wtorek, 20 grudnia 2011

A New Perfume Comme des Garcons

Od kiedy pamiętam  wąchałam wszystko: każdy aspekt rzeczywistości uzupełniałam o zapach. 

Moja mama dostawała białej gorączki, kiedy po postawieniu przede mną talerza z jakimkolwiek jedzeniem obserwowała jak skwapliwie i z ukontentowaniem "obwąchuję paszę", kiedy siedziałam dosłownie z nosem w gazecie czy książce z entuzjazmem systematyzując zapachy farb i dzieląc je na te, którymi drukowane były gazety codzienne, książki oraz wydawnictwa ekskluzywne (intensywnie pachnący, barwny kalendarz astronomiczny miał skutek uboczny w postaci poważnego zatrucia), a także kiedy przy czytaniu wtulałam nos w poduszkę, na której spałam. Starałam się wszystko to robić dyskretnie, choć bogów na świadków biorę, że niczego zdrożnego w wąchaniu świata nie widzę. 

 

Pasja perfumiarska nie "trzasnęła we mnie jak grom" u zarania moich dni głównie dlatego, że po prostu nie miałam kontaktu z prawdziwymi perfumami. Trzasnęła później i też nie jak grom.
Dopiero odkrycie perfumeryjnej niszy: kompozycji będących malowanymi zapachem obrazami, opowiadających historie wzniosłe i całkiem zwyczajne sprawiło, że świat zapachów porwał mnie i zauroczył. Eksplorując z fascynacją i emocją wielką fascynujące światy malowane w mojej wyobrażni przez dzieła spod znaku Comme des Garcons, I Hate Perfume czy Demeter Fragrance Library stworzyłam swój mini - manifest perfumeryjnego ekscentryka: "Nie lubię perfum pachnących perfumami".
W obecnej chwili, po kilku latach poświęconych (częściowo, oczywiście) poznawaniu kompozycji dziwnych i mniej dziwnych stwierdzić mogę, że manifest ten, choć nadal efektowny, nieco się zdezaktualizował. Po pierwsze dlatego, że jak adept sztuk plastycznych uczy się doceniać wielowymiarowość prac Picassa, tak ja uczę się powoli doceniać kompozycje abstrakcyjne: rozumieć ich wymowę, odbierać ich magię. Po drugie zaś dlatego, że wśród zapachów dosłownych - perfumeryjnych obrazków udało mi się wyodrębnić szeroką i pojemną kategorię, której nie lubię. Nie lubię mianowicie, kiedy perfumy malują mi w umyśle tort. Albo galon budyniu. Albo górę ciastek - szczególnie takich nafaszerowanych sztucznymi polepszaczami.

O początkach pisałam już nie raz. Dziś wracam do tematu, dlatego głównie, że przede mną spoczywają fiolki z Nowymi Perfumami Comme des Garcons reklamowanymi jako zapach kleju i taśmy klejącej. Klej i taśma klejąca to jest coś, na co łapię się równie niechybnie jak "normalna kobieta" na jaśmin i różę.

Skąd ten wstęp?

Ano... jakoś niezręcznie było mi przechodzić od razu do wąchania kleju. ;)


Przyznaję, że na "ćpuńskie" skojarzenia naprowadziła mnie dopiero Pola swoim komentarzem pod poprzednim postem. Wcześniej myślałam głównie o zapachu Kleju Roślinnego Nietoksycznego, który bardzo lubiłam w czasach szkolnych. Bez sensu! Przecież wąchanie butaprenu w celach "ćpuńskich" to czynność, o której słyszał każdy, wielu widziało, nieliczni pewnie praktykowali... 
No dobrze. Słyszał prawie każdy.

Mam przyjaciela - tego samego, o którym pisałam przy okazji L'Homme de Coeur Divine. Gentleman nieskazitelny. Z dobrego domu, po dobrej szkole, z zamiłowaniem do Antyku i naturalnym upodobaniem do sztuki wysokiej. Człowiek, których chyba nawet zaułkami, w których młodzi, gniewni, marginalni oddawali się procederowi wąchania kleju nie chadzał.
Otóż w postaci tegoż przyjaciela mojego mam dowód niezbity, iż istnieją ludzie, którzy o wąchaniu kleju pojęcia nie mieli. Skąd mam tę pewność?
A wybaczycie mi jeszcze jedną anegdotę?

