środa, 27 lutego 2013

Olfaktoryczny sterowiec - Hydrogen [1H] nu_be


Dziś mały skok w bok. Ambrowa seria będzie kontynuowana, tymczasem jednak nie potrafię oprzeć się pokusie opowiedzenia Wam o wchodzącej właśnie na Polski rynek włoskiej marce nu_be.

Nu_be to pierwszy projekt domu perfumeryjnego Fluidounce, dla którego zapachy tworzą wielcy kreatorzy świata perfum: Caron, Lie, Fischer i Bonneville. Zapachy nu_be opowiadać mają o pierwotnej naturze materii i sięgać do początków wszechświata. Tworzące kolekcję kompozycje podzielone zostały na dwie grupy: Hydrogen [1H] czyli Wodór, Helium [2He] - Hel i Lithium [3Li] - Lit to elementy pierwotne - stanowiące początek wszech rzeczy, pierwsze pierwiastki, które powstały po Wielkim Wybuchu. Dwa kolejne zapachy kolekcji: Carbon [6C] i Oxygen [8O] symbolizują biosferę czyli życie... Czyż miłośnik zapachów niezwykłych, poszukiwacz opowieści i zarazem koneser prostoty może oprzeć się takiej wizji?!


Dlatego właśnie teraz nastąpi szybka seria recenzji nu_be. Czemu szybka? Bo testuję jak szalona. Czemu seria? Bo nie jestem w stanie zmusić się do skwitowania tych kompozycji kilkoma słowami. I jeszcze dlatego, że nie chcę Was najpierw zostawiać na kilka dni bez wpisu (zgodnie z tym, co pisałam o swoich sposobach testowania), a potem zawalać postem - gigantem. 



Niewybuchły [1H]uk skał*


Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to: "Wodór wybucha feerią aromatów owocowych...". Ładne, prawda? Tyle, że Hydrogen nie wybucha.

wtorek, 26 lutego 2013

Ewangelia boga w futrze - Ambre Muscadin LM Parfums



Wstępów nie będzie. Drugą część ambrowego mini cyklu zacznę bez zagajeń, bo goni mnie wizja. ;-)


Ewangelia boga w futrze*


Wiecie, jak pachnie atrament? Niezwykły zapach esencji koloru w szklanym kałamarzu? Tysiące słów, litanie wyznań, wielkie opowieści stłoczone w szklanym więzieniu? Idee skroplone i poddane działaniu grawitacji?
Ten właśnie zapach znajdziecie w otwarciu Ambre Muscadin.

A potem przychodzi kot...
Duży kocur - o futrze czarnym i lśniącym jak atrament.
Bezgłośnie krąży wokół tajemniczej flaszy i po chwili... Stuk! Przewraca kałamarz.


poniedziałek, 25 lutego 2013

Twistergate - odsłona kolejna: Marcin Budzyk grozi sądem


Kochani,
Niestety, dziś kolejna notka o Budzyku. Będę pisać bardzo oględnie i w sposób jak najbardziej wyważony.

Otóż: otrzymałam pismo, wystosowane przez jego adwokata, zawierające żądanie przeprosin. Tekstu przeprosin nie będę Wam cytować, ponieważ Marcin niezwłocznie ogłosi, że go przeprosiłam.:)

Pełnomocnik Twistera zarzuca mi, że opublikowałam „nierzetelne i nieprawdziwe informacje z wykorzystaniem wizerunku (…) godzące w jego dobre imię”. Z tekstu wynika, że „przedstawione przez mnie w dniu 12 lutego 2013 r. informacje okazały się nieprawdziwe” (jak rozumiem, chodzi o wszystkie zawarte w notce informacje), w tym „nieprawdą jest że Marcin Budzyk objął mój blog patronatem!” Tak, na końcu tego stwierdzenia JEST wykrzyknik.

Owe „nierzetelne i nieprawdziwe informacje” opublikowałam z „użyciem słów kluczowych wiążących mojego klienta z wyżej wskazanymi informacjami dla celów pozycjonowania Pani Bloga w wyszukiwarkach internetowych”. Tego fragmentu niestety nie zrozumiałam. Czy pełnomocnik Budzyka twierdzi, że wykorzystuję słowo kluczowe „Budzyk” aby poprawić swoją „wyszukiwalność”, czy zarzut dotyczy tego, że „wizerunek Budzyka” pojawia się w wyszukiwarkach w kontekście nieprawdziwych informacji?

Budzyk za pośrednictwem swojego pełnomocnika zarzuca mi, że naruszam jego dobra osobiste „powodując straty finansowe i wizerunkowe”, nadto, że moje działanie „może stanowić czyn nieuczciwej konkurencji w relacjach między blogerami”. Tak. Dobrze przeczytaliście. :)

Jeżeli w terminie 3 dni od daty otrzymania wezwania nie spełnię żądań Marcina, mam się spodziewać „dalszych kroków prawnych”, w tym „skierowania sprawy do Sądu”.

