niedziela, 31 marca 2013

Trzy po trzy, część II: In the Garden of Good And Evil by Kilian


Kilian Hennessy lubi malownicze nazwy. Opisowe, dwuczłonowe imiona nadawane perfumom z głównej linii, starannie przemyślane tytuły opowieści z serii Asian Tales... Seria W Ogrodzie Dobrego i Złego idealnie wpisuje się w nurt zapachów wspartych opowieścią. I oczywiście, na tę opowieść złapałam się i ja.


Skojarzenie Ogrodu Dobrego i Złego z tryptykiem "Ogród rozkoszy ziemskich" Hieronima Boscha jest tak oczywiste, że nawet gdybym próbowała udawać, że moja wyobraźnia tą droga nie poszła - przypuszczalnie nikt by mi nie uwierzył. 

Oczywiście, że poszła. Pod urokiem tego malowidła był, na pewnym etapie życia, każdy chyba humanista. 

 

Ja sama urokowi Hieronymusa Anthoniszoona van Aken zwanego Boschem uległam bardzo młodo i pod wpływem tego właśnie obrazu (który wówczas wydawał mi się wstrząsająco nieprzyzwoity).

Jako bardzo wczesna nastolatka wzbudziłam w mojej biednej mamie szczerą troskę błagając o zastąpienie hipermodnej bluzki, którą miałam dostać w mikołajkowym prezencie albumem Boscha właśnie. Moja mama miała ze mną ciężkie życie.

„Ogród rozkoszy ziemskich” jest mi bliski z jednej jeszcze przyczyny. Fragment panelu "Ziemia" został wykorzystany jako okładka płyty "Aion" duetu Dead Can Dance, który do dziś pozostaje jedną z najważniejszych muzycznych fascynacji mojego żywota.

 

Przyznaję, że z czasem fascynacja onirycznymi światami Boscha trochę u mnie osłabła, a „Ogród rozkoszy ziemskich” zdetronizowany został przez dojrzalszy i bardziej treściwy tryptyk poświęcony dokładnie tej samej tematyce: "Wóz z sianem".

Na drugim miejscu plasuje się genialne "Siedem grzechów głównych" z piekłem pełnym żab. Mam też sentyment mam do "Gniazda sów" - rysunku pokazującego, że bycie prymitywistą nie oznacza kiepskiej techniki. Polecam zerknięcie tu: KLIK. I jeszcze tu: KLIK - w "Las, który słyszy i pole, które widzi".


Wracając do tematu: kiedy do mych uszu dotarła wieść o trzech zapachach opatrzonych wspólnym tytułem "W ogrodzie dobrego i złego" moja wyobraźnia ruszyła z kopyta. 
Miałam dziesiątki pomysłów na przewrotne mikstury łączące obłąkańczą estetykę i upiornie grzeszną treść charakteryzujące dzieła Boscha. Snułam wizje słodkich owoców, jasnych kwiatów i ziemistych paczul uwędzonych w gorzkim dymie i utytłanych w cielesnym piżmie.

Ostatecznie uznałam, że najbardziej usatysfakcjonowałby mnie tryptyk złożony z ciepłej, słodko zmysłowej kompozycji centralnej, z którą współgrały będą dwie kompozycje skrajne: smoliste, ciężkie, ostre piekło z nutą papryki i świetliste, ozonowe wręcz niebo utkane z rosyranu super, dihydrojaśminatu metylu i olibanum. I jeszcze wymyśliłam sobie, że perfumy opowiadające ogród ziemskich rozkoszy będzie można "doprawić" szczyptą nieba albo piekła wedle upodobań i potrzeby chwili...

I w sumie oczekiwanie na próbki było najmilszą częścią całego eksperymentu. Kiedy przyszły, okazało się, że Kilian Hennessy po raz kolejny zdecydował się na zapachy eleganckie, bezpieczne i... Zwyczajnie ładne. Tyle, że "zwyczajnie ładne" zapachy pod takim tytułem muszą rozczarować. Czy mylę się?



Good Girl Gone Nowhere
zamiast
Good Girl Gone Bad


Good Girl Gone Bad mają uosabiać zmysłową i niepohamowaną lubieżność. I w tym kontekście jest to kula w płot. Ponieważ Good Girl Gone Bad to bardzo śliczna Good Girl, która donikąd nie poszła. I nie wygląda, jak gdyby się w ogóle wybierała.

Delikatne, jasne, kwiatowe otwarcie zmierzające od ogrzanej jaśminem różyczki w kierunku naprawdę ładnie zagranego narcyza. Zapach ciepły, lecz jednocześnie lekki. Rzeczywiście dziewczęcy.