O tym, że obracam się w kręgach, w których okazyjne odgrywanie postaci fantastycznych jest wśród dorosłych ludzi nie tylko tolerowane ale wręcz dobrze widziane już wiecie. Wyobraźcie sobie tegoż właśnie mojego przyjaciela, z zasady ogolonego nieskazitelnie, w sytuacji, gdy stylizacja wymaga zarostu, a teatralne wąsiska za nic nie chcą się na teatralnym kleju trzymać. Cóż czyni człek zdecydowany nosić kostium "jak należy" gdy sklepy w miasteczku już pozamykano?

Otóż człowiek ów udaje się do szewca w celu nabycia tubki butaprenu i owym butaprenem nieszczęsne wąsiska we właściwym miejscu przytwierdza. Właściwe miejsce dla wąsów jest pod nosem. Związek nosa z oddychaniem jest oczywisty. Niewinność mojego drogiego przyjaciela absolutna... Resztę możecie sobie wyobrazić.



To nie są te kleje, których szukacie



A New Perfume butaprenem nie pachnie. Ale za to w otwarciu pachnie najprawdziwszym klejem do papieru w tubce: białym, gęstym, śliskim. Nie wiem, na ile to sugestia, ale jest to pierwsza nuta, która w nos mi wpadła.

Po chwilce odnosimy wrażenie, że zaczyna się robić nieco ładniej i normalniej: pojawiają się nuty kwiatowe. Najpierw po prostu lekkie i jasne, z minuty na minutę bardziej przenikliwe, syntetyczne. Jednak już po chwili dostrzegam, że to nie kwiaty zagrają główną rolę w tej scenie.

 

Ostry, chemiczny akord aldehydowy tworzy ramę zapachu. Chłodną, ostro ciętą kopułę, pod którą migocą ingrediencje mniej rewolucyjne: bez, konwalia, zimna lilia, eteryczne żywice, czyste i ostre, syntetycznie brzmiące piżmo. Niespokojne, ruchliwe przyprawowe błyski tną zapach na kawałki, sprawiając, że w pierwszych dwóch kwadransach na skórze układa się on jak mozaika, nie obraz.

Aldehydy i kwiaty? Proszę, nie wyobrażajcie sobie Chanel No.5. Określenia "ostry" i "chemiczny" znaczą tu dokładnie to, co znaczą. Przez pierwsze dwa - trzy kwadranse zapach jest trudny, przenikliwy. Sposobem ekspansji przypomina mi nieco bezacetonowy zmywacz do paznokci - wrzyna się między cząstki tlenu w otaczającym nas powietrzu tnąc je na pojedyncze atomy jak nóż tapicerski tnie styropian - ze zgrzytem.

A jednak, o ile początkowo czuję się raczej podtruta, niż upojona, o tyle po pół godzinie z niedowierzaniem, powątpiewając we własną poczytalność stwierdzam, ze podoba mi się ta chemiczna stłuczka.


Kwiaty nikną. Pożera je chemia. Dokładnie jak we wspomnianych wyżej zmywaczach do paznokci, które rzekomo pachną kwiatkami, a faktycznie pachną chemią. Tyle, że nie tak agresywną jak propanon zwany acetonem. I wciąż mi się to podoba!

A New Perfume złożone zostały w oparciu o tę samą zasadę, która świetnie sprawdziła się w jednej ze sztandarowych serii Comme des Garcons Synthetic: kompozycja jest ekscentrycznie, obrazoburczo wręcz zaprogramowana, jednak złagodzony nutami towarzyszącymi akord programowy staje się ostatecznie nadspodziewanie noszalny i... tak: urodziwy.

