środa, 29 sierpnia 2012

Let's Play!


Czego oczekuje człowiek od perfum, które nazwano "Zabawa", "Gra"?


Pytanie nie jest przypadkowe, spotykam bowiem w sieci sporo opinii, w których rzetelni recenzenci i przypadkowi niuchacze skarżą się, że Play nie umywa się do monumentalnych, wielkich kreacji Comme des Garcons takich jak seria Incense, Red, czy nawet Monocle czy Luxe. No... Nie umywa się, ale moim zdaniem nie o to chodzi. Sherbety CdG też się nie umywają, ale też wcale nie muszą. Nie takie jest ich zadanie.

Pierwszy Play z roku 2007 przeszedł bez większego echa. Jest ładny i fajnie się go nosi, ale nisza z niego żadna.


Nowe Play to zabawa konwencją, kolorem, skojarzeniami. Trzy zapachy poskładane tak, by kojarzyły się z konkretną barwą: klimatem, temperaturą zapachu, temperamentem i nawet kolorami użytych ingrediencji. Tylko Black jest trochę pomieszany, bo zawiera czerwoną paprykę i tymianek. Żywicę brzozy od biedy można uznać za czarną przez skojarzenia z dziegciem, a mech... schnie na szaro. Obleci. 

Zapraszam Was dziś do zabawy z serią Play. Cztery kompozycje bezwstydnie ładne, cztery recenzje bezwstydnie wyluzowane. Let's Play! 




Orange Play
czyli
Play Classic


Klasyczny Play z 2007 roku to dość nietypowy świeżak. Ładny, łatwy, lecz nie do końca banalny.

Cytrusowe, pomarańczowo - limonkowe otwarcie jest pogodne, smakowite i niepoważne. Pachnie nieperfumeryjnie, nie do końca owocowo nawet, kojarzy mi się bowiem nie tyle z limonkami czy pomarańczami, co ze smakowitą, orzeźwiającą oranżadą.  Cóż z tego, że podbarwioną syntetykami, nie go końca ze świeżych owoców sporządzoną i pitą z plastikowej butelki? Któż z nas nie zaznał w życiu przyjemności pochłaniania tych pustych, radosnych kalorii? :)

Oranżadę tę pijemy siedząc na plastikowych krzesełkach przy plastikowym stoliku w nadmorskim ogródku. Przyglądając się przybijającym do drewnianej, mokrej kei starym i nowym żaglówkom, obserwując opalonych, półnagich żeglarzy w białych trampkach obkładających cumy na polerach.

Długo to nie trwa. Tytanem trwałości Play nie jest, ale w końcu na ileż wystarczyć może butelka oranżady? :)



Grasz w zielone?
czyli
Play Green


Play Green to rzeczywiście zaproszenie do gry w zielone.
Najpierw jest błysk, skojarzenie: jasne, pogodne wspomnienie młodości. Słodko - gorzkie, niezbyt ostre, prześwietlone sentymentem.

Pięknie delikatna, liściasta mięta, z gorzkawą nutą świeżego soku najpierw złagodzona zostaje cytrusowym promykiem, po godzinie zaś, właśnie dzięki dodatkowi cytrusów, pachnieć zaczyna bardziej jak melisa, niż znana nam mięta pieprzowa. Subtelnie ziołowy drugi plan z wyraźnie brzmiącym jałowcem nie dociąża kompozycji, lecz daje jej pewną głębię - jak byśmy spoglądali w rozświetlony promieniami porannego słońca zielony gąszcz.


Trzeci plan tego uroczego obrazka pozwala nam w ów jasny, przyjazny gąszcz wejść, znaleźć spokojne, zielone zacisze i beztrosko położyć się wśród pijących wodę łodyg i chłonących słońce liści. Zgniecione ciężarem naszego ciała zioła i chwasty pachną oszałamiająco, ziemia jest chłodna, lecz promienie słońca dają nam wystarczająco dużo ciepła byśmy spokojnie przysnęli z policzkiem wtulonym w miękki, zielony mech. Z czasem powoli wpełznie na nas błękitny cień stojącego nieopodal klonu... Ale my nie zauważamy tego, bo śpimy snem głębokim śniąc o dzieciństwie i grze w zielone.

