czwartek, 7 czerwca 2012

Mississippi Medicine D.S. & Durga


Drugim znanym mi zapachem D.S. & Durga, który zasługuje, w moim odczuciu, na słów więcej, niż kilka jest "zapach inspirowany rytuałami związanymi z kultem śmierci praktykowanymi ok. 1200 roku n.e. przez rdzenne ludy zamieszkujące dolinę Missisippi". Ale nie kult śmierci mnie skusił, tylko brzozowa żywica jako główny składnik.


Z resztą opis przedstawiający budowniczych kopców jako wyznawców "kultu śmierci" to, w moim odczuciu, dość tani chwyt marketingowy. Bo czymże jest kult śmierci? Ano w sumie niczym konkretnym. Określenie to obejmuje nie tylko ofiary z ludzi i zwierząt, ale też wszelkie rytuały pogrzebowe, obrzędy związane z przejściem do innego życia i zapewnieniem zmarłym możliwie wygodnej egzystencji na tamtym świecie, kult przodków i święta zmarłych... Kult śmierci w tej, czy innej postaci obecny jest w każdej kulturze.

 

Wielkie, budowane przez lata grobowce w kształcie kopców, bogate dary grobowe, nawet grzebanie władców wraz z pocztem niewolników - na tle kultury Egipcjan, Azteków, czy chociażby zdarzających się po dziś dzień przypadków dokonania ofiary Sati, nie są wcale aż tak niezwykłe.

Interesujący i oryginalny jest natomiast charakterystyczny dla ludu Caddo obrzęd polegający na rytualnym paleniu świątyń i grobowców.
Caddo wyznawali kult ziemi, jednak niektórzy naukowcy twierdzą, że kluczowym elementem kultu nie były same wzniesione z ziemi kopce, lecz to, co znajdowało się pod nimi. Zgliszcza.

I to dopiero pasuje mi do  tej kompozycji!





Kadzenie bogom


Mississippi Medicine otwiera się rzeczywiście ziołowo, gorzko, aptekarsko. Pachnie trochę jak kropelki na ból brzucha, trochę jak Amol, a trochę jak Cardiamid. 
Wystarczy jednak kilka wdechów, by nasz zmysł węchu oswoił się z ekspansywną wonią i zaczął tropić w niej słodycz. Dziwną, ziemistą, nieczystą słodycz kostki cukru zanurzonej we wspomnianych wers wyżej ziołach, zawiniętej wilgotną szmatkę (nie ściereczkę - szmatkę w sensie małą szmatę) i rzuconą na klepisko w pociemniałej od dymu chatce czarownicy. I na tym etapie zapach zastyga na chwilkę.

Nie brzmi "ładnie", prawda?


Pierwszą nutą, która wytrąca kompozycję z chwilowego bezruchu jest aromat przypominający zapach chlebowego ciasta świeżo wsuniętego do nagrzanego, opalanego drewnem pieca. Niepiękny może, ale uspokajający, bliski, dobry.

Po chwili piec zaczyna dymić. Gryzący dym ze świeżych brzozowych i świerkowych polan wpełza do chatki tłumiąc wszelkie inne aromaty. Bogactwo ziół, ubita ziemia, chlebowe ciasto w dzieżach - wszystko to wciąż tam jest. Tylko przykryte dymem, jak kocem z szarej, szorstkiej wełny.

I znów mamy chwilę zawieszenia, zanim zapach popełznie dalej. W stronę sacrum.



Kadzidło. Kadzidło zmienia wszystko. 

Chłodny, błękitny aromat żywicy olibanum, delikatny sandarak i ślad, dosłownie ślad ocieplającego ten akord aromatu mirry definitywnie i ostatecznie przekształcają czarownicę w kapłankę, zaniedbaną chatę w sanktuarium tajemnej wiedzy, mroczne gusła w dzikie nieco modlitwy.
Oczywiście nie jest to kadzidło, które jakkolwiek da się porównać z zapachami w stylu Cardinal czy Avignon. Zioła, ziemia, paczulowy półmrok, płomyki pożerające naręcza brzozowych gałęzi - wszystko to skutecznie zapobiega wszelkim skojarzeniom bazującym na oczywistym związku kadzidła frankońskiego obrzędowością katolicką.

