środa, 6 czerwca 2012

Burning Barbershop D.S. & Durga


Co powstanie w wyniku współpracy architekta i muzyka? 
Jak opowiedzieć historię Ameryki Północnej zapachem? Nie tę wielką pełną polityki i wojen, lecz tę prawdziwą, codzienną? 
Jak za pomocą perfum namalować dawno minione wydarzenia? 
Jak wreszcie, przywrócić do życia zapomniane panacea i magiczne mikstury indiańskich szamanów?

David Seth Moltz i Kavi Moltz - założyciele marki D.S. & Durga znaleźli odpowiedź na te pytania.


Debiutujący w 2008 roku duet tworzy zapachy dziwne, mistyczne, czasem z przymrużeniem oka. Nie mogłam się oprzeć testom! Tylko czasu na spisanie wrażeń brakowało dotychczas. Ale postaram się, przynajmniej częściowo nadrobić. Myślę, ze szkoda by było, gdyby ta (dostępna w Polsce, w Perfumerii Lu'Lua) marka została niezauważona.


Na pierwszy ogień (sic!) pójdzie obrazek iście szalony: Burning Barbershop.
Tak. Dobrze przeczytaliście: Płonący Zakład Fryzjerski. :D


Pożar w zakładzie braci Curling w Westlake!
Nowy York, rok 1891.
Spłonęły całe zapasy toników: miętowych, limonkowych i waniliowo - lawendowe.
Na dymiących zgliszczach znaleziono zwęglony flakon. Pachniał właśnie tak.



Ach, co to był za pożar!


Po pierwsze i najważniejsze: nie zważajcie na nuty. To, co możecie sobie wyobrazić po ich lekturze nijak ma się do zapachu.
Jest we flakonie Płonącego Zakładu Fryzjerskiego i lawenda, i wanilia, i limonka, i mięta. A także słodkie jagody jałowca, zapach delikatnych kwiatowych płatków, przestrzenna żywica cyprysu (albo innego szlachetnego iglaka), delikatna, herbaciana bergamotka i nawet zapach prawdziwej, suchej herbaty. Tyle, że wszystkie te aromaty zamknięto w rozgrzanej jeszcze, osmalonej flaszce zatkanej nadpalonym, brzozowym korkiem.

Zapach jest eteryczny, lecz ciepły. Dymny, zwędzony, wyprażony nieomal. Przyjemne nuty kosmetyczne i łagodne akordy spożywcze splatają się z naturalistycznym aromatem dymu i ciepłej, wilgotnej sadzy. I jest to mieszanka niesamowita.


Co za fantastyczny pomysł!
Wziąć wszystkie te łagodne, lekkie, grzeczne aromaty i wrzucić je w ogień. Najpierw rozgrzać, potem uwędzić, nadpalić i wreszcie powolutku przestudzić. Ale nie do końca - nie do stanu "normalności".

Połączenie bogatego i złożonego bukietu czystych, delikatnych woni z niepokojącym, brudnym aromatem pogorzeliska dało efekt, wobec którego trudno pozostać obojętnym. Bo dziwny jest. Mózg podświadomie angażuje dodatkowe moce obliczeniowe na rozłożenie go. I nie jest to nieprzyjemne ani męczące. Zapach nosi się nadspodziewanie przyjemnie. Szczególnie na etapie, na którym dziwna ta mieszanka ujednolica się na tyle, by stworzyć coś w rodzaju zapachu listków aromatyzowanej, wzbogaconej wytrawnymi ziołami i lawendą wędzonej herbaty.

Gdzieś w bazie wyczuwam transparentną, nieinwazyjną nutkę kawy. Jak gdyby pośród wszystkich tych popalonych flaszek stały spękane porcelanowe filiżanki pełne nadpalonych fusów. I stoją one niewątpliwie na nie do końca zwęglonych brzozowych meblach - aromat brzozy jest w bazie bardzo wyraźny. Aż dziw, że nie ma jej w nutach. Ale pisałam już: nie zważajcie na nuty.


Burning Barbershop zwraca uwagę. Intryguje, zadziwia i... podoba się. Reakcja przyjaciela, który miłośnikiem perfum zdecydowanie nie jest: "dziwne to, ale fajne". I ja się zgadzam. Tyle, że mnie akurat "dziwność" cieszy bardziej, niż "fajność".