Kiedy po paru godzinach budzimy się z zielonego snu okazuje się, że dzieciństwo już dawno minęło... A Play Green trwa. Pozbawiony ekspansywności mięty i ziołowego pazura, cytrusowo - zielonkawy, lekko syntetyczny, bez znaków szczególnych, ale trwa. Na tym etapie ten namalowany wspomnieniem obrazek wydaje się równie uroczy, co banalny. Jak gra w zielone.


Uczciwie pisząc, w zielone nie grałam nigdy. Gra polegająca wyłącznie na "maniu" przy sobie zieolonego czegokolwiek jakoś do mnie nie przemawiała. Na zadawane (zwykle przez dziewczynki) pytanie: "Grasz w zielone" odpowiadałam obojętnym wzruszeniem ramion. Wolałam inne gry... Uległam za to popularnemu w mojej okolicy przesądowi, który był swego rodzaju "grą w czerwone". Zabobon ów polegał na tym, że na dźwięk lub widok jadącej na sygnale karetki należało dotknąć czegokolwiek czerwonego. Na szczęście dla pacjenta. Oczywiście, nawet jako dziecko wiedziałam, że to bzdura, ale czerwonego zawsze dotykałam - jak gdybym odczuwała irracjonalną obawę, że jeśli zaniecham wykonania gestu, w którego znaczenie przecież nie wierzę, to potrzebującemu pomocy pasażerowi karetki jednak jakoś to zaszkodzi. Głupie, prawda? I na szczęście zupełnie nie wiąże się z zapachem.



Cherry Coke
czyli
Play Red

 

Play Red zaczyna się bardzo ładnie - słodko - pikantną wiśnią.

Nie jest to zestawienie powalająco odkrywcze, zestawione z różnego koloru pieprzem owoce znajdziemy w dziesiątkach zapachów, popieprzona wiśnia "robi" główny akord w szalenie popularnych Delices de Cartier, brzmi wyraźnie między innymi w Miracle So Magic! Lancome, a ostatnio pojawiła się także w pięknym B Blood Concept i Juniper Sling Penhaligons, którego polskiej premiery wyglądam z wielkimi nadziejami. Tu jednak tuż za wiśnią i pieprzem pojawiają się nuty, które szybko i skutecznie przepędzają wszelkie skojarzenia z cartierowymi Delicjami (za którymi, delikatnie rzecz ujmując, nie przepadam). 


Porządny, ciepły, orientalny, pozbawiony słodyczy akord przyprawowy - oto główny atut w tej grze.

 

Wystarczy kwadrans, by względnie łagodny aromat różowego pieprzu przebity został mocą korzennego, gorącego cynamonu wzmocnionego złocistym szafranem, gałką muszkatołową i sukcesywnie wpełzającym w pole detekcji naszego najstarszego zmysłu ciepłym akordem żywicznym. Gdzieś w bazie, przewrotnie pojawia się błysk cytrusowej słodyczy - ładny, lecz w złożeniu z cynamonem także nie odkrywczy.

I znów: nie jest to złożenie porywające, lecz przyzwoicie, dość niszowo urodziwe.


Butelka kłamie: czerwień Play Red jest ciemna, winna, złamana brązem. Nie jest to czerwień kierowych serduszek z talii kart ani czerwień czerwonych pól w ruletce. Play Red gra z nami w inną grę. Nie hazarduje się, nie funduje nam gwałtownych skoków ciśnienia i uderzeń (czerwonej) krwi do głowy. Play Red gra w "na ile się odważysz?". Dotyka nas zmysłowo, lecz bez miłości i bez uniesienia. A nam jest przyjemnie.

Ale uczciwie pisząc: nie dotyka nas Play Red zanadto odważnie ani władczo. Nie wdziera się w strefę intymnych doznań, nie porusza i nie podnieca.
Ale nosi się nader miło. A dla miłośników cynamonu płci obojga może stać się towarzystwem nieco bardziej, niż miłym.



Black Flick
czyli
Play Black


W co pogrywa Play Black pojęcia nie mam.

Nuty kuszą nieprzyzwoicie wręcz, otwarcie daje mi wyraźnego prztyczka w nos, serce (kompozycji, nie moje) powoduje, że go Czarnemu Dowcipnisiowi wybaczam, a baza wypina się na mnie akurat w momencie, kiedy zaczynam się naprawdę dobrze bawić. I co ja mam zrobić w tym fantem, którego mam na skórze?