Nietypowy, rzeczywiście przypominający nieco zapach lepkiej strony taśmy klejącej akord statycznej sercobazy łączy syntetyczną, nowoczesną przestrzeń aldehydów z ciepłem nut piżmowych i żywicznych oraz miękkim, organicznym aromatem przypominającym zamsz.
Echo nut kwiatowych odbieram jako ukłon w stronę formy: to jednak perfumy; pachną więc czysto i "niesiermiężnie".


Kluczem ułatwiającym zrozumienie tej nietypowej kompozycji jest jedno słowo: safraleine.
Znana wcześniej z Tom of Finland Etat Libre d'Orange and Pi Neo Givenchy, opracowana przez zajmującą się tworzeniem syntetycznych substancji zapachowych i smakowych firmę Givaudan aromatyczna molekuła zwana czasem niesłusznie syntetycznym szafranem.
Góra spektrum zapachowego safraleine rzeczywiście przypomina eteryczny szafran, czy imbir, dalszą jednak część bogatego widma tworzą nuty ciepłe, drzewne, skórzaste, a nawet kwiatowe. I to jest dokładnie to! Stąd ten zamsz, który tak wyraźnie czułam.


Przyznaję, że po pół godzinie od aplikacji nader przyjemnie mi się nosi tę cichą, skupioną kompozycję. Nie szukam kleju, nie szukam oczywistości na poziomie propozycji Demeter Fragrance Library - mam przekonanie, że nie o to u chodzi.
A New Perfume to kolejna zabawa konwencją, igranie z banałem, rozciąganie formy. Rei Kawakubo kolejny raz puszcza do nas oko. Otrzymujemy od niej w darze kolejną niesztampową odpowiedź na standardowe pytanie: Czym pachniesz?
Pachniałam już Katolicką Katedrą, Cerkwią, Harrisą, Smołą, Garażem... Teraz będę mogła przyznawać się, że pachnę klejem.



Na koniec słówko o opakowaniu. Warto.
Prześliczny flakon przypominający niezastygłą kroplę przejrzystego kleju zapakowano w pudełko sprytnie wykonane z jednego kawałka białego kartonu. Takie trochę użytkowe origami. Świetny pomysł.

Marketingowcy Comme des Garcons zapowiadali A New Perfume jako zapach, który nie może istnieć w butelce, która nie powinna istnieć. Ja cieszę się, że jednak zaistniał.



Data powstania: 2011

Nuty zapachowe: aldehydy, głóg, bez, taśma klejąca, klej, piżmo, styraks





  • Autorem obrazu pod tytułem "KObieta wąchająca kawę" jest turecki malarz Gizem Saka. Jego obrazy w ogóle mocno kojarzą mi się z wąchaniem. KLIK
  •  Zdjęcie monstrualnie wielkiej taśmy i markera (w tle) ze strony Creaive Home Idea
  • Pierwszą papierową suknię zaprojektowali w 2009 roku Alexandra Zaharova & Ilya Plotnikov dla rosyjskiej agencji reklamowej Doberman. Zdjęcie pochodzi ze strony Funky Fashion 
  • Druga "suknia" to efekt współpracy firmy Ralph Pucci ze studentami Pratt Institute. Wystawa wszystkich stworzonych w ramach tego projektu kreacji odbyła się w ubiegłym roku w Nowym Yorku.
  • Papierowe kwiaty wykonała Carol Gearing. Link do zdjęcia: KLIK

30 komentarzy:

  1. Sabbath, nie tylko Ty miałaś/masz manię wąchania wszystkiego... od lizaka wyjętego z papierka po ukochany zapach nowych książek i czasopism ;))
    A zapachu kleju do papieru nie lubię...

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam wrażenie, że całkiem sporo osób wąchało gazety/książki/inne druki - tylko dlaczego o ich istnieniu dowiaduję się dopiero za pośrednictwem wizażu i blogów perfumowych? :) Farby drukarskie do dziś wącham z ukontentowaniem, w dzieciństwie przedkładałam zapach butaprenu nad woń kleju szkolnego, a mego Miłego zadziwiałam na początku znajomości, wąchając np. metalowe poręcze czy mosty...
    Nowe dziecko CdG wpisuję na listę must-niuchów ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Sabbath jak bym czytała o sobie ;) wąchanie wszystkiego pozostało mi do teraz :))

    wczoraj przeglądałam nową ofertę sklepu Lulua i właśnie widziałam te perfumy :) aż przeczytałam Tż skład perfum a on stwierdził, że takie ćpuńskie perfumy mogą być ciekawe :D

    próbuję sobie ten zapach wyobrazić, ale przychodzi mi to wielkim trudem ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Sabbath dzięki za recenzję, ilustracje jak zawsze inspirujące próbkę po świętach będę organizować.

