środa, 18 czerwca 2014

Blamaż to, czy nie blamaż? Blamage Nasomatto


Blamage to kompromitacja.

Nie, nie zapach. Blamage to po niemiecku kompromitacja. W sensie znaczenia słowa, nie kompromitowania się po niemiecku, verflucht. ;)


Blamage ma być ostatnią z dziesięciu kanonicznych kompozycji Nasomatto. Alessandro Gualtieri zapowiada efektowne zakończenie linii i planuje skupienie się na swej kolejnej marce: Orto Parisi. Jako miłośniczka dzieł Gualtieriego z pewnością przetestuję jego nowe perfumy. Mając jednocześnie nadzieję, że okażą się bardziej porywające, niż te stworzone dla marki będącej własnością małżonki mistrza: MariaLux.

W promocji wieńczącego serię perfum Nasomatto dzieła poszedł Gualtieri dalej, niż w przypadku poprzednich zapachów. Dużo szumu, film, cudowny flakon (oby w naturze wyglądał tak, jak na zdjęciach) oraz absolutny minimalizm przy podawaniu nut. Absolutny minimalizm oznacza... Brak nut. Oficjalnie bowiem nie wiadomo, czym pachnie Blamage.

Przyznaję otwarcie - irytuje mnie niepodawanie do wiadomości publicznej, czym pachną perfumy. Nie widzę w tym tajemniczości, lecz jedynie brak szacunku dla klienta, który stawiany jest w bardzo niekomfortowej sytuacji - ze względu na ograniczoną dostępność perfum Nasomatto, a także restrykcyjną politykę udostępniania próbek większość z nas może albo zamówić falkon w ciemno, bez najsłabszych chociażby poszlak na podstawie których przewidywać można, czy nam się perfumy spodobają; albo zrezygnować z poznania dobrze rokującej kompozycji.

Dlatego nie respektując życzeń Alessandro Gualtieriego napiszę Wam, czym pachnie Blamage. Dokładnie.

Szanując jednak także wolę osób, które mają ochotę radować się tajemnicą i celebrować odkrywanie Blamage na własną rękę uprzedzam, że w treści posta będą spojlery. Mnóstwo spojlerów. To, czy zechcecie czytać dalej jest Waszym wyborem.



Nikt nie wie, dokąd go zaprowadzi droga,
póki nie stanie u celu.*


Pierwszy wdech to poszukiwania.
Kompozycja jest przestrzenna, eteryczna wręcz, lecz zarazem drzewna. Pierwsze skojarzenie (będące częściowo efektem kontaktu ze zdjęciem flakonu) to brzoza. Jasny, śliski i chłodny jak jedwab aromat brzozowego drewna. Ale na tym nie koniec. Blamage idzie dalej. Chłód brzozy podbity został kolejnym eterycznym aromatem drzewnym: zapachem wyciągu z cynamonowca kamforowego czyli po prostu zapachem kamfory. Pachnącej pięknie, mistycznie, transcendentnie. Trochę jak w Hinoki Comme des Garcons.
W pierwszej fazie rozwoju kompozycji na skórze pojawia się także wytrawny aromat herbacianego suszu, który zanika wraz z wtapianiem się zapachu w skórę.

Kamforowy powiew wzbogacają i wypełniają aromaty goździkowca korzennego i cynamonu. Ostatni ten aromat z czasem łagodnie pogłębia się i płynnie przechodzi z eterycznego otwarcia do cieplejszego serca kompozycji. Jak gdyby chłodny wiatr od gór wpływał między białe, smukłe pnie młodego brzozowego lasu.