Pierwszy akord jest... Spożywczy. Na różne sposoby: są tu zioła nader smakowite, podwędzana herbatka i paprykowe leczo z wyczuciem doprawione pieprzem. Ładnie. Ale ja nie chciałam się bawić w dom.

Drugi set to moja ulubiona część rozgrywki: wygrywają obie strony. Play Black wygrywa moją sympatię, a ja sporo przyjemności.
Czarny, suchy pieprz i równie czarna, równie sucha herbata, wyraźny, popielisty aromat kadzidła, ślad czarnego kminu. Pod parasolem czerni, chroniona przed wiatrem i światłem, w monumentalnym bezruchu trwa sucha, drzewna baza: iglasty cedr i eteryczna, smolista brzoza zrównoważone głębokim tonem przypominającym palisander i mszystym, na wpół ziemistym aromatem starego mchu. Akord piękny, lecz znów nie powalający oryginalnością - niemal identyczne złożenie nut zaproponował nam Henrik Vibskov w o rok starszym Type B.


Trzeci set to znów remis. Tym razem przegrywam i ja, i zapach.
Potężne, ekspansywne, czające się zwykle w głębokich bazach nuty dawały nadzieję na to, że kompozycja będzie nie tylko czarna, lecz i trwała jak piekło. Tymczasem, podobnie jak jego barwni bracia, Black gaśnie po paru godzinach zostawiając na skórze przyjemny dla mego nosa, lecz wyczuwalny wyłącznie gdy nos ów przytknę do pachnącej skóry ślad zapachu cynamonu z pomarańczową skórką. 


Cóż rzec mogę? Seria Play to miła zabawa. Zapachy ładne, charakterystyczne i bardzo "na temat". Niestety, seria Play to niewiele więcej, niż zabawa. Żadna z kompozycji nie olśniewa oryginalnością ani nie zachwyca trwałością. 
Cena niewygórowana, można się dopsikiwać.



Play (Classic):

Data powstania: 2007
Twórca: Aurelien Guichard

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: limetka, szafran, pieprz, gorzka pomarańcza
Nuty serca: szałwia, tymianek, nuty morskie
Nuty bazy: paczula, piżmo, mech dębowy

Trwałość: 4-5 godzin projekcji przyzwoitej. Bez szału.



Play Green:

Data powstania: 2012
Twórca: Antoine Maisondieu

Nuty zapachowe:  mięta Nanah, limonka, jagody jałowca, bazylia, jaśmin, pistacja, ambrette, wetiwer, cedr

Trwałość: trzy godziny dobrej projekcji dobrego zapachu. Potem jest coraz bardziej blado pod obydwoma względami. Po pięciu godzinach Po Play Green zostaje ledwie ślad.



Play Red:

Data powstania: 2012
Twórca: Antoine Maisondieu

Nuty zapachowe: czerwona mandarynka, różowy pieprz, szafran, czerwone wiśnie, geranium, cynamon, osmantus, mirra, balsam tolu

Trwałość: Pięć godzin, ale zapach jest naprawdę ładny i wyczuwalny tylko przez trzy do czterech.



Play Black:

Data powstania: 2012
Twórca: Antoine Maisondieu

Nuty zapachowe: czarny pieprz, czerwona papryka, fiołek, tymianek, czarna  herbata, żywica brzozy, kadzidło, mech

Trwałość: 3 godziny plus powidok. Marna.