Po kilku kwadransach po narcyzowej świeżości pozostaje wspomnienie. Ciepłe, kremowe nuty kwiatowe dominują zapach. I nie jest to zmiana na gorsze - kompozycja nadal jest urodziwa, nieuciążliwa i pogodna. Tworzące główny akcent serca zapachu połączenie puszystego, na wpół owocowego aromatu osmantusa z tuberozą jest piękne. Osmantus mówi do nas słodko i czule, tuberoza zaś, zupełnie wyjątkowo, zamiast włazić na głowę innym nutom i wykrzykiwać swoje partie wprost w niebo nuci nam do ucha zmysłowym altem... Kołysanki.

Tak, tak. Czekałam na sprośne piosenki, niemoralne propozycje i ogólną Sodomię i Gomorię (jak mawiała babcia mojego kolegi), a tymczasem nasza Good Girl zamiast, zgodnie z obietnicą, zejść na złą drogę, poszła spać. Sama. W ciepłej piżamie.


Baza kompozycji jest miękka, ciepła i leniwa. Subtelny akcent ambrowy (ambrettowo - ambroksanowy) dodatkowo dociąża, i tak nielekkie, białe kwiaty. Niepohamowanej lubieżności ani widu, a zmysły śpią.


Data powstania: 2012
Twórca: Alberto Morillas
Trwałość: do 12 godzin

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: jaśmin Sambac, osmantus, róża majowa
Nuty serca: indyjska tuberoza, egipski narcyz
Nuty bazy: cedr, ambra



Domek na wzgórzu
zamiast
In the City of Sin


 

In the City of Sin to nie jest żadne Miasto Grzechu. Ledwie Miasteczko Grzeszków - i to miasteczko jak z bajeczki.

Wyraźnie wyczuwalny w otwarciu pieprz zdecydowanie nie jest pieprzem czarnym i nie przypomina potężnego pieprznięcia, jakim potrafi otworzyć zapach ta nuta. Pieprzyk w In the City of Sin wierci w nosie raczej jak szczodrze użyty wróżkowy pyłek. Szczególnie, że przetykany jest promyczkami nut cytrusowych i kardamonem pachnącym jak przyprawa do ciasteczek.

Właśnie - ciasteczka! Ciasteczka zawierają sporo podsuszonych owoców i są przyjemne.


Skąd więc wzięłam grzeszki z pierwszego akapitu?
Otóż, grzeszki nadchodzą wraz z kadzidłem. Subtelny dymek wydobywa w nut przyprawowych intrygująca goryczkę, która ma potencjał ku temu, bu uratować zapach. Niestety, towarzyszy jej kompletnie niepotrzebna fanfara cytrusów podprawionych świeżym imbirem i kardamonem, który niespodziewanie zerwał z ciastkami i przeszedł na dietę.

Jasna, cedrowa baza ładnie dopełnia zapach. I na tym etapie - z kardamonem na cytrusowej diecie, snującym się po kątach kadzidłem i echem pieprznego intro - Miasto Grzechu staje się przyzwoitym, nienatrętnym uniseksem. W związku z nazwą napiszę, że uniseks ów grzeszy wyłącznie zbyt wczesnym opuszczeniem damy (czyli mnie). Trwałość najgorsza z serii.


Data powstania: 2012
Twórca: Calice Becker
Trwałość: ok 4 godzin

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: bergamotka, różowy pieprz, gwatemalski kardamon
Nuty serca: morela, śliwka, róża turecka, kadzidło
Nuty bazy: cedr atlaski, cedr wirginijski, paczula



Fraszka, igraszka, zabawka różana
zamiast
Forbidden Games


"Sin City" to dobry film. Jedna z lepszych ekranizacji komiksów, jakie widziałam. Ale spokojnie jestem w stanie przejść do porządku dziennego nad skojarzeniem go z zapachem opisanym wyżej. Bo to jednak popkultura przez duże POP. A i nazwa nie do końca ta sama. W przypadku "Forbidden Games" poległam przechodząc. Jeśli ktoś z Was widział oskarowe "Zakazane zabawy" René Clémenta, pewnie zrozumie. Film zostaje w głowie i myślę, że wykorzystując taką nazwę młody panicz Hennessy powinien być tego świadom.



Forbidden Games by Kilian to zapach rozrywkowy. Fraszka, igraszka zabawka różana.