Druga fala to etap, w którym ascetyczne nieco otwarcie zaokrągla się i wypełnia. Nieomal jednocześnie pojawia się miękki fiołek, ślad owocowej słodyczy i urocza mieszanka nut drzewnych przypominająca drewno kaszmirowe, które (jak już wielokrotnie pisałam i mówiłam) nie istnieje. I oto, w ciągu dwóch, może trzech kwadransów mistyczno - ascetyczny chłód zastąpiony zostaje przez łagodnym światłocieniem rodem z lasów Lothlorien. Blamage zaczyna przypominać klasyczne, shiseidowskie Feminite du Bois - z wszystkimi nieomal zaletami tego arcydzieła: przestrzenną lekkością chłodnego szczytu kompozycji, elfią urodą fiołków i miękkością śliwki w jej centrum oraz łagodnością nut drzewnych stanowiących kanwę zapachu.

Lecz nasza wyprawa nie kończy się w Lorien.


W drugiej godzinie trwania Blamage na skórze docieramy do granic Nawiedzonej Doliny i oto w złoty aromat mallornów wplatać zaczynają się białe jak mleko nuty dymne. Z daleka dostrzegamy ogniska, przy których odpoczywają Władcy Koni. I tu, mimo chłodu, zatrzymujemy się na odpoczynek. Delikatnie zmącone wytrawnym, lekko ziołowym dymem elfie Feminite du Bois trwa na naszej skórze przez dobre kilka godzin. Nie tak długo jak niegasnące nigdy Black Afgano, lecz wystarczająco długo, by nacieszyć się spokojem i urodą kompozycji. Eterycznie drzewnej, słodko - wytrawnej, kremowo dymnej i naprawdę bardzo ładnej.

Ostatecznie, po wielu godzinach na skórze zostaje głównie ambroksan, który trwa... trwa... i trwa...


Nie jest to, w moim odczuciu, opus magnum Gualtieriego, nie jest jednak Blamage także rozczarowaniem. Ani blamażem. Podąża drogą, którą wcześniej poszedł Pardon, który nota bene w głębokiej bazie nieco przypomina - w kierunku zapachów urodziwych, złożonych, perfumeryjnych. Podąża niespiesznie, lekkim, elfim krokiem. Rzecz w tym, że podobną trasę przeszli już Christopher Sheldrake i Pierre Bourdon. 22 lata temu.


Data powstania: 2014
Twórca: Alessandro Gualtieri
Trwałość: ok 6 godzin w typie Feminite + kolejne kilkanaście godzin ambroksanowej bazy w stylu Gualtieriego

Nuty zapachowe:
no właśnie!
Kiedy będziecie czytać kolejne recenzje - pamiętajcie o mnie. Bo kolejnym recenzentom będzie już łatwiej.



* Cytat z "Władcy pierścieni: Dwie wieże" J.R.R. Tolkiena. Wypowiedź Legolasa - w oryginale brzmiała: "Nikt prawie nie wie, dokąd go zaprowadzi droga, póki nie stanie u celu."

Źródła ilustracji:
  • Twórcą grafiki tytułowej jest Sarel Theron - grafik, którego praco zobaczyć można na stronie www.sareltheron.com. Polecam szczerze!
  • Autorem zdjęcia brzozowego lasu jest The Last Sparrow - fotograf, którego prace w formie wydruków zamówić można między innymi przez serwis Society6. Galeria prac The Last Sparrow dla Society6: KLIK
  • Pozostałe dwa zdjęcia pochodzą z filmów na podstawie powieści J.R.R. Tolkiena w reżyserii Petera Jacksona. Pierwszy z "Drużyny pierścienia", drugi z "Hobbita". Też polecam. :)

17 komentarzy:

  1. Obecność kamfory i porównanie do Feminite du Bois sprawia, że już pokochałam ten zapach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie zachęcam do testów. :)

      Usuń
  2. Sadząc po twoim opisie zapach mój. Ale kupić nie kupię, tylko dlatego że lubię wiedzieć. Tyle, że producent na pewno ma to w nosie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Producent ma taką specyficzną strategię marketingową. Mnie się ona nie podoba, ale i tak Black Afgano kupuję. Już kilka flakonów za mną. :)