Źródła lustracji:
  • Projekty inspirowanych grafiką Filipa Pągowskiego do serii Play Comme des Garcons puszek Coca Coli wykonał student projektowania artystycznego Ashley Shen. Stronę autora znajdziecie pod adresem: www.ashleymshen.com. Niestety, nie posiadam informacji dotyczących ewentualnego wdrożenia projektów Shena do produkcji.
  • Musująca pomarańcza to zdjęcie wykonane i obrobioone przez Studio Projektów Entropia zajmujące się "projektowaniem wszystkiego". Wydruk możemy kupić na stronie studia: www.entropiads.com.
  • Zielone listki mięty to darmowa tapeta ze strony: wallpaperstock.net.
  • Kolejne zdjęcie to ilustracja do artykułu Bernice Wood "Creating Our Perfect Path" na stronie Living the Balanced Life.
  • Ostatnia z zielonych ścieżek to ponownie darmowa tapeta. Tym razem ze strony scenicreflections.com.
  • Zdjęcie kobiecej twarzy w wiśniach ilustrujące recenzję Play Red pochodzi ze strony 7 Advertising Agency & Design.
  • Laski cynamonu z fantastycznego bloga Colonel Tiki's Drinks z sekcji poświęconej drinkom z cynamonem.
  • Ostatnie wisienki z photobloga zphotoblog.com, na którym swoje smakowite zdjęcia publikuje Zaveqna.
  • Zdjęcie składników do przygotowania zielonego majonezu z  bloga Mastering the Art of French Cooking - the Vegan Version.
  • Zdjęcie dymu z serwisu Photo 4 Me oferującego wysokiej jakości wydruki pięknych zdjęć. Z poszanowaniem praw autorskich.

21 komentarzy:

  1. Ze wszystkich opisanych zapachów nie znam tylko protoplasty. Cała reszta przedstawia się tak: zielony może być (bo jest taki, jakim go opisałaś, bezpretensjonalny i uroczy, młodzieńczy, czarny okej a jednak coś mi w nim nie pasuje (trochę dałaś mi do myślenia, muszę potestować dalej :) ), natomiast czerwony okazał się męczący. Do tego nie czuję wiśni tylko czerwoną porzeczkę (?), do tego cała reszta okazuje się wysoce drażniąca. Ale to chyba moja skóra robi kuku nutom teoretycznie kwaskowatym. :/
    Przesądu z czerwonym nie znałam ale mam swój własny odnośnie karetek na sygnale. Zawsze, kiedy je słyszę, muszę poprosić w myślach jakąś Siłę Wyższą by auto szpitala dotarło na czas, by nie okazało się, że jest zbyt późno. Bo dobrych życzeń nigdy dość. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój przesąd działa chyba na podobnej zasadzie. Dobrych intencji nigdy dość.

      Porzeczki w Play red nie czuję. Ale czuję coś w rodzaju jabłka przez pewien czas.

      Cieszę się, że dałam Ci do myślenia, choć chyba niewielka w tym moja zasługa. Ty masz nadpobudliwy mózg i do myślenia skłania Cię co popadnie. Wiem, bo obserwuję to także u siebie. :)))

      Usuń
    2. Niemniej jednak "od myślenia to tylko głowa boli". ;))

      Mnie ta porzeczka też zdumiała trochę ale już zdążyłam się nauczyć, że moja skóra nie wszystkie kwasoty przyjmuje łaskawie. Raczej mniejszość, jakby się tak zastanowić. :) To i nic dziwnego, że odbija je jak w krzywym zwierciadle. Może o to chodzi...?

      Usuń
    3. Może. A może o0 skojarzenia. Bo ja łapię się na tym, że podświadomie, kiedy czuję dowolny owoc w sąsiedztwie cynamonu, myślę o jabłku. A kiedy czuję porzeczkę, szukam kwasoty. I tak dalej.

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. I jakie masz wrażenia? To znaczy, jak Ci się widzi takie podejście do perfum? Taki luzik?

      Usuń
  3. Mimo,iż wpisy jak zwykle ciekawe,to nie czuję przeolbrzymiej chęci ich testowania na teraz i już,
    choć zaintrygowały te cynamonowe akcenty w Red,oraz zielenina w Green:)

    Sabb znalazłem kilka chochlików, więc sprawdz:)
    "ów w jasny przyjazny gąszcze wejść"
    "podędzona herbatka" może podwędzona lub podwędzana? (można także podwędzić komuś herbatkę:))
    Wybacz za to czepianie się,zawsze coś wyłapię,więc musiałem się ujawnić:)
    Pozdrawiam zawsze i wszędzie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jarku, ja jestem zawsze bardzo wdzięczna za takie czepianie! Szczerze.
      Dziękuje Ci bardzo za czujność. Tekst jest długi. Dodatkowo moje teksty redaguje mi się ciążko nie tylko dlatego, ze moje, ale też z uwagi na sporo nazw własnych, neologizmów i często przestawiony szyk zdań. Doceniam fakt, że poświęcasz chwilkę na wskazanie mi wpadek. :*

