piątek, 12 września 2014

Pachnący Paryż - drobne przyjemności


Ludowa mądrość głosi, że wobec uroków Paryża nie sposób pozostać obojętnym. Wyczytałam nawet kiedyś (przy okazji dyskusji sieciowej o "O północy w Paryżu"), że Woody Allen jest jak Paryż - albo się go kocha, albo nienawidzi. Tertium non datur.



I ja przyznaję, że Paryż obojętną mnie nie pozostawił. Podobnie jak Twórczość Woody'ego Allena. Ale wielkich słów używać nie będę. Miłość? Nie... Miłość to wielka rzecz. Nienawiść? Biedni są ludzie, którym zatruwa ona umysły.

Paryż był dla mnie jak pokaz fajerwerków - cyklem gwałtownych olśnień. Pomiędzy fajerwerkami zachwytu - dziełami sztuki, architektury, urbanistyki - następowały momenty gdy dzwoniło w uszach - umysł się buntował, poczucie estetyki stawało dęba, a tolerancja poddawana była ciężkim próbom.


Ludzie bez skrępowania oddający mocz w miejscach publicznych; ludzie w biały dzień, tuż pod nosem turystów kopniakami rozrzucający zawartość śmietników; kierowcy nagminnie i wielce nieuprzejmie zajeżdżający sobie nawzajem drogę; setki żebraków; rozkradzione mienie - szkielety motorowerów i rowerów z wymontowanymi kołami i innymi częściami ruchomymi tkwiące przykute do latarni; wszechobecne śmieci i ludzie leżący na ulicach omijani przez przechodniów z absolutną obojętnością. I wreszcie dzielnice slumsów, w których w biały dzień, w godzinach pracy ulice pełne są brudnych, ponurych ludzi robiących nic.

Ponieważ jednak my czas spędzaliśmy w muzeach i galeriach, a nie na ulicach - u nas zachwyt przeważył.



Zamiast roztrząsać problemy społeczne współczesnego Paryża, opowiem Wam o trzech ostatnich perfumeriach, jakie odwiedziliśmy. I tu chyba rozrzut wrażeń będzie największy, bo wśród tych trzech, krótkich wizyt znajdzie się perfumeria, którą wspominam najmilej i ta, która bardzo mnie rozczarowała.



Zacznę od Parfums Divine.


Niewielki, jasny lokal na Rue Scribe - niedaleko Muzeum Perfum Fragonard. Wnętrze urządzone prosto i ze smakiem. Oszczędna ekspozycja oraz elegancka i zarazem ujmująca obsługa. Plus perfumy - w Polsce wciąż nie dość znane i nie dość cenione.


Miałam okazję spotkać się z panią manager odpowiadającą za promocję marki. Porozmawiałyśmy o dystrybucji Divine w Europie i w Polsce. Trochę byłyśmy tą rozmową zaskoczone obie, ale niczego nie ujawnię. Najpierw pogawędzę z dystrybutorem.

Ja ze swej strony jestem zachwycona, zarówno sposobem prezentacji zapachów (eleganckie kartoniki z listą nut zamiast zwykłych bloterów, poziomem i taktem gospodyni perfumerii, jak i najnowszą kompozycją marki - L'Homme Infini z piękną nutą dębu w sercu i żywiczno - agarową bazą. Mam nadzieję, ze uda mi się wkrótce napisać dla Was recenzję tych perfum.



Drugą perfumerią, o której chciałabym dziś wspomnieć jest paryski butik Jo Malone.


Do Jo Malone udałam się w konkretnym celu - zamierzałam zakupić flakon Saffron. Uczyniłam to, ale przyznaję szczerze, że antypatycznej, wyniosłej i niegrzecznej pani obsługującej mnie na miejscu prawie udało się mnie zniechęcić. Tak nieprzyjemnego człowieka "na sklepie" nie spotkałam nigdy w żadnej perfumerii - z polskimi sieciówkami włącznie. Do dziś czuję niesmak.



Na koniec kolejna brytyjska marka perfumeryjna na obczyźnie: Pehaligon's.


Stylowy, klimatyczny butik tej nobliwej marki zdecydowanie warto odwiedzić. Dla swobodnej atmosfery, urzekająco uprzejmej i równie urzekająco uśmiechniętej obsługi i dla zabawnych bloterków w kształcie pędzli, brzytew i... wąsów.  Oraz dla zapachów, rzecz jasna - choć te są nam doskonale znane dzięki Perfumerii Quality od lat mającej w ofercie perfumy tej marki.



Na zakończenie relacji z paryskich wojaży mam dla Was małą niespodziankę.
Szybki konkurs, w którym należy:
- Po pierwsze publicznie obserwować Sabbath of Senses.
- Po drugie zostawić komentarz pod tym postem.
- Po trzecie w komentarzu napisać krótko, jakie wrażenie zrobił na Was Paryż. Zwiedzany osobiście lub za pośrednictwem mojego bloga. I czy zgadzacie się z moimi odczuciami, czy nie.

