niedziela, 1 lipca 2012

Mur Slumberhouse


Mur zapowiadany jest jako zapach stworzony z czysto rolniczych (rolnych) ingrediencji. Miodek, sianko, listki czarnej porzeczki. Zgoda. Wetiwer to w sumie trawsko, też zgoda. Mate? Może w krajach, które miały zamorskie kolonie rolnicy pijali mate od wieków. Odnoszę wrażenie, że u nas to jednak rzadkość. Ale jeśli mam być uczciwa, poziom mojej wiedzy o trybie życia współczesnego rolnika nie predestynuje mnie do wygłaszania jakichkolwiek sądów w tej materii. Niech będzie mate.

Bardziej zaintrygował mnie sam fakt, że panowie przyznający się do fascynacji hip - hopem i ulicznym graffiti, programowo koncentrujący swoją uwagę na życiu nowoczesnej metropolii sięgnęli po inspirację daleko poza miasto. Bardzo byłam ciekawa, co też z tych rustykalnych elementów poskładali.



Zapach ogrzewający od środka*


Pierwszy wdech rzeczywiście przeniósł mnie na wieś. Ale raczej nie tam, gdzie planowali Twórcy.

Jako dziecię jeździłam na wieś do posiadłości, w której urodziła się moja babcia. I tym razem rzeczywiście tam wróciłam.
Leżę znów na ogromnym łożu w wielkiej sypialni wypełnionej trofeami myśliwskimi pradziadów: spreparowanymi jelenimi i dziczymi głowami, zaścielającymi podłogę futrami lisów, a także całymi zwierzętami poustawianymi jak popadnie wzdłuż ścian i pomiędzy ciężkimi, starymi meblami.
Nade mną pochyla się ciocia z łyżką kropelek na ból brzuszka. Pewnie znów najadłam się niedojrzałego agrestu...



Ten bukiet woni: stare, woskowane drewno, zwierzęce futra (nie skóra) i zapach ziołowych kropelek na ból brzucha. To jest własnie otwarcie Mur.


Na szczęście (dla was, nie dla mnie, bo dla mnie to wspomnienie nader jest miłe) po chwilce ledwie kompozycja łagodnieje. Pojawia się zwarty, krągły akord spożywczo - rustykalny.

Ciocia otworzyła ogromne okno wychodzące na łąkę pełną żółciutkiego, suchego siana (tu wizja trochę rozmija się z rzeczywistością, bowiem ogromne okno pokoju, który opisałam wychodziło na drogę dojazdową, za którą było krowie pastwisko). Na stoliku obok łóżka stawia tacę z poczęstunkiem. Szklankę letniej mate obficie posłodzonej miodem oraz dodatkowo sam miód w plastrze, który przy jedzeniu pachnie słońcem i ciepłym woskiem. Piękny, prosty aromat. Nieco przyciężki, nieco zbyt statyczny... 
Ale to się tak nie skończy - to przecież Slumberhouse.



Natychmiast po wyjściu cioci, czyli w rozwoju zapachu po kilku minutach, do pokoju cicho wślizguje się dzieciak. Niechaj będzie, że kuzyn - bardzo fajnych miałam kuzynów. Umorusany umiarkowanie, za to z garściami rwanych w pośpiechu prosto z krzaka porzeczek w kieszeniach. Zgniecione wraz z listkami kwaśne owoce pachną... I ten kwaskowy, przefiltrowany przez statyczną słodycz "wierzchniej" warstwy kompozycji zapach unosi ją jak uśmiech kąciki ust.

Porzeczka nie dominuje zapachu, nie staje się nutą wiodącą. Do końca pozostaje w równowadze z akordem słodko miodowym. Jak gdybyśmy te porzeczki wyjadali potajemnie, prosto z kieszeni, wyjmując po kilka, by nie zostać przyłapanymi przez powracającą ciocię. Bo wieczorem bolał mnie brzuszek... :)


W Mur bólu brzucha nie ma. Jest za to prostota i pogoda, której się po Slumberhouse nie spodziewałam. 

Naturalny, łagodny, niemęczący aromat miodu; miękki, ciepły wosk; urodziwy, kwiatowy nieomal zapach mate; jasny, słoneczny zapach siana (przypominający mi Cedre Sandaraque Parfumerie Generale); łagodna, ciepła nuta drzewna i niesamowicie w tym kontekście brzmiący, owocowo - zielony zapach porzeczek. Aromat prosty i urodziwy, lecz nie prostacki i nie śliczny. 
To ciągle nisza. Ale z gatunku nisz przyjaznych.

