środa, 30 maja 2012

Fam SoOud


Do Polski trafiły perfumy SoOud. Szanse na to, że ktokolwiek uwierzyłby w mój brak zainteresowania marką z oud w nazwie wydają mi się marne. Nawet jeśli oud w SoOud niekoniecznie oznacza aromatyczne, agarowe drewno.

Na blogu 1000 Fragrances Octavian Coifan spekuluje, że nazwa pochodzić może od środkowowschodniej dynastii królewskiej Saoud/Sooud (obie wersje występują wymiennie). Przyznaję, ma to dla mnie sens - wszak nie wszystkie kompozycje SoOud zawierają agar. Dziwnym byłoby tworzenie "marki jednego składnika". Tak więc mamy tu grę słów, zabawę znaczeniami: z jednej strony nawiązanie do wschodniego przepychu i królewskiego majestatu, z drugiej zaś jeden z najbardziej charakterystycznych dla perfumeryjnego orientu (i szalenie modny) składnik jako przynętę zwracającą na markę uwagę miłośników woni bogatych. I jeszcze to niesamowite brzmienie nazwy... Spróbujcie wymówić ją na głos. Brzmi egzotycznie, prawda?

 

Firma zadebiutowała w 2010 roku ośmioma zapachami stworzonymi przez Stephana Humbert Lucasa - perfumiarza pracującego wcześniej, między innymi, dla Nez a Nez (Hiroshima mon Amour i L’Hetre Reve).
Fam (usta), Asmar (ciemny brąz), Burqa (burka), Nůr (światło), Hajj (mądrość), Kanz (skarb), Al Jana (ogród) i Ouris (uniesienie) występują w dwóch wersjach: Parfume Nektar o koncentracji zbliżonej do perfum oraz Eau Fine określana jako woda perfumowana.

Dzięki uprzejmości Perfumerii Quality od pewnego czasu cieszyć się mogę kompletnym zestawem próbek SoOud - marki, która wchodzi właśnie do oferty Quality. Niestety, dostępna będzie wyłącznie w nowej filii firmy: w perfumerii Quality w warszawskim Klifie.

Nie zamierzam kryć, że nadzieje mam wielkie. Pojemność próbek nie pozwala szafować cennym płynem, zamierzam więc do testów podejść metodycznie i kolejno, na spokojnie oswajać orientalne dzieła Stephana Humbert Lucasa. 
Macie ochotę na podróż na Bliski Wschód? To zapraszam. :)


Zacznę od opisanego na blogu Quality jako "uroki drzewa agarowego" Fam. Z powodów oczywistych.



It's chilli in here*

 



Nie wiem, jaki związek ma nazwa z zapachem. Fam nie jest miękki jak usta. Zmysłowy też jest... nie w ten sposób.

Otwarcie jest drzewne i pikantne zarazem. Wyraźny aromat agaru doskonale brzmi na tle bukietu drzewnych aromatów: ciepła oleistość kaszmeranu (cashmeranu?) doskonale współgra z aromatem sandałowca. Świeży, wibrujący szafran podbity został wyraźnym, aromatem bardzo pikantnej papryki. Różana część zapachowego spektrum łączy niewinny tupet świeżego kwiatu z taktowną rezerwą różanego pudru. Brzmi fantastycznie, prawda?

To nie wszystko! Najbardziej niesamowitą nutą, warstwą kompozycji jest akord upleciony wokół kauczukowej żywicy. Lateks i winyl! Wyraźnie nowoczesny, mroczny akord, który nie zakłóca kompozycji, nie rujnuje orientalnego nastroju, lecz dodaje zapachowi charakteru. I jest to charakter występny.

 

Pamiętacie Michelle Pfeiffer w roli Catwoman w "Powrocie Batmana" Tima Burtona? Odziana w lśniący lack kobieta o przewrotnym charakterze i olśniewającej urodzie? Pamiętacie, jak mówiła: "I am catwoman. Hear me roar"?

Fam mówi do nas tym samym głosem.

 

Przez pierwszą godzinę.