Wasze komentarze w sumie i tak zwykle odnoszą się do posta, ale jakoś muszę wybrać nowego właściciela zestawu próbek, który dla Was przygotowałam.


Zestaw Divine, w skład którego wchodzą próbki:
- L'Inspiratrice
- L'Ame Soeur


Oraz próbki z pozostałych odwiedzonych przez mnie perfumerii:
- Guerlain Shalimar
- Guerlain  Habit Rouge
- Nowość: Guerlain L'Homme Ideal
- Fragonard Grain de Soleil
- Fragonard Rose de Mai
- Fragonard Rose Ambre
- dwa bloczki woskowych próbek Serge Lutens
- Nowość: Serge Lutens L'Orpheline

Konkurs jest błyskawiczny - trwa jeden dzień czyli do północy z piątku na sobotę (to nawet nie doba). Zwycięzcę wybiorę subiektywnie, na podstawie odpowiedzi. Jakoś muszę.

Miłego weekendu!


43 komentarze:

  1. Pięknie opisany Paryż - pięknie i prawdziwie. Piszesz o dobrych stronach ale i o tych złych a to się ceni bo większość ludzi zawsze widzi tylko dobrą stronę medalu :) Dzięki Tobie z chęcią wybrałabym się do Paryża bo jeszcze tam nie byłam i z pewnością chciałabym Parfums Divine no i nie ominęłabym Pehaligon's - naprawdę robi wrażenie. Nie wiem tylko czy dokonałabym tam większych zakupów bo ceny z pewnością powalają ale na pewno powąchałabym parę flakonów i dała nacieszyć się moim oczom temu pięknemu miejscu:) Pozdrawiam i życzę miłego dnia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Patrycjo, ja sama nie mogę sobie pozwolić na dokonanie zakupów w każdej odwiedzonej perfumerii. Niestety. A może i stety, bo to sprawia, że uważnie i starannie wybieram to, czego pragnę, a każdy zakup (nawet próbka) raduje mnie niezmiernie.
      Dziękuję za odwiedziny i życzę udanego tygodnia. :)

      Usuń
  2. W Paryżu osobiście nigdy nie byłam, choć może kiedyś będzie mi dane bo mieszkają tam moi znajomi :) Zaskoczyła mnie wzmianka o niemiłej sklepowej. W obiekcie tego kalibru obsługa powinna być co najmniej kulturalna. Tym bardziej że to wciąż (zazwyczaj) obsługa a nie właściciel. Zadzieranie nosa w tych okolicznościach jest co najmniej nieuzasadnione ;) Co podobało mi się najbardziej? Chyba ten obłędny, bezcenny flakon w kształcie bodaj... owada? I kolorowe, palacowe wnętrza. Nie sposób pozostać na nie obojętnym :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie zaskoczyła niemiła sklepowa! Nie spodziewałam się czegoś takiego, szczególnie ostatniego dnia zwiedzania, kiedy podczas wszystkich innych wizyt (nie tylko w perfumeriach) obsługa była nienaganna.
      Mam wrażenie, ze nabrałam niechęci do całej marki. Bez sensu i nieracjonalnie, ale... Saffron, choć przepiękny, kojarzy mi się jakoś niemiło. :(

      Usuń
  3. Paryż który pamiętam jest z roku '98 i 99 kiedy to jako dzieciak pojechałam tam w plener malarski. W 98 ucieklismy opiekunce metrem żeby odwiedzić grób pana Morrisona. W 99 (chyba, kiepsko u mnie z datami) Francja zdobyła mistrzostwo świata i miałam okazję obserwować przeszczesliwych ludzi swietujacych na ulicach. Bardzo dobrze wspominam to miasto. :) Z zainteresowaniem przeczytałam Twoje podboje paryskich perfumerii. Nic nie przywiozlas Sabbath od Lutensa? ;) Pozdrawiam Maria.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha! tez myślałam nad odwiedzeniem grobu Jima. Ale ostatecznie uznałam, ze najbardziej lubiłam jego muzykę. A ciało... To tylko ciało.
      Inna kwestia, ze gdybym pojechała do Paryża w roku '98 czy '99. na pewno nie pominęłabym tego punktu. :D

      Usuń
  4. Tak jak człowieka nie ocenia się po jego wyglądzie tak samo nie powinno oceniać się Paryża. Jestem pod wrażeniem Twojego profesjonalizmu. Potrafiłaś w całym tym zgiełki odnaleźć takie perełki, które "zwykłym śmiertelnikom" trudno byłoby odkryć. Z Twoich relacji w pamięci utkwią mi wspaniałe, eleganckie, pachnące miejsca. I nic tego nie zmieni :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Agato!
      Udało mi się zobaczyć bardzo wiele. Perfumeryjne perełki wybrałam po to, by odpowiadały tematyce bloga. Ale i tak największe wrażenie zrobiła na mnie sztuka i architektura. W Luwrze mogłabym spędzić tydzień. Nawet miesiąc. :)