 

Baza pachnie tytoniem. Aż trudno uwierzyć, że nie wymieniono go w nutach.
Gdy zieloność przygaśnie, słodycz stopi się z sianem i nutami drzewnymi - okno zostaje zamknięte, pokój pustoszeje.

W domu rodzinnym mojej babci tylko nestorzy rodu: ciocia i wuj uważali go za chlubę. Ich dzieci meblowały swoje części domu nowoczesnymi sprzętami i chyba wstydziły się tego, że rodzice takie starocie trzymają. Z resztą, po śmierci wuja wszystkie trofea natychmiast wyprzedano. Podobnie jak powóz i konie, które rychło zastąpione zostały zwalistymi samochodami. 

Ale w przywołanym zapachem wspomnieniu jeszcze się to nie wydarzyło. Pokój pełen myśliwskich pamiątek wciąż przypomina o latach świetności rodu. Głowa wielkiego dzika jeszcze szczerzy fajki i szable, zastygłe w bezruchu łanie i jelenie spoglądają w przestrzeń w śmiertelnym zdumieniu, powciskane między stołki wypchane lisy z łapami przybitymi do drewnianych podpórek wyglądają dziwnie poustawiane na skórach swych krewniaków. 

Mur zaś opowiada o czasach, kiedy salon nie zmienił wyglądu, ale już częściej był pusty, niż wypełniony gwarem. O czasach, kiedy można było w nim zrobić tymczasową sypialnię dla wszędobylskiej krewniaczki z miasta.


Schyłek zapachu jest spokojnie zadumany. Dla mnie smutny trochę, jak wspomnienie o wuju, który palił fajkę w swym myśliwskim saloniku. To znaczy... Zapach jest o wuju, który palił fajkę. Mój wuj nic nie palił. Przynajmniej w czasach, z których ja go pamiętam. :)



Data powstania: 2011

Nuty zapachowe:
listki czarnej porzeczki, herbata mate, wosk pszczeli, miód, siano, wetiwer



* Wspom­nienia og­rze­wają człowieka od środ­ka. Ale jed­nocześnie siekają go gwałtow­nie na kawałki. - Haruki Murakami "Kafka nad morzem"


Źródła ilustracji:
  • Zdjęcie pierwsze z artykułu o tym, czym jest i jak używany być może plaster miodu na www.app.com.
  • Zdjęcie 2 i 5 przedstawiają wnętrza luksusowego gospodarstwa agroturystycznego "Dworek" w dzikach. Strona domowa: dworekdziki.eu.
  • Trzecie zdjęcie pochodzi z galerii "Latem" na serwisie interia.pl. Jej autorką jest edytta80, której prace znajdziecie tu: KLIK
  • Zdjęcie porzeczek z przepisu Marcina na nalewkę z czarnej porzeczki, który to przepis znajdziemy w dziale "Ciekawe artykuły" na serwicie pozycjonowanie.netmak.pl.
  • Ostatnie zdjęcie wykonał Patrick Felle, którego stronę znajdziecie pod adresem www.accentoneclectic.com, natomiast galerię zdjęć tu: KLIK



8 komentarzy:

  1. Heh... Wspomnienia...
    Czy każdy z nas kiedyś w dzieciństwie tak objadł się owocami, że brzuch go potem bolał... Hmmm...
    No i ten miód prosto z plastra... Poezja!
    Ładna recenzja, naprawdę miło było czytać:)

    Serdecznie Cię pozdrawiam

    Zielony Drań (TM)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja u wujostwa tak cierpiałam po niedojrzałym agreście właśnie. Dzieciństwo ma swoje prawa. Objadanie się "gugułami" (ja u nas nazywało się niedojrzałe owoce) każdemu się chyba przydarzało. W końcu czekanie a dojrzeją jest takie nudne...

      Usuń
  2. Jak mawiał klasyk, "sielsko anielsko" ;) Jestem ciekawa czy spodobałby mi się ten zapach. Pewnie tak, skoro jest tu i miód i wosk, a ja jestem prosta w obsłudze - jak widzę miód, to lubię :D To, plus wspaniały opis beztroskiego lata na wsi, niezwykle działa na wyobraźnię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kat, to jest ładny miód. Naprawdę śliczny - nawet mnie nie zmęczył i nie zalepił. A wspomnienia... Wielka jest moc zapachu. :)

      Usuń
  3. Piękna podróż sentymentalna.
    To niesamowite, że zapach może się tak rozwijać- ciekawe czy wyczułabym wszystkie te nuty. Uwielbiam miód w plastrze wosk żuje się na końcu prawie jak gumę do żucia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A może odebrałabyś je zupełnie inaczej?
      To w końcu bardzo osobista wizja. Ciekawa jestem Twojej. :)

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...