      Usuń
  3. Aż takie elfie? Hym, chyba nabrałam apetytu. Flakon jest piorunująco cudny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Flakon chciałabym w realu zobaczyć. Ciekawe, jak wypada. pozostałe flaszki Nasomatto w realnym świecie wyglądają dokładnie tak dobrze, jak na reklamach.
      Co do zapachu - elfi jak Feminite du Bois, tylko te Elfy postawniejsze i bardziej wojownicze. :)

      Usuń
  4. Przecudne połączenie, Uwielbiam eteryczne nuty i kamforę w ogóle. Nawiązanie do Hinoki jeszcze bardziej przybliża..
    Mam gdzieś podejście producenta, mam dystans do takich spraw. Jeśli zapach ma szanse być moim to prędzej czy później nim będzie. :) Tak więc dopadnę próbkę w miarę możliwości.
    Flakon genialny. Ciekaw jestem powtarzalności motywu z korka głównie jak i też całości, bo jeśli to odlew to wymaga niecodziennej techniki, jeśli ręczna robota (w co wątpię, aczkolwiek miło by było) to bardzo czasochłonna.
    Zdjęcia magicznych miejsc drastycznie podkręcają moją ciekawość !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tez mam dystans, jak wiesz. To znaczy nie zachwyca mnie sposób promocji, ale zachwycają mnie perfumy. To najważniejsze. :)

      Usuń
  5. Tak że dziękuję Sabbath że zdradziłaś nam co nieco z jego tajemniczego składu. Choć Pewnie ze względu na wygląd flakonu jak i pozytywne odczucia do Nasomatto (mimo że znam tylko BA) pewnie i tak bym w ślepo po próbkę sięgnął. ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak sobie myślę że przecież Bottled Night Hugo Boss jest brzozowo fiolkowy.Czy to możliwe że jest choć trochę podobny?a lawenda zastąpiona kamforą?Tak czy inaczej wielkie zaciekawienie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Borze zielony! Piotrze, Ty u mnie. A ja na wiadomość odpisuję jakby kompletna niedojda. Niech mnie wciórności!
      IMHO niepodobny, choć sama gra temperatur może się kojarzyć. I ta syntetyczna baza także. Mimo to wolę Blamage. Nie z powodu reklamy i aury owocu zakazanego. Nie nie. :)

      Idę w końcu pisać. Bo już mi wstyd. :(

      Usuń
  7. Z tym ukrywaniem składu wiąże się nuta tajemniczości. Ale mnie zabiera sporo przyjemności. Lubię testować i poznawać, czy zgadywać, co czuję. TO jest dla mnie zabawa. Trzeba być naprwadę wytrenowanym, aby samemu przedzierać się przez kompozycję. Co czynsz z wdziękiem.
    Buteleczka świetna. Stanowczo poznam ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O to to! Dokładnie tak, jak napisałaś - trudno jest rozpoznać nuty nie mając zupełnie żadnego punktu zaczepienia. Zawsze mnie to irytuje, bo przecież większość nut w perfumach poznajemy w akordach. Wiemy, jak pachnie cedr z fiołkiem, listki z kwiatkami, wzmocnione chemią owoce, ale z czystymi nutami mamy do czynienia rzadziej.
      Ja jednak lubię kiedy podaje się nuty. Dzięki nim mogę dokonać wyboru, co testować w pierwszej kolejności, a co odpuścić.

      Usuń
  8. Samego zapachu na sobie nie widze, ale opowieść jak zawsze mnie zachwyciła. Flakon jest bardzo niecodzienny, piękny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałabym zobaczyć go na żywo. Dotychczasowe flakoniku Nasomatto mnie nie rozczarowały, ale ten idzie o krok dalej w swej drzewności.:)

      Usuń
  9. Ja już nie będę krytykować strategii Nasomatto bo za słowami powinny iść czyny, a ja znowu zamówiłam Black Afgano. :)
    Tutaj opis jakoś średnio do mnie przemówił, za to zdjęcia i flakon...jak będzie okazja powącham.

    OdpowiedzUsuń
  10. Na Planete plus 24.02 o godz. 01.45 emisja filmu "Nos. Jak pachnie Blamage?"

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...