susz - nieparzone listki.

Herbata oolong jest jedną z najpiękniej pachnących herbat, jakie spotkałam. A już oolong Earl Grey po prostu rzuca na kolana.
I tu, Drodzy moi, właśnie ten zapach znajdziemy. Piękny, delikatny, złożony, subtelnie kwiatowy i nieco drzewny zarazem aromat półfermentowanych herbacianych listków wzbogacony świeżą, słoneczną bergamotką. Myślę, że to słońce w zapach pompuje olejek neroli.

Trèfle Pur Atelier Cologne

.
Druga kompozycja Atelier Cologne z nutą pomarańczy nie jest już tak bardzo pomarańczowa jak recenzowane wczoraj Orange Sanguine. Ale za to jak pachnie koniczyną!

Trèfle Pur oznacza czystą koniczynę. Czystą w sensie wyłącznie, jak rozumiem.
Oczywiście nierozsądnym byłoby podejrzewać, że Jérome Epinette umieścił we flakonie wyłącznie absolut z koniczyny i na tym poprzestał. Przecież to perfumy!


Gram w zielone!


Czy ktoś z Was wie, jak naprawdę pachnie koniczyna? Bo ja przyznaję, że wiedziałam, ale nie wiedziałam, że wiem.:)

W dzieciństwie (oraz późnym dzieciństwie), kiedy spędzałam wakacje w majątku, z którego pochodziła moja babka nie raz zdarzało mi się kosić łąkę, na której rosła koniczyna. Kosić tak zwyczajnie, kosą. Czynność wydawała mi się tak normalna, użytkowa (choć również przyjemna, a już na pewno lepsza, niż plewienie grządek), że nie zwracałam szczególnej uwagi, na towarzyszący jej zapach. I oto dziś, wąchając Trèfle Pur uświadomiłam sobie, że wiem, jak pachnie koniczyna. I że lubię ten zapach.

czwartek, 18 sierpnia 2011

Orange Sanguine Atelier Cologne

.
Przygodę z zapachami Atelier Cologne zacznę od porcji optymizmu.

Orange Sanguine to inaczej krwista pomarańcza. Ale sanguine to także optymistyczny i ta gra słów bardzo ładnie współgra z zapachem Ralfa Schwiegera.

Zacznę jednak nie od zapachu, lecz jego oprawy. Próbki Atelier Cologne to prawdziwa radocha dla oka. W zapieczętowanej kopercie, poza fiolką z perfumami, znajdziemy także śliczną pocztówkę z fotografią martwej natury. Do każdej z próbek dołączona jest inna kompozycja - każda w osobnej kopercie i w klimacie spójnym z zawartością towarzyszącej jej fiolki. Czyż nie przyjemny koncept?

Optymistyczne są też ceny zapachów Atelier Cologne. Za 200 ml absolutu wody kolońskiej o więcej niż przyzwoitej mocy zapłacimy od 380 (Orange Sanguine właśnie) do 500 (Bois Blonds) zł. Perfumeryjna nisza w takiej cenie zdarza się bardzo rzadko. A szkoda. Bo ja akurat nie jestem zwolenniczką polityki marketingowej polegającej na tworzeniu aury ekskluzywności przez zawyżanie cen. Dlatego na przykład nie kupiłabym Ferrari. Nawet, gdyby jakimś cudem było mnie stać. ^^

I na tym kończę zagajenie. Muszę się pilnować, bo poprzednie rozważania o punk rocku prawie zjadły mi recenzję.


Lubię zapach pomarańczy*


Krwista Pomarańcza zaskakuje od pierwszego niucha, a nawet przed nim. Pierwszy niuch robię, oczywiście, dopiero kiedy ulotni się spirytus stanowiący "nośnik" zapachu.
Zanim mogłam powąchać zlaną perfumami skórę (fiolki nie mają atomizerów, niestety) poczułam śliczny zapach dojrzałej, gęstej od słodyczy pomarańczy. Nie jakiegoś dosładzanego ulepu, tylko... No pomarańczy. To palce dłoni, którą dotykałam koreczka pachniały tą odrobiną płynu, który się na nie dostał przy otwieraniu fiolki.

wtorek, 16 sierpnia 2011

Sex Pistols Etat Libre d'Orange

 .
 
Czy to zapach anarchii?

Z pewnością jest w tej flaszce rewolucja.

W świeżym, niespokojnym posmaku cytryny zaostrzonym i wzmocnionym bezczelnym pieprzem.
W niesfornych zawirowaniach śliwki i pachnącym że w-mordę-bij piżmianie.

Zelektryzowany aldehydami poczujesz CZYSTĄ ENERGIĘ, przyduszany i unoszony przez skórę, przestrzelony heliotropem i zostaniesz sprowadzony na powrót na ziemię przez sprośną paczulę.

Gdy nosisz ten zapach opierasz się tradycji, zwalczasz konformizm i olewasz perfumeryjne konwenanse.
W duchu punka po prostu wyrażasz siebie. Podejmujesz wyzwania i nie unikasz robienia zamętu.

Perfumy Sex Pistols.