Złote myśli - Ambre Gris Perris plus zapowiedź cyklu


Ambra to nuta szczególna. Określa się ją mianem perfumeryjnego złota i to świetnie oddaje jej wyjątkową pozycję w perfumeryjnym panteonie nut. O ambrze pisałam już sporo, zapachów ambrowych na SoS pojawiały się dziesiątki, ale czyż można mieć dość złota?!

Dziś, zgodnie z obietnicą daną Sylwii na Facebooku, rozpocznę mini cykl ambrowy na (miejmy nadzieję) zakończenie zimy.  Opowiem Wam, między innymi, o dwóch kompozycjach ambrowych, które niedawno pojawiły się na polskim rynku: Ambre Gris Perris Monte Carlo (dostępna w Perfumerii Quality) i Ambre Muscadin LM Parfums (do kupienia w krakowskiej Perfumerii Lu'Lua). Ale nie tylko...



Złote myśli


Ambre Gris to zapach bez głowy. Klasyczna piramida zapachowa: głowa - serce - baza została tu ścięta o głowę właśnie. I paradoksalnie, nie uczyniło to zapachowi krzywdy.

Ambra to woń złożona i głęboka. Ba! Rzekłabym wręcz, że ambra to cały bukiet woni. Zmienny w zależności od wieku, warunków, w jakich dojrzewała, sposobu maceracji, temperatury ciała i powietrza... Ambra, moi mili, to skarb, dla którego głowę stracić może nie tylko kompozycja zapachowa!

piątek, 22 lutego 2013

Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu 6.1


Pamiętacie serię wpisów o najpiękniejszych flakonach?

Wiem, że to blog o perfumach, nie o wzornictwie przemysłowym, ale taka już ludzka natura, że biorąc do ręki książkę, oceniamy także okładkę. Dlatego, choć wspólny tytuł wpisów "flakonikowych" brzmi "Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu", tak naprawdę dowodzą one, że to, co widoczne pewne znaczenie jednak ma.

Ponieważ z natury wolę chwalić, niż ganić, pierwszy wpis o flakonach, które niekoniecznie są radością dla moich oczu ukazuje się prawie półtora roku po pierwszej porcji zachwytów. I zaznaczam, że nie jest to obiektywna krytyka zamieszczonych dzieł, ani wynik jakiejkolwiek ankiety. To moje widzi-mi-się. A raczej krótki przegląd tego, co mi się nie widzi.


Proszę, nie czujcie się urażeni, jeśli któryś w wspomnianych tu flakoników podoba się Wam lub skrywa Wasz ulubiony zapach. O gustach się nie dyskutuje, ale przecież można mieć różne. I wcale nie twierdzę, że mój jest najlepszy. :)

Przymrużmy więc oko i miłej zabawy. Dziś porcja groteski: flakony udające coś, czym nie są oraz flakony anatomiczne. Miłej zabawy!


środa, 20 lutego 2013

Uwaga - oszust!


UWAGA!

W sieci pojawił się oszust podszywający się pod Sabbath.
Pisząc przez zagraniczne serwery proxy i podając jako zwrotny odsyłacz moją witrynę zamieszcza komentarze wyrażające poparcie dla Twistera, czyli Marcina Budzyka.

Tego, że postępowania tego pana nie popieram i że jego metody są dla mnie nie do przyjęcia pisać nie muszę.

Proszę Was bardzo, jeśli spotkacie się z takimi wypowiedziami, ewentualnie z jakimiś kompromitującymi mnie wpisami w sieci - zróbcie zrzuty ekranu i dajcie znać. 

Pan Budzyk od lat prowadzi kampanię mającą zdyskredytować Sabbath of Senses. Dotychczas robił to szkalując mnie na swoim blogu. Mam obawy, że to może być kolejny jego pomysł. Kto inny podszywałby się pode mnie po to, żeby popierać Budzyka?

Link:
http://perfumomania.wordpress.com/2013/02/20/prada-luna-rossa-czyli-morska-bryza-bez-grama-wody/



Dla porządku dodam, że pan Budzyk wciąż pozostaje właścicielem domeny sabbathofsenses.pl.



Linki uzupełniające:

wtorek, 19 lutego 2013

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o feromonach, ale baliście się zapytać


Parokrotnie już zdarzyło mi się dostać ofertę współpracy od dystrybutorów feromonów. Temat jest fascynujący i budzi sporo emocji. W gąszczu reklam, zachwytów i kpin trudno wyłowić wiadomości pozwalające na wyrobienie sobie rzetelnej opinii, dlatego postanowiłam kwestii ludzkich feromonów i ich użyciu jako afrodyzjaków poświęcić nieco więcej uwagi.