      Usuń
  5. Ech, Paryż tak jak każda wielka metropolia ma swoje plusy i minusy, cieszę się jednak, że podczas pobytu w nim dostrzegłaś więcej plusów. Ja od liceum interesuje się tym miastem, jego językiem (który tak trudno mi "załapać"). Na pewno za jakiś czas sama ocenie i zobaczę zalety/wady "Miasta Miłości", bardzo tego pragnę, a przecież marzenia należy realizować. :) Póki co, staram się więc dostrzegać jego zalety i krok po kroku uczyć się języka. :)

    Bonne journée! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jestem człowiekiem, który ogólnie w życiu dostrzega więcej plusów. Nawet takich malutkich, normalnych, zwykle niedocenianych. Ba! Te są dla mnie najważniejsze.
      W Paryżu dostrzeżenie plusów nie jest trudne. Tyle piękna na raz!
      Trzymam mocno kciuki za Twoją wyprawę i za to, byś wszystkie te plusy (oraz wiele innych także ) poznała osobiście, bezpośrednio i z radością!

      Usuń
  6. W Paryżu byłam w `94 roku.Zauroczył mnie od pierwszego wejrzenia. Zwiedzałam głównie zabytki ale mieliśmy trochę czasu na spacery po Paryżu z odwiedzeniem grobu Morrison (mój ówczesny mąż był fanem),zwiedzaniem łacińskiej dzielnicy czy Montmartre.Zdjęcia z Paryża do tej pory stanowią jedną z najmilszych pamiątek.Swoją podróżą przypomniałaś mi jak bardzo klimat tego miasta wsiąka w człowieka i pomimo upływu czasu wspomnienia nie blakną.Dziękuję za przemiłą ponowną wycieczkę po Paryżu (wiele miejsc z Tobą zwiedzałam po raz pierwszy).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Magdaleno, to prawda, co piszesz! Wspomnienia ze swoich podróży przechowuję w pamięci tak, jak ludzie przechowują swoje skarby: biżuterię, bibeloty czy cenne pamiątki. Nie jestem standardowym nabywcą pamiątek. Zbieram wrażenia. A zamiast kupionych bibelotów wolę zdjęcia.
      Wyznam Ci, ze najbardziej na świecie lubię zwiedzać: poznawać, doświadczać, podziwiać, zachwycać się. Tak, to jest sól życia. :)

      Usuń
  7. Obserwuję i już piszę o moim Paryżu:)
    Doceniam go z daleka. Gdy już mi się ułożył, uspokoił, ocieplił, osiadł na skórze jak najlepsze francuskie perfumy. Został gdzieś głęboko. W głowie był turpistyczną, kontrastową jazdą bez trzymanki, opowieścią o teraźniejszości. Z rzeźnią każdego wyznania, z brudnym pokojem hotelowym, z tłumem Japończyków, z emigrantami z Maghrebu sprzedającymi breloki z wieżą Eiffela i z cudowną melodią akordeonu rozbrzmiewającą na wielkiej stacji metra. W sercu był pieśnią o przeszłości, z cudami Luwru, z grobem Morrisona, z artystami namawiającymi do pozowania im na Montmartre, z potęgą Notre Dame. Po czasie, gdy nie widziałam go już od miesięcy, w nucie bazy, jako pieść o przyszłości, pozostał tyglem, zgiełkiem, miejscem, które się kocha i nienawidzi jednocześnie, w którym chyba nie chciałabym mieszkać, ale które jak najczęściej chciałabym mieć możliwość kosztować. Powoli jak creme brulee, przebijając się najpierw przez jego często tak nieprzyjemną skorupę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piękna metafora. I jest coś w tym,. że Paryż najlepiej smakuje we wspomnieniach. |
      Pierwszy dzień był dla nas szokiem. Właśnie dlatego, że nieopatrznie zagłębiliśmy się w dzielnicę slumsów. Tygiel kulturowy przestał dziwić już jakoś trzeciego dnia. Ale brud nie przestał do końca... :/

      Usuń
  8. Paryż to jedno z niewielu miejsc,do którego chciałabym wracać.W moim sercu ma miejsce tuż po Jerozolimie i Barcelonie. Myślałam,że poznałam go dobrze,ale Ty odkryłaś przede mną nowe przestrzenie. Poczułam magię opisywanych przez Ciebie miejsc i już planuję trasę śladami Sabbath.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że udało mi się zaintrygować Cię swoimi opowieściami. Jerozolimy zazdroszczę! Niezawistnie - w sensie, że też bym chciała. Jeszcze nie byłam, ale marzę o tym.
      Ja w ogóle marzę o podróżach. Tak, jak ludzie pragną pieniędzy, złota, ciuchów, luksusów, tak ja pragnę wrażeń.

