wtorek, 20 listopada 2012

Paris Rouge Delle Grazie



Mam dziś dla Was ciekawostkę.

Poznajecie tego pana?

 

Nie?
To może w tej wersji?


Właśnie tak! Terrorysta Fritz z "Die Hard" (znanego też pod tytułem "Szklana pułapka") ma własne perfumy. Nawet całą markę perfumeryjną!


Hans Buhringer dał się poznać światu nie tylko jako Fritz. Jest także muzykiem (niestety, dotarłam tylko do okładki płyty) oraz naukowcem - doktorem biochemii, który wsławił się wynalezieniem przepuszczającego promienie słoneczne kostiumu kąpielowego umożliwiającego uzyskanie równej opalenizny mimo zakrywania niektórych części ciała.


Od 2007 roku jest także właścicielem marki perfumeryjnej Delle Grazie, która łączy perfumiarstwo z litoterapią - wspominaną tu już przy okazji Vibrational Perfumer i Cuarzo Signature gałęzią medycyny naturalnej badającą możliwość oddziaływania na zdrowie i samopoczucie człowieka za pomocą kamieni szlachetnych.

Nie chcę się powtarzać i zbaczać z tematu - zainteresowanych krótkim rysem historycznym zjawiska odsyłam do krótkiego rysu historycznego zjawiska, który zamieściłam przed recenzją Rose Quartz Vibrational Perfumes. Dziś napiszę tylko po raz kolejny tutaj, że o ile wierzę w to, że wielokaratowy diament oprawiony w złoto naprawdę może wpłynąć pozytywnie na samopoczucie, o tyle koncept nadziewania się sproszkowanymi kryształami czy też noszenia ich przy ciele czy to w płóciennych woreczkach, czy w formie wkładek podbieliźnianych lub wszywek pod ubraniem został przez naukę uznany za niedorzeczny już w XVI wieku. Wedle aktualnego stanu wiedzy jedynym rzeczywistym działaniem na organizm, jakie może mieć litoterapia jest szkodliwość doustnego przyjmowania minerałów z wysoką zawartością siarki, fosforu lub sodu.


Określane mianem "zapachu diamentów" perfumy Paris Rouge marki Delle Grazie mają rzekomo przekazywać nosicielowi pozytywną autę nadziei, miłości i pokoju - a to dzięki używanym w procesie maceracji perfum naenergetyzowanym diamentom mającym dać zapachowi niezwykłe właściwości. Dodatkowo, we flakonikach umieszczono tachionizowane kryształy sprawiające, że Paris Rouge na każdej kobiecie będą pachniały inaczej.

 

I tu pozwolę sobie na jeszcze jedną dygresję: otóż tachion jest hipotetyczną cząstką elementarną poruszającą się szybciej od światła (a co za tym idzie naturalnie i w sposób ciągły podróżującą w czasie) i wykazującą szereg cech nie dających się pogodzić z obecnym stanem naszej wiedzy fizycznej. I podkreślam określenie hipotetyczną. 

Wnikliwi oglądacze Star Treka wiedzą pewnie, że napęd Trans Warp opiera się na energii tachionowej. Pomysł jest jednak tak niedorzeczny, że nawet twórcy fantastycznego uniwersum poczynili wiele zastrzeżeń dotyczących realnych możliwości użycia energii przybywających z przyszłości cząstek.

Gdyby istniał choć cień szansy na to, że tachiony są cząstkami realnymi - badania nad nimi prowadziliby nie tylko teoretycy, ale też dziesiątki korporacji, gdyż odkrycie energii tachionowej byłoby przełomem w gospodarce energetycznej świata i prawdopodobnie ostatecznym rozwiązaniem problemu z pozyskiwaniem energii umożliwiającym rezygnację nie tylko ze zużywania paliw kopalnych, ale też z eksploatowania do dziś budzącej kontrowersje energii atomowej.


 

Myślę, że dr Buhringer bezczelnie wykorzystuje ludzką niewiedzę wciskając swoim klientkom głodne kawałki o podróżujących w czasie cząstkach wewnątrz ich czerwonych flakonów. Albo stracił kontakt z rzeczywistością jak niegdyś genialny naukowiec Nicola Tesla uznawany za prekursora praktycznych badań nad tachionami.

Inna kwestia, że chyba oszałamiającego sukcesu nie odniósł, bo od wypuszczenia na rynek Paris Rouge oznaczonych jako Rozdział 1 siedmioelementowej perfumeryjnej opowieści minęło już ponad 5 lat, a kolejne rozdziały jakoś się nie pojawiają...


Piżmowce w sandałach


Pierwsze nuty zaskoczyły mnie. Pozytywnie. Otwarcie dość banalne, ale... Śliczne. Jasne, lekkie, świetliste nuty kwiatowe z wyraźnie wyczuwalną frezją i delikatnym, jasnym akcentem cytrusowym. Cóż z tego skoro świetlisty snop akordu otwarcia rychło zmącony zostaje nutami ciężkimi, dosadnie kosmetycznymi?

Ciężki aromat białych kwiatów doprawiony zapachem starej, uwiędłej już, pozbawionej jędrności i aksamitnej miękkości róży. Z łodygami.
Pojawiające się dość wcześnie piżmo zawieszono gdzieś w pół drogi między piżmem jasnym, kosmetycznym, a piżmem ostrym, zwierzęcym. I wydaje się, że w tym przypadku udało się podkreślić negatywne aspekty obu jego typów.

W sercu kompozycja jest zwalista, mętna i nieprzyjemnie ostra zarazem. Pachnie, jak gdyby stadko wysmarowanych kremem Nivea piżmowców wytarzało się w uwiędłych kwiatach.