Oczywiście artykuł nie jest skutkiem przyjęcia którejkolwiek z atrakcyjnych propozycji współpracy. Nie mogę tego zrobić, bo nie mogę uczciwie polecić Wam takich produktów.


  • Co to są feromony?

Feromony to pewien typ substancji semiochemicznych, czyli takich, które organizmy żywe produkują po to, by wywierać wpływ na otoczenie. Najłatwiej wyjaśnić ich działanie na przykładzie infochemicznych substancji międzygatunkowych: kairomonów i allomonów. Kiedy biedronka wydziela kocineliny - alkaloidy odstraszające potencjalnych wrogów biologicznych, jest to przykład substancji semiochemicznej działającej na korzyść organizmu, który ją wydziela. Kiedy zając zostawia ślad zapachowy możliwy do wytropienia przez lisa czy wilka, jest to przykład kairomonu - czyli substancji działającej na szkodę zająca.

Z feromonami i innymi substancjami działającymi wyłącznie na osobniki tego samego gatunku sprawa nie jest tak prosta. Samiec alfa będzie miał inny zapach, niż samiec o słabszej puli genów, stary lub zbyt młody. Pozwala to potencjalnym rywalom określić siłę przeciwnika bez ryzyka kontaktu i walki, nie determinuje jednak działania, jakie podejmie drugi osobnik po "odczytaniu" tej informacji.


Rozdanie perfum Ramon Molvizar na Facebooku


Zapraszam Was do udziału w facebookowej zabawie.
Wystarczy polubić Sabbath of Senses na Facebooku, udostępnić zdjęcie i zgłosić się w komentarzu pod nim.

 

Do wygrania 17 próbek ekskluzywnych perfum marki Ramon Molvizar - w sumie ponad 50 ml luksusu w płynie.
Każda próbka jest opisana i ma atomizer.

niedziela, 17 lutego 2013

Samotność brzydkich dusz, czyli Bois d'Oud Perris


Chodzą za mną wiedźmy. Poprzednie z nimi spotkanie było na tyle miłe, że dziś powracam do tematu. Dwojako: zarówno oudowych zapachów Perris Monte Carlo, jak i do wiedźmich skojarzeń. Tyle, że tym razem wiedźma jest zupełnie inna...



W złotych strzępach liści drzewa nocą stoją...*


Od pierwszej nuty wiem, ze tym razem nie będzie to gorzka, lecz piękna opowieść o poświęceniu i dedykowaniu życia pasji. Dzisiejsza wiedźma chce mieć wszystko. Urodę, wiedzę, władzę i młodość. Najlepiej na raz i bez poświęceń.

Ciężkie, kremowe, owocowo - kwiatowe otwarcie brzmi... nieszczerze. Towarzyszące upojnemu aromatowi dosłodzonych brzoskwinią i śliwką kwiatów niepokojąco zwierzęce labdanum, brudny akcent ambrowy i charakterystycznie bagienny aromat irysowego kłącza sprawiają, że gładka, blada twarzyczka wiedźmiej piękności zdaje się maską; skorupą ukrywającą coś, czego poznać nie pragniemy. 

sobota, 16 lutego 2013

O czym szepcą wiedźmy - Oud Imperial Perris


Gdy tylko dowiedziałam się o istnieniu marki Perris Monte Carlo, poczułam żądzę poznania. I nie tylko wiązane dotychczas z marką Houbrigant nazwisko Perris to sprawiło. Chodzi, przede wszystkim, o zapachy. Marka, która w pierwszej "partii" wprowadza na rynek dwa zapachy z Oud w tytule, paczulę, piżmo i ambrę po prostu musi zwrócić moją uwagę. I zwróciła. Szczególnie, że od niedawna jest dostępna w Polsce, a to zawsze cieszy.

Pierwszym (i raczej nie ostatnim) zapachem Perris, jaki pojawi się na SoS musiał być któryś z Oudów. To tak oczywiste, że wręcz niewarte kolejnego zdania...

Zacznę jednak od odrobiny dydaktyki. Pro publico bono. I trochę dlatego, żem purystka. :)

Zwykle, kiedy poszukuję listy nut - sięgam do źródła, czyli na stronę producenta. A ta zazwyczaj jest anglojęzyczna. Zdarza się, że porównuję listę nut producenta z tym, co pisze się na innych stronach. Tym razem przypadkiem w sumie, znalazłam się na stronie polskiej Fragrantiki (nie potrafię przestawić się z angielskiej, którą czytuję od dawna, ale mam zamiar w końcu się zmobilizować) i mile zaskoczyło mnie, że perfumy Perris są już opisane w polskiej wersji. Redaktorzy naprawdę odwalają kawał solidnej roboty - polska Fragrantika rośnie w tempie imponującym.

