poniedziałek, 28 stycznia 2013

Pure White Goldskin Ramon Molvizar


Z pewnym opóźnieniem recenzuję najnowszą propozycję Marki Ramon Molvizar - niewielki flakonik gości u mnie już od paru miesięcy, ale jakoś nie było mi z nim dotychczas po drodze. 

Sam pomysł rozszerzenia oferty marki o flakoniki pojemności 25 mililitrów uważam za świetny. Nie tylko dlatego, że cena jest wówczas przystępniejsza dla kieszeni, ale też dlatego, że perfumy Ramon Molvizar mają bardziej niż przyzwoitą koncentrację i moc, więc 25 ml jest dla człowieka posiadającego więcej niż parę flakonów rozwiązaniem idealnym. Szczególnie, że prosty, smukły flakon wykonany jest równie starannie, jak duże pojemności: czyste, idealnie przejrzyste szkło bez najdrobniejszych nawet niedoskonałości, świetnej jakości atomizer i idealnie dopasowany korek. Pływające wewnątrz płatki białego złota to (z mojego punktu widzenia) ładny, lecz zbędny dodatek. Obawiałam się nieco, że ów dodatek może okazać się kłopotliwy i zapchać atomizer, ale na razie, po kilku aplikacjach wszystko działa idealnie.

Mam nadzieję, że pozostałe zapachy marki też pojawią się z małych pojemnościach.

***

Testowany na bloterze Pure White Goldskin robi wrażenie kwiatowego świeżaka. I właściwie niczego więcej. Na skórze... To zupełnie inna historia.


Biało - złota dziewica


sobota, 26 stycznia 2013

Dhanal Oudh Nashwah Rasasi


Na pierwszy ogień po recenzenckim urlopie pójdzie zapach, który towarzyszy mi niemal codziennie od paru tygodni: Dhanal Oudh Nashwah Rasasi. Dla miłośników orientu charakterem - must niuch. Po prostu.




Gdzie Europa spotyka Orient


W otwarciu prym wiodą nuty przyprawowe. Intensywny aromat świeżej gałki muszkatołowej dopełniony szczyptą miażdżonego angielskiego ziela, kminu, pieprzu i kurkumy. Gdzieś w tle czai się zadziorne ciepło świeżego cynamonu i charakterystyczny aromat schnących ziół.

Drugi plan stanowią nuty drzewne - relatywnie jasny oud z wyraźnym skórzastym akcentem; surowy i bogaty zarazem; rozpełzający się po skórze niezauważalnie jak rozgrzany w ciepłych dłoniach olejek do masażu. Albo jak stado owiec po sawannie. Jest bowiem Dhanal Oudh Nashwah orientem pierwotnym, przywodzącym na myśl barwne obozy arabskich nomadów, nie kapiące złotem pałace sułtanów.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Wywiad z Olivierem Durbano


Zapraszam Was dziś do lektury wywiadu niezwykłego.
Niewiele firm perfumeryjnych ma tak dobrą opinię, jak mój dzisiejszy gość. Marka Olivier Durbano właściwie nie ma w ofercie słabych zapachów. A sam Olivier... jest poetą. Przeczytajcie sami.

Zastrzegam, że tekst poniższy jest tłumaczeniem wyłącznie części oficjalnej rozmowy. Wcześniejsza korespondencja sprawiła, że nie było konieczności przedstawiania się i zagajania. Dlatego tym razem, wyjątkowo, bez wstępów. :)


Sabbath of Senses: Olivier, jesteś jednym z najbardziej charakterystycznych projektantów biżuterii XXI wieku. Twoje projekty skupiają się na urodzie kamieni, eksplorują naturę klejnotu. Ale przecież z wykształcenia jesteś architektem. W którym momencie życia odkryłeś, co naprawdę chcesz robić? I w jaki sposób odkryłeś swój własny sposób pracy z kamieniami, tworzenia z nich biżuterii?
Olivier Durbano: Droga Klaudio, uczciwie mówiąc, nie czuję się "jednym z najbardziej charakterystycznych projektantów biżuterii XXI wieku", ale dziękuję ci bardzo. (śmiech)
Kiedy zdecydowałem się pójść na architekturę chciałam po prostu nauczyć się tworzyć. Poznać i opanować proces samej kreacji - bez ograniczeń wynikających z natury materii. Pasjonowała mnie nie tylko sama architektura... I właśnie to sprawiało, że ciągle miałem problemy z nauczycielami. Starałem się zachować wolność i bronić swojego punktu widzenia.
Kamienie kochałem od dzieciństwa. Kiedy miałem pięć lat podczas wycieczki z rodzicami wybuchnąłem strasznym płaczem, bo chciałem żeby koniecznie kupili mi szary kamień na targu staroci. Od tego czasu zawsze byłem "blisko kamieni" Nie wiem dlaczego. Mój pierwszy kamień mam do dziś. Mam też wiele, wiele innych.


Kilka słów na rozgrzewkę


Drodzy moi, dziękuję. Za to, że mimo chwilowego milczenia wciąż ze mną jesteście.

Bardzo ważna jest dla mnie świadomość, że daliście mi czas. Ogromną, niezwykle miłą niespodzianką jest to, że nie ubyło obserwatorów, a na stronę wciąż zagląda około 2 000 osób dziennie.

Przyznaję, nie tak długi urlop od blogowania planowałam. Niestety - po okresie radosnego leniuchowania i pożerania książek, trochę mi się mniej radośnie zrobiło. Od Sylwestra nękało mnie nawracające przeziębienie, na które nałożyły mi się dwa pogrzeby i kryzys w kuracji mojego syna. Nic groźnego, po prostu nastąpiło zatrzymanie efektów leczenia. Mam nadzieję, że czasowe.

Oczywiście wszystkie obietnice sprzed mojego blogowego urlopu pozostają aktualne. Będą recenzje nowości (i "starości" też), powrócimy do comiesięcznych żniw próbkowych, będą wywiady i relacje. Będzie też pachnąca noworoczna niespodzianka dla subskrybentów strony na Facebooku: rok jest wciąż relatywnie nowy. :)

Pierwszy wpis, którym uraczę Was po przerwie to prawdziwy rarytas. A zaczęło się tak...


 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...