    Kurde zdaje się jest nas więcej wszystko- wąchających od dziecka :) Ja uwielbiałam składzik z narzędziami, piwniczkę gdzie były kanistry z benzyną a do piwnicy pod kuchnią zaglądałam nieraz jako dziecię wyłącznie żeby nacieszyć się piwnicznym powietrzem ( stąd nie umiem się wybrzydzać na zapach piwnicy) a poza tym wszystko, wszystko inne z naturalnych to chyba najbardziej tzw "smolniaki" szczapki drewna wycięte z rdzenia sosny suto nasączone żywicą przeznaczone na podpałkę. Do dzisiaj lubię niuchąć różne rzeczy dlatego mój małżonek pieszczotliwe mówi mój "mały ćpun". Stąd też mój komentarz. Jak ten roślinny klej z podstawówki pachnie mi Chanel Beige, tylko ma coś jeszcze tak migrenogennego, że nie jestem w stanie go wytrzymać

    OdpowiedzUsuń
  5. Idalio, wąchałam lizaki. Ba! Wąchałam nawet papierki od lizaków. :) Folia z tych dawnych, zwykłych lizaków miała taki gorzko - słodki zapach. :)
    ja nie lubiłam zapachu tak zwanej gumy arabskiej. Ale zwykły biały... Mmmm...



    Aileen, lepiej tak, niż wcale. szczególnie, ze ja wciąż mam nadzieję, że poznamy się kiedyś osobiście. :)
    Zapach nowej książki: papier plus farba plus ta radość z _nowej książki_. Miks iście narkotyczny. :D
    A zapachy techniczne uwielbiam. WD40 to uczta dla nosa. A lutowanie... Mrrr...


    Reniu, bo on dziwny jest. Nie należy zrażać się ostrym otwarciem, potem się ociepla. Choć puchatek z niego nie będzie.


    Polu, to chyba jest dobre miejsce dla ludzi, którzy lubią zapachy nie tylko klasyczne ładne.
    Zapachu benzyny akurat nie lubię i nie lubiłam nigdy, ale smar lubię bardzo. I piwnice, i stare strychy. A najbardziej drewno i spalenizna. Zapach palonych zapałek: najpierw siarka, potem drewienko. Zapach gaszonej świecy. Zapach gorącego silnika starego samochodu kiedy podniesiesz klapę (nowe już tak nie pachną, za dużo tworzyw sztucznych). Zapach warsztatu, garażu, nawet stajni... Ech. Kończę, bo mi psychiatrę wyślą. :)
    Chanel Beige akurat mam do testów, dzięki Nikielce, która podesłała mi kilka niesamowitych próbek. Mam też Bois des Iles. Jupi!

    OdpowiedzUsuń
  6. Sabbath :D zaintrygowałaś mnie swym opisem do tego stopnia, że mam ochotę poznać ten zapach :)) jak będę w Krakowie to zajrzę do Lulua :D

    a odnośnie stajni... uwielbiam konie :)) były moimi przyjaciółmi w dzieciństwie i zawsze lubiłam się do nich przytulać :)) i tak mi pozostało do teraz ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Konie - tak. Nie ma chyba niczego przyjemniejszego w dotyku, niż końskie chrapy.
    Pisałam już, że po koniach nawet sprzątać mogę. I lubię.