      Usuń
  9. W Paryżu nigdy nie byłam, jednak studiując przez pewien czas filologię romańską udało mi się go trochę poznać 'na odległość'. Z jednej strony to miasto niesamowitych muzeów i galerii, z drugiej za to snobistyczna stolica narodu, którego mentalność jest mi bardzo daleka. Uwielbiam Paryż przedstawiany w filmach - ten romantyczny, pełen sztuki, ze świetną muzyką w tle, z chęcią poznałabym to pachnące oblicze, które Ty nam przedstawiłaś, jednak na razie rezygnuję z wizyty w tym mieście, by móc trzymać się tego filmowego wyobrażenia niezakłócanego nieprzyjemnymi ludźmi, snobizmem czy też okropną francuską kuchnią ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tam lubię francuską kuchnię. Bardzo. Lubię ten ceremoniał spożywania. niespiesznego, okraszonego rozmową. Wielbię sery - te śmierdzące. Deska serów, wino i winogrona - to raj.
      A moim kulinarnym faworytem jest francuska sałatka z selera i sera. Mniam. :)
      Co do miasta - nie odwlekaj wyprawy, jesli masz okazję. Tyle piękna wynagrodzi każdą niedogodność, każdy zgrzyt. Nawet zmęczenie, nawet deszcz, nawet zgiełki i pośpiech... to wszystko ma swój urok. :)

      Usuń
  10. Odkąd siedzę w pachnącym hobby, chciałem odwiedzić stolicę perfum. Po obejrzeniu "Parfume. La French Touch!" marzyła mi się wizyta w największej perfumerii sieci Sephora, zlokalizowanej na Polach Elizejskich. Wraz z ewolucją pasji, zainteresowały mnie szczególnie paryskie butiki Guerlaina, gdzie mógłbym poznać niedostępne w szerszej dystrybucji legendy tej marki, a także butik Serge'a Lutensa, którego pełna paleta dzieł, od chwili wgłębienia się w tematykę kompozycji SL mnie intrygowała. W swoim młodym życiu nie miałem jak na razie okazji szerszego poznania Francji, lecz dzięki Tobie, zobaczyłem akurat to, co odwiedziłbym w pierwszej kolejności, będąc osobiście w Paryżu.


    Poza tym, sam Paryż jawił się w mojej wyobraźni jako fascynujące, pełne uroku miasto, w którym mógłbym znaleźć swoje miejsce na Ziemi. Co prawda, słyszałem sporo o negatywnych stronach tegoż miasta, lecz przeważnie były to przypadki powierzchownej, nieco złośliwej krytyki, przesączonej narodowościową megalomanią odwiedzających. Lubię czytać Sabbath of Senses choćby ze względu na fakt, że autorka bloga zdaje się być osobą racjonalną w swych sądach, daleka od tego typu stronniczenia na czyjąś lub czegoś korzyść. Czytając wspomnienia z wakacji autorki, czułem się, jakbym zobaczył stolicę Francji również za jej kulisami, czego nie uświadczymy w informatorach turystycznych. Gdy nadejdzie ten dzień, kiedy moja noga stanie na paryskim gruncie, raczej będę dzielić swoje wrażenia z wrażeniami opisanymi na SoS.


    Ściskam serdecznie ;-), Tom.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tom, dziękuję Ci. Wyznam Ci, że lubię o sobie myśleć, jak o człowieku otwartym. Takim, który zachwyca się do braku tchu, ale nie bezkrytycznie. I takim, który dostrzega różnice, nawet niedogodności, ale nie potępia. Bo ja szczerze uważam, że "inne" nie znaczy "gorsze". I niekoniecznie znaczy "lepsze". Tylko po prostu inne,
      Ale zawsze staram się skupić na tym, co piękne, cenne, wartościowe. W Paryżu i w życiu w ogóle. :)

      Ściskam równie serdecznie. :)

      Usuń
  11. Bardzo podobne miałam wrażenia z Paryża :)
    Podzieliłam go jeszcze sobie na Paryż nocny i dzienny. Ten pierwszy jest niebezpieczny, niespokojny i niepokojący, mimo takich fascynujących przebłysków, jak schoy na Sacre Coeur, gdzie ludzi wszelkich ras i kultur siedzą późno w noc, biesiadują, rozmawiają (niektórzy popijali wino z kieliszków, które odstawiali potem na rozłożony na stopniu malutki biały obrusik), podziwiając panoramę miasta.
    Alei tam była akcja żandarmerii, z karabinami ścigającej handlarza narkotyków.
    Dzienny Paryż kokietuje i uwodzi; wypełniony chaosem i harmiderem, słońcem i wiatrem, kusząc a to starym i pięknym zabytkiem, a to jarmarcznymi kolorami.. "To ja, to ja, patrzcie na mnie, taki piękny ja" ;)
    Wieczorami, wracając do hsotelu w podejrzanej dzielnicy, pilnowaliśmy naszych blondwłosych koleżanek, al i tak jedną ktoś próbował wciągnąć w bramę; ale już rankiem, na tej samej ulicy- spokój, zapach świeżego pieczywa, uśmiechnięty pan z warzywniaka, i zdawkowa, ale przecież jednak uprzejmość przechodniów.
    Kontrasty :)
    A na cmentarz Père-Lachaise wybiorę się następny mrazem, bo teraz mi bramę zamknęli przed nosem :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak - kontrasty. To najmocniej zostaje w pamięci. Ogłuszające piękno, wspaniałe gmachy, elegancja, miasto jak gwiazda i z drugiej strony - syf, złodziejstwo, chamstwo. Taka chyba nasza, ludzka natura, że to, co normalne, zwyczajne,. często pomijamy.
      Te kontrasty, ta moc wrażeń - też mają swój urok. Nawet zgiełk mi się podobał. :)