Po paru godzinach, mieszanina nut kadzidlanych, ziemistych i ziołowych ujednolica się, splata w jeden, spójny, dymno - popielisty akord.


Najpiękniejszy moment nadchodzi, kiedy modlitwy zostają wysłuchane. Albo i nie - nie wiemy przecież, o co prosiła bogów czarownica, która stała się kapłanką.

Rozgarniając ciężki kobierzec dymu spostrzegamy, że z upadłych na zdeptaną, twardą ziemię nasion wyrastać zaczynają młode pędy. Korzeń cyprysu, zielony wetiwer, kłącza irysa (choć powinien być fiołek) - akord ledwie zauważalny w kłębach kadzidlanego dymu, tkwiący przyczajony gdzieś na skraju percepcji, a jednak w nieuchwytny sposób zmieniający charakter zapachu. Dający mu życie.

Jeśli David Seth Moltz i Kavi Moltz usiłują nam za pomocą tej opowieści przekazać jakąś prawdę uniwersalną, to może chodzi o to, że każdy kult śmierci jest tak naprawdę kultem nadziei na życie? A może o nic nie chodzi i ja, jak zwykle, nadinterpretuję? :)



Data powstania: 2011
Twórcy: David Seth Moltz i Kavi Moltz

Nuty zapachowe:
żywica brzozy, fiołek, biały świerk, nuty ziemne, kadzidło, korzeń cyprysu


Źródła ilustracji:
  • Zdjęcie medalionu (nie wiem, czy oryginalnego, czy repliki) wykonał Rage of Reason, którego galerię znajdziecie tu: KLIK Strona domowa nie działa, niestety.
  • Ilustracja nr 2 pochodzi ze strony Paula Roebucka
  • Autorką obrazu "Dreams in the Witch House" jest Jodi publikująca jako TALONABEAXAS (z Caps Lockiem). Bloga Autorki znajdziecie tu: KLIK, a sporą galerię tu: KLIK
  • "Little witch's house" - grafika autorstwa Yagi Kielb. Strona autorki: www.yagakielb.com Warto zajrzeć.
  • Pierwsza Pytia ze strony biura podróży Delphi Tours.
  • Autorem obrazu "Priestess of Delphi" jest John Maler Collier. Galerię malarza na Wikimedia Commons znajdziecie tu: KLIK. Jeśli ktoś nie zna "Lilith" Colliera to koniecznie zajrzyjcie.


13 komentarzy:

  1. Tak bym pachnieć chyba nie chciała. Chociaż obcowanie z nim może być dość ciekawą przygodą. Chociaż czy zniosłabym te chwile zapachu choroby na sobie? Nie, wolę nie kusić losu i nie próbować

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm... Nie ma w Mississippi Medicine choroby jako takiej. Przynajmniej ja nie czuję. Apterkarskie, ziołowe otwarcia ma wiele zapachów. na przykład Ambre Sultan Lutensa czy Rock Crystal Durbano.
      Zapach na pewno nie jest klasycznie ładny. Ale ciekawy jest. Choć, oczywiście, nie namawiam do noszenia. Pewnie rzeczywiście nie byłby całkiem Twój - to się zwykle przeczuwa po nutach. :)