Data powstania: 1891 (akurat!)
Twórcy: David Seth Moltz i Kavi Moltz

Nuty zapachowe:
lawenda, wanilia, limonka, mięta


Źródła ilustracji:
  • Na pierwszym zdjęciu David Seth Moltz i Kavi Moltz - założyciele marki D.S. & Durga
  • Drugie ze strony firmowej D.S. & Durga
  • Na zdjęciach trzecim i czwartym inny pożar z 1891 roku. 29 marca 1891 roku spłonął Kirkpatrick and Jamison's Market na 14 Pickering Square w mieście Bangor w stanie Maine. Zdjęcia z zasobów Biblioteki Publicznej w Bangor. Strona biblioteki tymczasowo nie działa. Specjalne zasoby udostępnione zostały tu: KLIK
  • Flakony znalezione przez Jamesa i Reggie z Outhouse Patrol w miasteczku Bozeman pochodzą z ich strony: www.outhousepatrol.com

35 komentarzy:

  1. Faktycznie spis nut nie zapowiada takich wrażeń. Ktoś chyba postanowił zrobić klientom psikus.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może uznano, że nazwa będzie wystarczającą wskazówką? Przecież pożar. ;)

      Usuń
  2. Sprzedalas sie. Nie piszesz juz negatywnych recenzji i tylko dbasz o to, zeby perfumerie dostarczaly darmowe flakony i pieniadze.

    ale co sie dziwic skoro oni robia niezla kase na twoim blogu to i tobie sie naleza darmowe flakony. i tak sie swiat caly kreci. tylko kasa i kasa.

    szkoda, ze sie do tego nie przyznasz oficjalnie i tylko oszukujesz czytelnikow.

    a zapachy DS Durga są akurat bardzo srednie. Przecietne po prostu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ładnie rozpowszechniać takie opinie pod anonimowym wpisem i przy braku dowodów (chyba że jakieś masz- jako czytelnik tego bloga chętnie się zapoznam). Moim zdaniem to kwalifikuje się na paragraf od niedawna prawo ładnie określa tego typu zachowania.

      Proszę więc weź się w garść ze swoja zawiścią czy frustracją czy co tam się jeszcze drąży człowieku i idź na swoje podwórko.

      Usuń
    2. Kimkolwiek jesteś, z jakiegokolwiek powodu piszesz to, co piszesz:
      1. Próbki do testów dostaje wielu bloggerów. Nie tylko perfumeryjnych. I żaden z nich tego nie ukrywa, bo nie ma powodu.
      2. Praktyki, by niszowe perfumerie wysyłały flakony do testów w Polsce nie ma. Albo ja o niej nie wiem.
      3. Płacenie za recenzje na niezależnych blogach lub próby wpływania na opinie recenzentów są nieetyczne.
      Miałam propozycję współpracy od firmy, która oferowała mi flakony do testów "w zamian za pozytywne recenzje". Odmówiłam.
      Mimo iż odmówiłam i materiał do testów po prostu kupiłam w sklepie internetowym - tak się złożyło, że akurat publikowane na SoS recenzje perfum tej firmy były pozytywne. Ponieważ recenzuję zapachy rzetelnie i uczciwie, bez względu na to, skąd pochodzą próbki do testów.
      4. Od początku istnienia SoS więcej jest na nim recenzji pozytywnych. Po pierwsze dlatego, że aby opublikować rzetelną recenzję, zapach należy ponosić. Także globalnie. Nieczęsto zdarzają się perfumy, które pragnę zrecenzować na tyle mocno, by męczyć się z noszeniem ich przez czas wystarczająco długi.
      Zdarza się, ze robię to przypadkiem. Wtedy piszę.
      5. Uważam, ze cenniejsze jest zwrócenie uwagi potencjalnego czytelnika na zapach piękny lub przynajmniej nietuzinkowy, niż zniechęcenie go do testów czegoś, co mnie się nie podoba lub na mnie nie leży. A ponieważ mam dostęp do wielkiej ilości próbek (otrzymuję je nie tylko od dystrybutorów i bezpośrednio od producentów, ale także od czytelników i bratnich dusz dzielących moją pasję) mogę wśród tego bogactwa zapachów wybrać takie, które wydają mi się warte poświęcenia im czasu i starań.