      Usuń
  12. Dopiero konkurs zachęcił mnie, bym wyszła z ciemnej nory nieśmiałości i pierwszy raz skomentowała na blogu, który obserwuję z zapartym tchem od wielu miesięcy :) Mnóstwo razy próbowałam coś naskrobać, przede wszystkim chcąc Ci podziękować za niezwykły, pachnący świat, którego bramy otworzyły się przede mną na tym blogu :) Zaczęłam szukać głębiej i testować perfumy, o których jeszcze pół roku temu nie słyszałam, skutkowało to czasami konfuzją i niesmakiem niektórych członków mojej rodziny :D W każdym razie czuje się, jakbym zyskała zupełnie nowy zmysł.
    Ad rem, jako że odwiedziny Twojego bloga były dla mnie stałym punktem dnia, cały sierpień odświeżałam stronę i nic... w międzyczasie przeczytałam całe archiwum. Aż tu nagle wchodzę - relacja z urlopu. :) Pojawiają się zdjęcia z Paryża, w kilku porcjach - pochłaniałam je jednym haustem. Nigdy nie byłam w Paryżu, to dla mnie miasto - marzenie. Widziałam je tylko przez pryzmat literatury, muzyki i sztuki. Moje wyobrażenia były też dzięki temu troche wyidealizowane. Dzięki Twoim zdjęciom i opowieściom zobaczyłam inny Paryż, nie literacki, nie muzyczny, nie filmowy, i też nie idealny, ale za to Pachnący. Oczywiście wyzwoliło to w moim sercu pragnienie, by jechać tam zaraz i zobaczyć (powąchać!) wszystko naraz. Ale największe wrażenie, jak można przypuszczać, zrobiły na mnie zdjęcia z butiku Guerlaina, mojej pierwszej ulubionej marki i jednego z pierwszych świadomie posiadanych flakoników perfum - Shalimara. Akurat wtedy jechałam rannym pociągiem z Krakowa do Warszawy i oglądałam zdjęcia na ekranie telefonu. Oglądałam oczami okrągłymi z zachwytu jak dziecko! Wróciłam do nich jeszcze kilka razy, żeby się dokładnie przyjrzeć, ale zawsze w okularach słonecznych ;) Ten blask mógłby wypełnić wszystkie mroczne dni polskiej zimy.
    Przepraszam za ten okropny słowotok i garść wynurzeń osobistych zamiast o Paryżu, ale skoro tak bezczelnie biorę udział w tym konkursie, to pomyślałam, że wypadałoby chociaż się predstawić. Kończę już tę przydługawą wypowiedź i pozdrawiam bardzo serdecznie.
    Kalina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo, bardzo dziękuję Ci za to wyjście! nawet nie wiesz, jak bardzo czekam na każdy komentarz, jak niesamowicie raduje mnie to, ze ktoś czyta i daje znak, że czyta!
      Mam nadzieję, ze nie znikniesz mi teraz, kiedy już się ujawniłaś.
      Mam wyrzuty sumienia, że z tylu pięknych, ciepłych słów z komentarzy do tego posta nagrodzić mogłam tylko nieliczne. mam nadzieję, że kiedyś będę mogła napisać do Ciebie liścik i wysłać mały woreczek zapachu. Nie odchodź. Ja tu czekam na słowa. :)

      Usuń
    2. Nie zniknę, bardzo mi się tu u Ciebie podoba i dziękuję za gościnę! Tak dobrze, że Twój blog jest. Cieszę się, że miałam pretekst by wreszcie móc się odezwać. Zabrzmi to może śmiesznie, ale czytając Twoje słowa czuję coś w rodzaju pokrewieństwa dusz. Trudno to wyjaśnić, ale jednak gdy się czyta czyjeś osobiste słowa można określić, czy czuje się podobnie czy kompletnie nie, prawda? Tak czy owak, będę tu zaglądać często i z przyjemnością, jednak choć fascynuje mnie świat perfum, do znawcy mi daleko i czasem po prostu nie umiem napisać nic konstruktywnego.
      Pozdrawiam
      Kalina

      Usuń
    3. Tak, to prawda. Wy znacie mnie lepiej, niż ja Was. Bo nie sposób pisząc tak złożone opowieści nie dorzucać do nich okruchów siebie. Nawet pilnując się zdradzamy swoje inspiracje - to, co nas ukształtowało i porusza. Ja nie pilnuję się szczególnie mocno. Emocje są mi potrzebne, bo bez nich nie da się opisać zapachu. nie tak, by dało się go wyobrazić. A ja przecież zwykle o tych mniej znanych, mniej popularnych piszę.