    OdpowiedzUsuń
  8. CO tam zapach, dziś wciągnął mnie Twój wstęp :)
    Dokładnie pamiętam wąchanie nowych książek i ich odmienne zapachy w zależności od ilości druku, papieru, okładki... Teraz przerzuciłam się na czytnik książek i mam nadzieję, że z czasem pojawi się na naszym rynku czytnik wydzielający zapachy, chociaż zapach samej książki. Ale z drugiej strony one są tak różne, więc kto miałby zdecydować którą książką mają pachnieć wszystkie książki? I lizakowej folii zapach też pamietam, mimo że ja jestem trochę młodsza od Ciebie. Przypomniałaś mi o nim!

    No i ja lubię zapachy o zapachu perfum. Dobre nie są złe :)
    Ale prawdą jest też to, że w niszę można się bardziej wczuć, że ona maluje zapachem historie. I to w niej najbardziej lubię.

    OdpowiedzUsuń
  9. Anegdotki przezabawne, jak zwykle. Do nie dawna tez nie wiedziałam, że ten słynny Klej wąchany z foliowej torebki to Butapren.
    To zabawne uświadomić sobie, że swoje własne, pozornie dziwne nawyki nie są wcale takie dziwne i własne. Również praktykuje wąchanie świeżych gazet i książek jaki różnego rodzaju klejów. Pamiętam z dzieciństwa, że najbardziej lubiłam taki retro-klej w szklanej butelce w kształcie ściętego stozka i czarnym, gumowym dozownikiem.
    Z aromatów gazet najciekawszy i najbardziej charakterystyczny wydaje mi sie zapach miesięcznika "Góry" - polecam testy ;P
    A flakon Nowych Perfum fantastyczny!

    OdpowiedzUsuń
  10. Aha i również uwazam że końska chrapa to chyba najprzyjemniejsza w dotyku "faktura", nawet jedwab nie jest tak gładki i delikatny. Czyli i to nie jest tylko moim "zboczeniem" :D

    OdpowiedzUsuń
  11. Głupio Ci było zacząć od wąchania kleju? Umarłam :DDD Recenzja jak zwykle mistrzowska :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Jakaż piękna historia. I o nobliwym koledze, co niechcący przyćpał, i o kwiatach co je chemia pożera. Po dośc długim oczekiwaniu naprawdę można się podelektować. Dzięki, Sab.
    Ja chyba w dzieciństwie nie wąchałam wszystkiego "jak leci". Ale też lubiłam (i lubię) benzynę, ropę, smary, stare buty, zakurzone, pudła, stare szmaty i takie tam różne. Mój wuj miał warsztat zamochodowy. Co to była za feeria zapachów! WD 40 w wielkich ilościach, beton podłogi nasiąknięty różnymi ropopochodnymi, duży regał z narzędziami, których gumowe uchwyty pacniały rękami ubabranymi smarem, starym olejem. A w rogu stała duża wanna z ropą do czyszczenia narzędzi... się działo.
    I też pamiętam ten słodkawy zapach folii od lizaków.

    OdpowiedzUsuń
  13. Hej:)

    Zostałaś oTAGowana:) Szczegóły tutaj: http://kokosowa-panna.blogspot.com/2011/12/tag-5-noworocznych-postanowien.html

    Zapraszam do zabawy.

    OdpowiedzUsuń
  14. o tak Sabb końskie chrapy są cudowne :))

    OdpowiedzUsuń
  15. Czytałam o Twoim koledze, a szczęka moja stopniowo opadała w dół. Bidulek! ;))
    Lecz, po drobnej zmianie scenariusza, chyba mogliście z niego zrobić jakiegoś przyćmionego hibernacją zdobywcę kosmosu tudzież bliskiego krewnego imć Zagłoby, prawda? :P

    Co do dziwnych zapachów, to do dziś pamiętam woń takiej jedne politury samochodowej. No i farba drukarska, ale pociąg do niej mają chyba wszyscy, jak się okazuje. :D Drugim nad-eksploatowanym zmysłem był smak: tu mogę od razu wyznać, jak smakował tynk i farba, odłażąca ze ścian. ;) [jednego razu moja babcia przyuważyła taki nietypowy posiłek i już następnego dnia siedziałam u lekarza, który badał, dlaczego właściwie brakuje mi wapnia. Ech, dorośli wszystko potrafią zepsuć! ;) Z wąchaniem lejów i detergentów było podobnie (wyjąwszy lekarza). ;> ]
    A New Perfume powąchać bezwzględnie trzeba. :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Klejów, nie lejów. Lejów nie wąchałam, tylko szukałam w nich grzybów (na starym poligonie). :D