      I na koniec wreszcie: uważam Twój komentarz za nietaktowny i bezczelny.
      Podobnie jak Pola mam wrażenie, że jest on próbą zdyskredytowania mojej wiarygodności za pomocą publikowania oszczerstw. I podobnie jak Mysza, mam wrażenie, że po raz kolejny odzywa się ta sama, co zwykle, zawistna osoba. Kiedy minie mi wzburzenie - będzie mi Cię żal.

      Usuń
    3. Domyślam się kto to napisał.

      Usuń
    4. Czyżby "mista MB"? Ech, żal ściska. Dupę ściska, żeby była jasność. Sab, nie zawracaj sobie głowy podobnymi bzdurami. Jak ktoś jest zawistnym i sfrustrowanym nieudacznikiem to potem wypisuje takie pierdoły. Olać, machnąć ręką, iść dalej ;)

      Usuń
    5. Już dawno nie czytałam tak kłamliwych argumentów wyssanych z palca. Jedyne na co tego kogoś stać, to wylewanie swoich żali i frustracji, na dodatek anonimowo. I żeby to się jeszcze (za przeproszeniem) jakoś kupy trzymało....

      Mam to samo zdanie,co Katalina - olać i robić swoje :)

      Usuń
    6. Dowodem na niezależność Sabbath jest recenzja Qessence. Każdy, kto zna gust Sabbath wie, że ten zapach nie jest w jej stylu. W polskiej blogosferze powstały 3 recenzja Qessence: Sabbath, Co w nosie kręci (nosthrills), fgjcior. Na blogu firmowym Missala były polecane czytelnikom (klientom) tylko dwie w 100% pozytywne recenzje, bez Sabbath.
      Napisanie nie do końca pozytywnej recenzji zapachu perfumerii Quality było odwagą i świadczy, że Sabb jest niezależna. Nie ma co dyskutować. Koniec.

      Usuń
    7. Troche mnie ponioslo -przepraszam.

      I dziekuje za wyjasnienie.

      Mimo to nie do konca wierze, ze blogerzy robia to za darmo. Po prostu nie wierze.

      Usuń
    8. Wtrącę się jeszcze ze swoimi przemyśleniami. Gdyby było tak, że dobra opinia na temat tych czy innych perfum = płatna protekcja i granty, to w zasadzie szanujący się bloger żeby dbać o swoje dobre imię nie powinien pisać pozytywnych recenzji bo zawsze ktoś mógłby go posądzić o jakieś powiązania z producentem, dystrybutorem czy sprzedawcą. Idąc dalej tym tropem nie powinien też pisać złych bo przecież te też mogą być robione na czyjeś zamówienie prawda? Takim sposobem dochodzimy do punktu gdzie nie powinien pisać wcale, tylko w zaciszu swojego domu kontemplować zapachy. Ideą blogów jest chyba chęć dzielenia się z innymi swoimi przemyśleniami jest to jakiś ekshibicjonizm. Myślę, że biorą się za to osoby które mają coś do powiedzenia, chcą skonfrontować swoją opinię z opinią innych, są pracowite ( w końcu wyklikanie tekstu, znalezienie zdjęć sformatowanie wszystkiego tak żeby pasowało) zajmuje dużo czasu i obojętne czy ktoś opisuje swoje problemy z dzieckiem autystycznym, czy pisze o życiu po rozwodzie, czy prezentuje temat pielęgnacji włosów czy pisze recenzje perfum, książek czy innych produktów, musi mu się chcieć tak wewnątrz siebie znaleźć na tyle dużo energii, żeby część swojego wolnego czasu poświęcić na pisanie. Jasne, że są blogi komercyjne jawnie i niejawnie. To już chyba jest kwestia zaufania czytelnika do recenzującego tego, że znam jego poglądy i gust. Nieraz wiem, że jak bloger będzie robił ochy i achy to mi się na bank nie spodoba. To kwestia też pewnej spójności wypowiedzi na przestrzeni dłuższego czasu. Jakby np Sabbath zachwyciła się nową limitowanką Escady lub Wiedźma nagle pokochała Light Blue polecając przy tym jakąś konkretną perfumerię to bym stwierdziła, że nastała apokalipsa. Nie raz mi się zdarzyło że wypróbowawszy zapach ze świetną recenzją stwierdziłam, że "szału nie ma" nie gra to na mnie, połowy składników opisanych nie czuję. Nie raz nie dwa zdarzyło mi się bardzo polubić zapach zjechany na SoS ( patrz chociażby recenzja Aziyade) Wydaje mi się, że dojrzały koneser czytelnik zawsze z dystansem postrzega opinie które czyta.