      Rozumiem więc to 'pokrewieństwo dusz" i wierzę w nie. Mam nadzieję, że zostaniesz tu dłużej, żebym i ja mogła się nim cieszyć. :)

      Usuń
  13. Jak już pisałam w Paryżu nigdy nie byłam.Co tam brud smród koniecznie muszę go zobaczyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się. Paryż trzeba zobaczyć. jeśli tylko się da, jeśli tylko są szanse, jest ku temu okazja. Trzeba zobaczyć!

      Usuń
  14. ja napisze komentarz na podstawie wszystkich wpisow z cyklu "Pachnacy Paryz" :) gdybym, pojechala do paryza to najpewniej tak samo jak Ty najwiecej uwagi poswiecilabym wszystkiemu temu co zwiazane ze sztuka i architektura. Zawsze takze chcialam pojechac tam jako dio miasta romantycznego, zjesc mila kolacje na lonie natury z widokiem na wieze <3 mmm... nigdy nie pomyslalabym zeby zwiedzic perfumerie ale teraz juz wiem ze jest to moj cel :0 od zawsze moim marzeniem bylo zwiedzic to piekne miasto a najbardziej Luwr ! Wszystkie te piekne dziela, ktore w sposob mniejszy lub wiekszy zmienily historie swiata sztuki. Wg mnie czytajac Twoje relacje Paryz to mimo tego calego syfu, sikow itd, co mnie b ardzo zdziwilo i po niekad zniszczylo domniemana wyobraznie na temat tego miasta, jest bardzo przyjaznym, milym miastem a przede wszystkim pieknym :) Jest to stolica perfum ! Czytajac twoje artykuly czulam sie jakbym to ja tam byla ale patrzyla na wszystko z boku. bardzo zazdroszcze i mama nadzieje ze kiedys sie tam wybiore :) szczegolnie zachwycily mnie elegancki wystroj Rosine, ekstawagancki Lutensa a olsnila mnie perfumeria Guerlain ! Peikna i cudowna i taka prosta jednoczesnie z nutka przepychu ... tak jak pisalam na twoim fb - kupilabym zlota farbe, pomalowalabym sie cala od stop do glow i wtopilabyym sie w sciane !

    konczac, napisze podsumowanie ze dla mnie Paryz zawsze bedzie miastem szttuki, perfum i romantyzmu :) kiedys odwiedze kazdy jego zakamarek <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na mnie także Guerlain zrobił wielkie wrażenie! Nie mój styl, nie mój kolor, a jednak... zachwyca. :)

      Bardzo się cieszę, ze odbierasz moje relacje w taki sposób. starałam się pisać bez zadęcia, a jednak nie kryjąc zachwytu i fascynacji.
      Co do twoich marzeń i wyborów - tak, Luwr to zdecydowanie numer jeden. Największe przeżycie, najwięcej wrażeń. Mogłabym tam siedzieć tygodniami. Po 13 godzinach zwiedzania wyszłam ogłuszona. Zachwytem ogłuszona. Wspaniałe uczucie!

      Usuń
  15. Pierwszy raz się spotykam z tego typu blogiem! Gratuluję i cieszę się, że dzięki Twojej wizycie na moim mogłam trafić do Ciebie. :) Lubię oryginalne blogi, więc pewnie będę tutaj często wpadać.

    Co do Paryża hmn.. uwielbiam go. Właściwie pokochałam go kiedy zaczęłam się w gimnazjum uczyć języka francuskiego. 6 lat temu miałam okazję być we Francji, z czego dwa dni w Paryżu. Wywarł na mnie mega wrażenie, ma swój klimat, który nawet trudno opisać... Mam nadzieję, że kiedyś będę mogła znów tam pojechać i ponownie zwiedzić wszystkiego jego zakamarki mi już znane i poznac nowe.
    Pozdrawiam :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Paryż w daw dni? Chyba bym się rozpadła z rozpaczy. Już Luwr w jeden dzień prawie spowodował u mnie załamanie nerwowe. 10 dni to za mało. Boleśnie za mało. Tyle rzeczy nie widziałam!
      Uwielbiam zwiedzać. Jestem pazerna na wrażenia, jak chciwiec na pieniądze.
      Marzą mi się Chiny... Ale nie z biurem podróży. :)