      Co do samych zapachów: żaden z nich nie jest wielką kreacją. Żądza poznania nie dusi. Ale to seria Play. Tak sobie kombinowałam (na podstawia skojarzeń z nazwą i znajomości z pierwszym Playem), że nie było zamiarem Maisondieu tworzenie wielkich, perfumeryjnych klasyków. Tylko coś miłego dla każdego. i to się udało. Szkoda, ze trwałość taka sobie. Mam podejrzenia, że CdG mocno przyoszczędziło na jakości esencji zapachowych w tym przypadku.

      Usuń
    2. Mnie tam Comme des Garcons jakoś zawsze ciągnie, choćby najgorszą rzecz wypuścili na rynek - nie mam pojęcia dlaczego ;) więc pewnie i Playe bym z chęcią obwąchała, ale pewnie na dłużej by nie zagościły, CdG ma tyle perełek, że i tak mam dylemat moralny "na jaką flachę mogę sobie pozwolić?". Czerwony brzmi ciekawie, a nuty czarnego też brzmią zachęcająco, tylko Twój opis już mniej ;)

      Usuń
    3. To tak, jak i mnie. Mam ochotę testować wszystko, co wypuszczą. Bo też mają dar tworzenia cudaków. I za to będę tę firmę wielbiła po wsze czasy. Nawet gdyby nie wypuścili już nic, albo do końca dni swoich wypuszczali buble. :)
      Playe są fajne. Wszystkie. Czarny też. Czerwony dla mnie ciut zbyt statyczny, ale nie takie rzeczy już perfumom wybaczałam. Rousse też jest statyczny i mam. :)

      Usuń
  4. Nie wiem czemu te serducha z oczami kojarzą mi się z E.T :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha! Niezłe. Rzeczywiście, coś w tym jest.

      Usuń
  5. Classic i Red chętnie bym powąchała - ot tak dla zabawy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hihi! Ja po przeczytaniu, że są nowe Playe chciałam powąchać wszystkie. :)

      Usuń
  6. Trwałością nie powalają a szkoda, bo zainteresował mnie zielony :)
    A tak z innej beczki - piłam ostatnio grzane wino (czerwone, półsłodkie z goździkami, cynamonem, skórką pomarańczową i plasterkiem świeżej czerwonej pomarańczy ze skórką). Zapach niesamowity i upajający.
    Zamiast je wypić, siedziałam z nosem w kubku i wdychałam. I zamarzyły mi się perfumy o takich nutach, czyli przyprawy z nutą słodyczy a jednocześnie z wyczuwalnymi akordami kwaśnych owoców i wina. Kojarzysz coś takiego?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwielbiam aromat takiego grzańca. Także takiego na piwie: z cynamonem, goździkami, plastrami świeżych owoców i świeżego imbiru i z miodem. Mrrr... Można rzeczywiście siedzieć i wąchać. :)
      Zapach tego typu? Pierwszy doi głowy przyszedł mi Noel au Balcon, potem Eau d'Italie Sienne d'Hiver i Baume du Doge. Potem Ambre 114 Histoires de Parfums i Siberian Snow D.S. & Durga. I jeszcze Winter Woods SSS.

      Usuń
    2. Wszystkie nazwy pospisywałam i będę szukać.
      Wprawdzie piwa nie lubię, ale grzanym piwem z przyprawami i sokiem malinowym lub miodem nie pogardzę ;)

      Usuń
    3. A ja piwo lubię... Ale grzańcem nie pogardzę, kiedy aura nie rozpieszcza. W ogóle jestem smakoszem i lubię jeść i pić. Całe szczęście, lubię się też ruszać, bo inaczej miałabym figurę wieloryba... ;)))

      Usuń
  7. Gdyby nie Twoja recenzja, pewnie bym do nich nie sięgnęła. A tak - to pewnie sięgnę. Kategoria "nietypowy świeżak" to jedna z moich ulubionych, takie zapachy "umią" czsem zaskakiwać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O prawda. Nietypowy świeżak potrafi postawić zmysły w stan gotowości. :)

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...