Po pewnym czasie akord różany tężeje, traci niejednoznaczność, zaczyna ewoluować w kierunku różanego olejku. I na tym etapie są to już perfumy dla miłośników róży. Róży gorącej, pikantnej, ciemnej, lecz zarazem zdecydowanie... różanej.

Ciężki aromat gniecionych, ciemnych płatków (tak naprawdę ciemne róże pachną znacznie słabiej, niż jasne, jak gdyby demiurg uznał, że dając kwiatu intensywną barwę wystarczająco się napracował, ale w tym opisie chodzi o "barwę" zapachu) zyskuje, dzięki dodatkowi szafranu i chilli, niezwykły charakter i pewien przewrotny rodzaj lekkości. Drzewne podbicie tworzy piękną, pełną bazę. 

Intrygujący akord "gumowy" zniknął. Catwoman zdjęła kostium. Jest piękną, zmysłową kobietą. Bluźnierstwem będzie to, co napiszę, ale zwykłą piękną, zmysłową kobietą. A Fam stają się zwykłymi, pięknymi, zmysłowymi perfumami.

 

Na szczęście normalność nie do końca naszej heroinie wychodzi. Pod różą czają się nuty przyprawowe pikantne jak piekło. Oleiste, ciepłe akcenty drzewne przytulają zapach do skóry, przenikliwy aromat piżma wywołuje grzeszne myśli.
Jest ładnie, perfumeryjnie, lecz na szczęście nie banalnie.

A u schyłku zapachu, gdzieś na samym jego dnie czai się mleko. Meow... 



Data powstania: 2010
Twórca: Stephan Humbert Lucas

Nuty zapachowe:
szafran, chilli, świeża róża, oud, cashmeran, puder różany, żywica drzewa kauczukowego, akord winylowy, sandałowiec, cedr, mleko, czerwone piżmo



* Gra słów bazująca na cytacie z filmu "Powrót Batmana" Tima Burtona:
Catwoman: It's chilly in here.
The Penguin: I'll warm you.


  • Na zdjęciach Michelle Pfeiffer. W tym na pierwszych trzech w roli Seliny Kyle (czyli Catwoman) w filmie "Powrót Batmana" z 1992 roku.

16 komentarzy:

  1. Znów czarujesz :)
    Zapachy tej marki muszą być bajeczne.Miną zapewne długie miesiące zanim je poznam:(
    Sabb jak wiesz uwielbiam twoje nawiązania,a raczej powiązania aktorskie:)
    Catwoman z Michelle Pfeiffer moim zdaniem była zjawiskowa.Jedyna i niepowtarzalna.
    Zostałem skuszony do testów:)
    Miau:D
    Pozdr,

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Michelle to dla mnie Catwoman archetypiczna. Doprawdy, trudno będzie jej dorównać. Z resztą, niewiele widziałam kobiet tak pięknych jak Pfeiffer.
      Film z Hale Berry (także przepiękną kobietą i świetną aktorką) sromotnie mnie rozczarował. Zobaczymy, co zrobi Nolan z Anne Hathaway. Bo ogólnie wizja nolanowego Gotham City bardzo mi odpowiada.

      W kwestii upodobań estetycznych, chyba sporo nas łączy. :)

      Usuń
  2. Piękną historię opowiedziały Ci te usta- dla mnie nie chcą być takie łaskawe. Ale może przemówią podczas globalnych testów- będę nasłuchiwać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piękną. Tak. Ale nie moją. Za dużo róży w sercu. Gdyby te lateksowe skojarzenia były tak wyraźne jak w Undergreen Black, a trwałość zapachu taka, jak tu - zadrżałyby mi łapki. :)

      Usuń
  3. Dlaczego ta marka - z każdą kolejną przeczytaną recenzją - wydaje mi się coraz ciekawsza? ;) A teraz jeszcze i Ty sprawy nie ułatwiasz.
    Tak się zastanawiam... :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ups! Przepraszam. :]