      Usuń
  16. W Paryżu pierwszy i ostatni raz byłam, gdy miałam 11 lat - w 2001 roku. Ponieważ perfumoholiczką byłam od urodzenia, to pamiętam niewiarygodną radość, gdy odwiedziłam Sephorę na Polach Elizejskich - niekończący się pasaż wypełniony pachnącymi skarbami. Niestety, urok paryskich perfumerii psuły ekspedientki. To, że olewały mnie, wtedy szczeniaka, jeszcze bym przełknęła, ale strasznie arogancko zachowywały się też wobec mojej mamy, która wtedy (na rok przed wprowadzeniem euro, frank stał po 50-60 groszy i wszystko się tak bardzo opłacało...) miała dłuuuugą listę kosmetyków i perfum do zakupienia. Mimo zostawiania dużych kwot, nie dostawałyśmy próbek, choć inne klientki były hojnie obdarowywane. Pozytywne doświadczenie spotkało nas dopiero w Marrionaud, w którym pracowała dziewczyna pochodząca z byłej Jugosławii. Nie chciała mówić po angielsku, wolała się z nami dogadywać "po naszemu" - każda we własnym języku. Była bardzo miła, cierpliwa, dużo wiedziała o oferowanych produktach i do zakupów dorzuciła nam masę prezentów. Także z czysto perfumowego punktu widzenia, Paryż zawsze zostanie w mojej pamięci, jako miejsce, gdzie przez tubylców byłam traktowana jako klient, człowiek drugiej kategorii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłam w Sephorze na St-Honoré. Tłum masakryczny. Poprosiłam tylko o próbkę Black Opium o poszłam. Nie lubię sklepów. Nie lubię tłumu. Nie lubię tłumu w sklepach. Mam zakupofobię.
      Do Galerii Lafayette nawet nie wchodziliśmy. Tylko muzea, galerie, zabytki i niszowe perfumerie.
      W sumie to ciekawe, ze w kolejce do muzeum mogę stać, a w kolejce do kasy w sklepie nie. ;)

      jest mi przykro, ze tak cię potraktowano. Ba! Zawsze kiedy coś takiego słyszę lub czytam, czuję złość. Podobnie czułam się w Jo Malone - traktowana pogardliwie, obcesowo. I także., mimo dokonania zakupu, nie dostałam nawet jednej, "złamanej" próbki. Choć zależało mi na Earl Grey & Cucumber.
      Przy czym babka z Jo Malone mówiła po angielsku i niejednokrotnie tonem pełnym wyższości mówiła "My - Brytyjczycy to..." i "My - Brytyjczycy tamto...". Wybitnie nieprzyjemne doświadczenie. :(

      Usuń
  17. W Paryżu nigdy nie byłam, ale bardzo chcę tam pojechać, zobaczyć to miasto i powąchać je! O tym wąchaniu Paryża pisze nie z uwagi na to, gdzie piszę ;-), ale dlatego, że bardzo mi swego czasu umknęło zdanie z jednej z moich ulubionych książek. Które to zdanie brzmi: "najbardziej śmierdziało w Paryżu (...)."

    Zdanie pochodzi z "Pachnidła", jednej z moich ulubionych książek i tak mocno mi w głowie utknęło, że stało się jednym z głównych powodów chęci odwiedzenia Paryża. Już wcześniej naczytałam się o nim w innych książkach, ale tam raczej bywał światowym centrum elegancji, sztuki. Nagle okazało się, że był kiedyś także światowym cetrum... smrodu... Niespodziewane połączenie... A cały cytat brzmi tak:

    "W epoce, o której mowa, miasta wypełniał wprost niewyobrażalny dla nas, ludzi nowoczesnych, smród. Ulice śmierdziały łajnem, podwórza śmierdziały uryną, klatki schodowe śmierdziały przegniłym drewnem i odchodami szczurów, kuchnie - skisłą kapustą i baranim łojem; w nie wietrzonych izbach śmierdziało zastarzałym kurzem, w sypialniach - nieświeżymi prześcieradłami, zawilgłymi pierzynami i ostrym, słodkawym odorem nocników. Z kominów buchał smród siarki, z garbarni smród żrących ługów, z rzeźni smród zakrzepłej krwi. Ludzie śmierdzieli potem i nie praną garderobą; z ust cuchnęło im zepsutymi zębami, z żołądków odbijało im się cebulą, a ich ciała, jeżeli nie były już całkiem młodzieńcze, wydzielały woń starego sera, skwaśniałego mleka i obrzękłych, zrakowaciałych tkanek. Śmierdziało od rzeki, śmierdziało na placach, śmierdziało w kościołach, śmierdziało pod mostami i w pałacach. Chłop śmierdział tak samo jak kapłan, czeladnik tak samo jak majstrowa, śmierdziała cała szlachta, ba - nawet król śmierdział, śmierdział jak drapieżne zwierzę, a królowa śmierdziała jak stara koza, latem i zimą (...).

    I, rzecz jasna, najbardziej śmierdziało w Paryżu (...)."

    Patrick Süskind "Pachnidło"

    BTW. To "rzecz jasna" urzeka dodatkowo! :-)

    Całe szczęście, że do naszych czasów wiele się tam zmieniło (i nie tylko tam). Niemniej jednak pozostaje czysta ciekawość i chęć... powąchania. :-)

    Choć przy Twoim wpisie to zdanie, co mi tak mocno utknęło w pamięci wydaje się tak bezsensowne... :-) Bo tę część Paryża, którą tu pokazałaś bardzo chciałabym powąchać. Bardzo, bardzo... :-)