    OdpowiedzUsuń
  17. Wszystko Co Mnie Zachwyca - wstępem dziś pobiłam wszystkie swoje rekordy gadatliwości. Chyba brakowało mi pisania i kontaktu z Wami.
    A perfumy o zapachu perfum też już lubię. Choć najbardziej lubię te, które malują mi w głowie obrazki, obrazy, historie i opowieści. To chyba o to chodzi: żeby mówiły. Kiedyś myślałam, ze te "o zapachu perfum" nie mówią. Myliłam się. :)



    Zaczarowany Pierniczku, my taki ciekły, o bursztynowym kolorze z gumką na końcu nazywaliśmy Gumą Arabską. Nie lubiłam go. Zawsze mi się rozlewał, ciapał po wszystkim, wyłaził z między stron...
    Za ten fragment wypowiedzi:
    "Z aromatów gazet najciekawszy i najbardziej charakterystyczny wydaje mi sie zapach miesięcznika "Góry" - polecam testy" powinnaś dostał Nobla dla ekscentryków. Po prostu nie mogłam się nie roześmiać! :)))



    Viollet, dziękuję. :*


    Myszo, ale te stare buty to chyba od zewnątrz... ^^
    Masz rację, że warsztaty - ten beton nasączony smarami i olejami mają swój niesamowity urok. Właśnie to mi przeszkadzało w Garage Comme des Garcons: ja po prostu czułam, ze podłoga jest w tym garażu wykafelkowana i umyta. To nie może tak być! garaż nie może być czysty i sterylny. I basta.

    OdpowiedzUsuń
  18. Absolutnie uwielbiam te Twoje anegdoty :D A co do kleju, to przyznam że ostatnio kupiłam sobie balsam do ciała który w zamierzeniu miał pachnieć migdałami, ale mi za diabła migdałów nie przypomina. Zionie natomiast - i to dośc konkretnie - właśnie klejem roślinnym...

    OdpowiedzUsuń
  19. Kokosowa Panno, dziękuję i zaproszenie przyjmuję z radością. :)



    Wiedźmo, nie było mowy o jakiejkolwiek zmianie scenariusza. Kolega padł po prostu i, jak sam zeznał, spał snem bez snów. Zadbaliśmy o niego jak mogliśmy, za co był wdzięczny, ale najlepsza była jego mina, kiedy pogratulowałam mu pierwszych doświadczeń z narkotykami. :)))

    W kwestii diety z dzieciństwa - ja garściami jadłam piasek. A mam kumpla, który ponoć wyżerał rodzicom węgiel z węglarki koło pieca. Pamiętam też córeczkę znajomej mojej mamy, która podobnie jak Ty objadała tynk ze ścian, robiła to jednak elegancko skrobiąc łyżeczką. Z miną, jak gdyby degustowała trufle. Urocze to było dziecię. :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Katalino, jaki to balsam? Brzmi kusząco. Klej roślinny, to coś dla mnie. :)))

    OdpowiedzUsuń
  21. Widzę temat zjadania różnych rzeczy, więc dorzucę swoje trzy grosze: od dziecka mając pociąg do literek, namiętnie zjadałam pierwsze strony gazet. Ponoć najchętniej fragmenty z czerwoną farbą ;)

    OdpowiedzUsuń
  22. O patrz, a ja myślałam, że to tylko ja mam tak "skrzywienie", że wszystko wącham :) Klej biurowy i atrament były zdecydowanie moimi faworytami w głębokim dziecięctwie.. klej (oraz tynk, tapety i ziemia z kwiatków) dodatkowo za walory smakowe ;)

    Sabbath po raz kolejny muszę się przyznać,że zamiast pracować, na firmowym komputerze zaczytuję się Twoim blogiem. Jak mnie w końcu wyrzucą, to będę Ci przychodziła pomarudzić ;)