 

Rzecz w tym, że wedle spisu nut jednym ze składników zapachu będącego moim dzisiejszym bohaterem jest ciemne drewno. W sumie słusznie - to jest ciemne drewno. Tyle, że istnieje więcej, niż jeden gatunek drzewa o ciemnym drewnie. I w tym przypadku to jest konkretny gatunek, istotny dla kompozycji i doskonale wyczuwalny.

Na stronie Perris Monte Carlo i na angielskojęzycznej Fragrantice w opisie perfum Perris figuruje słowo blackwood. Blackwood to nazwa własna.

czwartek, 14 lutego 2013

Moje pierwsze perfumy - Theorema Fendi


Początek roku nie był dla mnie dobry. Odchorowałam swoją normę za najbliższe pięć lat. A może raczej nadrobiłam poprzednie lata, kiedy praktycznie w ogóle nie zdarzały mi się choroby wymagające czegokolwiek poza kilkoma dniami odsypiania. A najgorsze jest to, że znów boli mnie gardło...

Mam w planach testy i recenzje takiej góry fantastycznych perfum, że konieczność wstrzymywania się jest dla mnie udręką. Na swoje opowieści czekają zapachy Laurenta Mazzone - twórcy między innymi fantastycznego Black Oud, który zdobył moje serce jeszcze w czasach, kiedy LM Parfums nie były dostępne w Polsce, komplet zapachów Perris, Naomi Goodsir, nowości od Ramona Bejara i dziesiątki innych zapachów do opowiedzenia koniecznie i " na już". Nie mogę jednak zaufać nosowi, kiedy boli mnie gardło. Często zdarza się bowiem, że we wstępnym stadium choroby nasz nos, zanim przestanie reagować na bodźce, przekłamuje odbiór zapachów. A ja przekłamań unikam. O tym, jak poważnie podchodzę do testowania zapachów od kiedy upubliczniam swoje opinie pisałam tu: KLIK.

Dlatego dziś nie opowiem Wam o żadnej z kuszących nowości, lecz o zapachu, który znam od lat... Od wielu lat.


Romantyczność zwykłych ludzi


Dawno, dawno temu, w czasach, kiedy dokonywałam rekonesansu w świecie perfum, moim marzeniem było posiadanie własnego flakonu eliksiru, który był moją pierwszą i na długie lata największą zapachową miłością - Theoremy Fendi.

Niestety, nie było mnie stać na ten luksus. Było to przed epoką powszechnych zakupów w sieci i serwisów aukcyjnych, a zakup flakonu za kilkaset złotych w stacjonarnej perfumerii przekraczał moje możliwości. Odkładałam więc skromne kwoty do pudełka po czekoladkach, chodziłam do Empiku i wąchałam. Aż pewnego dnia mój ówczesny chłopak, a aktualnie mąż, obdarował mnie pierwszym flakonem mojego życia. Oboje się wówczas uczyliśmy, żadne z nas nie pochodziło z bogatej rodziny i pojęcia nie mam, jak udało mu się zaoszczędzić tak abstrakcyjną kwotę, ale pudło z pierwszym flakonem i złotym pudrem Theoremy pamiętam do dziś. Do dziś także mam karteczkę dołączoną do tego podarunku...

A potem żyliśmy długo i szczęśliwie. Ja, on i kolejne flakony Theorem. Theo była moim signature scent przez lata. Do spółki z wersją letnią, Theoremą Esprit d'Ete. W sumie... Oba zapachy są w mojej kolekcji do dziś, mogę więc powiedzieć, że love story wciąż trwa. :)

wtorek, 12 lutego 2013

Alleluja i do przodu, czyli o tym, jak zaprząc cudze konie do własnego wózka


Alleluja! Wesoły nam dzień nastał!
Marcin Budzyk znany też jako Twister Male objął mój blog patronatem. PATRONATEM!

Zaiste, powiadam Wam, przekazana przez Piratha telefonicznie nowina spowodowała u mnie atak szalonej wesołości. A kiedy okazało się, że naczelny troll polskich forów perfumeryjnych blaskiem swym opromienić postanowił całą polską perfumeryjną blogosferę zaczęłam nieprzystojnie chichotać do telefonu, za co Cię Piracie najserdeczniej przepraszam. Nie potrafiłam się powstrzymać. Toż to prawie jak gdyby Tadeusz Rydzyk obwieścił nagle, że światłym swym i samozwańczym patronatem obejmuje wszystkich duchowych przywódców i moralne autorytety świata. Z Papieżem, Dalajlamą i tatą Kazika włącznie.

Kiedy już udało mi się opanować, zdałam sobie sprawę z tego, że sytuacja śmieszna jest tylko pozornie.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...