Pojawiająca się po dwóch, czasem trzech godzinach sandałowo - kremowa baza, której najciekawszym elementem jest nutka przypominająca zapach gorzkich migdałów początkowo wydaje się dość przyjemna, jednak trudno mi powiedzieć, na ile jest to sąd obiektywny, a na ile wynika on ze znużenia poprzednią fazą rozwoju zapachu. W porównaniu do serca przyjemne byłyby nawet landrynkowe słodziaki Britney, które w sumie uważam za przyzwoite w swej landrynkowej kategorii, więc może przykład niezbyt dobry...

Kiedy tylko nos zapomni o nieprzyjemnym spotkaniu z wysmarowanymi Niveą piżmowcami w kwiatkach baza przestaje cieszyć. Nie pomaga jej kremowy bób tonka ani migdały. Ani fakt, że brzmi relatywnie klasycznie i relatywnie elegancko. Jest w tym piżmowo drzewnym akordzie jakiś niekomfortowy, drapiący w gardle element, który sprawia, że nie potrafię cieszyć się zapachem. Choć uczciwie przyznać muszę, że im dłużej Paris Rouge układa się na skórze, im bardziej delikatną ma projekcję, tym mniej ów zadziorek odczuwam i tym lepiej czuję się w perfumach doktora Buhringera.


Reasumując: myślę, że to niekoniecznie nieudany, urągający ludzkiej inteligencji marketing jest powodem, dla którego Paris Rouge nie osiągnął oszałamiającego sukcesu i przez pięć lat nie doczekał się "drugiego rozdziału".



Data powstania: 2007
Twórca: Robertet
Trwałość: osiem godzin

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: bergamota, frezja, heliotrop
Nuty serca: róża, jaśmin, białe kwiaty
Nuty bazy: sandałowiec, bób tonka, piżmo


Źródła ilustracji:
  • Na pierwszych trzech zdjęciach Hans Buhringer we własnej osobie.
  • Czwarte z zasobów Erepublik Wiki, gdzie opatrzone zostało opisem: diamenty są materiałem do tworzenia prezentów. :)))
  • Autorem grafiki pod tytułem "Entering Transwarp" jest Dan1025, którego profil na Deviantarcie znajdziecie tu: KLIK.
  • Szóste zdjęcie reklamowe Delle Grazie.
  • Autorką siódmego, noszącego tytuł "Dead Flowers" jest Super Emo Princess, której profil na Deviantarcie znajdziecie tu: KLIK.
  • Zdjęcie piżmowca pochodzi z Animal Pictures Archive: KLIK.
  • Autorem ostatniego jest eyebax, na którego profil na serwisie Flickr zapraszam: KLIK.

16 komentarzy:

  1. A ja bym bardzo chetnie powachala te perfumy:) historia jest tak niesamowita ze az kusi:)
    a star treka znam i oglądałam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie raczej odpycha. Nie lubię kiedy ktoś ze mnie robi idiotkę.

      Usuń
    2. Mozliwe:P ale wiekszosc reklam robi z nas... to co robi:P zaskoczyloby mnie gdyby ktoras reklama byla na prawde madra:)

      Usuń
  2. o rany! :D Czy ten obrazek w środku to prawdziwa 'reklama' tych perfum? Przypomina okładkę brazylijskiej telenoweli na wyświechtanym VHS-ie. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mario, prawdziwa! Jak bonie dydy! :DDD

      Usuń
  3. Właśnie mnie tak naszło, a Pani Zalewska się kiedyś u Ciebie pojawi? Ciekawi mnie co znawczyni ma na ich temat do powiedzenia. Czy je "zjedzie" czy pochwali? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja mama kiedyś miała. Ale buteleczka była antyczna od kiedy pamiętam... Dziś widziałam w sklepie. Nawet spojrzałam na cenę, ale akurat nie było. Nie wiem, czy chcę sobie przypominać ten zapach...
      A! Brutal też był. :)))

      Usuń
  4. Wysmarowane Niveą piżmowce wytarzane w zwiędłych kwiatach?!?!?! Uwielbiam Twoje opisy!!! :D
    Zapach zapachem, ale facet całkiem niezły ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak. Rozumiemy się w pół słowa Kat. Gościu przystojny jest do teraz...

      Usuń
  5. Iiiiiihihihihi, te piżmowce to prawie jak mokry pies w miodzie, który kiedyś gdzieś tu przemknął.
    Swoją drogą pan Fritz jest jak widać dość wszechstronny. Choć czy ja wiem czy w najlepszym tego słowa znaczeniu? W peletonie terrorystów, z którymi ganiał się Bruce - najbardziej lubię Rickmana. Do zobaczenia jutro!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rickman ma to do siebie, że zyskuje na estetyce, kiedy mówi. Hans... lepiej żeby nie mówił i ograniczył się do wyglądania. :)

      Usuń
    2. Hah jestem tego samego zdania:)

      Usuń
  6. O, strasznie jestem ciekawa tego zapachu! coś mi podpowiada, że mógłby mi się podobać. Dzisiaj mój synek oznajmił, że nie wszystkie perfumy pachną. niektóre śmierdzą. Jak na to wpadł? rzecz jasna, wącha zbiory mamy.
    A cała historia jest surrealistyczna - włącznie z niepowstałymi częściami dalszymi serii perfum oraz okładką żywcem z zajęć ZPT o domowym wyrobie kolażu.

    OdpowiedzUsuń
  7. "Pachnie, jak gdyby stadko wysmarowanych kremem Nivea piżmowców wytarzało się w uwiędłych kwiatach." - PADŁAM :))))))) umarłam po prostu ze śmiechu :)))

    OdpowiedzUsuń
  8. Lubię takie lekko złośliwe posty, nie cierpie jak marketingowcy wciskaja mi głupoty :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...