Otwarcie jest fascynujące, jak imieninowy podarek od stryjenki Jadzi: w ładnym pudełeczku znajdziemy nieduże brzoskwinie, twarde śliweczki i domowej roboty marmoladę z przyprószonych odrobiną cynamonu jabłuszek. Obok tych owocowych przysmaków ułożono otulony jasną bibułką słój pięknie pachnącego, różanego masła do ciała. Złożenie tak bezpieczne, że wręcz banalne, lecz urody odmówić mu nie sposób.
Sielankę zakłóca jedynie wyrazisty aromat geranium: ożywczy, lekko wytrawny, z cytrusowym szczytem zapachowego spektrum podbitym dodatkowo kropelką petitgrain. I ta właśnie nutka daje kompozycji tę odrobinę charakteru, która pozwala bez znudzenia śledzić rozwój zapachu.


Ups! Przepraszam. ...Która pozwala bez znudzenia śledzić rozwój zapachu przez pierwsze dwa kwadranse. Potem geranium znika wraz ze swoim pomarańczowym szczytem. Zostaje duet akordów porywających jak kanapowy pudel.


Do stronnictwa "owocowa słodycz" dołącza jego ekscelencja Miód oraz pulchna, blada Wanilia, która trzyma się z boku nie tylko dlatego, że ma kompleksy na punkcie swej tuszy, ale też dlatego, że pokątnie kręci z Jaśminem, oficjalnie popierającym frakcję różaną. Wszystko to jednak są intrygi na poziomie romansów Mniszkówny. Od akcji ważniejszy jest nastrój wzniosłego afektu.

 
Słodycz jej spojrzenia odbierała mu rozum i wolę. Utonął w jej miodowych źrenicach omamion i odurzon. Ona zaś bezgłośnie oddawała mu siebie i świat cały. A kiedy przyjął i odwzajemnił nieme jej wyznanie, różany rumieniec wykwitł na jej jaśminowym liczku i wiedziała już, że oto na wieki złączyły się ich dusze, a serca stały się jednością. dzięki potędze miłości wiecznej i czystej.
I trwali tak poza światem, siebie tylko widząc, głusi na złe szepty zawistników i ślepi na wszystko, co nie było ich miłością.
Jeśli ktoś lubi ten klimat opowieści - ma spore szanse na to, że zapach będzie mu się dobrze nosił.


Data powstania: 2012
Twórca: Calice Becker
Trwałość: około 6 godzin

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: jabłko, brzoskwinia, śliwka, cynamon
Nuty serca: róża bułgarska, geranium Bourbon, jaśmin
Nuty bazy: wanilia, miód, opoponaks


Reasumując: to nie są złe kompozycje. Ich największym mankamentem jest rozbieżność wzbudzanych nazwą oczekiwań ze stanem faktycznym. Zamiast Ogrodu Dobrego i Złego dostajemy trzy bardzo ładne Ogródki Dobrego. A literatura i kinematografia skutecznie nauczyły nas już, że "samo dobre" bywa nudne. I mnie w tych opowieściach brakuje szwarccharakterów. Seria powinna się nazywać "In the Garden of Good And... Some More Good".



Źródła ilustracji:
  • Pierwsze zdjęcie to część promocji serii  In the Garden of Good And Evil. Na fotografii Kilian Hennessy we własnej osobie. Ten w koszuli. :)
  • Drugie zdjęcie to tryptyk Hieronima Boscha "Ogród Rozkoszy Ziemskich".
    Trzecie ilustracja to okładka wspomnianej w tekście płyty zespołu Dead Can Dance "Aion".
  • Zdjęcie opakowań serii In the Garden of Good And Evil pochodzi ze strony www.thenonblonde.com.
  • Na fotografiach nr 5,6 i 7 - Emma Watson.
  • Ósme zdjęcie to część oferty Small Town Retirement.
  • Jako dziewiątą ilustrację użyłam obrazu "In the Spring" Harolda Knighta.
    Zdjęcia nr 10 i 13 pochodzą z ekranizacji powieści Heleny Mniszkówny "Trędowata w reżyserii Jerzego Hoffmana.
    Zdjęcie 11 to kadr z "Zakazanych zabaw" René Clémenta.
  • Zdjęcie pudelka z TEGO ogłoszenia na stronie www.puppiesforsalecom.au.