      Usuń
  2. Witam miałem kompletnie inne odczucie związane z tym zapachem Amol nie wyczuwam, jest to zapach otulający i ten kult śmierci jako tako dla mnie to kult walki z śmiercią. zapachy durgi dla mnie są jak żywe stworzenia.
    Nie interesują mnie ich nagrody i uznanie w stanach oni po prostu robią coś kompletnie innego niż wszyscy.
    Jestem kompletnym fanem chemicznych zapachów. NIe naturalnych i nie klasycznych. I nie aż tak trwałych ich trwałość mnie męczyła, Intensywność jest też silent grove to zapach który mógł bym znieść ale jak już mówiłem nie mój spokój i piekne rozlinny w dziwnym przyrodniczym układzie nie moje.
    Wole iso :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też nie skusiły nagrody i uznanie, ale zapachy. Odczucia względem "kultów śmierci" chyba mamy jednak podobne. Coś podobnego napisałam w podsumowaniu.
      Silent Grove nie znam. A ISO znam. Zarówno w drogiej wersji Schoena, jak i w formie czystej (i rozcieńczonej spirytusem). I dla mnie to jest jednak bardziej wzmacniacz zapachu, niż zapach. Ale opinie w sieci świadczą o tym, że tu bardzo wiele zależy od skóry.

      Usuń
  3. Sam koncept uważam za ciekawy, z tym że chyba wolałabym to oglądać i uczestniczyć w podobnej uroczystości niż pachnieć nią ;) Fascynują mnie zapachy kadzidlane oraz te niosące w sobie nuty spalenizny, ale ta "słodka szmatka" i inne smaczki - zwłaszcza na otwarciu zapachu - nie do końca mnie przekonują. Ale nie ukrywam, że czuję się zaintrygowana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, słodka szmatka jest dziwaczna. W ogóle zapach dziwny. Ja przyznam, ze podobnie jak Ty: pachnieć chyba tym nie będę chciała, ale w ceremonii uczestniczyłabym chętnie. :)

      Usuń
  4. Ja tak nie w temacie, ale chciałabym Cię zapytać, skąd sprowadzałaś ekstrakty L'Aromarine? Szczególnie ten mech mnie zaintrygował, czytałam opinie na zagranicznych stronach i mam nań coraz większego smaka. Wujek Google pomógł mi znaleźć kilkanaście sklepów, ale wiadomo, wolałabym zamówić z już sprawdzonego przez kogoś źródła...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, ekstrakty "L'Aromarine kupowałam w sklepie, który nie wysyła do Europy. Czego bardzo żałuję. :(
      Jeśli znajdziesz sklep, który ma je w ofercie i wysyła do Europy, podaj linka, może uda mi się go zweryfikować.

      Usuń
    2. Ojej, jaki mech? Gdzie? Chcę koniecznie!

      Usuń
    3. Ekstrakt mchu dębowego z l"Aromarine. Jest u mnie na zdjęciach ostatniej wersji spiżarni. Niestety, już powędrował w świat. Został mi s tych zapachów tylko Opoponaks.

      Usuń
  5. Na dwoje baba wróżyła. Z brzozą, niestety, mam na bakier, chociaż dymy i kadzidła bardzo cenię. W takim razie pytanie pomocnicze: czy dym, który wyłania się w opisywanym zapachu jest dymem z kategorii Czarnego Turmalina, czy też Patchouli24 i Fumidusa? Bo dla mnie są to dwa skrajne rodzaje dymu i o ile ten pierwszy jest kwintesencją olfaktorycznego zachwytu, to dwóch pozostałych pozbyłam się czym prędzej, żeby mnie nie kusiło w kierunku kolejnych testów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anie Turmalin, ani Fumidus. Choć bliżej mu do Turmalina - przynajmniej w fazie schyłkowej. Ogólnie jednak jest bardziej ziołowy i "niedymny", niż każdy w wymienionych przez Ciebie zapachów.
      Te dymy rzeczywiście są różne, szczególnie kiedy się "ułożą". Ale ja lubię oba typy. :)

      Usuń
  6. Please let me know if you're looking for a article author for your site. You have some really good posts and I feel I would be a good asset. If you ever want to take some of the load off, I'd
    absolutely love to write some content for your blog in exchange for a link back to mine.
    Please shoot me an e-mail if interested. Regards!
    Here is my weblog :: my article archive

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...