      Usuń
    9. Dziękuję Wam. Bardzo mnie poruszył ten komentarz, naprawdę poczułam się zraniona. pomimo, że to anonim.


      Doceniam, że ktoś (anonimowo) zwrócił uwagę na moją recenzję Qessence. Pisząc ją miałam świadomość, że opinia o nim będzie miała znaczenie dla relacji perfumerii z blogiem. Miała.


      Chciałabym jeszcze zwrócić uwagę, że znaczna część najbardziej pozytywnych, nawiedzonych wręcz recenzji zapachów dostępnych obecnie w polskich perfumeriach niszowych pojawiła się na SoS w czasie, kiedy jeszcze nie były one dostępne w Polsce.


      Polu, Kat, Madzik - dziękuję, że jesteście.

      Usuń
    10. Tak teraz przyszło mi do głowy, że mogłabyś nam kiedyś na prima aprilis zrobić psikus i zrobić nawiedzoną recenzję limitowanki escady ;D sama myśl o tym woduje śmiechowe skurcze brzucha :D.

      Usuń
    11. Do Prima Aprilis jeszcze sporo czasu, ale... Challenge accepted! :)))

      Usuń
    12. It will be legen..wait for it !...dary! :)

      pola

      Usuń
  3. Ja pierniczę koleś, nie psuj ludziom zabawy. Co za chamstwo! Czy ja się właściwie domyślam tożsamości?

    OdpowiedzUsuń
  4. Już mi się podoba. Zapachy zaskakujące złożone z nut niby oczywistych, w efekcie czego stajemy nową jakość - to jest moim zdaniem kwintesencja perfumerii. Tak, jak zaskoczyły mnie pozytywnie New Haarlem, Gris Clair, Quiet Morning, Timbuktu, czy L'Air du Desert Marocain, po opisie wnioskuję, że płonący zakład fryzjerski może być następny.
    Choć po przeczytaniu tytułu poczułam nozdrzami olfaktorycznej wyobraźni swąd palonych włosów, tych ze ścięcia i tych ze szczotek i pędzli golarskich, swąd spalonego, gaszonego brudną wodą po goleniu drewnianego oparcia starego fotela i intensywny zapach spłoszonych koni przed zakładem, zaprzęgniętych do bryczki, którą przyjechał strzyżony jegomość. O swądzie palonego jegomościa nie wspomnąc.
    Chyba powinnam już iść na pociąg :)
    Miłego Ciała życząc Wszystkim.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myszo, swąd palonych włosów był również pierwszym skojarzeniem podczytującej mnie Przyjaciółki, z którą właśnie byłam w kinie (na średnio fajnym filmie, ale byliśmy sporą ekipą, więc dłużyzny ubarwialiśmy sobie za pomocą wygłaszanych szeptem złośliwych komentarzy).

      Ja sama podeszłam do zapachów D.S. & Durga bez entuzjazmu. próbki przeleżały u mnie dwa miesiące i dopiero wczoraj, przekładając je z pudełka "do recenzji" do pudełka "może kiedyś, ale nieprędko" powąchałam ich zawartość. Może to i dobrze, że nie opisywałam ich wtedy. teraz mam okres, kiedy dobrze mi się pisze i obrazki malują się same. Dwa miesiące temu było zimno, brzydko i nerwowo. U mnie przynajmniej.