14 komentarzy:

  1. To raczej nie moja bajka. Raczej na pewno nie. Na dobrą sprawę najbardziej podoba mi się to białe opakowanie ze złotym wężem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opakowanie jest piękne!
      A same zapachy... One są naprawdę bardzo ładne. Tylko właśnie za ładne. Chyba rzeczywiście nie do końca Twoja (i moja) bajka. Ja lubię to, co nazywam zachwianiem równowagi - rys szczególny. ;)

      Usuń
  2. Z całej tej ferajny najbardziej interesujący wydaje się być pan Killian ;). Raczej nie znalazłabym niczego dla siebie pośród tych zapachów. Może od biedy In The City of Sin, ale na pewno nie za wszelką cenę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam dokładnie takie same przemyślenia. W obu kwestiach. :D

      Usuń
  3. Wszystkie wąchałam jedynie z fiolki bo nie miałam już miesca do testów, więc ciężko mi sie wypowiedzieć :) Wydały mi się miłe i nawet nieco interesujące ale jak dla mnei szału nie ma :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo one są miłe. I ładne. I pewnie gdyby nie miały TAKIEJ nazwy, rozczarowania by nie było. Ale i recenzji też nie. :)

      Usuń
  4. Forbidden Games ma szansę mnie uwieść, ale wciąż zastanawiam się, czy 4 godziny zapachu to nie za mało...

    Poza Sweet Redemption wszystkie Kiliany mimo niezaprzeczalnego uroku czymś mnie drażnią, dlatego wiąże pewne nadzieje z białą serią, nawet jeśli nie oddaje charakteru nazwy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Megaro, Forbidden Games trzyma się nieco dłużej, niż 4 godziny. Szacunkowo oceniłam je na 6 godzin przyzwoitej projekcji. Ale zaznaczam, że mam suchą skórę i perfumy na mnie raczej szczególnie trwałe nie są.

      Co do Kilianów, ja mam swoich ulubieńców. Przy czym ogólnie mam wrażenie, ze Kilian staje się coraz mniej niszowy. Niestety.

      Usuń
  5. Ale widać zapachy dobrze się sprzedają, skoro Kilian zaopatrzył się w tak uroczy hipsterski szaliczek. ;)

    Co do nazw, to przecież jasne, że nie miały kojarzyć się z komiksami, trudnymi (szczególnie w momencie premiery) filmami czy malarstwem Boscha - prędzej np. z luźnymi nawiązaniami do fanowskich opinii na temat tfurczości pań Rice, Meyer czy innych, którym się wydaje, że szara barwa barwa oznacza skomplikowanie oraz najgłębszą głębię osobowości (i tu by się przydał Wizażowy brzydal ;> ).
    Ot, wie facet jak sprzedawać [lub komu skuteczne sprzedawanie zlecić, co bardziej prawdopodobne]. Choć tu u nich rodzinne. :)

    Zapachów jeszcze nie poznałam. Jakoś mnie, ekhem, nie kuszą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooo, przyznaję, w ten sposób na to nie spojrzałam. Poważnie, nie przyszło mi do głowy, a spora jest szansa na to, że jest, jak piszesz. Podejrzewałam panicza Kiliana o wzniosłe inspiracje, ale przeciez te chwytliwe, lecz zarazem pretensjonalne nazwy mogą być chwytem tańszym, niż (jako wielka miłośniczka Straight to Heaven) usiłuję to sobie wmówić.
      Własnie nadkruszyłaś mój ogląd świata. W drobnej kwestii, ale jednak. ;)

      Usuń
    2. Ależ się uśmiałam! Musisz koniecznie, to rozkaz! napisać recenzję w postaci romansu. I to niejedną - chciałabym i melodramat bez happy endu, i coś lżejszego z subtelnym odcieniem groteski.
      Błagam,

      Usuń
    3. Wiesz.. mnie się wydaje, że wersja oficjalna jest taka, że jak najbardziej Bosch, i Sin City, i Zakazane zabawy... ;] Ale mnie się wydaje, że faktycznie panicz Kilian (ech, ty złośliwcze! ;) ) nie sięgał tak wysoko. On nigdy tego nie robi [co piszę jako fanka takoż Straight to Heaven oraz Back to Black]. Sprytny marketing ma ta marka, nie powiem..
      I przepraszam, ja nie chciałam niczego zepsuć. ;) I w ogóle to nie ja! Ja nawet niczego nie dotykałam! ;))


      Justyno, cieszę się, że udało się Ciebie rozbawić.

      Usuń
    4. Ju, czyżby spodobała Ci się moja melodramatyczna groteska? :)
      Przyznaję, miałam problem z wejściem w klimat. :)))

      Wiedźmo, ani się waż przepraszać! Toż ja lubię, kiedy kruszysz. :) Choć, że nie dotykałaś to kłamstewko. Urocze. :p

      Usuń
  6. Wąchałam cała trójkę (niedawno) i każdy z nich mnie rozczarował. Same w sobie ładne, ale takie typowe i nieco nudne. A tak zmieniając temat, jak to możliwe, że Lubin Vetiver pachnie na mnie miętą ogrodową? :P

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...