    Co do Twoich odczuć - trudno odnieść się do wszystkich, nie będąc nigdy w Paryżu i nie znając tych zapachów, ale też bardzo chciałabym się wybrać do Jo Malone (i do innych też), a takie postacie w sklepach też potrafią mnie skutecznie zniechęcić. Czemu tam zatrudniają takowe? Nie ma chętnych normalnych?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też zawsze intrygowały opowieści o tym, jak to śmierdziało w Wersalu. :)
      Teraz widzę, ze Wersal ogólnie jest w złym guście. przeładowany, natkany do bólu. Nie tylko zdobieniami. Wiesz... Biały marmur, różowy marmur, czerwony marmur, szary marmur, brązowy marmur, zielony marmur, diabliwiedząjaki marmur plus złoto, plus kryształy, plus amorki, plus pseudoklasyczne rzeźby plus płaskorzeźby, plus malowidła plus cholerawiecojeszcze w jednej sali, wszystko na kupie, jedno na drugim, walące po oczach, wchodzące na głowę, bez myśli przewodniej (tak, wiem, to się nazywa eklektyzm) i kolorystycznej konsekwencji... Dla mnie okropność.

      A biblioteki nie ma. W sensie takiej prawdziwej, głównej, wielkiej. Biblioteka jakiejś tam córki Marii Leszczyńskiej i Ludwika XV jest rozmiarów kibla.
      Gdybym ja miała takie środki i możliwości, stworzyłabym najbogatszą bibliotekę Europy. Ale wówczas nikt nie nazywałby mnie Królem - Słońce, tylko dziwolągiem, który zamiast gdzie popadnie natkać sobie marmurów i złota, zamiast mieć 10 000 luda na usługi - marnuje czas i pieniądze na papiery. Nie, to na pewno nie sprawiłoby, że nazwano by mnie królem Słońce. :/

      Usuń
  18. Paryż troszkę znam. Największe wrażenie zrobił na mnie (wtedy młodej kozie ;-)) gdy go pierwszy raz zobaczyłam.
    Już wtedy zamierałam przed perfumeriami w niemym zachwycie. Ale moje zapachowe fixum-dyrdum jeszcze nie było w takiej fazie rozwoju.
    W Twojej relacji znalazłam Paryż odpowiedni dla moich potrzeb na obecną chwilę. Marzę już o pojechaniu tam i zawąchaniu się "na śmierć" ( tylko jeszcze nie wiem, czy moją, czy moich miłych Panów domowych . Hi. Hi.)
    Marzę o zagubieniu się w złoconych ścianach Guerlaina , a przy okazji przewąchania wszystkiego co kiedyś znałam i co mi obce.
    Zresztą jestem gotowa zapoznać się ze wszystkim, co znalazłam w Twoim "przewodniku po zapachach Paryża , dla tych którzy mają nosy nie od parady".
    To dobrej nocy. Może mi się przyśni Paryż.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jako młoda koza nie widziałam Paryża. Widziałam dopiero jako stara koza, ale też mi się podobało. :D

      Aleksandro, Twoje komentarze towarzyszące mi przez cały cykl były dla mnie ogromną radością. te pogawędki o naszych kochanych chłopakach, dzielenie się marzeniami i wrażeniami. dziękuję Ci, że tu ze mną jesteś.Wielka to dla mnie radość!

      Usuń
  19. Genialnie opisany Paryż wow ! :)

    http://nikoladrozdzi.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale gdzie? Tu? To jest siódmy, ostatni post z serii. Takie zakończenie.
      Mam podejrzenia, że nie czytałaś, nie zajrzałaś do pozostałych wpisów, a Twój komentarz to reklama. Nie usunę, ale zrozum - nie robisz sobie w ten sposób dobrej prasy. :(

      Usuń
  20. doikladnie tak: nie moj styl bo nie lubie blysczzec itp ale wejsc tam bym chciala :)
    gdzies kiedys czytalaam ze na zwiedzenie luwru i to bez przystankow by trzeba bylo przynajmniej tydzien :) nigdy nie bylam w normalnym duzym muzeum wiec nawet nie umiem sobie wyobrazic ogromu luwru

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My obeszliśmy całość. Każdą odwiedzoną salę skreśl;aliśmy z planu. Ale przyznaję, część po prostu "porzeszliśmy" zdążając do kolejnych. Głównie te nie do kona w naszym klimacie i te, których eksponaty są redundantne z Muzeum w Kairze i British Museum, które mieliśmy okazję zwiedzać dość dokładnie. Strasznie żałuję każdej "przejdźniętej" sali. Ale gdybym miała spędzić tam tyle czasu, ile należy, siedziałabym w tym Luwrze do dziś pewnie. ;)

      Usuń
  21. Mam nadzieję na szerszą dostępność Divine u nas w kraju ponieważ wciąż poluję na cudownego dla mnie i bardzo do mnie pasującego L'Homme Sage. L'Homme Infini budzi wielkie oczekiwanie i nie mogę się już doczekać recenzji kolejnego dziełka w ulubionej tonacji :) Paryż ehh.., zawsze pociągał mnie swoim artystycznym sznytem i na pewno zajrzę tam w przyszłości a może odnajdę tam miłość życia.. ;)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...