    Anegdoty cudowne :D

    OdpowiedzUsuń
  23. Zapachu kleju nie lubie, lecz wydalabym niezla kase ;) za zapach Polski. Kiedy trafiam do kraju zaciagam sie czesto i zachlannie powietrzem, a znajomi wtedy patrza na mnie jak na glupka...
    Zapachu niestety napewno nie znajde w butelczynie, lecz pewny doradca polecil mi przywiezc z kraju piasek z okolic rodzinnych i zakraszac nim zywnosc. Fajna recka i osobiste historyjki pod nia.
    Michasia

    OdpowiedzUsuń
  24. Aileen, pierwsze strony gazet?! Z tym się jeszcze nie spotkałam. Jesteś niewątpliwie prawdziwym unikatem w kategorii dziecięcych pożeraczy. :)))



    Koto, jak mogłam zapomnieć o atramencie! To dopiero jest zapach! I napiłam się atramentu nie raz usiłując "przeciągnąć" zasuszone pióro. :)))



    Michasiu, zapach polski? Nie wyobrażam sobie jednego zapachu dla całej polski. Dla Polski dla każdego. Chociaż... na Wizażu był kiedyś wątek o zapachach w stylu Bond No.9 tylko opowiadających o Polsce, nie o Stanach. Pamiętam, ze sporo tam nawymyślałam. Śląsk na przykład. Sama jestem ciekawa, cóż pisałam wtedy. :)))

    OdpowiedzUsuń
  25. Jako papiero-maniaczka uwielbiam zapach kleju :) I taśmy klejącej... I samego papieru, pachnącego farbą drukarską... Czego to ludzie nie wymyślą :)

    OdpowiedzUsuń
  26. Prawda? :)))
    I to jest fenomenalne. :)

    OdpowiedzUsuń
  27. Sabb, pisz do nas pisz. Bardzo mi się taki długi wstęp spodobał. Historie i opowieści w perfumach są ważne, ale czasami sama mam takie momenty, gdy potrzebuję odpoczynku. Gdy chcę pachnieć, ale bez żadnych większych przesłań i wyrażeń. Często perfumy dobieram do ubrań, a czasem chce ubrać się bez pomyślenia i tak samo chcę pachnieć

    OdpowiedzUsuń
  28. Jaki cudowny temat...Zapachy...Wiecie że dla mnie czasem są dużo ważniejsze niż twarze ludzi czy muzyka które to często wspomnienia jakieś przywołują czy konkretne sytuacje.Czasem mam wrażenie że mam jakiś wyjątkowy zmysł, że albo te zapachy tak mocno zapisały się w mojej podświadomości albo coś ze mną jest nie tak. Moi przyjaciele często patrzyli na mnie zdezorientowani kiedy zatrzymywałam się nagle ni stąd ni zowąd na ulicy mówiąc że pachnie 89 rokiem, konkretnie lipcem, czasem trudno mi było wychwycić sytuacje ale czasem był to zapach schodów w kamienicy mojej prababci, czasem nie wiadomo skąd wraca do mnie zapach chwili gdy jako mała dziewczynka wychodzę z namiotu i patrzę jak mój tata oddala się powolnym krokiem w stronę jeziora i to właśnie taki zapach gumy pomieszany z aromatem rosyjskiej gazety Kraj Rad.Niepojęte...eh...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Klandestino, witaj. :)
      Ależ pojęte jak najbardziej. :) Ma to nie tylko swoje uzasadnienie naukowe, ale też od lat obserwuję to u siebie - mam więc dowód empiryczny.
      Dla mnie zapach jest bodźcem wyzwalającym ciąg skojarzeń: nie tylko wspomnienia, obrazy, ale i muzyka, kolory, emocje. Fajnie jest mieć w głowie taki wehikuł czasu. :)

      Usuń
  29. Zakochałam się w tym zapachu - Twój opis Sabbath jak zwykle pięknie oddaje jego esencję. Niestety spłukałam się na PULP Byredo więc taśma będzie musiała dłuuugo poczekać. Ale jest wspaniale "noszalna", potwierdzam:)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...