      A twoja wizja WYMIATA!
      Nasze mózgi działają w podobny sposób: jak połączenie kalejdoskopu, camera obscura i katarynki. Jeden impuls i gotowy obraz. Ze szczegółami. :)))

      Usuń
  5. Mimo, że czytam Cię Sabbath od kilkunastu miesięcy, dopiero dzisiaj piszę. Jako miłośnica perfum czuję się tutaj u Ciebie jak we własnym przytulnym gniazdku a czytanie recenzji nie raz i nie dwa dostarczyło mi tego samego rodzaju przyjemności co rzeczywiste, empiryczne poznawanie zapachu :) Być może chodzi o zbieżność charakterów, gustu, podobnej wrażliwości i wyobraźni - ja też ukochałam sobie wiele "dziwaków", niepokojących, mrocznych, może szokujących a przy tym szlachetnych, o czystym rdzeniu, znamionach metafizyki czasem... Tak, to to, co lubię najbardziej :)
    Od jakiegoś czasu po cichutku liczyłam na to, że pojawi się u Ciebie recenzja DS & Durga. Nie wszystkie ich zapachy mi się podobają, na uwagę zdecydowanie zasługują Siberian Snow i Missisipi Medicine (przepiękne, pysznie przestrzenne), reszta, taka średnia. No i ów Barbershop, jako trzeci, specjalny, moim zdaniem najbardziej charakterny pośród kolegów. Po zapoznaniu się ze składem BB wyobrażałam sobie, że będzie pachniał banalną staromodną wodą kolońską, a już zwłaszcza mięta odrzucała mnie od tej kompozycji, bo jej w perfumach nie znoszę. Zaskoczyły mnie jednak pozytywnie. Mięty w nich ni chu chu, no chyba że to tylko mój nos się przed nią broni ;) już prędzej właśnie to echo przyprószonej popiołem brzozowej dziewiczości (surowe drewniane półeczki tam były, tak właśnie). I jakkolwiek widzę, że wiele nazw perfum, jak i opisów, ma za zadanie wytworzyć w naszych głowach "obrazki", zasugerować coś, Ty, podobnie do mnie, znajdujesz własną skojarzeniową ścieżkę... Jakby nazwa nie istniała, nie miala znaczenia (bo nie ma, perfumy mogłyby być numerkami lub chociażby ''untitled"), liczy się to co my dzięki nim w sobie rozwijamy, to indywidualne "coś" - i to jest ważne. Ja w BB czuję mało fryzjera, bardziej zaplecze... alchemiczne. Pękate, pozostawione na ogniu bez opieki kociołki (które owszem, mogły wzniecić pożar). Pęczki stęchłych roślin, pokurczone ramionka gałązek, stare, rozpadające się księgi, wyprawione futerka zwierząt, krople topiącego się wosku. Dziwność. Przyjemna dziwność... Chętnie ponosiłabym go jesienią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci za ten komentarz. I za ujawnienie się.

      Też wielokrotnie zastanawiałam się nad tym, jak działa na mnie nazwa perfum, w jakim stopniu decyduje o tym, w którą stronę powędrują moje skojarzenia. I myślę, że to jest tak, jak z muzyką programową - czasem tytuł wystarczy, by skrzesać iskrę, która rozpali wielki ogień. Czasem nie wystarczy, czasem wyobraźnia milczy i o takich milczących zapachach trudno napisać coś ciekawego. :)
      Istnieją firmy dające swoim kompozycjom tytuły enigmatyczne, jak literki z numerkami Biehl Parfukunstwerke. Ale nawet wtedy poza tytułem zapach dostaje jakąś historię, instrukcję, notkę przewodnią.
      Tytuł obrazu też może zmienić nasz odbiór, prawda?

      Co do zapachów D.S. & Durga - kolejny będzie właśnie Missisipi Medicine. Znam jeszcze Sir i Boston Ivy, ale żaden z nich nie zrobił na mnie na tyle dużego wrażenia, bym miała brać się za recenzję. O Siberian Snow czytałam same dobre rzeczy. Niestety, nie znam. Ale pewnie kupię próbkę albo w końcu wybiorę się do Krakowa przetestować.