      :p

      A poważnie: marka JEST ciekawa. Wąchając mam wrażenie, ze mam do czynienia z czymś "dobrej jakości". Nie testowałam jeszcze wszystkiego, ale to, co znam, ma moc i trwałość, a zarazem nie wrzeszczy na mnie i nie włazi na głowę. :)

      Usuń
  4. mrau zapach jakby stworzony dla mnie :D

    Sabbath uwielbiam Twoje recenzje :)) czytanie ich to wielka przyjemność :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może i rzeczywiście? Jest na tyle oryginalny, że do normalnych róż mu daleko, a zarazem na tyle dystyngowany, by nie trącić dziwadłem. :)

      Dziękuję Reniu. Zaczyna mi wracać zdolność skupienia się na zapachu i słowa znów zaczynają sączyć się z palców. Nie lubię dni, kiedy tkwię z jaskini i nie jestem w stanie niczego do siebie dopuścić, ani od siebie oddać.

      Usuń
  5. Tak szczerze, to kompletnie nie kręci mnie guma w zapachach. Ani winyl. Ale za to cała reszta zdecydowanie działa na wyobraźnię!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie chyba kręci jedno i drugie. Ale tu to wrażenie nie jest dosłowne. A już na pewno nie jest to guma w stylu opony czy gumowego termoforu. Ten "gumowy" zapach jest ciemny i lśniący. jeśli to w ogóle ma jakiś sens... :)

      Usuń
  6. Mhmm... Uwielbiam ją w tej roli :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie tylko w tej. Ale rzeczywiście - w tej szczególnie.

      Usuń
  7. o Gott no nie... no trudno we Wrocławiu nie uświadczę a do Wawy się nie wybieram. Cierpliwie więc poczekam :) prędzej czy później nadarzy się okazja :) Pikantne drewno, szafran, oud nosz masakra mroczny lśniący przedmiot pożądania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I róża. Nie zapomnij o róży. :)))
      Ja też się nie zabijałam. Na Lucky były dostępne sample packi, ale ja na sample i tak wydaję majątek. Swoją drogą, powinnam porecenzować moje ostatnie zakupy samplowe... Tylko skąd brać czas?!

      Usuń
  8. HELL(O) (T)HERE :)

    Hmmm... Ciekawa ta kompozycja, tak ciekawa jak postać, do której nawiązujesz w recenzji. Też lubię tę Kicię:)A boska Michelle w tej roli po prostu urzeka, zwłaszcza takiego komiksiarza jak ja.

    Pikantny zapach i róże, no i ten kauczuk, który się traci... Może jestem laikiem i będzie to śmieszne ale może to dawać złudzenie używania dwóch odrębnych perfum? Dwa w jednym- brzmi jak hasło z banalnej reklamy a przecież zapach taki jak go opisałaś może być banalny. Ciekawa ta zmiana...

    Bardzo lubię róże i ich zapach ale obawiam się czy (przynajmniej z początku) przez inne dodatki jej zapach jest wyczuwalny... Czy te korzenie i żywica nie zabijają świeżej róży? Bo tego chyba Selinie nie wybaczyłaby inna łotrzyca z Gotham City, która bardziej pewnie pachnie bluszczem, któremu zawdzięcza swe miano... :)

    Purrrrfect:) Aż się chce zamruczeć...

    Zielony Drań (TM)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie tylko dwa w jednym jest możliwe. Perfumy klasyczne mają trzy nuty, trzy etapy, na których pachną często zupełnie inaczej. Nuta głowy bywa świeża, nuta serca to w pełni rozwinięta, wielowarstwowa kompozycja, nuta bazy to zwykle zapachy ciepłe, drzewne lub piżmowe.
      Bywają perfumy, które zmieniają się jak obłąkane. Bywają też takie, które trwają i nie zmieniają się prawie wcale. Tu zmiana jest względnie subtelna, zachowana zostaje konsekwencja zapachu. Ale warto podkreślić, ze każde dobre perfumy jakoś rozwijają się na skórze, reagują z nią. Dlatego te same perfumy na różnych osobach mogą pachnieć zupełnie różnie. I to jest fajne.

      A Kicię w wersji Michelle lubię bardzo. :)

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...