Karmią buntownika w tobie!

To reklama. Nietrudno się domyślić. :)

***

Dziwaczny to pomysł, takie perfumy. I nie chodzi bynajmniej o to, że nie lubię Sex Pistols. 
Lubię. Tylko jakoś słuchać nie mogę...

piątek, 12 sierpnia 2011

Tom Ford White Musk Collection: White Suede

.
Podczas pobieżnych testów w katowickim Douglasie White Suede wydał mi się najsympatyczniejszym zapachem z białej serii. Najsympatyczniejszym dla mojego, pokręconego nosa, oczywiście. Nie obiektywnie.
Nie wymaga ode mnie wznoszenia się na wyżyny obiektywizmu i samoświadomości stwierdzenie, ze u podstaw mojej sympatii do tej kompozycji leży fakt, że jest ona relatywnie mało piżmowa. W porównaniu z poprzednimi piżmakami Forda zadziwiająco niepiżmowa, niemydlana, niekosmetyczna....


Not quite blonde, are we?
More of a dirty blonde.


Po powąchaniu pozostałych ładnych i czystych kompozycji tworzących białą serię, otwarcie White Suede zdaje się szalenie nowatorskie i stymulujące. 

środa, 10 sierpnia 2011

Tom Ford White Musk Collection: Jasmine Musk

.
Zaskoczę Was: Jasmine Musk to, w moim odczuciu, najciekawszy zapach serii. Bynajmniej nie z powodu swej złożoności czy misterności olfaktorycznej konstrukcji. I na pewno nie dlatego, że tak bardzo lubię jaśmin. ^^


That's a very fine chardonnay 
you're drinking


Jasmine Musk to Jasmine Musk i niewiele ponadto. Fura jaśminu wrzucona do piżmowego wora. 
Wór ów ładny jest, jasny, miękki, czysty i ogólnie... to bardzo elegancki wór. Możemy go nazwać sakiewką czy nawet zwiewnym szalem zaścielonym płatkami jaśminu. Nie zmienia to faktu, że zapach złożony został wyłacznie niemal z aromatu jasminowych kwiatów oraz piżmowej bazy delikatnie rozświetlonej dodatkiem irysa i zmiękczonej ocieplaczami o ograniczonym wyłącznie do jasnych rejestrów widmie: białą, oczyszczoną wanilią, suchym, preparowanym olejkiem sandałowca oraz ambroksanem tak anielskim, jak w Molecule 02.

O co więc chodzi?
Ano... O jaśmin!

czwartek, 4 sierpnia 2011

Tom Ford White Musk Collection: Urban Musk

.
Dziś krótko i bez wstępów. Wstęp był wczoraj. Jeden wystarczy. :)


Look at that subtle off-white coloring.
The tasteful thickness of it.
Oh my God, it even has a watermark!


Urban Musk zaimponował mi od pierwszego, pobieżnego testu w perfumerii, choć nie do końca w sposób, w jaki imponuje mi po testach uważniejszych.

środa, 3 sierpnia 2011

Tom Ford White Musk Collection: Musk Pure

.
Witam Was po przerwie. Przepraszam, że nie pisałam w trakcie urlopu - leniuchowanie wciągnęło mnie. Obiecuję poprawę i nieco więcej postów w najbliższym czasie, choć przyznaję, czuję się nieco wybita z rytmu...

Dziś taka trochę olfaktoryczna przygrywka: pierwsza część wpisu, który chodził za mną od kilku tygodni i trochę nawet przeszkadzał się lenić. Nie na tyle jednak, by zmobilizować mnie do pisania. ;)
O piżmie będzie. 


Nie jestem wielką miłośniczką tej nuty - nie zachwyca mnie ona ani w wersji mydlanej: jasnej i czystej, ani w wersji zwierzęcej kojarzącej mi się z zapachem mokrego futra. Najbardziej cenię piżmo wyczuwalne pośrednio, funkcjonujące ledwie jako dyskretny ocieplacz kompozycji.
Tym razem jednak zatrzymam się przy zapachach osnutych wokół tego nietypowego składnika na dłużej, bowiem piżmowa seria sygnowana nazwiskiem ekscentrycznego kreatora mody Toma Forda zasługuje na słów więcej, niż kilka.


White Musk Collection to cztery piżmowe kompozycje tworzące swego rodzaju świetlistą tetralogię: cztery opowieści o jasnym piżmie zamknięte w czterech takich samych flakonikach z przejrzystego szkła. Musk Pure, Urban Musk, Jasmine Musk i White Suede to, jak zwykle u Forda, kompozycje anonimowe, stworzone przez skrzętnie ukrywanych twórców, mające lansować wyłącznie jedynie słuszną twarz marki - samego Forda. I skwituję to tak: cokolwiek by o tym panu i jego pomysłach nie sądzić, rękę do piżma to on ma niezłą. Piżmowe kompozycje, które wybrał dla swej marki są najlepszą chyba częścią jego prywatnej serii. I piszę to ja - człowiek, który się piżmu nie kłania.


I believe in taking care of myself


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...