      I jeszcze jedno: kiedy recenzowałam Barbershop najpierw miałam zamiar napisać, że mięty nie czuję. Słowo daję, miałam to zdanie w głowie. Ale kiedy przeszukałam zapach dokładnie, znalazłam ją. Nie napisałam więc... :)

      Dziękuję raz jeszcze. I zapraszam, napisz czasem coś do mnie. Po to bloguję. to komentarze są moją radością z pisania. :)

      Pozdrawiam. :)

      Usuń
  6. brzmi diabelnie interesująco... to pogorzelisko w rodzaju Serge Noir, czy Turmalina? a może coś nowego?
    pozdrawiam pirath

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ani w jednym, ani w drugim stylu. To palone śliczności. :) Może trochę jak w Amethyst Durbano, tylko mniej elegancko, mniej ładnie i mniej zbytkownie. I bardziej "burning". :)

      Usuń
  7. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  8. No jak to nie została zauważona? Jak?? ;)
    Przecież swego czasu Wizaż troszkę się Durgami emocjonował; o czym wspominam, bo dzięki temu i ja wystarałam się w własny set próbek. Po prostu materiału do opisania jest znaczenie, znacznie więcej niż czasu na to. Ale Ty wiesz to lepiej ode mnie. :)
    Co do BB, to na blotterze nieco porażał ostrością czy nawet swoistą kakofonią, natomiast na skórze ewoluował w coś bardzo przyjemnego, świeżo-dymnego, łączącego przeciwieństwa. Ogólnie nie zachwyca jakoś szczególnie, ale i tak jest mniam! :) Czyli zgadzam się z Twoją oceną.
    [Nagadała się, nagadała a wystarczyło samo ostatnie zdanie. ;)) ]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiedźmo, ja ostatnio na Wizażu prawie nie bywam. W niewielu miejscach w sieci bywam.
      Trochę czasem żałuję, ale nie żałuję zupełnie tego, co robię zamiast. :)

      W kwestii BB zgadzam się z tym, co napisałaś zgadzając się ze mną. Fajnie się go nosi. Ale rzeczywiście - pokusy nabycia nie odczuwam jakoś... Ja w ogóle ostatnio nie odczuwam pokusy nabywania. Po zakupie Vikt, Roots i zapasu Fireside Intense (tak, mam dwie flaszki!) nie poczułam jeszcze zewu. :)

      Usuń
  9. Pierwsze skojarzenie z zakładem fryzjerskim to chemiczny zapach płynu do ondulacji:D i lakieru do włosów:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, jak pachnie płyn do trwałej, ale wyobrażam sobie, że okropnie. Wiem, jak pachnie perhydrol. Bleh.

      Usuń
  10. Również i ja po cichu oczekiwałem recenzji.JEST!
    Jak zwykle wyszło pięknie:)
    Jednak najbardziej ciekawi mnie zapach SIBERIAN SNOW oraz kadzidlano-brzozowo-cynamonowy SMOKED AMBER;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żadnego z nich nie znam. Na razie będzie jeszcze (dziś może) Missisippi Medicine. Pozostałe znane mi Durgi (Boston Ivy i Sir) nie ruszyły mnie na tyle, by pisać.
      Na próbki (i może opisy) kolejnych pewnie się szarpnę, ale nie teraz. Mam sporo rzeczy, które gwałtownie i namiętnie pragnę opisać, w tym ok 20 próbek z Indiescents kupionych przy okazji zakupów Vikta i Roots. Same dziwaki. :)

      Usuń
    2. A dla mnie boston ivy jest tak ziemisty że nie znam bardziej udanego.

      Usuń
    3. Heh... No dobrze. Złamię się i przetestuję raz jeszcze. :)

      Usuń
  11. Dziwaków ci u nas ze świeczką szukać:D
    Im dziwniejsze, tym lepiej:)
    Gratuluję zakupu flaszek Vikta i Roots
    Pozdr,

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. :)
      Ja lubię dziwne zapachy. Dziwną muzykę, dziwne książki, dziwnych ludzi. Dziwny świat... Też lubię. Lubię się dziwić. Taka dziwna jestem. :DDD

      Usuń
  12. Testowaliśmy Burning Barbershop wczoraj na Adamsie i Adams powiedział "Chcę to!".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O raju, Ty tutaj! Ale się cieszę!

      Co do wyboru Adamsa - to jest niezwykły zapach. Dziwny, ale fajny. Sama nie przypuszczałam, ze tak mi się spodoba.
      Rozumiem, ze będzie flaszka. :)

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...